Labirynt

Doverowie i Birchowie są zaprzyjaźnionymi rodzinami. Ojcowie razem prowadza firmę stolarską, zaś ich dzieci wspólnie bawią się ze sobą, ich córki Anna i Joy idą się bawić na dwór, ale nie wracają. Sprawę zaginięcia prowadzi detektyw Loki, a pierwszą poszlaka staje się kamper znajdujący się na podwórzu w dniu zaginięcia. Jego kierowca, Alex Jones zostaje aresztowany i przesłuchany. Wydaje się, że zostanie to rozwiązane szybko i łatwo. Niestety, podejrzany zostaje wypuszczony, dowodów nie ma, poszlaki okazują się ślepymi uliczkami. Ojciec jednej z porwanych dziewczyn, Keller Dover próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę, porywając Alexa.

W ostatnim czasie (m.in. serial „Dochodzenie”) pojawia się grupa kryminałów, w których dominującym wątkiem jest porwanie lub zabójstwo dziecka. Film Denisa Villeneuve’a wpisuje się w ten nurt, jednak nie jest to opowieść w hollywoodzkim wydaniu, zaś happy end jest co najmniej połowiczny. Ale po kolei. Łamigłówka jest prowadzona w sposób stopniowy, ale konsekwentny, dodatkowo atmosfera jest więcej niż nie przyjemna. I nie chodzi tu o gęstniejący śnieg czy fakt, ze większość kluczowych wydarzeń odbywa się w nocy lub ciemności. Moralnemu zepsuciu (okrucieństwo, węże, porwania) towarzyszą opuszczone i podniszczone domostwa w małym miasteczku, co sprawia, że  wszystko to przypomina koszmar, a samo rozwiązanie jest dość zaskakujące (z Bogiem w tle – więcej nie zdradzę). Całość ma świetne zdjęcia (Roger Deakins jest mistrzem w komponowaniu kadru i posługiwaniu się kolorami – gonitwa do szpitala w ciemności czy pokazanie „więzienia” Alexa od środka), nieprzyjemna muzykę i bardzo dobry montaż. Ale pojawiają się tu zastoje, wątki obyczajowe (jak rodzina radzi sobie z utratą bliskich) same w sobie są niezłe, ale trochę zakłócają i zostają potem porzucone.

labirynt1

No i jest to naprawdę dobrze zagrane. Najważniejszy tutaj jest Keller grany przez Hugh Jackmana, który bardzo pozytywnie zaskakuje. I nie chodzi o to, że nie ma szponów między rękoma czy wyrywa flaki. Bardzo przekonująco pokazuje człowieka, który nie radzi sobie ze zniknięciem i jest wkurzony bezradnością oraz nieudolnością policji (jego zdaniem, choć trudno się z tym nie zgodzić). Bo detektyw Loki (Jake Gyllenhaal w dobrej dyspozycji) sprawia wrażenie gościa, który popełnia wręcz podręcznikowe błędy (zostaje spalony podczas śledzenia czy doprowadza do samobójstwa podejrzanego za pomocą pistoletu), jednak w końcu rozwiązuje sprawę. Poza tą dwójką najbardziej błyszczy Paul Dano (upośledzony Alex) i Melissa Leo (Holly Jones), zaś solidny poziom trzymają Maria Bello (żona Kellera), Terrence Howard i Viola Davis (Franklin i Nancy Birch).

labirynt2

„Labirynt” jest trzymającym w napięciu dreszczowcem. Tylko jedno pytanie: a co wy byście zrobili w takiej sytuacji? Czego wam nie życzę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Amerykanin

Jack zajmuje się zabijaniem za pieniądze. Ale mężczyzna jest ścigany przez Szwedów, którzy zabili jego kochankę. Za radą swojego szefa, ukrywa się we włoskim miasteczku, gdzie otrzymuje ostatnie zlecenie – wykonanie broni i trzymanie się z daleka. Wtedy wbrew sobie zaczyna nawiązywać znajomość z miejscowym księdzem oraz prostytutką.

