Osadzony

Kino więzienne to w zasadzie gatunek sam w sobie. W większości przypadków są to opowieści o próbach ucieczki z miejsca albo ludziach niesłusznie osadzonych, próbujących jakoś tam przeżyć. Poniekąd obie te konwencje łączy kolejny jeden z klasyków oraz hitów wypożyczalni kaset video z Sylwestrem Stalowym w roli głównej.

„Osadzony” opowiada historię Franka Leone (Sylwek) – kiedyś uzdolnionego mechanika samochodowego, ale wskutek jednej decyzji trafił do więzienia. Ale do końca wyroku zostało mu tylko pół roku, ma (jeszcze) wierną oraz czekającą na niego kobietę, nie sprawia kłopotów. Cóż może pójść nie tak? Ano pewnej nocy zostaje w tajemnicy przeniesiony do innego więzienia. W o wiele zaostrzonym rygorze, kierowanego przez sadystycznego naczelnika Drumgoola (Donald Sutherland). Mężczyzna ma prywatne porachunki z Leone, który parę lat wcześniej uciekł mu z więzienia pod jego kierownictwem, co doprowadziło do upokorzenia. Teraz bierze odwet i chce złamać nowego więźnia. Po to, by nigdy nie wyszedł stąd. Przynajmniej żywy.

Reżyser John Flynn na typ etapie był już zaprawionym twórcą głównie niskobudżetowych, szeroko rozumianych filmów akcji. Więc nie jest zaskoczeniem, że „Osadzony” trafił na jego stołek. Sama historia zaczyna się spokojnie, wręcz sielankowo. Jednak nagle klimat staje się bardzo surowy, wręcz szorstki i naprawdę brutalny. Może wręcz na granicy komiksowości w pokazywaniu świata przedstawionego, jednak bez popadania w karykaturę. Nie brakuje tutaj zarówno typowych elementów dla tego typu historii (osadzenie w izolatce, tutaj nazywanej dziurą, próba ucieczki) czy znajomych typów (twardy samiec alfa, wygadany cwaniak, młody skazaniec, sadystyczni strażnicy). Jednak wychodzi z tego zadziwiająco udane kino. Dużo jest tutaj napięcia jak choćby podczas wariacji futbolu amerykańskiego czy finałowej ucieczki, poczucie klaustrofobii podkreślają bardzo mroczne (dosłownie) zdjęcia oraz oświetlenie, dynamiczny montaż oraz mieszająca orkiestrę z elektroniką muzyka.

Wszystko trzyma na barkach barwna obsada. Stallone w roli głównej przede wszystkim cierpi i dostaje łomot. To jedna z jego bardziej powściągliwych ról, co wynika z jego motywacji, jednak działa. Z kolei Sutherland wydaje mi się zbyt jednowymiarowy w roli psychopatycznego naczelnika, napędzanego przez zemstę. Większość czasu w zasadzie tylko patrzy z daleka, ma niepokojącą twarz i cedzi słowa w bardzo opanowany sposób. Na szczęście całość ratuje bardzo barwny drugi plan: od żywiołowego Toma Sizemore’a (Dallas) przez zaskakującego Franka McRae (mechanik „Eclipse”) aż po szorstkiego Johna Amosa (kapitan Meissner – dowódca strażników).

Nie jest to może jeden z najlepszych filmów więziennych jak „Ucieczka z Alcatraz” czy „Skazani na Shawshank”, lecz to zaskakująco porządne kino akcji w starym stylu. Pełne znajomych klisz oraz charakterów, a jednak angażujące, wciągające i bardziej skupione na interakcjach niż tylko standardowych elementach tego gatunku.

7/10

Radosław Ostrowski

Wielki marsz

Nie mogę pozbyć się wrażenia, że w ciągu ostatnich lat filmowcy coraz chętniej biorą się za ekranizowanie bardzo bogatego dorobku mistrza grozy, Stephena Kinga. W samym 2025 roku dostaliśmy już dwie: czarną komedię „Małpa” oraz bardziej refleksyjne „Życie Chucka”. Już za dwa miesiące pojawi się bardziej skupiony na akcji „Uciekinier”, ale teraz dostaliśmy „Wielki marsz”.

Powieść została wydana w 1979 roku pod pseudonimem Richard Bachman, choć napisał ją jeszcze jako student pierwszego roku na uniwersytecie w Maine w latach 1966-67. Plany do jej ekranizacji już były szykowane w 1988 roku przez samego George’a Romero. Po drodze jeszcze szykowali się inni reżyserzy jak Frank Darabont, James Vanderbilt czy Andre Orvedal. Ostatecznie za kamerą stanął znany z serii „Igrzyska śmierci” Francis Lawrence, zaś scenariusz stworzył JT Mollner – reżyser zeszłorocznej niespodzianki „Strange Darling”. Co mogło powstać z takiego połączenia?

