List na Kreml

Akcja zaczyna się pod koniec roku 1969… w Paryżu. Tam rosyjski urzędnik z wyższych sfer, czyli Poliakow podczas spotkania z amerykańskim agentem przekonuje go o jak najszybszym odzyskaniu listu. Parę dni później urzędnik popełnia samobójstwo, znaleziony przez szefa Wydziału III (kontrwywiad wojskowy), pułkownika Koslowa. W tym samym czasie zostaje zwolniony z Marynarki Wojennej Charles Rona i trafia do niezależnej komórki wywiadowczej, kierowanej przez Warda oraz Rozbójnika. Na początku ma zebrać ekipę oraz przygotować się do pierwszego zadania: odzyskania tytułowego „listu na Kreml”. Był to dokument stworzony dla Poliakowa, który miał być gwarancją jego przejścia na stronę Amerykanów w zamian za zniszczenie bomb nuklearnych w Chinach. By odzyskać dokument, komórka wywiadowcza trafia do Moskwy, gdzie sidła zastawiają nie tylko ludzie Koslowa, ale także szefa biura politycznego, Aleksieja Bresnawicza.

list na kreml1

John Huston tym razem bierze się na bary z kinem sensacyjno-szpiegowskim. Wsparty przez powieść Noela Behna (byłego oficera kontrwywiadu wojskowego), reżyser pokazuje pracę agentów jako ciągłą grę pozorów oraz złudzeń. Nigdy nie wiadomo, kto tak naprawdę pociąga za sznurki, kto jest kim i jaki jest naprawdę cel całej opowieści. W tle mamy nieżyjącego agenta (Robert Stuydevant), który stworzył mocną ekipę, werbowanie agentów, rozgrywki między Bresnawiczem a Koslowem. Cała fabuła się bardzo gmatwa i wystarczy, że odwrócisz oczy na chwilę, a nie będziesz w stanie tego posklejać w całość. Wiele rzeczy dzieje się poza ekranem, przez co wiele osób może uważać, że film zawiera dziury. Niemniej wrażenie robi tutaj scenografia oraz odtworzenie realiów Związku Radzieckiego.

list na kreml2

Huston pozornie opowiada wszystko w bardzo spokojnym tempie, bez efekciarstwa, co przypominało mi adaptacje książek Johna le Carre. Ale jednocześnie dochodzi do kilku przerzutek, atmosfera robi się gęstsza, by w finale uderzyć niczym obuchem w łeb. Rona (początkowo miał go grać James Coburn, ale zastąpił go Patrick O’Neal) może wydaje się inteligentny oraz sprytny, lecz tak naprawdę okazuje się dzieckiem we mgle, mimo sprytnego ułożenia wszystkich puzzli. I jest pewien drobny szczególik: dialogi w języku innym niż angielski są podana w oryginale, ale nakładany jest na to angielski lektor. Dziwaczny zabieg.

list na kreml3

Aktorko jest tutaj nawet niezły gwiazdozbiór, choć tak naprawdę wybijają się trzy postacie: chłodny i opanowany pułkownik Koslow (cudowny Max von Sydow), działający niczym prawdziwy szachista Ward (Richard Boone) oraz powoli podkochująca się w bohaterze złodziejka B.A. (pociągająca Barbara Parkins). I choć nie brakuje znanych mi twarzy (Orson Welles czy George Sanders), wszyscy trzymają wysoki poziom.

list na kreml4

„List na Kreml” to bardzo wymagający film szpiegowski i jeden z bardziej pogmatwanych dzieł w karierze Hustona. Intryga może wydawać się nieczytelna, bardzo skomplikowana, jednak najbardziej wyróżnia go z tłumu bardzo gorzki klimat, godny kina noir. Tutaj świat szpiegów jest brudny, brutalny oraz czasem pozbawiony jakiegokolwiek sensu.

7/10

Radosław Ostrowski

nadrabiamhustona1024x307

 

Czerwona jaskółka

Czym są Jaskółki? To szkolone przez wywiad kobiety, mające za zadanie zdobyć informacje za pomocą uwodzenia oraz manipulowania mężczyznami. Przygotowywane są w specjalnych szkołach wywiadów nazywanych Szkołami Jaskółek i Kruków, znajdujących się na terenie każdego kraju. Do tej szkoły w Rosji trafia Dominika Jegorowa – młoda baletnica, siostrzenica zastępcy szefa rosyjskiego wywiadu. Jej kariera tancerki zostaje przerwana z powodu wypadku, więc wujek werbuje ją. Jej zadaniem miało być sprawdzenie pewnego ważnego polityka, jednak jest to pułapka. Dominika nie ma wyjścia i musi podjąć współpracę z wywiadem, a jej zadaniem jest wyciągniecie informacji o krecie pracującym dla Amerykanów z ręki Nate’a Nasha – oficera CIA.

czerwona_jaskolka1

Kino szpiegowskie może mieć bardzo różne oblicza: od dynamicznych akcyjniaków pokroju Jamesa Bonda czy Jasona Bourne’a poprzez bardziej psychologiczne dramaty i powolniejszą narrację w stylu Johna le Carre. Wydaje się, że w tym kierunku próbowała pójść „Czerwona jaskółka” – adaptacja bestsellerowego debiutu byłego agenta CIA, Jasona Matthewsa. Jest to bardzo powolna historia kobiety, której losy przestają być od niej zależne, a sama intryga jest pełna klasycznych „szpiegowskich” sztuczek: podchody, brak zaufania, wodzenie za nos wszystkich oraz ciągła gra. Jednocześnie przenosimy się z miejsca na miejsce (Moskwa, Wiedeń, Budapeszt, Londyn), próbując nadgonić za całością. Dla mnie najciekawsze i największe wrażenie robiły sceny związane ze szkoleniem. Tutaj reżyser pokazuje jak bardzo system zmusza do współpracy za pomocą upodlenia, szantażu oraz złamania charakteru. Tylko, że im dalej w las, tym bardziej to wszystko wydaje się naciągane.

czerwona_jaskolka2

Sama intryga nie tylko toczy się dość powoli, ale zwyczajnie zaczyna przynudzać. Brakuje tutaj suspensu, bo pojawia się on bardzo krótko. Czy to w scenie wymiany z asystentką senatora USA, czy podczas brutalnych przesłuchań, czuć zagrożenie oraz niepokój. Jednak reżyser Francis Lawrence kompletnie zaczyna się gubić. Mamy tu zbyt wiele scen zbędnych jak te z matką Dominiki (rozumiem, że to miało pokazać motywację, ale pojawiają się za często), relacja między naszą agentką a Nashem przebiega zbyt szybko, zaś samo starcie między USA (strażnikami wolności i tak prawymi ludźmi, że nawet agenci nie brudzą sobie rączek) a Rosją (grającą ostro, brutalnie i bezwzględnie) wygląda tak naiwnie, że aż trudno w to uwierzyć. Za mało jest tutaj odcieni szarości, jak na film szpiegowski, a za mało napięcia i akcji.

czerwona_jaskolka3

A jak sobie radzą tutaj aktorzy? Robią, co mogą i nawet dają sobie radę, jednak brakuje tutaj odcieni szarości. Wyjątkiem jest tutaj Jennifer Lawrence, która dość przekonująco pokazuje kobietę lawirującej między służbą i byciem „niewolnicą” wywiadu, a próbą osiągnięcia częściowej kontroli nad samą sobą. Nieźle sobie też radzi Joel Edgerton (Nash), jednak nie byłem w stanie uwierzyć w tą relację (poza dość niejednoznacznym początkiem) w dalszym przebiegu wydarzeń. Dla mnie film kradnie Matthias Schoenaerts jako Wania Jegorow, wyglądający niczym klon Władimira Putina, który jest bardzo śliski, mimo pozorów dobroci. To bardzo diaboliczna postać, dodająca pewnego kolorytu, tak jak bardzo chłodna Charlotte Rampling (dyrektorka szkoły Jaskółek).

„Czerwona jaskółka” to bardzo pokraczny film, próbujący złapać kilka srok za ogon. Niby pokazuje kolejny etap wywiadowczych rozgrywek między USA a Rosją oraz ich bezwzględność, jednak brakuje tutaj napięcia, zaangażowania oraz emocji. Dlaczego tego filmu nie zrobił David Fincher? To pozostanie największą tajemnicą.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Zagraniczny korespondent

Johnny Jones jest dziennikarzem amerykańskiej gazety, zajmujący się tematyką kryminalną. Ale tym razem naczelny daje mu kompletnie inne zadanie – ma pojechać do Europy (do Londynu dokładnie) i przeprowadzić wywiad z holenderskim dyplomatą Van Meerem. Człowiek ten prowadzi rozmowy mające na celu powstrzymanie wybuchu wojny. Problem w tym, że polityk jest dość trudnym partnerem do rozmowy. Następnego dnia, gdy ma dojść do konferencji, Van Meer zostaje zamordowany na oczach tłumu, a Jones (zmuszony działać przez naczelnego jako Huntley Harverstock) zaczyna pościg i próbuje na własną rękę wybadać sprawę.

zagraniczny_korespondent1

Pierwszy film Alfreda Hitchcocka zrobiony na początku lat 40. jest mieszanką thrillera, kina szpiegowskiego oraz jednocześnie jest hołdem dla dziennikarzy. Początek jest bardzo spokojny, wręcz senny, ale reżyser bardzo konsekwentnie buduje napięcie. Sama scena morderstwa jest krótka i gwałtowna, pościg przykuwa uwagę (chociaż widać, że samochody jadą na ruchomym tle), by trafić na trop dużej afery szpiegowskiej. Kiedy wydaje się, że wiemy wszystko, dochodzi do kolejnej wolty (poznajemy głównego przeciwnika, odkrywamy mistyfikację i prawdziwe motywy działania) i kolejnej, by czekać z oczekiwaniem na rozwiązanie historii.

zagraniczny_korespondent2

Już tutaj widać pewną rękę Hitchcocka w budowaniu napięcia, co czuć w świetnej scenie w młynie, gdzie Jones obserwuje zamachowca czy nerwowej scenie próby zabójstwa dziennikarza na szczycie kościelnej wieży. Niby proste tricki, ale po latach nadal skuteczne. Do tego nie brakuje drobnych akcentów humorystycznych czy to w drobnych gagach (Jones uciekający przez dach hotelu trafia do… damskiej toalety) czy dialogach. Dwie tylko rzeczy psuły frajdę z seansu. Po pierwsze, nadekspresyjna muzyka, charakterystyczna dla tej epoki i dzisiaj po prostu archaiczna. Po drugie, wątek miłosny między naszym Jonesem a córką polityka Carol Fisher nie przekonuje mnie. Nie jest to wina aktorów, ale raczej deklaratywnych dialogów. Brzmi to sztucznie, a chemii między postaciami nie czuć – trzeba wierzyć na słowo.