amerykanin1

Anton Corbijn znany jest przede wszystkim jako reżyser teledysków i fotograf. Ale uznał, że to za mało i postanowił spróbować swoich sił jako reżyser filmów fabularnych. Po biografii Iana Curtisa („Control”), postanowił zrobić film sensacyjny w europejskim stylu oraz plenerach. Wzorując się na Jean-Pierre Melville’u, reżyser stawia na oszczędną, ale bardzo estetyczną formę, mniejszą ilość dialogów oraz spokojniejsze tempo, podszyte chłodem. Jednak Corbijnowi nie udaje się zaangażować emocjonalnie, dlatego rozterki killera, który ukrywa się i zastanawia się czy nie rozpocząć nowego życia wygląda dość sztuczna, a przemiana jest niewiarygodna. Ładne plenery Włoch i całkiem nieźle zrobiony sceny akcji, to trochę za mało, by „Amerykanin” przykuł uwagę.

amerykanin3

Broni ten film George Clooney, który świetnie wypada jako małomówny Jack. Niby spokojny, ale zawsze w pogotowiu i z bronią w ręku. Gdy jest cynicznym twardzielem, kupujemy to i wierzymy mu. Natomiast przemiana w romantyka nie do końca mnie przekonuje. Tak samo postać księdza, który robi tu za głos sumienia. Reszta aktorów jest po prostu solidna.

amerykanin2

Corbijn zaryzykował i moim zdaniem przegrał. Wyszedł z tego całkiem niezły film, ale to trochę za mało.

6/10

Radosław Ostrowski


JFK

22 listopada 1963 roku był jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych. Wtedy dokonano zamachu na prezydenta tego kraju, Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, który zmarł wskutek odniesionych ran, zaś za sprawcę uznano Lee Harveya Oswalda. Jednak w 1966 roku, prokurator z Nowego Orleanu Jim Garrison podjął się na własną rękę poprowadzić śledztwo w sprawie zamachu, podejrzewając spisek i zamach stanu.

jfk1

W oparciu o książkę Garrisona swój film nakręcił Oliver Stone – facet, który uważany był za speca od kina niewygodnego, trudnego i skrajnie subiektywnego. W „JFK” tym razem poszedł na całość i stworzył najbardziej porażający spisek od czasów „Wszystkich ludzi prezydenta” Alana J. Pakuli. Samo śledztwo Garrisone jest oparte bardziej na pogłoskach, zeznaniach osób, które nie mogą stanąć przed sądem („skoro oni zabili prezydenta, co może ich powstrzymać przed zabicie striptizerki?”) oraz materiałach, które zostały utajnione i ujrzą światło dzienne (prawdopodobnie, chyba że znów coś zmajstrują) w 2029 roku. Akt oskarżenia, który pokazuje w tym 3-godzinnym thrillerze jest więcej niż mocny: obrywa się administracji prezydenta, tajnym służbom, federalnym i mafii. Masa nazwisk, poszlak i pokazano wszelkie próby zatarcia śladów, nie pokazując sprawców. Stone pokazuje tyle znaków zapytania, że nie ma żadnych wątpliwości, co do istnienia spisku.

Czy my będziemy w stanie w to uwierzyć? To już zostawiam waszej ocenie, ale jedno nie ulega wątpliwości – reżyser opowiada to, w tak fascynujący sposób, że nie byłem w stanie oderwać oczu od tego, co się dzieje. Zdjęcia, w których zgrabnie wpleciono inscenizowane momenty (czarno-biała taśma) z materiałami archiwalnymi oraz świetny montaż w połączeniu z intrygującym scenariuszem tworzą koktajl Mołotowa. I choć sam proces zajmuje jakieś ostatnie 45 minut filmu, to jest on wisienką na torcie i czymś, co powinno dać nam satysfakcję. Ale jest jedna rzecz, która nie daje mi tu spokoju i przeszkadzała mi w seansie: wybielenie i zmitologizowanie prezydenta Kennedy’ego jako męża stanu. Jednak wynika to z faktu, że ten aspekt życia prezydenta nie interesował reżysera.

