Misery

Pisarz to wcale nie jest taka łatwa fucha. Zobowiązania, terminy i przede wszystkim tzw. twórcza wena. Ale jak zdobyć wenę, gdy piszesz o postaci, która staje się dla ciebie ciężarem? Taki dylemat ma niejaki Paul Sheldon – bardzo uznany i doświadczony autor bestsellerowych romansideł o Misery. Właśnie zakończył pisać ostatnią powieść o tej kobiecie i ruszył w drogę do wydawnictwa, gdy pojawia się śnieżyca, a auto wypada z drogi. Sheldon traci przytomność (ma tez złamane nogi i rękę), ale zostaje odnaleziony przez swoją fankę – pielęgniarkę Annie Wilkes. W podzięce autor pozwala jej przeczytać rękopis swojego dzieła. I jakby to powiedzieć, to był błąd.

misery1

Wszyscy wiemy jakim pisarzem jest Stehpen King? Dobrym, znaczy dobrze się sprzedającym. Kino poznało się na nim od jego debiutu „Carrie”, przeniesionego na ekran przez Briana De Palmę, a mistrzami w adaptacjach Kinga stali się, m.in. Frank Darabont („Skazani na Shawshank”, „Zielona mila”), David Cronenberg (mocna „Martwa strefa”) czy Bryan Singer (”Uczeń szatana”). Śmiało do tego grona można umieścić Roba Reinera, który dwa razy podchodził do książek mistrza grozy i dwa razy z powodzeniem – „Stań przy mnie” (na podstawie opowiadania „Ciało”) z 1986 i nakręcone 4 lata później „Misery”. Bardziej jest to jednak thriller niż stricte horror, ale atmosfera i napięcie jest tutaj naprawdę mocno budowane. Reżyser wybiera taktykę dwutorowego opowiadania. Pierwszy tor dotyczy Sheldona uwięzionego tak naprawdę przez Annie i zmuszonego do napisania powieści o Misery na nowo. A jeśli nie będzie chciał, to go się go naszpikuje jakimiś psychotropami w strzykawce, jak to nie pomoże – rozwalimy mu gojące się nogi. Drugi dotyczy niejakiego Bustera – miejscowego szeryfa, który próbuje odnaleźć pisarza. Obydwa te tory zderzają się w końcu doprowadzają do wręcz spektakularnego (jak na tego typu produkcję) finału.

misery2

Przy okazji Reiner pokazuje jak silna może być relacja pisarz-czytelnik, gdzie obie strony są tak naprawdę zależne od siebie. Sheldon chce się wyzwolić od swojej postaci, przez to czując się gorszym pisarzem, który tylko zarabia na tym, chce być bardziej ambitny. Wiem, że nie wszyscy fani na taką wieść, muszą wybierać tak desperackie metody rozwiązania sprawy, ale czy wtedy nie następuje pewnego rodzaju złość i odwrócenie się od autora? Annie desperacko napędza Shelodona, na co on powoli zaczyna się adaptować (pod groźbą i bezsilnością), stając się demiurgiem napędzającym świat chorej kobiety, która dzięki temu czuje się doceniona i potrzebna. Samo prowadzenie tej atmosfery (kompletna izolacja, opady atmosferyczne, brak telefonu i wózek, na którym prowadzi Sheldon) naprawdę robi wrażenie, choć na początku może sprawiać wrażenie pewnej teatralności i sztuczności, jednak przywiązanie do detalu (operator Barry Sonnenfeld się naprawdę postarał) oraz świetny montaż (m.in. praca przy pisaniu Paula w rytmie utworów Liberacego czy powrót Sheldona do pokoju przeplatający się z przybyciem Annie do domu – naprawdę to trzyma za gardło).

