Solaris

Udane adaptacje utworów Stanisława Lema można policzyć na palcach jednej ręki, choć wielu śmiałków mierzyło się z jego dorobkiem. W 2002 roku amerykański reżyser Steven Soderbergh postanowił zaadaptować „Solaris”, w czym pomógł mu finansowo sam James Cameron. Innymi słowy, miało być ambitne kino SF bez ładowania efektami specjalnymi.

Bohaterem jest psychiatra Chris Kelvin, który dostaje poważne zadanie. Jego przyjaciel, Gibarian, prosi go o przybycie na stację kosmiczną Prometeusz. Znajduje się ona koło planety Solaris, która miała być zbadana przez naukowców. Problem w tym, że zaczęły się dziać dziwne rzeczy, a od pewnego czasu nie ma kontaktu. Na miejscu okazuje się, iż Gibarian popełnił samobójstwo, zaś pozostali naukowcy (Gordon i Snow) wydają się niezbyt rozmowni. Kiedy jednak się odzywają, słowa wydają się niejasne oraz niezrozumiałe. Po wybudzeniu się ze snu psychiatra widzi swoją żonę. Ale czy to naprawdę ona?

Reżyser ewidentnie idzie w stronę dramatu psychologicznego, gdzie cała ta kosmiczna otoczka jest tylko tłem. Jest spora, bardzo sterylna stacja wokół dziwacznej planety, która wygląda jak wodnista kula bez stałej struktury. Jakie ma właściwości i czego tak naprawdę chce? – oto jest pytanie. Tajemnica, która Soderbergha fascynuje, lecz odpowiedź wymyka się z rąk. No i pojawiają się ci goście: kim oni są? Awatarami? Doppelgengerami? Ożywionymi wspomnieniami? Projekcjami? Jakie są ich cele? Kelvin mierzy się ze zmaterializowaną Rheyą – kobietą, którą kochał i była dla niego ważna. A ona pojawia się na stacji i zachowuje się jakby była na Ziemi. O co tutaj chodzi?

Soderbergh stosuje tutaj bardzo ciekawy zabieg wizualny (w końcu sam odpowiada za zdjęcia), pokazując silne różnice między stacją kosmiczną a Ziemią. Pierwsza jest bardzo sterylna, stonowana i pełna chłodnego błękitu, z kolei ta ziemska przypomina sepijne zdjęcia, gdzie niemal wiele jest czerni. Wszystko to doprowadza do intrygującego zakończenia, choć co ono oznacza pozostawiam wam.

Zaś aktorsko jest zaskakująco solidnie. George Clooney w roli Kelvina jest bardzo wyciszony, wycofany, jakby nieobecny. Rozumiem, że chodziło o pokazanie tej postaci jako udręczonej, niepogodzonej ze stratą, jednak nie zawsze to działa. Wiele lepiej prezentuje się Natasha McElhone jako Rheya – zarówno ta pojawiająca się na Ziemi, jak i jej zmaterializowana wersja. Niby takie same, ale kompletnie różne, co widać oraz słychać. Dla mnie jednak film skradła Viola Davis, czyli paranoiczna dr Gordon z niemal przerażonymi oczami. Trudno nie zapomnieć tego sposobu mówienia, zwłaszcza jak opowiada o poradzeniu sobie ze swoim „gościem”.

Wielu zarzuca interpretacji Soderbergha spłycenie oraz zbanalizowanie głębszej, bardziej filozoficznej fabuły. Ta wizja „Solaris” bardziej przypomina formą melodramat w otoczce SF, ale też pokazuje ludzi jako niepotrafiących do nawiązania kontaktu. A skoro nie potrafimy rozmawiać sami ze sobą, to jak mamy sobie poradzić z czymś spoza naszej planety?

7/10

Radosław Ostrowski

Pralnia

Trzy lata temu było głośno o tzw. Panama Papers – czyli ogromny wyciek danych firmy prawniczej Mossack Fonseca z Panamy. To w tej firmie powstała masa firm-słupów, dzięki którym prowadzone są finansowe przekręty, wykorzystywane przez finansowe elity, półświatek przestępczy oraz ludzi ze świata polityki. Dokumenty zostały przekazane przez tajemniczego Johna Doe do dziennikarza niemieckiego Suddeutsche Zeitung. Jak funkcjonował ten cały system? O tym próbuje opowiedzieć w swoim nowym filmie Steven Soderbergh.

pralnia1

Wszystko zaczyna się od rejsu, w którym bierze udział Ellen Martin razem ze swoim mężem. Przepłynięcie statkiem przez jeziorze kończy się wypadkiem i śmiercią 21 osób w tym mąż Ellen. W końcu dostanie odszkodowanie z ubezpieczalni i jakoś będzie można żyć. Problem w tym, że firma ubezpieczeniowa była słupem, przekazujące innej firmie, potem innej i innej. Łańcuszek finansowy, gdzie odpowiedzialność prawna zaczyna się rozmywać. I kto ma ponieść odpowiedzialność za wypadek, śmierć? Pytanie, pytanie, kolejne mylne tropy prowadzące donikąd. Jak się odnaleźć w tym całym bajzlu?