Ale i nawet to wszystko, nie byłoby takie pociągające, gdyby nie świetna obsada, w której nie zabrakło bardzo znanych i uznanych aktorów. Najważniejszy jest tutaj Jim Garrison, czyli jak zwykle dzielny i prawy Kevin Costner. Może i nie jest to specjalnie zaskakujący wybór, ale tutaj aktor naprawdę zaskoczył i wypadł bardzo dobrze. Silny charakter, choć pełen wątpliwości, zaś jego mowa w procesie to jeden z najważniejszych monologów w historii kina. Poza nim pierwsze skrzypce tutaj grają nadpobudliwy Joe Pesci (paranoiczny David Ferrie) i bardzo oszczędny Tommy Lee Jones (Clay Shaw, nie ukrywający swojego homoseksualizmu, ale to tylko pozory). Jest jeszcze Gary Oldman, czyli Lee Harvery Oswald – tutaj pokazany jako agent wywiadu, który zostaje wystawiony do wiatru czy grający współpracowników Garrisona Michael Rooker (Bill Broussard) i Jay O. Sanders (Lou Ivon). Ale jest tutaj masa epizodycznych ról świadków, którzy odgrywani są, m.in. przez Jacka Lemmona (Jack Martin) czy Kevina Bacona (Willie O’Keefe), jednak na mnie największe wrażenie zrobił Donald Sutherland jako tajemniczy X – były szef wywiadu wojskowego.

Mógłbym napisać więcej, ale „JFK” to naprawdę mocny film polityczny, który przykuwa uwagę do samego końca. Pytanie czy kiedykolwiek zostanie ujawniona prawda o Kennedym pozostaje otwarte, ale reżyser wierzy, że w końcu ludzie przejrzą na oczy. Może brzmi to naiwnie, ale jest to bardzo sugestywne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Supermarket

Sylwester. W jednym z supermarketów trwają przygotowania, zaś ochrona pod wodzą Jaśmińskiego dostaje zadanie ściślejszego pilnowania towaru, gdyż jest to czas nasilających się kradzieży, ponieważ jak to się mówi hajs się nie zgadza, a kradzieży nie można tolerować. W tym czasie do supermarketu przybywa jubiler Warecki, który próbując kupić akumulator zostaje oskarżony o kradzież.

supermarket1

Maciej Żak miał ambicje na stworzenie ciekawego thrillera, gdzie przy okazji pokazuje się supermarkety z niekoniecznie dobrej strony – nieprofesjonalna ochrona, lewe interesy kierownika, nieświeży towar, kradzieże. Tutaj nie można się opieprzać, ważne są wyniki i by w kasie się zgadzały pieniądze. Jednak mam dziwne wrażenie, że reżyser nie wykorzystał w pełni swojego potencjału. Ponieważ wątek kryminalny jest porzucany przez poboczne, które nie są zbyt interesujące i spowalniają tempo („sklepowa miłość” czy koledzy jednego z ochroniarzy), co w przypadku dość krótkiego filmu (84 minuty) jest co najmniej zastanawiające. Poza tym reżyser pewne wątki, które mogłyby wydawać się ciekawe zostają porzucone, jak w przypadku ochroniarzy Jarzyny i „Nerwusa”.  I wyszedł z tego dość czerstwy film z elementami dreszczowca, w którym nie brakowało ciekawych scen („przesłuchania” Wareckiego). Ale to wszystko gdzieś utonęło w realizacji i po prostu zabrakło pomysłu na to, czym miał być ten film.

supermarket2

Sytuacji nie ratują też aktorzy, którzy prezentują dość nierówny poziom. Najmocniej z całej obsady wypadają trzej panowie: Marian Dziędziel (twardy szef ochrony Jaśmiński), Przemysław Bluszcz (śliski i cwaniakowaty kierownik) oraz, co najbardziej zaskakujące Tomasz Sapryk w roli jubilera-ofiary, którego próbują uciszyć ochroniarze, potwierdzający swój talent dramatyczny. Najbardziej zaś mnie drażnił Mikołaj Roznerski w roli niepasującego do reszty ochroniarza Himka – kręcącego się bez sensu, z kolei zmarnowano potencjał Wojciecha Zielińskiego (ochroniarza Jerzyna – były student), Mateusza Janickiego („Nerwus” – ksywa mówi za siebie) oraz całkiem niezłego Macieja „Kołcza” Łuczkowskiego.