Akcja toczy się w niezbyt określonej przyszłości, kiedy w USA doszło do kolejnej wojny domowej, wskutek której władzę przejęło wojsko. 19 lat po jej zakończeniu zostaje utworzone najważniejsze wydarzenie sportowe, mające zjednoczyć kraj: Wielki Marsz. Bierze w nim udział 50 młodych chłopców z całego kraju, w nagrodę dostając sporo pieniędzy oraz… życzenie. Zawodnicy dostają wodę i drobny prowiant, a całość jest pokazywana przez telewizję. Jak wygrać? Jest to banalnie proste – wystarczy być jedynym chodzącym na trasie, pozbawionej końca. Jeśli będziesz szedł poniżej 5 km/godzinę, otrzymuje się ostrzeżenie, a gdy dostanie się takich ostrzeżeń trzy, zawodnik otrzymuje czerwoną kartkę. To znaczy kulę w łeb.

Już po tym opisie można odnieść wrażenie, że „Wielki marsz” klimatem przypomina wcześniej wspomniane „Igrzyska śmierci”, „Battle Royale” czy „Squid Game”. To by wyjaśniało wybór Francisa Lawrence’a na stołku reżyserskim, jednak film ma zupełnie inny klimat oraz atmosferę. Cały marsz obserwujemy z perspektywy uczestników, w zasadzie (poza retrospekcjami) nie znając niczego na temat świata przedstawionego. Pozornie wszystko wydaje się wręcz spokojne czy sielankowe. Do pierwszego strzału i śmierci, pokazywanej bez żadnego znieczulenia. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak drgnąłem przy każdym wystrzelonym naboju. Śmierć jest tu zarówno brutalna i szokująca. A wizualnie wszystko jest tu bardzo depresyjne, wyprane z kolorów i utrzymane w tonacji szarości. Jeszcze bardziej uderza tu niemal pusta przestrzeń (ogromne pola i lasy), z nieliczną grupą ludzi, patrzącą na maszerujących z obojętnością niż ekscytacją. Jak dodamy do tego wyniszczone, opustoszałe budynki, można odnieść wrażenie bycia w jakiejś postapokalipsie. Brakuje tylko pustynnego krajobrazu, by poczuć się niczym w „Mad Maxie”. I jak w tej rywalizacji znaleźć w sobie człowieczeństwo czy zaprzyjaźnić się?

Wszystko do tego zagrane przez grupę w większości mało ogranych i rozpoznawalnych twarzy. Cieszy mnie obecność Marka Hamilla (już drugi raz w tym roku w adaptacji Kinga) jako major, motywujący zawodników do walki i będący bezwzględnym wojskowym. Jednak dla mnie sercem jest budowana relacja między Rayem Gerratym i Peterem McVriesem granymi przez Coopera Hoffmana oraz Davida Jonssona. Tu jest miejsce i na odrobinę humoru, ale też obaj mają najlepiej napisane, z rozbudowaną przeszłością. Nawet drobne role są wyraziście zagrane m. in. przez Garretta Wareinga (enigmatyczny Stebbins), Charliego Plummera (antypatyczny Berkovitch) czy Romana Griffina Davisa (Curley).

Dla mnie „Wielki marsz” to najlepsza kinowa adaptacja Kinga od dawna. Lawrence bardzo przekonująco pokazuje dystopijny, bardzo mroczny świat coraz większej beznadziei i desperacji w przetrwaniu. Bardzo mocne, brutalne kino, będącej bliżej klimatem „Czyż nie dobija się koni” niż „Igrzyskom śmierci”, co wcale nie musi być wadą.

8/10

Radosław Ostrowski

Grzyby

Paweł Borowski po utrzymanym w stylistyce retro futurystycznej „Ja teraz kłamię” zrobił największą woltę, jaką tylko można było sobie wyobrazić. „Grzyby” są kinem bardzo minimalistycznym, z bardzo ograniczoną przestrzenią, niewielką grupą aktorów oraz aurą tajemnicy, która ma wywołać efekt porównywalny do dostania w mordę. Z nie wiadomo skąd.

Akcja dzieje się w lesie. A las jaki jest, każdy widzi. Drzewa, grzyby, pajęczyny, jagody – fajnie jest. Starsza pani (Maria Maj) zbiera sobie grzyby do swojego wiklinowego koszyka przy pomocy nożyka. No dzień jak co dzień. Ale podczas takiej wycieczki znajduje młodą parkę. Tylko jacyś tacy dziwni. Obrani jakby byli w XVIII albo XIX wieku i powiedzieć, że nie pasują tutaj jest oczywistą oczywistością. Ona (Paulina Walendziak) ma lekko zwichniętą nogę, on (Jędrzej Bigosiński) w stroju arystokraty. Zapewniają, że to wszystko żart ich kolegów, nie mają dokumentów ani pieniędzy. Ale zapłacą jak babuszka zaprowadzi ich do siebie, to zrekompensują to.

Borowski buduje bardzo powoli atmosferę gdzieś między snem a niepokojem. Z jednej strony sporo zbliżeń na detale w rodzaju pajęczyny, mrowiska, roślinki zakwitającej na drzewie. Ale z drugiej kamera lubi pokazywać postacie z daleka, jakby były przez kogoś podglądane. Jeszcze ta rzadko pojawiająca się muzyka, mieszająca ambientowe dźwięki z sound designem. Coś tu wisi w powietrzu, postacie są bardzo oszczędne w dialogi i nie do końca wiadomo, o co tu chodzi. Tych dwoje zachowują się co najmniej podejrzanie, unikają rozmów (szczególnie dziewczyna) i tutaj tkwi cała zagadka. Na szczęście całość jest na tyle krótka (niecałe 80 minut), przez co nie pozwala się za bardzo nudzić.