zagraniczny_korespondent3

Nie mniej jest to bardzo dobrze zagrane kino z wybijającym się Joelem McCreą w roli głównej. Jones to typowy dla reżysera everyman wplątany w skomplikowaną intrygę. Nie jest jednak głupcem, działa za pomocą sprytu, chociaż działającego w sposób uczciwy i etyczny. Kontrastem dla niego jest kolega z pracy Scott Folliott (świetny George Sanders), który nie boi się nawet sięgać po szantaż, by zdobyć informacje. Ale ostatecznie ten sprawiający wrażenie nieporadnego i stonowanego Anglika okazuje się porządnym gościem. Podobnie fantastyczne wrażenie robi Herbert Marshall grający czarny charakter – elegancki, kulturalny dżentelmen z bardzo ciepłym głosem. Trudno odmówić mu fasonu, ale ukrywa się pod tym bezwzględny zbrodniarz. To na tych ludziach spoczywa największy ciężar, chociaż drugi plan jest bardzo interesujący i pełen barwnych postaci (fałszywy detektyw Rowley, wychudzony Stebbins czy powściągliwy idealista Van Meer).

zagraniczny_korespondent4

„Zagraniczny korespondent” ma większość elementów typowych dla kina Hitchcocka – buduje suspens, ma wciągającą, piętrową intrygę oraz kilka razy zaskakuje, nawet najbardziej doświadczonych kinomanów. Rozrywka na poziomie, a finałowa scena w radiu jest przykładem jak powinien działać etos ludzi prasy, będących naszymi uszami oraz oczami na świat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Minionki rozrabiają

Pamiętacie największego przestępcę wszech czasów, Gru? Te czasy to już zamierzchła przeszłość – teraz prowadzi własną firmę produkującą słodycze, wychowuje troje dziewcząt i przeszedł na szeroko rozumianą jasną stronę życia. Jednak musi znowu powrócić do mroku. Ktoś zabrał – dosłownie – całe tajne laboratorium na biegunie należące do Rosjan. Powołana Liga Antyprzestępcza prosi Gru o pomoc w ustaleniu sprawcy, a jako wsparcie pojawia się Lucy. W tym samym czasie zaczęły znikać Minionki.

jak_ukra_ksiyc_21

Dystrybutorzy postanowili chyba nas zmylić i dlatego zamiast „Jak ukraść księżyc 2” mamy „Minionki rozrabiają”, przez co wielu widzów mogło poczuć konsternację. Ale na szczęście wszystko inne się zgadza: to nadal pokręcona historia Gru, który musi zmierzyć się z kolejnym wewnętrznym demonem: nieśmiałością do kobiet. A dziewczyny bardzo potrzebują mamy i chcą temu zaradzić. Cała intryga idzie w stronę kina szpiegowskiego, gdzie nasz bohater pod przykrywką próbuje schwytać łotra. I pojawia się podejrzany, ale znalezienie dowodów nie jest takie proste.

jak_ukra_ksiyc_22

Dystrybutorzy postanowili chyba nas zmylić i dlatego zamiast „Jak ukraść księżyc 2” mamy „Minionki rozrabiają”, przez co wielu widzów mogło poczuć konsternację. Ale na szczęście wszystko inne się zgadza: to nadal pokręcona historia Gru, który musi zmierzyć się z kolejnym wewnętrznym demonem: nieśmiałością do kobiet. A dziewczyny bardzo potrzebują mamy i chcą temu zaradzić. Cała intryga idzie w stronę kina szpiegowskiego, gdzie nasz bohater pod przykrywką próbuje schwytać łotra. I pojawia się podejrzany, ale znalezienie dowodów nie jest takie proste. To buduje napięcie i parę razy zaskakuje, a finałowa konfrontacja nakręca się i nie brakuje dowcipnych gagów.

O dziwo, jest troszkę więcej mroku (sceny zniknięć Minionków niemal żywcem wzięte z jakiegoś thrillera czy nawet horroru), ale na szczęście twórcy nie zapominają o rozładowaniu atmosfery żartami. I tutaj znowu błyszczą żółte ludziki, choć żarty te oparte są na klasycznym slapsticku (ale finał w ich wykonaniu – rewelacyjny). Do tego jeszcze wpleciono wątek romansowy, który parę razy jest zgrabnie ograny (moment, gdy Lucy wszędzie widzi Gru) i moment, gdy Margo przeżywa pierwsza miłość. A Gru – jak na ojca – zachowuje się ostro.

jak_ukra_ksiyc_23

Sama animacja nadal trzyma wysoki poziom i znowu wygląda ślicznie. Zarówno Minionki wyglądają bardzo uroczo (pod warunkiem, że wyglądają normalnie), nawet jeśli przez chwile można odnieść wrażenie nadmiaru ich obecności. Nadal jednak są na drugim planie, zachowując sporo uroku. Nie czuć efektu deja vu oraz odcinania kuponów, co jest dużym plusem.

jak_ukra_ksiyc_24

A także polski dubbing trzyma fason, co kolejny raz jest zasługą Marka Robaczewskiego jako Gru (to jego „r”). Gru się zmienił, ale nadal to troszkę nieśmiały i skryty, ciągle skłonny do poważnych, wręcz heroicznych czynów. Ale jeśli myślicie, że zapomniał o byciu złośliwym, to aż tak mocno się nie zmienił. Wspiera go Izabela Bukowska jako skuteczna i młoda agentka Lucy (te jej wielkie… oczy – o czym myśleliście? To film dla dzieci w końcu). Jest zdeterminowana, ambitna, uparta i konsekwentna w realizacji celu, a chemia między nią a Gru czuć od pierwszego spotkania. A na drugim planie błyszczy niezawodny Miłogost Reczek jako tajemniczy Edourdo – właściciel knajpy meksykańskiej. Pozornie sympatyczny i rubaszny grubasek, ale ma on swoje mniej przyjemne oblicze.

Byłem pewny, że „Minionki rozrabiają” będą kolejnym typowym sequelem opartym na zasadzie: to samo, tylko bardziej. Podoba mi się zmiana kierunku (Minionków jest tylko więcej), czuć świeżość i nadal to sprawia frajdę. Minimalnie bardziej mi się podobała część pierwsza, ale i tak seans był bardzo zadowalający.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Piekielna misja

Przed konferencją naukową znika ceniony profesor Montel. Ale nie jest to kwestia przypadku, gdyż naukowiec razem z kilkoma przyjaciółmi z całego świata odkrywa, iż gdzieś na Arktyce znajduje się tajna baza wojskowa z bronią nuklearną. By to sprawdzić zorganizowana zostaje ekspedycja, kierowana przez profesora oraz jego asystentkę, profesor Gerard. Zostaje nawet znaleziony nie najlepszej jakości okręt podwodny i wynajęty do dowodzenia, kapitan Jones.

piekielna_misja1

Samuel Fuller tym razem dostał troszkę większy budżet (bo film nakręcono w kolorze) i próbuje zrobić w stronę kina sensacyjno-szpiegowskiego. Jest zadanie, a powstrzymanie wybuchu III wojny światowej podejmuje się grupa ludzi ponad wszelkimi podziałami narodowymi. Amerykanie, Niemcy, Francuzi, Japończycy, naukowcy, wojskowi, politycy – taki obrazek bardzo mocno krzepi i daje wiele nadziei, że ludzkość jest w stanie działać dla szeroko pojętego dobra. Sama intryga nie jest specjalnie skomplikowana, ale Fuller potrafi zaciekawić kilkoma pomysłami. Nie brakuje suspensu jak podczas konfrontacji na morzu z drugim okrętem podwodnym (wykorzystując kilka prostych sztuczek trickowych) czy zgrabnie zrobionego przesłuchania jeńca, wykorzystując… innego skośnookiego członka załogi. Nie zabrakło odrobiny strzelania i eksplozji, ale dla mnie największym problemem jest zbyt lekki ton całości.

piekielna_misja2

Jedynie w paru miejscach czuć wagę i powagę całej ekspedycji, a wszystko idzie troszkę za łatwo. I kompletnie niepotrzebny jest wątek drugiego naukowca. Ponieważ jest nią kobieta, to musi doprowadzić do pewnych spięć (wręcz bijatyki) oraz troszkę niepotrzebne wątku miłosnego między nią a dowódcą. Ale to nie zostaje zbyt mocno rozbudowane, przez co nie wywołuje silnej irytacji. Niemniej jest naprawdę nieźle.

piekielna_misja3

Co jest także zasługą solidnego aktorstwa z pewnym Richardem Widmarkiem w roli głównej. Jako cyniczny i szorstki kapitan przekonuje swoją postawą oraz opanowaniem. Poza nim trudno nie zauważyć ładnej Belle Darvi jako profesor Gerard – mocna kombinacja urody i intelektu (także talentu lingwistycznego). Podobni dobry jest kierujący cała wyprawą Victor Franzen (prof. Montel). Trudno się tu do kogokolwiek przyczepić, a fakt, iż mówi się nie tylko po angielsku, dodaje realizmu.

Troszkę zestarzał się pod względem warsztatowym i dość melodramatyczną muzykę w tle, ale to kawałek całkiem niezłego kina z prostym przesłaniem. Ale Fullera zwyczajnie będzie stać na więcej, lecz to temat na inną opowieść.

6/10

Radosław Ostrowski

Samuel_Fuller

Snowden

Some say you’re a patriot
Some call you a spy
An American hero
Or a traitor that deserves to die
In the heart of the free world
In the home of the brave you gave up everything
To bring down the veil

Żadna inna postać w ostatnim czasie nie wywołała takich kontrowersji w historii USA, ale i całego świata jak Edward Snowden. Bohater czy zdrajca? Demaskator czy szpieg? Zdania są podzielone, a jego historia musiała zainteresować filmowców. To była tylko kwestia czasu, a jeśli a ten materiał bierze się tak kontrowersyjny reżyser jak Oliver Stone, oczekiwania zostały podniesione do ogromnych. Reżyser znany był  subiektywnego przedstawiania rzeczywistości, ale zawsze potrafił zaangażować emocjonalnie (patrz „JFK” czy „Pluton”).

snowden1

Osią konstrukcyjną filmu jest wywiad jaki udziela Snowden w Hong Kongu (gdzie, jak wiemy od pewnego posła działa biuro antykorupcyjne) dziennikarzom The Guardian. Podczas spowiedzi poznajemy jego historię od próby służby wojskowej po działalność w CIA i NSA w latach 2004-13. I tutaj reżyser przedstawia naszego bohatera, a właściwie jego przemianę: z naiwnego idealisty chcącego służyć swojemu krajowi do balansującego na granicy załamania nerwowego, podejmującego samotną walkę z systemem. Przenosimy się wraz z bohaterem do różnych zakątków świata – Szwajcaria, USA, Hawaje, wreszcie Hong Kong i Rosja, która bardzo kocha demokrację. Nie jest to jednak szpiegowski thriller, ale rasowa biografia z elementami kina szpiegowskiego.

snowden2

Stone się na bohaterze i na rozterkach, ale nie atakuje konkretnej opcji politycznej. Tak, mówi wprost, że jest źle i trzeba coś z tym zrobić. Krótkie zbitki montażowe pokazują silną presję jaką Snowden odczuwa od strony służb, a reżyser kolejny raz bawi się formą – miesza kolorystykę, filtry (sceny działa szpiegowskiego programu). I z surową bezwzględnością atakuje działania służb specjalnych, co bez wiedzy obywateli inwigilują nas wszystkich. Sami to ułatwiamy za pomocą telefonów komórkowych, portali społecznościowych, gdzie umieszczamy bezmyślnie wszystko. Mówi to wprost i bez upiększania, co wielu może uznać za propagandową agitkę. Nie brakuje tutaj napięcia (brak wywieszki „Nie przeszkadzać” czy kopiowanie danych do pendrive’a), jednak nie jest to najważniejsze. Dopiero pod koniec robi się zbyt patetycznie (przemowa Snowdena o buncie mas), ale ostatnie wszystko zostaje poddane naszej ocenie, prowokując dyskusję.

snowden3

Czuć pewne podobieństwo dzieła Stone’a do „Piątej władzy” o Julienie Assange’u, gdzie tez dotykano temat inwigilacji, ale też i do jakiego punktu można się posunąć ujawniając tajne sprawy i stając do walki z niedoskonałym systemem jakim są taje służby. A za taką walkę płaci się wysoką cenę – w końcu trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny.

snowden4

„Snowden” nie miałby takiej siły ognia gdyby nie znakomity Joseph Gordon-Leviit. Aktor upodabnia się do Snowdena bardzo mocno, przenosząc jego gesty i barwę głosu (chociaż przez długą chwilę byłem pewny, że to Keanu Reeves), ale też bardzo uważnie prezentując wewnętrzne rozdarcie między postępowaniem słusznie, a działalnością służb. Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie Shailene Woodley, która – wbrew moim oczekiwaniom – nie była tylko ładnym dodatkiem do portretu informatora. Stworzyła wyrazistą postać dziewczyny Snowdena, która go fascynuje, ale zaczyna coraz ciężej znosić fakt, że praca jest ważniejsza od niej. Na drugim planie dominuje bardzo opanowany Rhys Ifans (Corbin O’Brien) w garniturze niczym z klasycznych filmów szpiegowskich oraz całkiem dobry Nicolas Cage (Hank Forrester), który tym razem jest bardzo powściągliwy.

Stone kolejny raz przypomina o swojej dobrej formie i tak jak poprzednimi filmami podzieli wszystkich. Jednak nie radziłbym się skupiać tylko na politycznym aspekcie, lecz na psychologicznym rozdarciu między wyborem tego, co słuszne a biernemu obserwowaniu wydarzeń. I ten dylemat jest dla mnie najciekawszy, a co wy byście zrobili na jego miejscu? Pomyślcie mocno nad tym.

7/10

Radosław Ostrowski

Nocny recepcjonista

John le Carre jest jednym z popularniejszych i cenionych autorów literatury sensacyjnej z wątkami szpiegowskimi. Wiarygodna psychologia, piętrowa intryga, siatki powiązań i realizm – to cechy charakterystyczne twórczości Brytyjczyka. Nic dziwnego, że jego dorobkiem zainteresowali się filmowcy. Po znakomicie przyjętym „Szpiegu” (adaptacja powieści „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” otwierający trylogię Smileya), tym razem BBC zmierzyło się z „Nocnym recepcjonistą”.

nocny_recepcjonista1

Głównym bohaterem jest Jonathan Pine – nocny recepcjonista jednego z hoteli w Egipcie i były żołnierz. Wypełnia swoje obowiązki rzetelnie i bez zastrzeżeń. Wtedy – jak w prawdziwym życiu – pojawia się kobieta, Sophie Alekan. Niby nikt nie wyróżniający się z tłumu, jednak prosi mężczyznę o ukrycie dokumentów, dotyczących handlu bronią, w który jest zamieszany niejaki Richard Roper – znany biznesmen i filantrop. Pine przekazuje je koledze z wojska, a te z kolei do wywiadu i Angeli Burr, tropiącej Ropera od lat. Śmierć Alekan staje się na tyle silną motywacją dla Pine’a, że ten podejmuje współpracę z wywiadem.

nocny_recepcjonista2

Reżyserująca całość Dunka Susanne Bier nigdy wcześniej nie realizowała dzieła stricte gatunkowego, więc były wątpliwości, co do tego wyboru. Na szczęście wszystko skończyło się tylko na strachu. Intryga jest wystarczająco pogmatwana i zapętlona, polując na Ropera zwiedzimy Hiszpanie, Cypr, Turcję i Egipt – wszystko w mocnych i jasnych kolorach, stojąc w kontrze do zimnego, szklanego Londynu. Każdy z bohaterów grających pierwsze skrzypce skrywa pewne tajemnice i ciągle przed kimś gra, a akcja jest tutaj tylko dodatkiem i to bardzo dobrze zrealizowanym (porwanie syna Ropera, sceny pokazu sprzętu wojskowego czy finałowa konfrontacja) – tutaj liczy się psychologia postaci oraz gra pozorów. Początek jest dość spokojny i po drugim odcinku wszystko przyspiesza, a jednocześnie wymagane jest spore skupienie, by odkryć nitki związane z Roperem i tym, kto go kryje.

nocny_recepcjonista3

Co do samego Ropera i jego świty, przypominało mi to dwór królewski niż mafijną organizację, gdzie najważniejsze jest zaufanie i lojalność. To powinno działać także w drużynie walczącej przeciwko niemu, jednak nieczyste zagrywki, sprzeczne interesy i silna pokusa pieniądza, osłabia skuteczność. I jeszcze ta biurokracja.

Bier poza cholernie dobrym scenariuszem, wrzuciła cholernie świetnych aktorów. Znakomity jest Tom Hiddleston w roli Pine’a – uczciwego i przyzwoitego faceta, podejmującego ogromne ryzyko. No i  jest świetnie ubrany, a w scenach, gdy musi udawać jest maksymalnie wiarygodny. Każde spojrzenie jest dopracowane i nie ma miejsca na fałsz, chociaż później motywacja jego bohatera przestaje być jasna i klarowna. Jednak tak naprawdę serial został zdominowany przez Hugh Lauriego i Olivię Coleman. Ten pierwszy w roli Ropera jest po prostu wyborny, płynnie przechodząc od czarującego dżentelmena przez opanowanego człowieka interesu do bezwzględnego i cynicznego sukinsyna. Z kolei Angela Burr w interpretacji Coleman to tzw. twarda babka z silnym kręgosłupem, a jej zaawansowana ciąża, determinacja i ośli upór budziły skojarzenia z detektyw Gunderson z „Fargo”. Troszkę w cieniu pozostaje Elisabeth Debicki, wcielająca się w żonę Ropera – zawsze piękna i elegancka, ale tak naprawdę jest niewolnicą, skrywającą mroczną tajemnicę.

nocny_recepcjonista4

BBC kolejny raz utrzymało swój wysoki pułap i znowu przeniosło literaturę le Carre w sposób godny mistrza. Wystarczy przejść przez troszkę nudny początek, by w pełni delektować się tym dziełem, ale miłośnicy stricte bonzowskich akcji, mogą poczuć się rozczarowani.

8/10

Radosław Ostrowski

Most szpiegów

Rok 1959, okres zimnej wojny – jeden z najmniej przyjemnych w historii świata. Trwała brutalna i bezwzględna wojna wywiadowcza, gospodarcza i ideologiczna. Jednym z tych żołnierzy tej wojny jest mało znany i nierzucający się w oczy malarz, który tak naprawdę jest pułkownikiem KGB. Nazywał się Rudolf Abel. Kraj chce dać mu sprawiedliwy i uczciwy proces, więc szpieg dostaje adwokata – specjalistę od ubezpieczeń, Waltera B. Donovana. Mówiąc sprawiedliwy i uczciwy proces mam na myśli, że Abel zostanie skazany na śmierć, jak na porządnego szpiega przystało. I wtedy dochodzi do wolty, gdyż na terenie ZSRR zostaje zestrzelony amerykański pilot samolotu U-2. Rząd Moskwy proponuje wymianę, a pośredniczyć w negocjacjach ma Donovan. Miejsce wymiany oraz rozmów: wschodni Berlin.

most_szpiegow1

Nie muszę nikomu tłumaczyć, jak wielkim szacunkiem darze Stevena Spielberga. Jednak ostatnio reżyser tworzy kino, które trzyma świetny warsztat techniczny, jednak emocje gdzieś ulatują podczas seansu. Z „Mostem szpiegów” jest podobnie, gdyż jest to kino z ciekawą historią. Z jednej strony to dramat sądowy (pokazowy proces), gdzie na prawnika jest wytwarzana silna presja – otoczenia, kolegów z pracy, wreszcie CIA, by złamać go. Wiadomo, że być obrońcą wroga publicznego nr 1 oznacza zostanie wrogiem publicznym nr 2. Druga część filmu to kino szpiegowskie, gdzie zostajemy przeniesieni do NRD, gdzie już jest stawiany mur dzielący miasto na dwie części. Jest brudno, mrocznie i niebezpiecznie – gangi, tajna policja, gra wywiadów. Trudno się w tym połapać, a dodatkowo reżyser komplikuje całą intrygę, gdy pojawia się drugi zakładnik. Ale więcej wam nie powiem, zobaczcie to sami.

most_szpiegow2

Reżyser próbuje odtworzyć i pokazać młodemu odbiory, czym była zimna wojna. Czas niebezpiecznej psychozy oraz braku wzajemnego zaufania, gdzie liczy się tylko polityczny cel – przechytrzyć przeciwnika. Teoretycznie jest wszystko, co być powinno w tej produkcji: spokojne tempo, świetne zdjęcia i robiąca duże wrażenie scenografia (chodzi o Berlin – zniszczony, dziurawy i nieodbudowany) oraz przyjemna muzyka ze zmniejszoną dawką patosu. Nawet dobrze jest to zagrane przez niezawodnego Toma Hanksa, który wcielanie się w przeciętnego, amerykańskiego everymana ma opanowane do perfekcji, a lepszy jest tylko stonowany i wyciszony Mark Rylance (Rudolf Abel). Ale całość jest zimna i chłodna niczym zima w Berlinie, a napięcie siada od momentu przyjazdu. Wiadomo jak to się skończy, a momenty teoretycznie trzymające za gardło (kradzież płaszcza, przesłuchania pilota czy sama wymiana) zwyczajnie nużą. Czegoś tutaj zabrakło.

most_szpiegow3

Spielberg niby trzyma fason, ale serwuje zaledwie solidne rzemiosło, które jest tylko solidne i nic ponadto. Panie Spielberg, może pora zrobić sobie przerwę w roli reżysera?

6/10

Radosław Ostrowski

Kryptonim U.N.C.L.E.

Dziś prawdziwych szpiegów już nie ma – narzekał Ritchie Valentine z filmu „Kingsman” Matthew Vaughna. Chyba wynika to z faktu, że nie oglądał najnowszego filmu Guya Ritchie. Anglik znany z komedii gangsterskich oraz pokazania nowego oblicza Sherlocka Holmesa znów zaskoczył.

kryptonim_uncle1

Jest rok 1962, zimna wojna w pełnym stanie, Mur Berliński już zbudowano, a obydwa mocarstwa zmierzają do ostatecznej konfrontacji. Czy jest coś, co mogłoby połączyć CIA i KGB? Ukrywający się nazistowscy zbrodniarze, którzy porwali profesora i zmusili go do pracy nad bombą atomową. Dlatego wyznaczeni przez swoich przełożonych Napoleon Solo i Ilja Kuriakin muszą podjąć współpracę, by nie dopuścić do planów zbrodniarzy. Ale czy będą w stanie sobie zaufać? No właśnie.

kryptonim_uncle2

Ritchie wziął na warsztat bardzo popularny serial z lat 60., gdzie główne role grali Robert Vaughn i David McCullum. Jednak zamiast uwspółcześnić całą intrygę, jak to się zdarza w przypadku remake’ów seriali telewizyjnych (m.in.: seria „Mission: Impossible” czy „Drużyna A”), stawia na estetykę retro. „U.N.C.L.E.” to bardzo eleganckie kino, z którego aż czuć ducha lat 60. – zarówno jeśli chodzi o kostiumy (panie noszą piękne stroje, panowie w eleganckich garniturach), jak i scenografię, która robi imponujące wrażenie. I nieważne, czy jesteśmy w mrocznym Berlinie czy słonecznym Rzymie – atrakcji jest co nie miara. Owszem, intryga jest nie do końca realistyczna (te finezyjne gadżety!) i jedzie po sprawdzonych kliszach, jednak pewna ręka Ritchiego, wsparta przez scenariusz pełen wolt, dowcipnych dialogów oraz wodzenia za nos (sposób montowania scen, gdy bohaterowie odkrywają swoje karty przypomina… „Sherlocka Holmesa” i jest to kapitalnie rozegrane). Jeśli dodamy do tego jeszcze równie oldskulową muzykę Daniela Pembertona, mamy przednie kino rozrywkowe, dorównujące „Kingsman”.

kryptonim_uncle3

No i jeszcze dobrana świetna ekipa aktorów. Henry „Superman” Cavill może nie sprawdził się jako Człowiek ze Stali, jednak jako Napoleon Solo jest kapitalny. Elegancko ubrany, czarujący złodziejaszek, z gracją i klasą podchodzący do swoich zadań. I jest obowiązkowym podrywaczem – czysty Amerykanin 🙂 Partneruje mu Arnie Hammer i Kuriakin jest odpowiednim kontrastem dla agenta CIA – surowy profesjonalista, który tylko pozornie sprawia wrażenie osiłka. Czuć zgranie między obydwoma panami, a początkowa niechęć musi ufność i jest to pokazane wiarygodnie. Panowie są też wspierani przez czarujące panie – Alicię Vikander (Gaby Teller) oraz Elizabeth Debicki (Victoria Vinciguerra – główna antagonistka), a także obsadzony wbrew swojemu emploi Hugh Grant.

kryptonim_uncle4

Nie jest to może idealna rozrywka (konfrontacja na wyspie troszkę przypomina strzelaniny z gier komputerowych jak „Call of Duty”), ale Ritchie zaskakuje i wraca do formy, co cieszy. Smuci fakt, że tak mało widzów obejrzało „Kryptonim U.N.C.L.E.”, przez co szansa na sequel jest bardzo mała, bo chętnie obejrzałbym ciąg dalszy. Może jak podbije rynek DVD i Blu-Ray, nadzieja ożyje?