Z tej mieszanki wyszedł niby thriller, niby dramat, niby wnikliwa obserwacja. Taki niby film.

5/10

Radosław Ostrowski

Polowanie na łowcę

Rok 1983, Alaska. W małym miasteczku znikają młode kobiety, jedna z nich zostaje odnaleziona martwa z łuską. Pojawia się kobieta, która zeznaje, że padła ofiarą gwałciciela, który próbował ją zabić. Jednak policja jej nie wierzy, bo: a) dziewczyna jest prostytutką, b) sprawcą jej zdaniem jest szanowany obywatel Robert Hansen. Jednak prowadzący sprawę sierżant Halcombe postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie.

lowca1

Debiutujący na dużym ekranie Scott Walker przedstawia prawdziwą historię, która w tamtych czasach mroziła krew w żyłach. W dodatku miejsce akcji (stan Alaska) tworzy dość mroczny klimat. Sama historia nie toczy się w super szybkim tempie, nie ma tutaj zawodów strzeleckich. Zamiast tego mamy żmudne śledztwo, bezsilność policji i próbę wykiwania sprytniejszego sprawcy. Niby nie ma zaskoczenia, bo z góry wiemy kto to zrobił, nie ma zbyt wielu wątków pobocznych, jednak całość sprawia wrażenie solidnego dreszczowca z paroma ponurymi scenami (scena zabicia kobiety). Bez ubarwiania, słodzenia czy fajerwerków, co należy zdecydowanie na plus.

lowca2

Drugim zaskoczeniem jest naprawdę udana i ciekawa gra aktorska. Śledczego gra tutaj Nicolas „zagram we wszystkim” Cage, który tutaj zaprezentował naprawdę przyzwoity poziom i nie drażnił swoją miną zbitego psa. Poza tym był bardziej opanowany i oszczędniejszy w grze. To samo postanowił zrobić John Cusack grający seryjnego zabójcę i wyszło mu to świetnie. Nie ma tu pójście w groteskę, jest pełne opanowanie i spokój, jakby po wszystkim (zabiciu) nic się nie stało. Ten facet naprawdę potrafi przerazić. Kolejną niespodzianką była niezła Vanessa Hughes jako prostytutka Cindy – niedoszła ofiara, wiarygodnie pokazując strach i przerażenie.

Czy można było wycisnąć więcej z tej historii? Chyba nie, dlatego Walkera należy pochwalić za solidność i realizm. Owszem, były lepsze filmy o tego typu tematach, ale nie można zaliczyć „Polowania…” za porażkę. Kawał udanego kina.

7/10

Radosław Ostrowski

Układ zamknięty

Wszyscy pamiętamy sprawę firmy, której właściciele zostali aresztowani i osadzeni przez rok. Firma zbankrutowała, panowie dostali śmieszne odszkodowania, zaś sprawcy tej całej prowokacji mają się dobrze. Ta historia zainspirowała Ryszarda Bugajskiego do nakręcenia filmu pt. „Układ zamknięty”.

uklad1

Emocjonalnie jest to mocne kino, gdyż trudno przejść obojętnie wobec takiej niesprawiedliwości. Nie pierwszej i nie ostatniej, nie tylko w naszym kraju, ale w ogóle. I nie oszukujmy się, że to tak łatwo się zmieni. Atmosfera jest bardzo nieprzyjemna, a reżyser pokazuje system (ludzi przy władzy) jako chciwych i pazernych sukinsynów, którzy mają prawo i sprawiedliwość (przypadkowa zbitka słów) na ustach i tylko na ustach. A sami robią większe przekręty niż mafia i tajne służby razem wzięte. Jednak nie jest to film taki idealny. Prosty, czarno-biały podział, wykorzystanie dość typowych klisz (prokurator zły, biznesmeni dobrzy, a dziennikarz tropi prawdę mimo wszystko), ospałe tempo akcji, porzucenie naszych przedsiębiorców w dalszej części filmu – to może przeszkadzać. Jednak reżyser wie, na jakich strunach grać, by mimo wszystko zaserwować kopa w cztery litery.