Całość wygląda naprawdę świetnie, co jest zasługą świetnych zdjęć nieodżałowanego Arkadiusza Tomiaka. Grające na ekranie trio Maria Maj/Jędrzej Bigosiński/Paulina Walendziak elektryzuje, choć najmłodsza z obsady jest bardzo wyciszona oraz (pozornie) w tle. „Grzyby” są intrygujące, powolnie budowane, zaś zakończenie naprawdę mnie uderzyło. Zdania z napisów końcowych już mniej mnie złapały, lecz nawet to nie w stanie zepsuć zadziwiająco pozytywnego wrażenia. Bardzo przyzwoity kawałek oszczędnego kina.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Trzy miłości

Jak pojawiły się wieści, że najnowszy film Łukasza Grzegorzka będzie thrillerem erotycznym, wywołało to we mnie bardzo mieszane odczucia. Z jednej strony u nas filmy o zabarwieniu erotycznym bardziej przypominały soft porno (seria „365 dni”, „Dziewczyny z Dubaju”, „Pokusa”), gdzie postacie są płaskie i papierowe, a napięcia tu tyle, co kot napłakał. Z drugiej strony, reżyser specjalizuje się w tworzeniu przekonujących portretów psychologicznych. Więc dawało to pewną obietnicę, że dostaniemy coś ciekawszego niż zazwyczaj. Co z tego powstało?

Akcja toczy się w słynnym mieście Warszawa, które (jak wszyscy wiemy z geografii) leży między Pruszkowem a Wołominem. I jesteśmy w środku dziwnego trójkąta. Lena (Marta Nieradkiewicz) to aktorka, która niedawno rozwiodła się ze swoim mężem. Poznajemy ją podczas świętowania 40. urodzin u siebie w mieszkaniu. Tam też pojawia się dwóch facetów, bardzo nią zainteresowanych. Młodszy z nich to niejaki „Kundel” (debiutujący na ekranie Mieszko Chomka, będący… studentem reżyserii) – młody student prawa, mieszkający w akademiku, do tego utrzymujący się z dilerki. Tym starszym od niego jest Jan (Marcin Czarnik), adwokat i były mąż Leny, nie potrafiący się pogodzić z byciem byłym. Dlatego wynajmuje mieszkanie w bloku obok, podgląda ją i podsłuchuje przy pomocy aplikacji szpiegowskiej w telefonie.

Sam zarys fabuły sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z filmem o trudnych relacjach, z silnym zabarwieniem erotycznym i nawet odrobiną napięcia. Tylko, że to nie do końca prawda. Nie jest to dreszczowiec z krwi i kości, bo wszystko wydaje się być zbyt umowne i zbyt wystylizowane. Od podziału na rozdziały (sztuk pięć) przez bardzo mocną kolorystykę (dominujący fioletowy filtr czy mocny błękit wody) aż po zadziwiająco sporo humoru. Grzegorzek bawi się oczekiwaniami, cały czas podrzucając kolejne momenty i sytuacje, niepozbawionych wieloznaczności. Tak jak bardzo niejednoznaczna jest dynamika między trójką postaci, gdzie miłość, obsesja, zazdrość i pożądanie mieszają się ze sobą.

O dziwo, napięcie częściowo budowane jest przez ambientowo-elektroniczną muzykę Steeza, wiele kadrów pokazuje bohaterów z dystansu, zaś sceny erotyczne (oczywiście, że są) zrobione są z większym smakiem i wyczuciem niż można się było spodziewać. Ciężko oderwać od tego oczu, zdjęcia pieszczą oczy (a nawet jest parę mastershotów), dźwięk jest bardzo wyraźny (szczególnie jak słyszymy podsłuchiwane rozmowy). Problem w tym, że czasami zdarzają się pewne momenty przestoju i parę pobocznych wątków (jak choćby relacja Kundla z profesorką, graną przez Katarzynę Herman), których można byłoby spokojnie się pozbyć.

Wszystko jednak na swoich barkach trzyma absolutnie świetne trio aktorskie. Przede wszystkim wybija się Marta Nieradkiewicz, która nigdy nie była tak magnetyzująca i elektryzująca jak tutaj. Z jednej strony nie da się oderwać oczu, przez co trochę czułem się jak podglądacz, wręcz kipi od niej sekapilem. Miesza w sobie zarówno delikatność i chęć stabilizacji, z twardym stąpaniem po ziemi, tworząc bardzo intrygującą mieszankę. Zadziwiający jest Czarnik, będący jednocześnie bardzo toksycznym mężczyzną, nie potrafiącym uwolnić się od dawnej miłości. Jednak w swojej obsesji jest żałosny, wręcz śmieszny niż niebezpieczny. No i jeszcze ten trzeci, będący tutaj największą tajemnicą. Czy naprawdę kocha, czy może się tylko bawi? Sprawia wrażenie dojrzałego, lecz czy aby na pewno? Jego obecność zmienia dynamikę w bardzo nieobliczalną trajektorię, zaś jego energia potrafi czasem zarazić.