pralnia2

Reżyser mocno pod względem formy oraz stylu inspiruje się dylogią Adama McKaya, gdzie w komediowym, lekkim tonie opowiada o skomplikowanych mechanizmach biznesu oraz polityki. Zaś naszymi przewodnikami są Jurgen Mossack i Ramon Fonseca, czyli założyciele tej prawniczo-biznesowej kancelarii. Czwarta ściana łamana jest dość często, a panowie mają w sobie tyle uroku, że nie można ich nie lubić (mimo że są tutaj czarnymi charakterami). Fakt, że więcej czasu spędzamy z tymi złymi nie przeszkadzałby mi aż tak bardzo, gdyby nie jeden istotny szczegół: to ma tak anegdotyczny charakter, że sama mechanika wydaje się niejasna. Nie brakuje tutaj miejscami rozbrajających scen (rodzinna sytuacja afrykańskiego słupa Charlesa czy Maynard próbujący się dogadać z chińskimi wspólnikami), gdzie humor bywa smolisty. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że to wszystko jest przerostem formy dla treści. A może już tematyka finansowych oszustw i machinacji zwyczajnie już mi się przejadła. Do tego główna bohaterka zostaje porzucona przez twórców w połowie opowieści, by pojawić się dopiero w samym finale, co mnie zaskakuje.

pralnia3

Choć nie brakuje tutaj znanych twarzy, są one głównie zepchnięte do epizodycznych ról (m.in. David Schwimmer, Sharon Stone czy Matthias Schoenaerts). Za to Meryl Streep prezentuje się dobrze, choć jej postać nie jest zbyt dobrze zarysowana. Najważniejszy jest tutaj duet Gary Oldman/Antonio Banderas w roli prawniczych oszustów, będących naszymi przewodnikami po świecie szarej sfery finansowej. Panowie błyszczą w swoich strojach, przerzucają się terminami i czuć duże zgranie między nimi. I to jest prawdziwe paliwo napędowe, tak jak łamiący czwartą ścianę finał.

pralnia4

„Pralnia” jest solidnym filmem w dorobku Soderbergha, ale nie mogę pozbyć się wrażenia zmarnowanego potencjału. Można było z tego wycisnąć o wiele, wiele więcej a nie tylko inspirować się stylem McKaya z ostatnich lat. Niemniej jest to całkiem przyzwoita rozrywka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Wysokie loty

Wiecie, co to jest lockout? To taka sytuacja w rozgrywkach NBA (i nie tylko), kiedy liga nie gra, bo zawodnicy i kluby nie dogadały się ze sobą w kwestii wynagrodzeń z zysków. Coś jakby przymusowy zakaz pracy. Tracą na tym wszyscy: gracze, widzowie, telewizja, menadżerowie i agenci sportowi. Kimś takim jest niejaki Ray Burke, znający ten świat jak własną kieszeń. Próbuje pomoc swojemu klientowi – młodemu, obiecującemu zawodnikowi, Erickowi Scottowi. Ma on kontrakt, ale nie może grać z powodu lockoutu. Ale nasz agent ma pewien plan, by przełamać impas.

wysokie_loty1

Netflix robi kolejny film okołosportowy i w zasadzie można by olać ten temat. Ale kiedy kręci ten film Steven Soderbergh, sprawy nagle stają się poważniejsze. Reżyser znowu decyduje się kręcić całość na iPhonie, co tworzy bardzo specyficzny klimat, niejako jeszcze bardziej wprawiając w stan osaczenia.  Próbuje się przyjrzeć światowi wielkiego sportu i jeszcze większych pieniędzy, gdzie zawodnik jest jedynie maszynką przynoszącą dochody, każdy może nim manipulować oraz sterować tak, by zarabiał więcej. Cała intryga jest skupiona na dialogach, podjazdowych zagrywkach i lawirowaniu mocno na granicy prawa. Można się w tym wszystkim pogubić, zwłaszcza nie znając zwrotów lockout czy draft, ale reżyser stara się wszystko pokazać w sposób przystępny.

wysokie_loty2

Soderbergh nadal robi to, co potrafi najlepiej, czyli bawi się sprzętem, filmuje czasami pod dziwnymi kątami i stosuje długie ujęcia. Niemniej może parę osób się od tego odbić. Dla mnie jednak problemem były wplecione wywiady zawodników NBA o tym, jak się czuli na początku swojej kariery, o swoich najbliższych itp. Miałem wrażenie, że są troszkę zbędne i troszkę łopatologicznie uzupełniają to, co się dzieje na ekranie. Także ostatnie 15-20 minut, gdzie dochodzi do retrospekcji, potrafiło wybić mnie z rytmu. Nie mniej ogląda się to naprawdę dobrze m.in. dzięki świetnym dialogom oraz trafnemu portretowi tego świata.

wysokie_loty3

No i reżyser ma jeden mocny atut w talii: fantastycznego Andre Hollanda w roli Raya. Ten facet to prawdziwy lawirant, wnikliwie obserwujący cała sytuację i zgrabnie manipulujący ludźmi w osiągnięciu celu. Troszkę przypominał Franka Underwooda, choć nie był aż tak bezwzględny. Zna się na ludziach, chociaż czasami miałem wrażenie, że sytuacja może go przerosnąć. Równie świetna jest Zazie Beets jako Sam, asystentka/nie asystentka i powiernica Raya, całkiem nieźle sobie radząca w całym tym rozgardiaszu, a także Billy Duke w roli trenera Spencera (cytowanie formułki, gdy padają jakiekolwiek skojarzenia z niewolnictwem – perełka).