misery3

A jeśli chodzi o aktorstwo, to jest to tak naprawdę teatr jednej osoby. Imię jej to Kathy Bates – jej Annie to jedna z najbardziej przerażających i strasznych osób jakie kiedykolwiek widziało kino. Pozornie to spokojna, rozpromieniona fanka, która kocha swojego autora oraz jego książki. Ale czasami ta spokojna kobieta, potrafi bardzo mocno i impulsywnie zareagować – żeby tylko wrzaskiem, jednak na podniesionym głosie się nie kończy, o czym już wspominałem. Jednak wtedy następuje wyciszenie i znów staje się potulna oraz miła. Partnerujący jej James Caan (kojarzony głównie jako narwany Santino Corleona z „Ojca chrzestnego”) może nie jest aż tak efektowny, ale za to jest bardzo sugestywny i równie wiarygodny jak łagodno-demoniczna Bates. On ma emocje wpisane w oczach, głównie strach i poczucie bezsilności, ale też ma swoje przebłyski (ironiczne złośliwości czy scena spalenia świeżo napisanej powieści). I to jemu kibicujemy, życząc mu jak najlepiej. Poza nim warto wspomnieć o epizodzie Richarda Farnswortha (dobroduszny i życzliwy szeryf Buster), partnerująca mu Frances Sternhagen (żona szeryfa, Virginia – ich wspólne kłótnie delikatnie łagodzą mroczny klimat) oraz Lauren Bacall (wydawca, pani Sindell).

„Misery” to jedna z najlepszych adaptacji książek Kinga, choć literacki pierwowzór był trochę brutalniejszy. Ale Reiner tylko potwierdził swoją biegłość oraz wielką formę, która jeszcze przez dłuższy czas towarzyszyła. O tym jednak pomówimy kiedy indziej, a jeśli chcecie zostać literatami, zobaczcie i się zastanówcie.

8/10

Radosław Ostrowski

Bestseller

Porucznik Dennis Meechum jest nowojorskim gliniarzem, który w 1972 r. przeżył napad na posterunek i ranił jednego z napastników. W oparciu o to wydarzenie napisał powieść, która stała się bestsellerem. Ale od tej pory minęło 15 lat i policjant przeżywa kryzys twórczy po śmierci swojej żony. I wtedy poznaje tajemniczego Cleve’a, który chce by napisał książkę o nim. A że był on płatnym zabójcą działającym dla pracownika dużej korporacji – Davida Matlocka, to Meechum początkowo sceptyczny postanawia przyjrzeć się sprawie i zacząć pisać.

bestseller1

Trzeba przyznać, że punkt wyjścia tego zapomnianego filmu Johna Flynna (bardziej znany jako reżyser „Osadzonego” ze Stallonem) – kojarzonego głównie z kinem klasy B. Tutaj jednak wyszedł całkiem solidny dreszczowiec, który trochę wpisywał się w antykorporacyjny nurt, gdzie szefowie firm są naprawdę potężnymi ludźmi, którzy nie zawsze w sposób zgodny z prawem funkcjonują. Większość czasu spędzamy głównie na dialogach oraz relacji między uczciwym gliniarzem a bezwzględnym i zblazowanym zabójcą, która jest prawdziwą siłą napędową i daje naprawdę duże pole do popisu. Nie brakuje tutaj napięcia (próba porwania córki Meechuma czy strzelanina w pralni), odrobiny humoru (bijatyka w barze) czy paru naprawdę zgrabnych dialogów (autorem był Larry Cohen – kojarzony głównie z marnymi horrorami oraz „Telefonem”) i wyszła z tego naprawdę dobra mieszanka. Może miejscami przewidywalna, z hollywoodzkim zakończeniem, ale ma to swój specyficzny klimat.

bestseller2

Swoje tez robią aktorzy. Misiowaty Brian Dennehy naprawdę radzi sobie jako zdeterminowany gliniarz, dla którego praca gliny jest ważniejsza od pisania. Ale jak już znajdzie trop, nie odpuści, trochę nieufny, ale potrafiący logicznie myśleć. Jednak cały film skradł mu fenomenalny James Woods. Wyrachowany, bezwzględny Cleve potrafi miejscami wzbudzić sympatię, ale jest bardzo trudnym przewodnikiem po tym brudnym świecie. Obaj tworzą naprawdę ciekawy duet, choć początkowo są trochę nieufni wobec siebie. Pozostali robią tutaj za tło i niespecjalnie się wyróżnia (włącznie z głównym antagonistą).

bestseller3

Mimo lat i pewnych niedoskonałości, „Bestseller” nadal potrafi przykuć uwagę i broni go James Woods będący wówczas w naprawdę wybornej dyspozycji. Aż trudno w to uwierzyć, że odpowiadają za nie niego reżyser i scenarzysta tworzący głównie produkcje co najwyżej średnie. Ale nawet takim czasem udaje się wybić.