„Trzy miłości” są intrygującym kinem erotycznym, pozornie tylko idącym w kierunku thrillera, a bardziej skręcając ku komedii. Nie wszystkim ten ton przypadnie do gustu, ale jest w tym coś tak frapującego i zmysłowego, że nie pozwala wymazać filmu z pamięci. Na seans w wakacje to całkiem niezły wybór.

7/10

Radosław Ostrowski

Epidemia

Po 2020 roku słowo „epidemia”, „pandemia” i „wirus” doprowadziły wszystkich nas do stanu najpierw szaleństwa, a potem emocjonalnego odrętwienia. Po części też pewną popularność zaczęły przeżywać na nowo filmy o epidemiach czy świecie opanowanym przez wirusa pokroju „28 dni później”, „Contagion – Epidemia strachu” lub obchodzącej 30 lat „Epidemia”.

Film Wolfganga Petersena jest niemal rasowym thrillerem, z dużym budżetem, dużą obsadą oraz… małym wrogiem, co robi wielkie spustoszenie. Wszystko zaczyna się w Zairze w roku 1967, gdzie oddział najemników padł ofiarą dziwnej choroby. Niedługo potem cały obóz został zmieciony z powierzchni ziemi jedną bombką o mocy atomówki. Wirus zdechł, ludzie zdechli, wszystko zdechło. Sprawy jednak się komplikują, gdy 27 lat później w tym samym miejscu znowu doszło do ataku śmiertelnej choroby. Do zbadania zostaje skierowana wojskowa grupa wirusologów pod wodzą pułkownika Danielsa (Dustin Hoffman), do której należy Casey Schuler (Kevin Spacey) oraz nowy członek, major Salt (Cuba Gooding Jr.). Na miejscu niemal wszyscy są martwi, zaś sam wirus jest niesamowicie skuteczny oraz bardzo szybki w tempie. Do tego stopnia, że w zasadzie nie zostawia po sobie jakichkolwiek śladów. Okazuje się, że ten wirus był bronią biologiczną stworzoną przez amerykańską armię, co ukrywa generał Ford (Morgan Freeman) oraz generał McClintock (Donald Sutherland). Jakby mało było zamieszania, wirus (już zmutowany) trafia do małego miasteczka w USA, co wydawało się niezbyt prawdopodobnym scenariuszem.

Reżyser opowiada tą historię w spokojnym tempie, by bardzo oszczędnie, lecz konsekwentnie budować napięcie. Nie brakuje tu imponujących technicznie momentów, jak pokazanie bazy laboratorium wojskowego ze wszystkimi stopniami, zabezpieczeniami oraz co badają. Wszystko w jednym długim ujęciu, tak jak pokazanie zarażenia wirusa w sali kinowej (zaskakująco dobre efekty specjalne), roznoszenie się po szpitalu przez kratę wentylacyjną – nadal te sceny robią wrażenie. Wszystko zaczyna nabierać tempa, kiedy do gry wkracza wojsko, zaś całe miasteczko zostaje poddane kwarantannie. Tutaj Petersen buduje poczucie zagrożenia, strachu oraz izolacji, a także ciągle uciekającego czasu. Poszukiwania pacjenta zero (roznosiciela) są żmudne, strasznie powolne oraz trzymają w napięciu. Skala jest ogromna (ilość żołnierzy i sprzętu wojskowego jest imponująca nawet teraz), nie brakuje nawet pościgu helikopterów (nie gorszego choćby od popisów w „Mission Impossible: Fallout”), zaś w tle gra symfoniczno-elektroniczna muzyka od Jamesa Newtona Howarda mocno w stylu „Ściganego” zmieszanego z „Ostrym dyżurem”.

By nie było słodko „Epidemia” ma pewne wyboje. Pierwszym jest wątek relacji między Danielsem a jego byłą żoną, graną przez Rene Russo. Początkowo wydaje się zbędny i niby ma pokazać jak wyboistą drogę przeszli, jednak spowalniało to tempo i akcję. Po drugie, w paru miejscach dialogi wjeżdżają w zbyt wysoki poziom patosu (aczkolwiek scena w Białym Domu jest świetna). A po trzecie, uczynienie z antagonistów wojskowych, chcących zatuszować swoje dawne grzechy, może nie jest najgorszym pomysłem, lecz te postacie są zbyt jednowymiarowe. Wręcz na granicy przerysowania (tak, panie Sutherland, mówię o panu).

Jednak nawet te drobiazgi nie są w stanie ukryć faktu, że „Epidemia” jest mocnym dreszczowcem z paroma mocnymi uderzeniami oraz nerwową atmosferą. Obsada nie zawodzi, Petersen prowadzi wszystko sprawnie, mieszając momenty kameralne z większą skalą i jest to całkiem prawdopodobny scenariusz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Węże w samolocie

Film Davida Ellisa z 2006 roku to przykład filmu tak głupiego i tak złego, że aż dobrego. Albo ocierającego się o bycie dobrym. Po samym tytule nie należało spodziewać się wybitnego dzieła, ale nie byłem gotowy na taką ekstrawagancję.