Soderbergh nie zamierza przechodzić na emeryturę i kolejny raz potrafi zaskoczyć. Świetnie prowadzi pozornie stateczną intrygę, serwuje rozbrajające dialogi, ciągle zaskakuje, a jednocześnie skłania do myślenia. Bardzo porządna robota.

7/10 

Radosław Ostrowski

Niepoczytalna

Sawyer Valentini pracuje w banku jako analityk – pozornie to taka niepozorna kobieta, pełna ambicji oraz sukcesu. Ale tak naprawdę jest to osoba naznaczona pewnym traumatycznym doświadczeniem z przeszłości, spowodowana relacjami damsko-męskimi. Podczas rozmowy z terapeutką przyznaje, że mogłaby próbować popełnić samobójstwo, trafia do… szpitala psychiatrycznego jako pacjentka. Wcześniej niby podpisała jakieś dokumenty, ale to była tylko formalność przecież. Prawda?

niepoczytalna1

Steven Soderbergh to filmowiec, który zawsze lubił eksperymentować z formą, przez co nawet proste opowieści miały swój specyficzny smak. Zwłaszcza, gdy reżyser zaczął flirtować z kinem gatunkowym, co było widać w „Co z oczu, to z serca”, „Contagion” czy „Ściganej”. Nowe dzieło filmowca, czyli „Niepoczytalna” to kolejny przykład takiego eksperymentu. Thriller psychologiczny, gdzie początek oraz zawiązanie intrygi przypomina absurdalną sytuację wziętą z Kafki. Można odnieść wrażenie, że nasza bohaterka przez pomyłkę została wciśnięta w systemowe tryby, jednak to wszystko ma drugie dno. Z jednej strony bohaterka spotyka swojego dawnego stalkera z przeszłości, z drugiej mamy tutaj też bardzo krytyczne spojrzenie na służbę zdrowia. Tam mamy machlojki wiązane z naciąganiem ubezpieczenia (dopóki je masz, to jesteś w ośrodku), podmienianie leków oraz czynienie z pacjentów potulnych pacjentów. Tutaj administracja ma sporą władzę, a nasza bohaterka w zasadzie nie ma nic do gadania, a każda próba przebicia się kończy przemocą (przymusowym braniem leków oraz wiązaniem) oraz szybkim postawieniem Sawyer do parteru.

niepoczytalna2

Trudno nie pochwalić realizacyjnej sprawności. W końcu to Soderbergh, filmujący nawet proste sceny w dość nieoczywisty sposób. Kadry realizowane pod dziwnymi kątami (rozmowa Sawyer z szefem) tworzą pewną nierzeczywistą percepcję i potęgują coś w rodzaju dyskomfortu. Jak choćby w scenach, gdy bohaterka zwyczajnie przechodzi przez ulicę, ale perspektywa sprawia wrażenie, jakbyśmy ją podglądali. Równie świetna jest scena obłędu, gdy Sawyer dostaje szału, a na ekranie widzimy nakładające się na siebie jej głowę oraz jej tył. Jakby na chwilę pojawił się David Lynch. A czy wspomniałem, że całość była kręcona iPhonem? I to działa.

niepoczytalna3

Tylko, że im dalej w las, tym bardziej historia wydaje się coraz bardziej niedorzeczna. Soderbergh bardziej skręca w stronę kina klasy B, pełną miejscami dziur, zaskakująco niedorzecznych sytuacji czy brutalnych scen (chociaż w większości nie pokazanych wprost). Napięcie zaczyna siadać w momencie, gdy poznajemy przeszłość naszej bohaterki, mimo pewnego przyspieszenia tempa oraz akcji. Pochwalić trzeba za to należy zakończenie, bardzo mocno podkreślające, że pewnych demonów nie da się zwalczyć, mimo upływu czasu. Do tego efekt psuje także dziwaczna muzyka Thomasa Newmana, która jest tak nijakim, ambientowym tłem, że sprawia to ból.

niepoczytalna4

Zdecydowanie reżyserowi udaje się poprowadzić aktorów. Rewelacyjnie spisała się Claire Foy, a zadanie miała o tyle trudniejsze, że parę razy dochodzi do zbliżeń na twarz. Jako wycofana ofiara, twarda zawodniczka i sprawna manipulatorka (sceny końcowe) wykonuje swoją robotę wręcz bezbłędnie, zachowując wiarygodność aż do samego końca. Bardzo zaskoczył mnie Joshua Leonard jako David, czyli prześladowca Sawyer. Nie jest stereotypowy, nadekspresyjny psychopata, lecz bardzo wycofany, nieśmiały człowiek, pełen kompleksów oraz mający poważny problem z głową. Z drugiego planu warto wyróżnić Jaya Pharoah (Mike) oraz wyrazista Juno Temple (Violet). Jest też pewien ciekawy epizod, ale sami to odkryjecie.