8/10

Radosław Ostrowski

Agentka Carter – seria 1

Jest rok 1946. Peggy Carter jest agentką pracującą w Naukowych Rezerwach Strategicznych.  Jednak zamiast działać w terenie, stoi za biurkiem i nadal opłakuje śmierć Kapitana Ameryki. Sytuacja ma się zmienić. Jej przyjaciel – miliarder i wynalazca, Howard Stark, zostaje oskarżony o sprzedaż swoich wynalazków obcym mocarstwom. I to Stark prosi ją o pomoc w oczyszczeniu swojej reputacji, ale musi to zrobić po cichu.

agentka_carter1

Marvel atakuje nie tylko komiksami czy filmami. Przegrupował swoje siły i z powodzeniem podbija tez mały ekran. Najpierw „Agentami TARCZY”, wreszcie kapitalnym „Daredevilem”, ale między tą dwójką weszła produkcja Christophera Markusa i Stephena McFeely’ego (scenarzyści obu części „Kapitana Ameryki” oraz drugiego „Thora”), dla których jest to debiut telewizyjny. Ci, co oglądają filmy Marvela poczują się jak w domu, bo będą mogli wytropić masę smaczków i aluzji. Chociaż żeby ogarnąć o co chodzi, nie jest potrzebna znajomość „Kapitana Ameryki: Pierwszego starcia” (fragmenty pojawiają się jako retrospekcje), co na szczęście jest plusem. Sama historia i intryga jest na tyle skomplikowana, by skupić uwagę odbiorcy, jednocześnie jest to tak lekkie (ten miejscami złośliwy humor), iż nie wywołuje znużenia. Szpiedzy, tajemnicza organizacja Lewiatan (atmosfera i zagadka budowana wobec tego tworu jest precyzyjna) i traktowanie kobiety jako tylko oraz wyłącznie mistrzyni zadań dla sekretarek – tak wygląda świat Peggy Carter.

agentka_carter2

Twórcom udało się wiernie odtworzyć realia lat 40. I nie chodzi tu tylko o wizualną stylizację (knajpy z neonami, eleganckie stroje, dym z papierosów) czy świetne efekty specjalne, ale też czasy, gdzie może i słyszano o feminizmie, ale nikt sobie z tego nic nie robił. Mentalność, gdzie kobieta musi być przyzwoitą damą i nie może nawet myśleć o samodzielności czy niezależności była nie do pokonania. Sceny akcji są zrobione dynamicznie i efektownie, aczkolwiek zdarza się szybki montaż (nie zbyt często, ale jednak) i całość miejscami pędzi na złamanie karku (akcja w ZSRR). Jedyne do czego bym się przyczepił to dość krótki czas trwania całości (tylko osiem odcinków) i finałowej konfrontacji, która sprawiła we mnie poczucie niedosytu (częściowo ratuje to ostatnia scena, która buduje podwaliny pod II serię), odrobinka patosu w kilku scenach czy traktowanie kolegów Carter z pracy jak idiotów – na szczęście nie wszystkich.

agentka_carter3

Dodatkowo aktorzy wczuli się w klimat i świetnie odnaleźli się w swoich rolach. Ci, co widzieli Hayley Atwell w pierwszym filmie o przygodach Steve’a Rogersa ten wie, że jest to niezależna i twarda kobieta, bardzo odbiegająca od wizerunku damy w opałach. Tutaj tylko to potwierdza, bo Peggy nie jest grzeczną dziewczynką i nie zależy jej bardzo na akceptacji męskiego grona. Twarda, elokwentna i inteligentna fighterka działająca dla dobra kraju – mimo bycia harcerką, nie jest nudną kobietą. Partnerujący jej panowie nie są tylko dodatkiem do fabuły, lecz mają swoje zadania: silny i odpowiedzialny dowódca Roger Doodley (Shea Whigham potwierdzający swoją klasę), seksistowski, wywyższający się Jack Thompson (dobry Chad Michael Murray) czy dociekliwy kaleka Sousa (przekonujący Enver Glokaj) to wyraziste, choć może stereotypowe postacie.

agentka_carter4

Najbardziej wybijają się dwaj panowie. Pierwszy to Howard Stark (świetny Dominic Cooper) – miliarder, playboy i genialny wynalazca, posiadający pragmatyczne podejście i cyniczny humor. Widać, że syn posiadł wszystkie cechy tatusia (dodał tylko od siebie zbroję). Drugim jest kamerdyner Stark, Edwin Jarvis (genialny James D’Arcy, kradnący każdą scenę) – elegancki, lojalny dżentelmen z krwi i kości. Czuć silną chemię między nim a Carter – może i sprawia wrażenie ciapowatego oraz zbyt oddanego swojej żonie, ale gdy przychodzi do poważnych akcji jest cennym pomocnikiem. Na pewno wróci w następnej serii.

agentka_carter5

 

Druga seria będzie w przyszłym roku i jedno jest pewne – będzie więcej odcinków. Marvela uniwersum coraz bardziej się zazębia, co może wprawić wielu w zakłopotanie. „Agentka Carter” to lekka i bezpretensjonalna rozrywka na wysokim poziomie, a oglądanie jej sprawia wielką przyjemność. Nie wiem jak wy, ale ja nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

8/10

Radosław Ostrowski