Bohaterem filmu jest młody surfer Sean Jones (Nathan Phillips), przebywający na Hawajach. Jednak zamiast szaleć na desce albo na motorku jest świadkiem czegoś, czego nie powinien widzieć. Mianowicie niejaki Eddie Kim (Byron Lawson), lokalny gangster, co ma w kieszeni policję, zabija prokuratora prowadzącego śledztwo przeciwko niemu. Chłopak ucieka, jednak ludzie mafioza dopadają go w jego domu. Na szczęście pojawia się odsiecz w postaci agenta FBI Flynna (Samuel L. Jackson), który zabija siepaczy i bierze Seana pod swoją ochronę. Mam zeznać przeciwko Kimowi, by ten poszedł siedzieć. Flynn planuje wysłać świadka samolotem pasażerskim, gdzie pierwsza klasa byłaby tylko dla Jonesa, niego oraz drugiego agenta. Nawet podają mylny samolot, lecz Kim orientuje się w zamiarach i postanawia wykonać „genialny” ruch. Otóż jego ludzie przemycają do samolotu… węże wszelkiej maści, do tego przed lotem spryskują luk feromonami.

Jeśli myślicie, że fabuła jest idiotyczna i niedorzeczna, to… macie rację. Jakim cudem główny złol oraz agent w ogóle wiedzą, jak wygląda Sean, skoro ten pierwszy słyszał tylko silnik motoru, zaś drugi (jakimś cudem) wie o wszystkim. Jak udało się w ogóle umieścić tyle węży, by nikt się nie zorientował? I jak one potrafią wejść do kabiny pilota? Głupot jest tu więcej, a twórcy wydają się być ich świadomi. Całość brzmi jak mocno zakręcona wersja „Szklanej pułapki” w powietrzu, oscylująca między komedią akcji a B-klasowym horrorem. Postacie są zabijanie w durny, choć kreatywny sposób, do tego jeszcze mamy widok POV węży z użyciem zielonego filtra (skąd ta zieleń), nie brakuje stereotypów i szablonów wśród uczestników eskapady (stewardessa w swoim ostatnim locie, kobieta z pieskiem, niemiecki ważniak czy raper z dwójką dużych – i czarnych – ochroniarzy). No i pojawiają się czasem takie teksty, które potrafią wybić z równowagi (rozmowa pilota ze stewardessą: Dasz radę pilotować jedną ręką? / Zdziwiłabyś się, co potrafię zrobić jedną ręką).

Jeszcze w ten miks mamy wrzuconego działającego z zewnątrz kolegę Flynna (Bobby Cannavale), próbującego znaleźć specjalistę od węży, by znaleźć surowicę. Niby ma to być odskocznią i jeszcze podbić napięcie, jednak nie do końca to działa. Tak samo jak zbyt wiele ciemnych ujęć w samolocie, przez co ciężko cokolwiek zauważyć. O wiele bardziej film działa jako komedia, gdzie nawet wypowiadane z powagą dialogi, brzmią idiotycznie. Właściwie z obsady to tutaj tylko Samuel L. Jackson oraz Julianna Margulies (stewardessa Grace) najbardziej zapadają w pamięć, odnajdując się w tym szaleństwie.

To jest bardzo specyficzne kino, które wielu może odrzucić i uznać za absolutne badziewie. Ellis wydaje się nie traktować całości zbyt poważnie, jest masa dziur logicznych, co może doprowadzić do ogromnego wytrzeszczu oczu oraz niedowierzania. Jeśli jednak potraktuje się całość z przymrużeniem oka, ściągnie się znajomych z piwem, doświadczenie może być dużo lepsze.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Szpiedzy

Steven Soderbergh odkąd wrócił z emerytury kręci filmy równie intensywnie jak Ridley Scott. W przeciwieństwie do Anglika, reżyser „Ocean’s Eleven” nie stworzył żadnej spektakularnej padaki i częściej trzymał poziom. Nie inaczej jest w przypadku „Szpiegów”, czyli bardzo powolnego, skupionego na dialogach thrillera w świecie tajnych służb.

Przewodnikiem po tym świecie jest George Woodhouse (Michael Fassbender) – prawdziwy as wywiadu, który zostaje zadanie rozpracowania zdrajcy. Sprawa dla niego jest bardzo poważna, bo wśród piątki podejrzanych (troje agentów, specjalistka od obsługi satelity, psycholog) jest… jego żona, Kathryn (Cate Blanchett). Na znalezienie zdrajcy ma siedem dni. Na początek zaprasza podejrzanych na kolację do siebie i powoli zaczyna się cała gra. A wszystko dotyczy czegoś nazywanego Severusem.

Soderbergh razem ze scenarzystą Davidem Koeppem tworzy mieszankę przypominającą troszkę kryminał Agathy Christie z powieściami Johna le Carre. Z pierwszym łączą ją eleganckie dialogi, odrobina humoru oraz pewna… teatralność w prezentowaniu narracji, zaś z drugim środowisko. I znowu wkraczamy do świata pełnego kłamstw, oszustwa, manipulacji, gdzie stawką jest związek. Podobno idealny, wręcz dziwnie działający w świecie, gdzie nie powinno takie połączenie działać. Tutaj nie ma miejsca na galopującą akcję, świszczące kule oraz eksplozje niczym z „Mission Impossible” czy jakiegoś Bonda. Wszystko bazuje tu na sprytnych dialogach, gdzie podrzucane są kolejne poszlaki, tropy oraz podejrzenia. Bardzo powoli jest podkręcane napięcie, każda scena ma swój ciężar, coś wisi w powietrzu. A rozwiązanie jest w pełni satysfakcjonujące, pokazane w nagłym, brutalnym stylu.