Jeśli zaś chodzi o stronę aktorską, to jest ona naprawdę niezła, ale i tak uwagę skupiało dwóch facetów. Pierwszy to niezawodny Janusz Gajos w roli prokuratora Kostrzewy. Dręczony wyrzutami sumienia cyniczny prawnik, stosujący wręcz makiaweliczne metody (kruczki prawne i archaiczne przepisy). Drugą mocną rolą jest naczelnik skarbówki grany przez dawno nie widzianego Kazimierza Kaczora. Aktor bardzo przekonująco zagrał pedantycznego urzędnika, który jednak okazuje się tym trochę lepszym. Zaś trzecim do pary jest młody prokurator Słodowski (Wojciech Żołądkiewicz, który dziwnie przypomina Zbigniewa Ziobrę) – ambitny, świadomy działań szefa bydlak przejmujący pałeczkę w kantowaniu. Reszta niestety robi tylko za tło, a chciałoby się więcej.

uklad2

„Układ” ma sporo wad, ale jakimś dziwnym cudem działają one na korzyść filmu. Silne emocje, ponura wizja naszej rzeczywistości, gdzie jedyną obroną jest stworzenie własnego układu, a prawda nikogo nie obchodzi. Na Zachodzie takich filmów powstało multum, a ten wpisuje się w ten nurt. Czy po obejrzeniu mieliście ochotę stąd zwiać?

7/10

Radosław Ostrowski

Trans

Simon London jest pracownikiem domu aukcyjnego, który współpracuje z gangsterem Franckiem. Pomaga mu w kradzieży cennego obrazu, którego schował, a potem… traci pamięć. Jego szef decyduje się go wysłać do terapeutki, by za pomocą hipnozy wyciągnąć informacje. Nie będzie to jednak takie proste.

trans1

Danny Boyle tym razem postanowił stworzyć własną wersję „Incepcji”. Mamy dość banalną intrygę, która się zapętla, myli tropy i komplikuje non stop cała opowieść, budując atmosferę z filmów Davida Lyncha, gdzie każde słowo może być kluczem do rozwiązania tajemnicy. Jest to kolejny pokazujący jak dobrym komputerem jest ludzki mózg, choć jest mocno podatny na bodźce zewnętrzne i potrafi spłatać figle. Tylko „Panaceum” Soderbergha miało równie pogmatwaną intrygę, ale tutaj problem jest jeszcze większy, bo nie wiem co jest prawdą, a co tylko wytworem naszego umysłu. Nie brakuje masy zaskoczeń (choć parę z nich może wydawać się niedorzecznych), gry pozorów, polanej pulsującą elektroniczną muzyką, wprowadzającą w trans oraz świetnemu montażowy. Tym większy był dla mnie finał, którego się nie spodziewałem. Więcej wam nie zdradzę, bo mógłbym zepsuć frajdę z oglądania.

trans2

Aktorzy też dorzucają swoje i trudno się do nich przyczepić. Świetnie wypadł James McAvoy w roli Simona. Jest zagubiony, nieufny i skonsternowany. Jak się potem okaże, facet dość mroczną tajemnicę. Twardy jest Vincent Cassel jako szef gangu – uparty, manipulujący, pomysłowy i nieustępliwy. Ale największym dla mnie zaskoczyła była Rosario Dawson, która niby jest femme fatale, ale nie wiadomo po czyjej jest stronie. Strasznie skomplikowana postać, którą trudno rozgryźć.

trans3

Boyle tym razem pobawił się w kino gatunkowe i wyszedł z tego obronną ręką. Świetnie poprowadzone ze skomplikowanym scenariuszem oraz dziwaczną, lekko oniryczną atmosferą.

8/10

Radosław Ostrowski

Ludzie Smileya

George Smiley jest emerytowanym brytyjskim agentem. Jednam mężczyzna zmuszony jest wrócić do wywiadu. Śmierć byłego radzieckiego generała, który współpracował z wywiadem brytyjskim zaczyna lawinę wydarzeń we Francji, RFN i Szwajcarii.

BBC drugi raz zmierzyło się z opowieściami le Carre o George’u Smileyu. I tak jak w poprzedniej serii („Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg”) intryga jest prowadzona dość statycznie, wręcz spokojnie (ekspozycja trwa ponad połowę pierwszego odcinka zanim rusza akcja), jednak mocno uderza naturalizm oraz powolnie budowana atmosfera tajemnicy i osaczenia. Tutaj tajni agenci to urzędnicy i w większości samotnicy, którym patrzy się na ręce i są zależni od tych przy władzy, niekoniecznie mądrych gości. Zadbano też o język (Niemcy gaworzą po niemiecku itp.), zaś stateczne tempo wynagradzane jest skomplikowaną intrygą oraz kilkoma dialogami, które podkręcają atmosferę (wszystkie rozmowy Smileya czy to z emerytowaną Connie – „komputerem” Cyrku czy szantaż na urzędniku radzieckiej ambasady) i trzymają w napięciu, głównie w finale. Szantaż, morderstwo, emerytura, zemsta, wyrachowanie – ta mieszanka będzie nam towarzyszyć do samego końca, który nie będzie efektowny. Jednak dla mnie jest to bardziej wiarygodne niż Bond czy inny Bourne.

Poza solidną realizacją, dobrym scenariuszem, nie można nie wspomnieć o aktorach, którzy znów dali z siebie wszystko. Alec Guinness w zasadzie powtórzył swoją kreację w poprzedniej serii, ale trudno mi teraz kogoś innego wyobrazić w roli Smileya. Opanowany profesjonalista, który dominuje i wie jak potraktować odpowiednio człowieka, by zebrać odpowiednie informacje, zaś spojrzeniem wyraża więcej niż słowami. Poza nim mamy dość bogaty drugi plan, choć z pań wyróżniają się dwie: Beryl Laid (Connie Sachs – zgorzkniała, starająca się zapomnieć swoją przeszłość) oraz Eileen Atkins (zmuszona do współpracy madame Ostrakowa). Jeśli zaś chodzi o panów koniecznie należy wyróżnić powtarzającego swoją rolę Bernarda Hamptona (Toby Esterhaze), Michela Lonsdale’a (Grigoriew – scena szantażu kapitalna!) oraz odtwarzający kluczowe role tria: Curd Jurgens (generał Władimir)-Władek Sheybal (Otto Leipzig)-Mario Adorf (Kretschmar).

Anglicy potwierdzają, że nawet w dawnych czasach robili udane seriale telewizyjne. Ma powstać kinowa wersja z Garym Oldmanem – ekipa ma trudne zadanie dorównać temu dziełu.

8/10

Radosław Ostrowski

Polowanie

Lucas jest nauczycielem pracującym w przedszkolu, gdzieś na duńskiej prowincji. Ma świetny kontakt z dziećmi, spotyka się z emigrantką Lydią, sam zaś jest rozwodnikiem. Jednak życie Lucasa zmienia się w piekło. A zaczęło się od tego, że pewna dziewczynka (Klara) ze skłonnościami do konfabulacji oskarżyła nauczyciela o molestowanie.