Drugi film po powrocie Soderbergha do kina nie do końca spełnił oczekiwania, cierpiąc na syndrom dwóch nierównych połówek. Po intrygującym początku oraz kilku odjechanych scenach, twórcy za szybko odkrywają prawdziwe intencje, przez co napięcie robi sobie wolne. Troszkę szkoda, chociaż warto zobaczyć ze względu na Foy oraz jej wspaniałą rolę.

6/10

Radosław Ostrowski

Logan Lucky

Poznajcie braci Logan, którzy mieszkają w jakimś wygwizdowie gdzieś w Zachodniej Wirginii. I nie są oni spokrewnieni z TYM Logan aka Wolverine. Jimmy pracuje jako górnik w robotach fizycznych, kuleje na jedną nogę oraz próbuje utrzymać kontakt z córką, którą wychowuje jego była żona. Poza tym został zwolniony z pracy.  Z kolei Clyde walczył na wojnie, co przyniosło mu stratę dłoni i obecnie pracuje jako barman w knajpie. Dodatkowo ich cała rodzina jest „naznaczona” klątwą. Ale w końcu Jimmy ma plan na poprawę sytuacji – skok na tor wyścigowy NASCAR. Trzeba tylko zebrać zespół i zrealizować każdy element układanki.

lucky_logan1

Pamiętacie, jak Steven Soderbergh pięć lat temu się zarzekał, że nie nakręci więcej filmów i skupi się na pracy dla telewizji? Skłamał albo po prostu nie wytrzymał i musiał wrócić. „Lucky Logan” wydaje się takim typowym heist movie, gdzie mamy grupę ludzi przygotowujących duży skok na wielką kasę. Czuć tutaj mocno ducha „Ocean’s Eleven”, co jest na pewno zasługą pewnej i stylowej realizacji oraz eleganckiej muzyki jakby żywcem wziętej z lat 60. i 70. Z nieśmiertelnym Johnem Denverem oraz Credence Clearwater Revival na czele. Ale reżyser jest troszkę za sprytny, by skupić się tylko na kryminalne intrydze. Bo próbuje się skupić także na pokazaniu życia na prowincji oraz portrecie bohaterów, których marzenia nigdy nie miały zostać spełnione. Pozornie takie scenki poboczne (konkurs na Mała Miss Virginii, spotkania z córką czy wyścig NASCAR) mogą wydawać się odciągające od całej intrygi. Jednak to wszystko jest bardzo sprawnie poprowadzoną układanką, gdzie każdy detal ma znaczenie.

lucky_logan2

Jestem pod dużym wrażeniem pracy kamery – pozornie statycznej, opartej na długich kadrach oraz bardzo dobrym montażu, podbijającego rytm całych wydarzeń. Klimatyczna muzyka współgra idealnie ze sposobem realizacji, jakby żywcem wziętej z lat 70. Nie mogło zabraknąć pewnych drobnych komplikacji, finałowej wolty pokazującej skąd dochodzi do zmiany, bez zgrzytu, fałszu, ale za to z humorem (bomba czy bunt w więzieniu oraz reakcje naczelnika – perełki) czy nawet wzruszeniem (występ córeczki podczas konkursu).

lucky_logan3

Za to Soderbergh ma dobrą rękę do obsady, która daje z siebie wiele. Kolejny raz zaskakuje Channing Tatum (może to zasługa tej brody) jako Jimmy – prosty facet z dobrym sercem, zmuszony do przejścia na ciemną stronę życia. Trudno nie polubić takiego prostego faceta. Partneruje mu Adam Driver jako brat i czuć chemię oraz silne więzi między nimi. I jeszcze ten akcent, co brzmi cudnie. Ale i tak film bezczelnie kradnie Daniel Craig jako spec od eksplozji Joe Bang. Sam widok aktora w tlenionych włosach, lekko przypakowany i mający dużo luzu wobec całej reszty daje ogromną frajdę. Nawet drobne epizody Katherine Waterston (lekarka), Sebastiana Stana (kierowca rajdowy)  czy Hilary Swank (agentka FBI) są małymi wisienkami na torcie.

lucky_logan4

Czy „Lucky Logan” może mierzyć się z „Ocean’s Eleven” oraz jego sequelami? Myślę, że tak. To najbardziej komercyjny film Soderbergha jaki widziałem, ale jednocześnie posiadający jego własny styl wizualny. Inteligentnie poprowadzony, wodzący za nos daje nie tylko świetną rozrywkę, ale i pokazuje troszkę inne oblicze Ameryki.