Wizualnie pozornie „Szpiedzy” nie rzucają się w oczy, ale Soderbergh raz na jakiś czas pozwala sobie na zabawę (początek zza pleców George’a na jednym ujęciu, montażowe przebitki podczas łowienia ryb czy szybkie najazdy kamery w finale czy przeplatające odpowiedzi podczas przesłuchania na wariografie). Przez co nie ma tutaj miejsca na nudę, całość jest delikatnie oświetlona, zaś w tle gra elektroniczno-jazzowa muzyka. Każde ułożenie kamery jest przemyślane, nie brakuje długich ujęć czy zbliżeń.

A wszystko jest świetnie zagrane. Absolutnie błyszczy tutaj Michael Fassbender, którego George sprawia wrażenie bardzo chłodnego, wręcz pozbawionego emocji robota. A jednocześnie podchodzi bardzo poważnie i precyzyjnie do wszystkiego, co robi (na widok poplamionej koszuli podczas gotowania musi się przebrać), rzadko pozwalając sobie na jakiekolwiek rozedrganie. Elektryzująca, charyzmatyczna, celowo „szara” postać, fantastycznie uzupełnia się z przepiękną (jak zawsze) Cate Blanchett. Razem i osobno nie można oderwać wzroku. Także drugi plan jest tu przebogaty, gdzie przewija się m. in. mocny Tom Burke (lubiący używki Freddie Smiths), wyrazista Marisa Abela (obsługująca satelitę Clarissa) czy bardzo powściągliwy Rege-Jean Page (pułkownik Stokes). Troszkę niewykorzystany był (moim zdaniem) Pierce Brosnan w roli szefa komórki, Arthura Stieglitza.

„Szpiedzy” to trzeci wspólny duetu Steven Soderbergh/David Koepp i ta kolaboracja jest bardzo udana (poprzednich dwóch nie widziałem). Inteligentnie napisany, stylowo wyreżyserowany, cudownie zagrany oraz ładnie wyglądający. Jak najbardziej warto się wybrać i dać się złapać w tą szpiegowską układankę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ukryty motyw

Ile już razy byliśmy w więzieniu na ekranie. Zarówno z perspektywy więźnia, jak i strażników, gdzie warunki przetrwania są trudne, szorstkie oraz brutalne. Po części tak samo jest w przypadku nowego dzieła ze Skandynawii, czyli „Ukrytego motywu”.

Historia skupia się wokół Evy Hansen (Sidse Babett Knudsen) – strażniczki więziennej w tej części więzienia o złagodzonym rygorze. Można odnieść wrażenie, że jest o wiele bardziej empatyczna, pełna współczucia i próbująca pomagać więźniom. Inaczej nie działałaby w szkole ani nie prowadziła zajęć z medytacji. Jednak jej spokojne, pełne rutyny zostaje wywrócone do góry nogami. Wszystko z powodu pojawienia się nowego więźnia, którego widok wywołuje u niej zgrozę. Mikkel (Sebastian Bull) to byczek, pełen tatuaży koleś oraz agresywniejszy niż wszyscy bokserzy razem wzięci. Sla Evy sprawa jest na tyle poważna, że chce się przenieść do oddziału o zaostrzonym rygorze, gdzie przebywa nowy więzień. I tutaj zaczyna się gra.

Reżyser – jak w przypadku „Winnych” – bardzo powoli buduje atmosferę i chłodny klimat. Jest sporo skupienia na twarzy bohaterki, której intencje początkowo wydają się jasne. Przynajmniej przez pierwsze 20-30 minut, ALE potem zaczynają się poważne kwestie. Manipulacja, nadużywanie władzy, szantaż, wręcz obsesja wobec nowego więźnia – Moller bardzo powoli podkręca atmosferę. Eva od początku niemal idzie na konfrontację z Mikkelem: od odmowy wręczenia papierosów przez wrobienie go w narkotyki aż do fizycznego ataku. Jednak w tym momencie ich relacja zaczyna się komplikować i nie wiadomo, kto tu jest ofiarą, a kto katem oraz kto tak naprawdę manipuluje. Eva coraz bardziej zaczyna pokazywać swoje ciemniejsze, nieznane sobie wcześniej oblicze. Te momenty była dla mnie najciekawsze w całym filmie.

Problem w tym, że napięcie działało jak sinusoida. Raz potrafiło mocno przytrzymać na skraju fotela (przeprowadzenie rewizji osobistej, odmowa wręczenia więźniowi papierosów czy wizyta w domu matki), ale potem potrafiło nagle osłabnąć. Sama historia oscylowała na granicy prawdopodobieństwa (podrzucenie narkotyków i noża, załatwienie przepustki), niemniej pozostawia z mocnym zakończeniem, pokazującym jak łatwo można zarazić się złem i jak łatwo można znieczulić się przez nie.