polowanie1

Thomas Vinterberg to obok Larsa von Triera najbardziej znany przedstawiciel Dogmy 95. Tym razem zrobił dramat, który jest pełen napięcia jak rasowy thriller (zabicie psa, rzucanie głazem w dom Lucasa). Jednak nie ma tutaj widowiskowości czy realizacji w amerykańskim stylu. Realistycznie pokazane, bez żadnego słodzenia, reżyser pokazuje jak łatwo można kogoś oskarżyć, w zasadzie nie sprawdzając i w żaden sposób nie weryfikując słów dziewczynki, bo przecież dzieci nie kłamią. Co oni, „Dra House’a” nie oglądali czy co? Prawda nie liczy się, zamiast niej rządzi strach, wrogość (scena w supermarkecie, gdzie Lucas zrobił zakupy dopiero po pobiciu jednego z pracowników), odrzucenie (poza jednym człowiekiem), szczucie. Zaś bohater nie ucieka, zostaje, jest bierny. Niby wszystko potem zostaje wyjaśnione i wybaczone, ale zakończenie rzuca cień wątpliwości. Surowe zdjęcia, ponura atmosfera, to najmocniejsze atuty tego filmu.

polowanie2

I jest jedna mocna karta – Mads Mikkelsen w roli głównej, który wypada po prostu znakomicie. To jeden z tych aktorów, który samym spojrzeniem potrafi wyrazić więcej niż słowami. Wierzymy mu (sprawa jest jasna od początku), wzbudza on nasza sympatię, jednak nie atakuje (chyba że musi) i nikt mu nie wierzy. Mocna, silna kreacja zapadająca w pamięć. Poza nim warto wyróżnić Thomasa Bo Larsen (Theo – przyjaciel Lucasa i ojciec Klary) oraz Annike Wenderkopf (Klara – sprawczyni całego zamieszania).

Skandynawowie kolejny raz udowadniają, że potrafią zrobić ciekawy i nieszablonowy film na tak oczywisty temat jak nagonka na człowieka. Mocne kino, absolutnie warte uwagi.

8/10

Radosław Ostrowski

Intryga rodzinna

Julia Rainbird jest bogatą kobietą. Prosi o pomoc jasnowidzkę Blanche Tyler. Jej zadaniem jest znalezienie nieślubnego syna jej siostry, która 40 lat temu oddała go innym ludziom. Nie wie jednak, że jasnowidzka jest oszustką. W tym samym czasie pewien jubiler Arthur Adamson ze swoją wspólniczką okradają pewnego bogatego magnata.

intryga1

Alfred Hitchcock po obrzydliwym „Szale” tym razem się uspokoił i postawił na klasyczną intrygę kryminalną. Początek wydaje się dość chaotyczny, bo mamy przeskok z jednego wątku na drugi. Jedno jest pewne: obydwa te wątki będą musiały się spotkać ze sobą. Intryga kryminalna jest tutaj zgrabnie poprowadzona – tajemnica, zniknięcie, mistyfikacja, kradzież, morderstwo. Czyli te wątki, które są dla Hitcha bardzo rozpoznawalne. Nie brakuje też odrobiny humoru reżysera, a kilka scen (jazda samochodem z uszkodzonymi hamulcami czy finał) potrafi trzymać w napięciu. Samo rozwiązanie jest satysfakcjonujące, choć raczej oczywiste do przewidzenia. Mimo to realizacja zasługuje na uznanie, scenariusz jest więcej niż solidny (choć jest tu sporo zbiegów okoliczności), a sam film, choć ostatni w dorobku mistrza jest godnym pożegnaniem z kinem.

Siłą napędową też jest tu naprawdę dobre aktorstwo. Najbardziej błyszczy Barbara Harris jako pseudo-jasnowidz, który jest przede wszystkim pazerny na kasę. Jednak w tym przypadku, chyba trafiła kosa na kamień. Partneruje jej świetny Bruce Dern jako taksówkarz, który udaje detektywa. I gdy zbiera informacje, jest naprawdę przekonujący. Poza tą dwójka jest jeszcze jeden duet graczy: William Devane (Arthur Adamson – opanowany, konsekwentny złodziej) i niedawno zmarła Karen Black (Fran – piękna, lojalna i posłuszna, kochanka idealna), który równie trzymają poziom i fason.

intryga2

Ostatni film, ale w tym przypadku nie oznacza to gorszego czy słabego kina. Mistrz trzyma poziom i po prostu zrobił swoje.

7,5/10

Radosław Ostrowski