8/10

Radosław Ostrowski

The Knick – seria 2

Kolejne nasze spotkanie z nowojorskim szpitalem Knickerbocker, gdzie trafiamy rok po wydarzeniach z poprzedniej serii. Dr Thackery jest uzależnionym narkomanem, obecnie przebywającym w ośrodku, więc jego funkcję chirurgiczną przejął czarnoskóry dr Edwards. Z kolei Chickering odchodzi do dra Zinberga oraz jego szpitala, by powoli rozwijać swoją karierę. Siostra Harriet staje przed sądem za aborcje dokonywane po kryjomu, a siostra Elkins prowadzi pielęgniarki i zaczyna potajemnie spotykać się z fundatorem szpitala, Henrym Robertsonem. Kornelia, siostra Henry’ego, jest już mężatką i wpada na trop zarazy w San Francisco, próbując na własną rękę zbadać tą sprawę, prosząc o pomoc inspektora Speighta z Ochrony Zdrowia.

the_knick_21the_knick_22

Kolejny raz Steven Soderbergh tworzy swój medyczny świat, odtwarzając mentalność roku 1901, jednocześnie prowadząc wielowątkową narrację, co daje bardzo uważny i wnikliwy portret cudów postępu, ale i uprzedzeń wobec czarnoskórych. Do tego dochodzi wiele innych wątków: budowa nowego szpitala Knick, przekręty finansowe pilnującego finansów Hermanna Barrowa, prywatne dochodzenie Cornelii, powoli osłabiające się oko dr Algernona (i kompletnie pojawiająca się znikąd żona), bardziej przyjrzymy się prywatnemu życiu Chicheringa, ale zrobimy też kilka fajnych operacji jak rozdzielenia bliźniąt syjamskich. Każdy wątek jest silnie rozbudowany, wielokrotnie zaskakuje, a kilka kadrów zostanie w pamięci na dobre. Jest jeszcze eugenika – czyli sterylizacja osób uznawanych za idiotów, bandytów, niedorozwiniętych oraz nietolerancja czarnoskórych, gdzie nadal panuje podział na panów i służących (a wojna secesyjna dawno się skończyła).

the_knick_23the_knick_24

Tutaj wątkiem głównym, jeśli chodzi o sprawy medyczne jest walka z uzależnieniem od narkotyków. Dr Thackery prowadzi na własną rękę badania w tej kwestii i jest parę punktów przełomowych (znalezienie części mózgu odpowiedzialnej za nałóg czy zastosowanie hipnozy), jednak są to zaledwie małe punkty, a medycyna nie była aż tak skuteczna, by znaleźć odpowiednie zastosowanie. Operacja i wycięcie tego fragmentu mózgu było zbyt niebezpieczne, a hipnozę uważano za kuglarską sztuczkę (dodatkowo byli niektórzy ludzie na nią odporni). Nie zmieniło się jedno: ludzie z socjety zawsze pozostają wpływowi, dzięki pieniądzom, sprytowi oraz koneksjom, przez co wiele może ujść płazem. Więcej wam nie zdradzę, gdyż nie chcę zepsuć wam przyjemności z oglądania tego znakomitego serialu.

the_knick_25the_knick_26

Soderbergh stawia zawsze na realizm, przez co widzimy naturalne oświetlenie, a kamera bardzo przypomina dokument. Kadry nie zawsze są ostre, jest wiele ujęć robionych z drgawką, niestabilną pracą kamery lub za pomocą pokazywania zdarzeń z innej perspektywy niż zwykle (albo od dołu lub od góry czy pod kątem), a pulsująca elektroniką muzyka buduje aurę niesamowitości. Imponuje też praca scenografów oraz kostiumologów, wiernie odtwarzających miasto z tego okresu. Zarówno dokładne sale szpitalne, jak i brudne zaułki (burdele, nielegalne walki) wyglądają znakomicie.

the_knick_27the_knick_28

Wszystko na swoich barkach dźwiga tak naprawdę Clive Owen, znakomicie balansując między pyszałkowatością i ironią (daleki przodek dra House’a) a empatią i wyrozumiałością. Ta postać pełna sprzeczności imponują swoja bardzo szeroką wiedzą oraz pewnością siebie, nawet gdy jest uzależnionym gnojem. Magnetyzuje nawet samym spojrzeniem, pozornie obojętnym. Pozostali bohaterowie też są zagrani co najmniej bardzo dobrze: kluczący i kantujący Barrow (Jeremy Bobb), próbujący się na nowo odnaleźć dr Gallinger (Eric Johnson), stający się nowym wyznawcą eugeniki, wreszcie próbująca wybić się na swoją niezależność siostra Lucy Elkins (Eve Hewson) czy znowu działająca razem z cwanym szoferem Tomem Clearym (Chris Sullivan) Harriett. Każdy ma tu coś na sumieniu i nie jest świętym, przez co ich losy stają się coraz ciekawsze.

Twórcy od początku planowali „The Knick” jako serial na dwie serie. Zakończenie (tak jak poprzednio) ma charakter otwarty i być może zostanie zrealizowana seria trzecia. Gdyby jednak do tego by nie doszło, to nic by się nie stało. Można sobie dopowiedzieć ciąg dalszy, chociaż początki współczesnej medycyny mocno mnie zaintrygowały, więc może coś z tego będzie. Czas pokaże.

8,5/10

Radosław Ostrowski

PS. Serial jednak został skasowany.

Angol

Poznajcie niejakiego Wilsona. To niepozorny, zmęczony życiem starszy pan, co przyjechał do Los Angeles. Jednak jego celem nie są wakacje. Przybył, bo dostał wiadomość od swojego kolegi, że jego córka Jessica zginęła w wypadku samochodowym. Nie wierzy w to i próbuje na własną rękę wybadać sprawę. Niedawno wyszedł z więzienia, więc problemy z osobami będącymi w półświatku nie są niczym nowym. Trafia na trop w postaci niejakiego Terry’ego Valentine’a – promotora muzycznego, który był jej chłopakiem.

angol1

Steven Sobderbergh to taki reżyser, który lubi bawić się formą, przez co jego filmy sprawiają wrażenie kina artystycznego. Nie inaczej jest w lekko arthouse’owym „Angolu”, który opowiada o starym temacie jak świat – zemście i dojściu do prawdy. Sama intryga nie należy do specjalnie zaskakujących, ale reżyser parę razy dokonuje kilku wolt. Siła jest przede wszystkim montaż – mamy kilku sekundowe przebitki scen, które później odegrają kluczową rolę. Widzimy jak Wilson siedzi w samolocie, potem rozmawia z kumplem Edem (synchronizacja mowy z obrazem jest celowa), a następnie przebywa w pokoju hotelowym. Czy nagle pojawia się ujęcie w nocy, gdzie widzimy podniesione ręce człowieka leżącego na ziemi. Dodatkowo jeszcze mamy retrospekcje utrzymane w innej kolorystyce, powtarzające się ujęcia, ale nie wywołuje to chaosu i dezorientacji. Soderbergh wierzy w inteligencję widza, a samą akcję pokazuje w dość nietypowy sposób. Albo dzieje się ona poza zasięgiem kamery (strzelanina w warsztacie), przewija się gdzieś w tle (zepchnięcie ochroniarza przez Wilsona podczas przyjęcia) ewentualnie jest ona krótka i mało efekciarska (finałowa konfrontacja). Nad wszystkim unosi się duch kina europejskiego.

angol2

Z jednej strony mamy słoneczne Los Angeles skrywające brudy i zbrodnię, a z drugiej jest bardzo liryczna muzyka z przeplatanymi utworami lat 60. To wszystko tworzy bardzo melancholijny klimat do opowieści, która jest dość umowna. Soderbergh nie bawi się w stylistykę noir i nie tworzy głębokiego, refleksyjnego kina. Chociaż wykorzystane w formie retrospekcji fragmenty debiutu Kena Loacha mogą sugerować coś zupełnie innego.

angol3

Ale jeśli miałbym wskazać najmocniejszy punkt filmu byłby to znakomity Terence Stamp. Jego Wilson to uparty, zdeterminowany i nie cackający się z nikim twardziel, chociaż nie sprawia takiego wrażenia na pierwszy rzut oka. Ale spójrzcie w jego oczy – pełne gniewu, bólu i woli walki. To postać, która zna tylko świat przemocy, zabijania i krwi, tylko to jest sensem jego życia. Poza nim na drugim planie mamy wyrazistego Luisa Guzmana (przyjaciel Ed), śliczną Lesley Ann Warren (przyjaciółka Jessiki, Elaine), ale i tak liczy się Peter Fonda – pozornie elegancki i czarujący Valentine, ale tak naprawdę niepewny siebie, strachliwy. Konfrontacja między tą dwójką jest interesująca, ale pozbawiona fajerwerków.

angol4

„Angol” jest jednym z ciekawszych, niestandardowych kryminałów od Soderbergha. Zabawa formą nie przeszkadza w śledzeniu intrygi, która wciąga. Ma to swój specyficzny klimat, trzyma za pysk i robi swoją robotę. Gotowi na spotkanie z Wilsonem?

7,5/10

Radosław Ostrowski

Kafka

Znawcy literatury wiedzą kim był Franz Kafka – niedoceniony austriacki pisarz, żyjący na początku XX wieku. Filmowcy tez przenosili jego dorobek na ekran, jak choćby Orson Welles mierzył się z jego „Procesem” w 1962 roku. Ale mało kto próbował zmierzyć się z jego życiorysem. Wariację na temat autora „Zamku” postanowił pokazać w 1991 roku Steven Soderbergh – świeżo opromieniony sukcesem „Seksu, kłamstw i kaset wideo”.

kafka1

Jest rok 1919, Praga. Kafka za dnia pracuje jako urzędnik w Zakładzie Ubezpieczeń Robotników do spraw Wypadków, a nocami próbuje swoich sił jako literat, rzadko publikując swoje dzieła. pewnego dnia dostrzega, że jego przyjaciel Edward Raban nie przychodzi do pracy. Wieczorem policja odnajduje jego zwłoki wyłowione z Wełtawy i sugeruje, że to było samobójstwo. Jednak Kafka nie wierzy w tą hipotezę i powoli zaczyna szukać prawdy.

kafka2

Żeby dobrze się bawić przy tym filmie, wymagana jest wiedza zarówno o samym życiu Kafki jak i znajomość jego dzieł. Bez tego widz poczuje się zagubiony i nie zrozumie aluzji, cytatów oraz odniesień do Kafki. Soderbergh próbuje stworzyć klimat znany z dzieł Austriaka – pełen surrealizmu, mroku oraz poczucia osaczenia, gdzie logika wymyka się prawom. Intryga powoli i stopniowo jest odkrywana – zaginięcie ludzi, biurokratyczny absurd, tajemnicza grupa anarchistów (nie wiadomo czemu są przeciwni), potężna władza oraz Zamek. Ta instytucja, gdzie zbierane są dokumenty, których się nie udostępnia, jest symbolem bezwzględnej władzy. Jednostka kontra system – starcie odwieczne, odkąd władza istnieje. „Kafka” wciąga, ma dobre dialogi oraz atmosferę niezwykłości potęgowaną przez muzykę Cliffa Martineza. Jednak największe wrażenie robi strona wizualna. To zdjęcia najdobitniej tworzą bardzo mroczny klimat, pokazując Pragę z innej perspektywy – podniszczone kamienice, knajpy, dachy. Dodatkowo operator zmienia perspektywę, przypominając ujęcia z „Trzeciego człowieka”. Szkoda tylko, że rozwiązanie całej intrygi jest takie banalne i błahe – stworzenie nadczłowieka. Można było z tego wycisnąć więcej.

kafka3

Zdecydowanie wybija się tutaj bardzo dobre aktorstwo. Nie mogę się nachwalić Jeremym Ironsem, który bardzo przekonująco zbudował portret zagubionego outsidera jakim był Kafka, który wplątuje się w poważniejszą intrygę. Jego upór i determinacja mieszają się ze strachem, maskowanym obojętnym wyrazem twarzy. Poza Ironsem jest tutaj wyrazisty drugi plan, w którym mamy m.in. Armina Muellera-Stahla (tajemniczy inspektor Grubach), Jerome’a Krabbe (grabarz Bizzlebeck), Iana Holma (złowrogi dr Murnau) czy pojawiającego się po raz ostatni Aleca Guinessa (przełożony Kafki), a każdy z nich zapada w pamięć.

kafka4

Soderbergh dalej robi to, z czego jest znany, czyli eksperymentuje z formą i bawi się historiami. Postmodernistyczna zabawa z „Kafką” wymaga pewnej wiedzy na temat autora i jego książek, by móc czerpać ogromną przyjemność z filmu, ale i bez tego potrafi wciągnąć oraz zaintrygować. Wymagające, ale i satysfakcjonujące kino.

7/10

Radosław Ostrowski

The Knick – seria 1

Nowy Jork, rok 1900. Tytułowy Knick to skrót od nazwy szpitala Knickerbocker, którego właścicielami jest zamożna rodzina Robertsonów. Ale głównym bohaterem jest tutaj nowy szef oddziału chirurgii, John „Thack Madry” Thackery, który objął ta posadę po samobójstwie swojego mentora, dr Julesa Christiansena. Thack próbuje dokonać rewolucji w medycynie, co nie jest dość łatwe, a jego zespół stara się mu w tym pomóc.

Steven Soderbergh postanowił porzucić kino, w którym czuł się lekko ograniczony na rzecz telewizji. Serial stworzony przez Jacka Amiela i Michael Beglera (obaj pracowali m.in. przy serialu „Zwariowany świat Malcolma”) nie jest taką produkcją medyczną jak ostatnie tytuły. Nie ma tutaj pacjenta tygodnia, przewija się za to życie prywatne naszych głównych bohaterów: od lekarzy, przez właścicieli po dyrektora, a także obserwujemy początki przełomów medycznych, m.in. z wykorzystaniem zdjęć rentgenowskich. A po drodze pojawią się m.in. aborcje, nieudane operacje płodu łóżeczkowego, zamieszki na tle rasowym (morderstwo policjanta) czy badania nad krwią. Jedno mogę powiedzieć od razu – sceny operacji są bardzo realistyczne oraz drastyczne, więc osoby o słabszych nerwach nie powinny nawet zbliżać się do tego tytułu. Jedyne, co może rozczarowywać I serię jest zakończenie, a w zasadzie jego brak. Sprawiający wrażenie jakby niedokończonego, jakbyśmy byli dopiero w połowie serii, a nie na samym końcu. Technicznie jest to mieszanka rozmachu oraz przywiązania do detalu w odtwarzaniu realiów (scenografia, kostiumy, przedmioty i także warstwa obyczajowa), a sama kamera bywa czasami trzęsąca się (niemal reporterska) albo niewyraźna. Jest to celowy zabieg reżyserska, by dodać pewnego „brudnego” realizmu.

Swoje tez robi naprawdę świetnie poprowadzona obsada, gdzie każdemu z bohaterów udaje się stworzyć pełnokrwiste postacie. Nie będę oryginalny twierdząc, ze bryluje tutaj Clive Owen jako Thack. Kim jest ten lekarz? Na pewno ambitny, odważny i nie bojący się ryzyka. W dodatku nie pozbawiony ironicznego poczucia humoru oraz potężnego nałogu – kokainy. Czy wyjdzie z tego? Zakończenie nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale ten facet kradnie szoł całej reszcie.

Drugą mocną postacią jest wybrany na zastępcę Thacka (przez rodzinkę) dr Algernon Edwards (wyborny Andre Holland), który jest genialny, błyskotliwy oraz pomysłowy w prowadzeniu nowych zabiegów, tylko jest… czarny. Dlatego spotyka się z odrzuceniem i na własną rękę prowadzi praktykę pomagającą swoim pobratymcom, jednak wszelkie tę wątpliwości zostają rozwiane. Nie brakuje też innych ciekawych postaci jak opryskliwy kierowca Tom Cleary (mocarny Chris Sullivan), zadłużony u gangstera dyrektor Herman Barrow (Jeremy Bobb), zapatrzony w Thacka dr Bertram Chickering Jr. (Michael Angaramo) czy dociekliwy inspektor Speight z Departamentu Zdrowia (David Fierro).

Muszę przyznać, ze „The Knick” mnie pozytywnie zaskoczył, choć wymaga on sporo cierpliwości oraz pełnego wejścia w ten świat. W końcu jak pisano na reklamowych plakatach: „Nowoczesna medycyna gdzieś musiała mieć swój początek”. Nie wiem jak wy, ale czekam na dalszy ciąg produkcji Cinemaxa.

8/10

Radosław Ostrowski

Wielki Liberace

Jest rok 1977. Poznajcie Scotta Thornsona – młodego, biseksualnego faceta, który dba o zwierzątka i chciałby zostać weterynarzem. Ale jego dość spokojne życie zmienia się, gdy pojawia się na koncercie ekscentrycznego pianisty Liberace. Tak zaczyna się związek trwający ponad 5 lat.

liberace1

Tym filmem Steven Soderbergh postanowił zacząć współpracę z telewizją po długiej przerwie i wydawałoby się, że zrobił tak naprawdę klasyczne i mało zaskakujące love story. I po części tak jest, bo poza tym, że mamy tak naprawdę dwóch facetów, to tak naprawdę kolejna opowieść o dość trudnym związku. Zaczyna się od pozbycia się poprzednika Scotta. A potem jak w każdym związku – na początku jest pożądanie i pasja, ale potem coś zaczyna siadać, psuć. Pojawiają się pretensje, zazdrość, narkotyki, wreszcie kolejny partner. Ta relacja jest dziwna i pokomplikowana, co Soderbergh bardzo trafnie pokazuje, ale jednocześnie jest to takie angażujące i pełne emocji, że nawet tą banalność treści jestem w stanie wybaczyć. Na pewno wielkie wrażenie robi przepych życia głównego bohatera – na granicy kiczu, wszystko niemal ze złota, fikuśne stroje – trudno wobec czegoś takiego przejść obojętnie. A czemu panowie się rozstali? Swoje zrobił czas, a jednocześnie sam Liberace mający wręcz „midasowy dotyk” i próbujący stworzyć partnera na swoje podobieństwo (operacja plastyczna Scotta i jego dieta) – to się jednak nie może skończyć dobrze. Realizacja jest też dość konwencjonalna, choć jest parę zaskakujących ujęć („zamglony” Scott gadający po pijaku).

Ten film jednak nie zrobiłby takiego wrażenia, gdyby nie genialne główne role. Po pierwsze, Michael Douglas, który przeszedł po prostu samego siebie w roli tytułowej. Liberace jest ekscentrycznym i przyzwyczajonym do bogactwa facetem, ukrywającym swoją orientację seksualną. Na scenie wydaje się sympatycznym, czarującym facetem, jednak to jest tylko maska kryjąca świadomego przemijania faceta. Największym jednak objawieniem był dla mnie Matt Damon, który koncertowo pokazał przemianę wyciszonego i nieśmiałego chłopaka w zmanierowanego geja, zafascynowanego – i zmieniającego się – w swojego idola. Najmocniej widać to w scenach kłótni między nim a Liberace, gdzie wybuchają żale. Poza tym elektryzującym duetem na drugim przebijają się niezawodni Dan Aykroyd (mocno ucharakteryzowany Seymour – menadżer Liberace), Rob Lowe (ironiczny dr Startz) oraz Scott Bakula (Bob Black).

liberace2

Soderbergh niby nie zaskoczył, a nakręcił jeden ze swoich najlepszych filmów w karierze. Mam nadzieję, że jeszcze nas parę razy zaskoczy. Tym razem na małym ekranie.

8/10

Radosław Ostrowski