Niemniej „Ukryty motyw” potrafi działać dzięki mocnej oraz wyciszonej roli Sidse Babett Knudsen. Jej Eva początkowo sprawia wrażenie bardzo sympatycznej, choć zdystansowanej od innych strażniczki. Ale z pojawieniem się Mikkela coś zaczyna się dziać – widać nerwowość w spojrzeniu, mówi mniej pewnie, a wzrok pozornie wydaje się skupiony. Ta sprzeczność daje emocjonalną reakcję i aktorka dźwiga na swoich barkach całość aż do ostatniej sceny. Równie mocny jest Sebastian Bull jako twardy, brutalny, szorstki Mikkel. Czy naprawdę jest takim bezwzględnym osiłkiem, ale potem znowu pokazuje się z innej strony – manipulanta, cwaniaka oraz (przy scenach z matką) o wiele delikatniejszego, choć może to była maska. Warto też wyróżnić mocnego Dara Salima jako naczelnika oddziału o zaostrzonym rygorze, Ramiego.

„Ukryty motyw” nie jest aż tak gęsty i intensywny jak poprzedni film Mollera „Winni”. Niemniej pozostaje ciekawym thrillerem psychologicznym o tym, jak łatwo można zarazić się złem. Zdarzają się pewne drobne niewiarygodności i naciągane momenty, ale broni się mocnym aktorstwem oraz bardzo chłodną atmosferą.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Surfer

Życie to surfing, więc nie bój się fal – tak śpiewał Artur Rojek z zespołem Myslovitz. To zdanie równie dobrze mogłoby pasować do głównego bohatera filmu „Surfer”. I nie jest film, jakiego byśmy spodziewali się po takim tytule.

Tytułowy surfer (Nicholas Cage) to bardzo poważny biznesmen, co przyjechał z synem wypasionym Lexusem oraz dwiema deskami surfingowymi do Australii. Jego plan jest prosty, czyli kupić swój rodzinny dom, zamieszkać tam z rodziną i wrócić do surfowania. Ale po drodze wiele się zmieniło. Do realizacji planu brakuje funduszy, syn nie czuje entuzjazmu do pomysłu, zaś na plaży znajduje się grupa lokalsów pod wodzą Scally’ego (Julian McMahon). Ci zachowują się niczym sekta i nie wpuszczają nikogo w myśli zasady: „nie mieszkasz tu, nie surfujesz”. Jednak nasz bohater nic z tego nie robi, zostaje na parkingu i plaży, co doprowadza do tarć. A zaczyna się od kradzieży desek surfingowych.

Choć akcja dzieje się w Australii, to za „Surfera” odpowiadają… Irlandczycy, reżyser Lorcan Finnegan i scenarzysta Thomas Martin. Czy to jakiś wpływ na odbiór filmu? Szczerze nie. Sam film to psychologiczny thriller, zrobiony za mały budżet i ograniczony do dwóch lokacji: plaży oraz parkingu. Reżyserowi świetnie udaje się zbudować klimat – plaża i falująca woda wygląda wręcz nieziemsko, niczym z pocztówki, jest sporo zbliżeń na faunę i florę. A jak słyszymy jeszcze równie atmosferyczną muzykę Francoisa Tetaza, można poczuć się jakbyśmy trafili do raju. Tylko to wszystko jest tylko i wyłącznie fasadą, pod którą skrywa się… no właśnie co.

Im dalej w las, tym bardziej razem z głównymi bohaterem zaczynamy uczestniczyć w dziwnych interakcjach, zaś każda sytuacja doprowadza na skraj szaleństwa. A to wypasiony Lexus znika i nikt nie wydaje się go pamiętać, a to telefon zostaje oddany w zastaw za kawę, zaś kiedy bohater chce go odzyskać, to… sprzedawca zaprzecza, że coś takiego miało miejsce. Reżyser podpuszcza i prowokuje, wywołując dezorientację, w czym jeszcze pomagają zniekształcone kadry, rybie oko czy niekonwencjonalne ujęcia, gdzie widzimy akcję z oczu jakby… dziejącą się pod wodą oraz krótkie przebitki z przeszłości. Tu może być klucz do zrozumienia motywacji surfera oraz jego działań, które pozornie wydają się irracjonalne. A o czym jest ten film? Mam pewne podejrzenia: toksyczna męskość, walka z własnym ego, mierzenie się ze swoimi traumami. Ale wnioski musicie wyciągnąć sami.

A jak radzi sobie nasz mistrz Nicolas? Rola w „Surferze” jest skrojona pod niego i odnajduje się w niej świetnie, we wszystkich rejestrach emocji: od opanowania i spokoju po (nad)ekspresję, coraz bardziej wyczuwalne szaleństwo oraz ból. W kontrze do niego stoi Julian McMahon, który samą posturą budzi respekt i sprawia wrażenie charyzmatycznego guru. Wydaje się rozumieć naszego bohatera, a może tylko nim manipuluje i stoi za całym tym szaleństwem.

Dzisiaj nie trzeba się wstydzić bycia fanem Nicolasa Cage’a, a „Surfer” to kolejny dowód dobrej dyspozycji aktora. Bardzo kreatywny formalnie thriller, z bardzo gęstą atmosferą, przepiękną warstwą audio-wizualną oraz niepokojącym klimatem. Grzechem byłoby przegapić to dzieło.