7/10

Radosław Ostrowski

Bates Motel – seria 1

Po śmierci swojego męża Norma Bates razem z synem przenoszą się do miasteczka w Kalifornii. Kupuje stary motel i chce przywrócić mu dawny blask. Jednak poprzedni właściciel grozi, że się odegra. Próbuje zgwałcić Normę, ale zostaje zabity. Ukrycie jego zgonu wywołuje cała lawinę zdarzeń i parę mrocznych tajemnic.

bates_motel1

Branie się za przenoszenie na mały ekran wielkich kinowych przebojów jest bardzo ryzykowne. Zaryzykowali twórcy „Hannibala” (moim zdaniem się udało), zaś Anthony Cipriano poszedł o krok dalej i postanowił zrobić prequel kultowej „Psychozy” Alfreda Hitchcocka. Tylko jak to zrobić, żeby wciągnęło i nie przynudzało? Twórcy poszli trochę droga „Hannibala” – niby jest to prequel wydarzeń, ale osadzony we współczesnych realiach (komórki, laptopy), jednak zamiast wyczuwalnego napięcia w stylu mistrza H. jest mroczna tajemnica a’la „Miasteczko Twin Peaks”, gdzie nic nie jest oczywiste i jasne. Morderstwa, prostytucja, narkotyki – a wszystko to robione po cichu i w tajemnicy (nawet policja jest w to umoczona). Ale w tym toksycznym środowisku jest jeszcze Norman Bates – tutaj wchodzący w dorosłe życie młody chłopak, który nie do końca sobie radzi ze wszystkim i jest aż nadwrażliwy. Pierwsze zauroczenie, pierwszy seks, sprzeczki z nadopiekuńcza matką, pierwsze morderstwo – takie tam problemy młodych ludzi. Klimat jest mroczny, a wątki prowadzone są bardzo dokładnie, a niespodzianek jeszcze będzie przed nami kilka (druga seria już wkrótce), z dobrymi dialogami i naprawdę solidną realizacją.

bates_motel2

Zaś jeśli chodzi o aktorstwo – jest tutaj naprawdę bardzo dobrze. Cały ekran kradnie tutaj fantastyczna Vera Farmiga. Norma w jej interpretacji to nadopiekuńcza i manipulująca swoim synem matka. W dodatku nerwy mam mocno rozerwane i nie potrafi pogodzić się z tym, że nie idzie po jej myśli, ukrywając wiele tajemnic oraz działając nie zawsze w sposób racjonalny. Równie przekonujący jest Freddie Highmore, czyli młodociany Norman Bates. Sprawia wrażenie spokojnego, trochę zamkniętego w sobie chłopaka. Ale wystarczy chwila, by gwałtownie eksplodował (finał pokazuje jak bardzo) i wtedy hamulce puszczają, ale zawsze pozostaje uległy wobec matki i jest jej posłuszny ponad wszystko. Poza tą dwójką warto wyróżnić młode panie – Olivię Cooks (Emma) oraz Nicolę Peltz (Bradley), a także Maxa Thieriota (Dylan, przyrodni brat Normana), Nestora Carbonelliego (szeryf Romero) i przerażającego Jere’a Burnsa (tajemniczy Jack Abernathy).

bates_motel3

Kolejny przykład udanego serialu bazującego na znanej marce. Nie wiem jak wy, ale ja czekam na następne odcinki.

8/10

Radosław Ostrowski

Piąta władza

Jak wymyślił Monteskiusz, władza dzieli się na trzy części: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Ale nieoficjalnie wytworzyła się władza czwarta, czyli media, czego francuski myśliciel nie przewidział. Nawet współcześni dziennikarze nie byli w stanie przewidzieć, że powstanie piąta władza, która spróbuje zniszczyć wszystkie poprzednie. Tak narodziło się WikiLeaks, a wszystko zaczęło się w 2007 roku, gdy niemiecki informatyk Daniel Berg poznał Juliana Assange’a.

piata_wladza1

I o tym próbuje opowiedzieć najnowszy film Billa Condona („Kinsey”, „Dreamgirls” czy finał Sagi „Zmierzch”), który jest pewną mieszanką. Z jednej strony mamy biografię, która skupia się na blondwłosym przywódcy ruchu ujawniającego tajne dokumenty, pokazujące nadużycia władzy. Jednak pokazanie gościa z laptopem w ręku, który tylko przyciska klawiszami, było mało atrakcyjne dla filmu, więc pojawiają się elementy thrillera – spotkania z informatorami, obserwacje przez CIA, polowanie i potajemne rozmowy. To uatrakcyjnia historię, przenosząc ją z miasta do miasta (od Niemiec przez Islandię) i nadając odrobinę szybsze tempo. Punktem przełomowym jest dotarcie do dzienników wojskowych USA oraz korespondencji dyplomatycznej, nie tylko dla filmu, ale i głównych bohaterów, co doprowadza do rozłamu między nimi. Nie dość, że jest to naprawdę sprawnie zrealizowane (choć parę razy kamery drży, a napięcie od połowy tylko rośnie, potęgowane przez elektroniczną muzykę Cartera Burwella), ogląda się to z dużym zainteresowaniem, nawet znając rozwój wypadków. I to była dla mnie spora niespodzianka, bo tak się chyba rodzi historia.

piata_wladza2

W dodatku jest to naprawdę dobrze zagrane. W szczególności wyróżnia się Benedict Cumberbatch w roli Assange’a. Ten blondyn w jego interpretacji na początku sprawia wrażenie charyzmatycznego przywódcy, który wierzy w słuszność swoich działań (anonimowość informatorów i przekazywanie informacji bez edycji). Ale potem staje się manipulatorem i oszustem, posuwającym się do wszystkiego, skrywającym niejedną tajemnicę. Przeciwieństwem jest Daniel Berg, w równie przekonującym wykonaniu Daniela Bruhla – stonowany, rozsądny i zafascynowany swoim kolegą. Ale tylko do czasu. Poza tym duetem, drugi plan jest dość bogaty – od niezawodnych Stanleya Tucci (James Boswell) i Davida Thewlisa (dziennikarz Nick Davies) przez dawno nie widzianą Laurę Linney (dyplomatka Sarah Shaw) i Carice van Houten (Brigitta, współpracowniczka Assange’a).

piata_wladza3

Sam Assange uznał „Piątą władzę” za propagandę. Jednak zakończenie daje wiele do myślenia i stawia pytanie: co tak naprawdę wiemy o Assange’u i WikiLeaks? No właśnie. Ale może być początkiem poszukiwania prawdy o całej tej sprawie.

7/10

Radosław Ostrowski

Żądza bankiera

Banki kojarzą się z kryzysem, bo one do niego doprowadziły. Wiadomo jakie one są – chciwe, pazerne i ciągle głodne. Jeden taki bank we Francji jest kierowany przez mocno schorowanego prezesa, który musi chwilowo zostać zastąpiony. Na jego miejsce wybrany jest młody i ambitny Marc Tourneuil, który chce większych przywilejów dla siebie. Ale to nie jest akurat jego największy problem. Jest nią grupa amerykańskich akcjonariuszy, która chce przejąć bank. Tylko jak to zrobić, skoro nie może nikomu ufać?

zadza1

Francuski reżyser z greckimi korzeniami, czyli Costa-Gavras wprowadza nas w bardzo dobrze znany świat finansjery, która jest nastawiona tylko i wyłącznie na zysk. Pod tym względem nie jest to nic, o czym bym nie wiedział. Że to bezwzględne sukinsyny, które stosują wiele nieczystych zagrywek, też nie jest niczym nowym. Ale jak się to dobrze ogląda i trzyma w napięciu. Te wszystkie zakulisowe rozgrywki i koalicje, pełne gróźb, obietnic i podstępów oraz prezes, który musi znać i obserwować każdy krok (zatrudnienie byłego detektywa do pilnowania wszystkiego). I kolejna ilustracja tego, że „chciwość jest dobra”, choć ostatnie zdanie należy potraktować jako ostrzeżenie. Także realizacja stoi na poziomie – dominują tutaj sterylne pomieszczenia biur, stonowana kolorystyka, a montaż też jest bardziej spokojny. I nie brakuje kilku naprawdę mocnych dialogów dających do refleksji.

zadza2

I w dodatku jak to jest zagrane przez Gada Elmaleha (ostry i kombinujący prezes Tourneuil) oraz Gabriela Byrne’a (Dittmar Rigule – szef akcjonariuszy USA), który wspinają się tu na wyżyny swoich możliwości. Niestety, cała reszta obsady już nie robi aż tak wielkiego wrażenia, pozostając tylko solidnym tłem (zwłaszcza role kobiece są bardzo płaskie i mocno rozczarowują).

zadza3

Tematyka bankowa może wielu zniechęcić, zaś tempo jest bardzo spokojne i wielu to znudzi. Ale „Żądza bankiera” pozostaje udana produkcją, która przypomina starą prawdę o bankach i chciwości.

7/10

Radosław Ostrowski

Tylko Bóg wybacza

Julian razem z bratem Ryanem prowadzi szkołę muaytai, która jest przykrywką dla handlu narkotykami. I ten interes idzie dość spokojnie do czasu, gdy Ryan zabija nastoletnią prostytutkę. Facet zostaje równie brutalnie zamordowany przez miejscowego policjanta Changa. Wtedy do Bangkoku przybywa matka obu mężczyzn i chce się zemścić za śmierć pierworodnego.

wybacza1

Nicolas Winding Refn – to nazwisko stało się ostatnio głośne, dzięki filmowi „Drive” z Ryanem Goslingiem. Jeśli ktoś jednak spodziewał się powtórki z rozrywki, to musiał się mocno rozczarować. „Tylko Bóg wybacza” jest trudny w odbiorze, pełen symboli, pretekstowej fabuły oraz realizacji przypominającej filmy Davida Lyncha, gdzie granica między jawą a snem czy ciąg przyczynowo-skutkowy rozmywa się. Toczy się pewna gra, której reguły nie są do końca jasne i mamy tutaj dwa wyjścia: dać się unieść niesamowitej warstwie audiowizualnej (kapitalne zdjęcia, pełne mocnych kolorów – dominuje czerwień, błękit oraz gra oświetleniem plus elektroniczno-orientalna muzyka) albo próbować rozłożyć na czynniki pierwsze i poskładać elementy układanki. Zadowoleni będzie tylko wtedy, jeśli wybierzecie pierwszy wariant. Refn nadal pozostaje stylowym twórcą, zaś akcja jest bardziej statyczna i stonowana (wyjątkiem scena zamachu na policjanta w barze), jednak miałem wrażenie, ze wpadłem w labirynt pozbawiony wyjścia. Jest wiele niedomówień, dialogów jeszcze mniej niż poprzednio, zaś przemoc jest brutalna i krwawa – bez słodzenia. Pod tym względem „Bóg” przypomina „Valhallę: Mrocznego wojownika”, który był równie ciężki w odbiorze jak obecny tytuł, co mnie trochę odtrąciło. Zapewne daje on wiele pola do interpretacji, jednak mi to niewiele pomaga.

wybacza2

Sytuację częściowo ratuje aktorstwo, ale nie wszystkich. Ryan Gosling tutaj jest bardzo stonowanym i raczej unikającym przemocy facetem, zamiast tego gapi się w sina dal, potem siedzi, milczy i najwyżej zaciska pięści. Kompletnie mnie nie interesowała ta postać. Znacznie ciekawszy był Vithaya Pansringarm, czyli gliniarz Chang. Zazwyczaj spokojny i opanowany (widać zwłaszcza, gdy śpiewa w karaoke), ale kiedy wymaga tego sytuacja rusza w ruch jego katana, a wtedy ręce są cięte szybciej i częściej niż w „Gwiezdnych wojnach”. Kompletnym strzałem za to jest Kristin Scott Thomas jako matka Crystal. Wygląda dość groteskowo, by nie rzec tandetnie (długie blond włosy, kiczowate ubrania), jednak okazuje się być kobietą z jajami, która wręcz dominuje nad Julianem, upokarza go (rozmowa przy stole razem z jego żoną).

wybacza3

Wybaczcie mi to, co powiem, ale dla mnie „Tylko Bóg wybacza” to kolejny przykład przerostu formy nad treścią. Owszem, wygląda to rewelacyjnie, ale scenariusz jest dziwaczny, niejasny i niezrozumiały. Może fani Refna mu wybaczą, ale mnie będzie ciężko.

6/10

Radosław Ostrowski

Labirynt

Doverowie i Birchowie są zaprzyjaźnionymi rodzinami. Ojcowie razem prowadza firmę stolarską, zaś ich dzieci wspólnie bawią się ze sobą, ich córki Anna i Joy idą się bawić na dwór, ale nie wracają. Sprawę zaginięcia prowadzi detektyw Loki, a pierwszą poszlaka staje się kamper znajdujący się na podwórzu w dniu zaginięcia. Jego kierowca, Alex Jones zostaje aresztowany i przesłuchany. Wydaje się, że zostanie to rozwiązane szybko i łatwo. Niestety, podejrzany zostaje wypuszczony, dowodów nie ma, poszlaki okazują się ślepymi uliczkami. Ojciec jednej z porwanych dziewczyn, Keller Dover próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę, porywając Alexa.

W ostatnim czasie (m.in. serial „Dochodzenie”) pojawia się grupa kryminałów, w których dominującym wątkiem jest porwanie lub zabójstwo dziecka. Film Denisa Villeneuve’a wpisuje się w ten nurt, jednak nie jest to opowieść w hollywoodzkim wydaniu, zaś happy end jest co najmniej połowiczny. Ale po kolei. Łamigłówka jest prowadzona w sposób stopniowy, ale konsekwentny, dodatkowo atmosfera jest więcej niż nie przyjemna. I nie chodzi tu o gęstniejący śnieg czy fakt, ze większość kluczowych wydarzeń odbywa się w nocy lub ciemności. Moralnemu zepsuciu (okrucieństwo, węże, porwania) towarzyszą opuszczone i podniszczone domostwa w małym miasteczku, co sprawia, że  wszystko to przypomina koszmar, a samo rozwiązanie jest dość zaskakujące (z Bogiem w tle – więcej nie zdradzę). Całość ma świetne zdjęcia (Roger Deakins jest mistrzem w komponowaniu kadru i posługiwaniu się kolorami – gonitwa do szpitala w ciemności czy pokazanie „więzienia” Alexa od środka), nieprzyjemna muzykę i bardzo dobry montaż. Ale pojawiają się tu zastoje, wątki obyczajowe (jak rodzina radzi sobie z utratą bliskich) same w sobie są niezłe, ale trochę zakłócają i zostają potem porzucone.

labirynt1

No i jest to naprawdę dobrze zagrane. Najważniejszy tutaj jest Keller grany przez Hugh Jackmana, który bardzo pozytywnie zaskakuje. I nie chodzi o to, że nie ma szponów między rękoma czy wyrywa flaki. Bardzo przekonująco pokazuje człowieka, który nie radzi sobie ze zniknięciem i jest wkurzony bezradnością oraz nieudolnością policji (jego zdaniem, choć trudno się z tym nie zgodzić). Bo detektyw Loki (Jake Gyllenhaal w dobrej dyspozycji) sprawia wrażenie gościa, który popełnia wręcz podręcznikowe błędy (zostaje spalony podczas śledzenia czy doprowadza do samobójstwa podejrzanego za pomocą pistoletu), jednak w końcu rozwiązuje sprawę. Poza tą dwójką najbardziej błyszczy Paul Dano (upośledzony Alex) i Melissa Leo (Holly Jones), zaś solidny poziom trzymają Maria Bello (żona Kellera), Terrence Howard i Viola Davis (Franklin i Nancy Birch).

labirynt2

„Labirynt” jest trzymającym w napięciu dreszczowcem. Tylko jedno pytanie: a co wy byście zrobili w takiej sytuacji? Czego wam nie życzę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Amerykanin

Jack zajmuje się zabijaniem za pieniądze. Ale mężczyzna jest ścigany przez Szwedów, którzy zabili jego kochankę. Za radą swojego szefa, ukrywa się we włoskim miasteczku, gdzie otrzymuje ostatnie zlecenie – wykonanie broni i trzymanie się z daleka. Wtedy wbrew sobie zaczyna nawiązywać znajomość z miejscowym księdzem oraz prostytutką.

amerykanin1

Anton Corbijn znany jest przede wszystkim jako reżyser teledysków i fotograf. Ale uznał, że to za mało i postanowił spróbować swoich sił jako reżyser filmów fabularnych. Po biografii Iana Curtisa („Control”), postanowił zrobić film sensacyjny w europejskim stylu oraz plenerach. Wzorując się na Jean-Pierre Melville’u, reżyser stawia na oszczędną, ale bardzo estetyczną formę, mniejszą ilość dialogów oraz spokojniejsze tempo, podszyte chłodem. Jednak Corbijnowi nie udaje się zaangażować emocjonalnie, dlatego rozterki killera, który ukrywa się i zastanawia się czy nie rozpocząć nowego życia wygląda dość sztuczna, a przemiana jest niewiarygodna. Ładne plenery Włoch i całkiem nieźle zrobiony sceny akcji, to trochę za mało, by „Amerykanin” przykuł uwagę.

amerykanin3

Broni ten film George Clooney, który świetnie wypada jako małomówny Jack. Niby spokojny, ale zawsze w pogotowiu i z bronią w ręku. Gdy jest cynicznym twardzielem, kupujemy to i wierzymy mu. Natomiast przemiana w romantyka nie do końca mnie przekonuje. Tak samo postać księdza, który robi tu za głos sumienia. Reszta aktorów jest po prostu solidna.

amerykanin2

Corbijn zaryzykował i moim zdaniem przegrał. Wyszedł z tego całkiem niezły film, ale to trochę za mało.

6/10

Radosław Ostrowski


JFK

22 listopada 1963 roku był jednym z najważniejszych wydarzeń w historii Stanów Zjednoczonych. Wtedy dokonano zamachu na prezydenta tego kraju, Johna Fitzgeralda Kennedy’ego, który zmarł wskutek odniesionych ran, zaś za sprawcę uznano Lee Harveya Oswalda. Jednak w 1966 roku, prokurator z Nowego Orleanu Jim Garrison podjął się na własną rękę poprowadzić śledztwo w sprawie zamachu, podejrzewając spisek i zamach stanu.

jfk1

W oparciu o książkę Garrisona swój film nakręcił Oliver Stone – facet, który uważany był za speca od kina niewygodnego, trudnego i skrajnie subiektywnego. W „JFK” tym razem poszedł na całość i stworzył najbardziej porażający spisek od czasów „Wszystkich ludzi prezydenta” Alana J. Pakuli. Samo śledztwo Garrisone jest oparte bardziej na pogłoskach, zeznaniach osób, które nie mogą stanąć przed sądem („skoro oni zabili prezydenta, co może ich powstrzymać przed zabicie striptizerki?”) oraz materiałach, które zostały utajnione i ujrzą światło dzienne (prawdopodobnie, chyba że znów coś zmajstrują) w 2029 roku. Akt oskarżenia, który pokazuje w tym 3-godzinnym thrillerze jest więcej niż mocny: obrywa się administracji prezydenta, tajnym służbom, federalnym i mafii. Masa nazwisk, poszlak i pokazano wszelkie próby zatarcia śladów, nie pokazując sprawców. Stone pokazuje tyle znaków zapytania, że nie ma żadnych wątpliwości, co do istnienia spisku.

Czy my będziemy w stanie w to uwierzyć? To już zostawiam waszej ocenie, ale jedno nie ulega wątpliwości – reżyser opowiada to, w tak fascynujący sposób, że nie byłem w stanie oderwać oczu od tego, co się dzieje. Zdjęcia, w których zgrabnie wpleciono inscenizowane momenty (czarno-biała taśma) z materiałami archiwalnymi oraz świetny montaż w połączeniu z intrygującym scenariuszem tworzą koktajl Mołotowa. I choć sam proces zajmuje jakieś ostatnie 45 minut filmu, to jest on wisienką na torcie i czymś, co powinno dać nam satysfakcję. Ale jest jedna rzecz, która nie daje mi tu spokoju i przeszkadzała mi w seansie: wybielenie i zmitologizowanie prezydenta Kennedy’ego jako męża stanu. Jednak wynika to z faktu, że ten aspekt życia prezydenta nie interesował reżysera.

Ale i nawet to wszystko, nie byłoby takie pociągające, gdyby nie świetna obsada, w której nie zabrakło bardzo znanych i uznanych aktorów. Najważniejszy jest tutaj Jim Garrison, czyli jak zwykle dzielny i prawy Kevin Costner. Może i nie jest to specjalnie zaskakujący wybór, ale tutaj aktor naprawdę zaskoczył i wypadł bardzo dobrze. Silny charakter, choć pełen wątpliwości, zaś jego mowa w procesie to jeden z najważniejszych monologów w historii kina. Poza nim pierwsze skrzypce tutaj grają nadpobudliwy Joe Pesci (paranoiczny David Ferrie) i bardzo oszczędny Tommy Lee Jones (Clay Shaw, nie ukrywający swojego homoseksualizmu, ale to tylko pozory). Jest jeszcze Gary Oldman, czyli Lee Harvery Oswald – tutaj pokazany jako agent wywiadu, który zostaje wystawiony do wiatru czy grający współpracowników Garrisona Michael Rooker (Bill Broussard) i Jay O. Sanders (Lou Ivon). Ale jest tutaj masa epizodycznych ról świadków, którzy odgrywani są, m.in. przez Jacka Lemmona (Jack Martin) czy Kevina Bacona (Willie O’Keefe), jednak na mnie największe wrażenie zrobił Donald Sutherland jako tajemniczy X – były szef wywiadu wojskowego.

Mógłbym napisać więcej, ale „JFK” to naprawdę mocny film polityczny, który przykuwa uwagę do samego końca. Pytanie czy kiedykolwiek zostanie ujawniona prawda o Kennedym pozostaje otwarte, ale reżyser wierzy, że w końcu ludzie przejrzą na oczy. Może brzmi to naiwnie, ale jest to bardzo sugestywne.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Supermarket

Sylwester. W jednym z supermarketów trwają przygotowania, zaś ochrona pod wodzą Jaśmińskiego dostaje zadanie ściślejszego pilnowania towaru, gdyż jest to czas nasilających się kradzieży, ponieważ jak to się mówi hajs się nie zgadza, a kradzieży nie można tolerować. W tym czasie do supermarketu przybywa jubiler Warecki, który próbując kupić akumulator zostaje oskarżony o kradzież.

supermarket1

Maciej Żak miał ambicje na stworzenie ciekawego thrillera, gdzie przy okazji pokazuje się supermarkety z niekoniecznie dobrej strony – nieprofesjonalna ochrona, lewe interesy kierownika, nieświeży towar, kradzieże. Tutaj nie można się opieprzać, ważne są wyniki i by w kasie się zgadzały pieniądze. Jednak mam dziwne wrażenie, że reżyser nie wykorzystał w pełni swojego potencjału. Ponieważ wątek kryminalny jest porzucany przez poboczne, które nie są zbyt interesujące i spowalniają tempo („sklepowa miłość” czy koledzy jednego z ochroniarzy), co w przypadku dość krótkiego filmu (84 minuty) jest co najmniej zastanawiające. Poza tym reżyser pewne wątki, które mogłyby wydawać się ciekawe zostają porzucone, jak w przypadku ochroniarzy Jarzyny i „Nerwusa”.  I wyszedł z tego dość czerstwy film z elementami dreszczowca, w którym nie brakowało ciekawych scen („przesłuchania” Wareckiego). Ale to wszystko gdzieś utonęło w realizacji i po prostu zabrakło pomysłu na to, czym miał być ten film.

supermarket2

Sytuacji nie ratują też aktorzy, którzy prezentują dość nierówny poziom. Najmocniej z całej obsady wypadają trzej panowie: Marian Dziędziel (twardy szef ochrony Jaśmiński), Przemysław Bluszcz (śliski i cwaniakowaty kierownik) oraz, co najbardziej zaskakujące Tomasz Sapryk w roli jubilera-ofiary, którego próbują uciszyć ochroniarze, potwierdzający swój talent dramatyczny. Najbardziej zaś mnie drażnił Mikołaj Roznerski w roli niepasującego do reszty ochroniarza Himka – kręcącego się bez sensu, z kolei zmarnowano potencjał Wojciecha Zielińskiego (ochroniarza Jerzyna – były student), Mateusza Janickiego („Nerwus” – ksywa mówi za siebie) oraz całkiem niezłego Macieja „Kołcza” Łuczkowskiego.

Z tej mieszanki wyszedł niby thriller, niby dramat, niby wnikliwa obserwacja. Taki niby film.

5/10

Radosław Ostrowski