8/10

Radosław Ostrowski

Mulholland Drive

Chyba z żadnym reżyserem nie miałem tak trudnej relacji jak z Davidem Lynchem. Zdecydowanie twórca „Diuny” umiał budować niepokojącą, oniryczną atmosferę, mieszając sny i jawę. Z jednej strony zdecydowanie idący w postmodernizm, zderzając sceny liryczne z przemocą. Z drugiej mocno miesza w chronologii, przez co bywa trudno do śledzenia oraz rozgryzienia. Zupełnie jakby Lynch nie miał pojęcia, co robi. Takie też odniosłem wrażenie pierwszy raz oglądając „Mulholland Drive”, jednak teraz obejrzałem go na dużym ekranie, odnowiony cyfrowo w jakości 4K pod nadzorem Lyncha oraz autora zdjęć Petera Deminga.

A więc czym jest Mulholland Drive? To jedna z ulic Los Angeles, położona we wschodniej części Gór Santa Monica, przez co jest częściowo słabo zaludniona. Właśnie tutaj przejeżdża czarna limuzyna, w której znajduje się brunetka (Laura Harring). Nagle auto się zatrzymuje i wszystko wskazuje, że kobieta ma zostać zastrzelona. Wtedy dochodzi do wypadku, wskutek czego piękność traci pamięć i jako jedyna wychodzi z sytuacji bez szwanku. Mniej więcej w tym samym czasie do miasta przybywa Betty (Naomi Watts) – młoda dziewczyna z ambicją pozostania aktorką. Wprowadza się do domu swojej ciotki, która wyjeżdża na plan nowego filmu. Losy obu pań się przetną, próbując rozwiązać tajemnicę brunetki, przejmującej imię Rity.

Lynch, jak to on, zaczyna mącić niemal od samego początku. W zasadzie „Mulholland Drive” skręca niemal we wszystkie kierunki. Jest tu atmosfera niczym z kina noir, zaś intryga toczy się niejako mimo woli. Reżyser wprowadza kolejne postaci, które jeszcze bardziej gmatwają cały obraz i wydają się nie być powiązane ze sobą. Jest młody reżyser (Justin Theroux) skonfrontowany z gangsterami, stawiającymi warunek w kwestii obsadzenia głównej roli; płatny morderca (Mark Pellegrino) wykonujący – dość niekompetentnie – swoją robotę; mężczyzna opowiadający znajomemu swój koszmar w jadłodajni; wreszcie gangsterzy sterujący i decydujący o być albo nie być powstawaniu filmów oraz… Kowboj. Jest tego o wiele więcej, czyniąc całość bardzo skomplikowanym labiryntem.

Co jest snem, co jest jawą? Jeśli to sen, czyj on jest? A może wszystkie wydarzenia to tylko iluzja? Lynch znowu robi wodę z mózgu, podrzucając różne wątki, tropy, dając spore pole do interpretacji. Ale też tutaj ta historia wydaje się mieć ręce i nogi. Choć niektóre ujęcia oraz dialogi powtarzają się, to jednak za każdym razem mają inny kontekst oraz znaczenie. Jest i wizualne czerpane z lat 60. (włącznie z muzyką), jest tajemniczy klub Silencio, gdzie wszystko jest grane z taśmy (włącznie ze śpiewem), niepokojąca muzyka Angelo Badalamentiego oraz bardzo dynamiczna praca kamery. Technicznie jest to lepiej wykonana „Zagubiona autostrada”, bardziej pociągająca i wsysająca niczym odkurzacz.

To by wszystko nie zadziałało, gdyby nie fenomenalne dwie główne role, czyli Naomi Watts i Laura Herring. Pierwsza wydaje się aspirującą oraz cholernie uzdolnioną aktorką, próbującą się przebić. A jednocześnie jest bardzo naiwna, próbująca działać niczym detektyw-amator, ale to tylko jedna z warstw. Za każdym razem Watts jest elektryzująca, dominująca ekran i zawsze pociągająca. Z kolei Herring ma w sobie coś pociągającego niczym dawna gwiazda Hollywood (imię Rita, o ile to jej prawdziwe imię, nie jest przypadkowe), ale jednocześnie jest zagubiona, zdezorientowana i próbująca odnaleźć swoją tożsamość. Obydwie panie razem elektryzują bardziej niż jakakolwiek elektrownia atomowa, pozostając mocno w pamięci. Warto też wyróżnić Justina Therouxa jako reżysera Adama Keshera, który – w zależności od sytuacji – albo będzie walczącym o swoją wizję filmowcem zderzonym z rzeczywistością, albo zwykłym rzemieślnikiem. To dla mnie najciekawsza postać z bogatego drugiego planu, gdzie mamy m. in. Monty’ego Montgomery’ego (Kowboj), znanego z „Twin Peaks” Michaela J. Anderson (enigmatyczny pan Roque), a nawet sam Angelo Badalamenti (gangster Luigi Castigliane – scena z kawą, niezapomniana).

Aż sam jestem zdziwiony jak tym razem rezonowało ze mną „Mulholland Drive”. Wreszcie Lynch łączy sen z jawą w tak nieprawdopodobny sposób, że nie można oderwać oczu. Z ogromną ilością niezapomnianych kadrów, doznań i połączeń, pozostające w głowie na długo po seansie. A o czym to jest? O Hollywood, będącym jednocześnie fabryką snów i niszczycielem marzeń? Koszmarze niespełnienia? Drodze ku szaleństwu? O sile iluzji? To kilka kluczy do interpretacji, ale jednoznaczną odpowiedź musicie znaleźć sami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski