Zaginione miasto Z

Jest rok 1906. Wielka Brytania nadal jest potężnym imperium, posiadającym multum kolonii, armię itp. Ale tak naprawdę tutaj liczy się tylko jedna postać – major Percy Fawcett. Wojskowy z dużym doświadczeniem, lecz bez żadnych odznaczeń oraz sławy. Ale dostaje szansę od Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, które prosi go o pomoc w sprawie zażegnania konfliktu między Brazylią a Boliwią. A dokładniej o odmierzeniu granicy, znajdującej się na rzece Amazonce. Trzeba znaleźć jej źródło. Ale podczas tej wyprawy major znajduje ślady dawnej cywilizacji.

zaginione_miasto_z1

James Gray to filmowiec w gruncie rzeczy niszowy, próbujący iść własną ścieżką niż bezsensownie kopiować gatunkowe klisze. I dla wielu hasło kino przygodowe będzie kojarzyć się z mutacją Indiany Jonesa, gdzie akcja zasuwa na złamanie karku, będą jakieś łamigłówki do rozgryzienia. Ale tego w „Zaginionym mieście Z” nie znajdziecie – tutaj reżyser stawia na eksplorację kompletnie nieznanego rejonu, konsekwentnym budowaniu aury tajemnicy oraz próbie psychologicznego portretu człowieka. Człowieka, który marzył o osiągnięciu wielkich czynów i dla którego dżungla stała się pewnego rodzaju obsesją, stanowiącą sens jego egzystencji. Dlatego to wszystko jest takie wręcz surowe, pozbawione jakichkolwiek fajerwerków wizualnych, a tempo jest bardzo spokojne. Czasami wręcz za spokojne, co dla wielu może być trudną barierą do pokonania. Nawet kolorystyka wydaje się taka zgaszona. Ale jednocześnie reżyser potrafi zahipnotyzować tym czekaniem na odnalezienie tytułowego złotego miasta, fascynuje wejście do tego innego świata – „dzikusów”, wodzów czy handlarzy niewolników.

zaginione_miasto_z2

Przez chwilę czułem wrażeniem, jakbym wchodząc do tej dżungli trafił do „Czasu Apokalipsy”. Nie potrafię tego doprecyzować, ale takie wrażenie odniosłem. A jeszcze bardziej zaskakujący jest fakt, że całość oparto na prawdziwych wydarzeniach i nie widzimy tylko jednej wyprawy, ale aż trzy (z przerwą na I wojnę światową). Determinacja Fawcetta (którego rewelacje o innych cywilizacjach traktowano z drwiną) jest godna podziwu, a zakończenie wydaje się dość prawdopodobne.

zaginione_miasto_z3

Że daje się wytrzymać przy tym filmie jest zasługą świetnej gry aktorskiej. Bardzo dobre wrażenie roli Charlie Hunnam w roli Percy’ego. W scenach, gdy musi oprzeć swoją grę na charyzmie, pokazać determinację oraz siłę woli, robi imponujące wrażenie. Ale kiedy musi poradzić sobie w trudnej sytuacji domowej, wtedy troszkę słabnie jego moc, zdominowany przez Siennę Miller w roli żony. Dla mnie największym zaskoczeniem był za to Robert Pattinson jako adiutant Costin z brodą oraz okularach, kompletnie zrywając z wizerunkiem wampira ze „Zmierzchu”. Pozwalający na lekki humor adiutant okazuje się lojalnym, oddanym i godnym zaufania człowiekiem. A swoje pięć minut ma Tom Holland jako dojrzewający syn Percy’ego, Jack.

zaginione_miasto_z4

„Zaginione miasto Z” ma w sobie ducha kina przygodowego sprzed 40 lat. Zapomnijcie o akcji, pogoniach, strzelaninach czy dynamice. To bardzo surowe, spokojne, wręcz wyciszone kino, zmuszające do skupienia, ale dające w zamian spotkanie z nieznanym światem. Może i jest troszkę staroświeckie, jednak warto ulec urokowi tego dzieła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Spider-Man: Homecoming

Każdy kojarzy lub słyszał o Spider-Manie, czyli najmłodszym superbohaterze w historii Marvela. Młody, nieśmiały nastolatek, samotnie wychowywany przez ciotkę May. Pierwszy raz w MCU pojawił się w małym epizodzie w „Kapitanie Ameryce: Wojnie bohaterów”. Chłopak jest podopiecznym Tony’ego Starka i już się rwie, by się wykazać. Bardzo chce być Avengersem, choć jest dopiero małoletnim smarkaczem. Zamiast tego zajmuje się drobnymi zbrodniami na osiedlu, chociaż rwie go do czegoś większego. Wreszcie trafia na bardzo duża sprawę związaną z niebezpieczną, wręcz kosmiczną bronią. Niby zwykła kradzież bankomatu, ale to początek grubszej sprawy.

spiderman_20171

„Homecoming” to próba nowego spojrzenia na Pajączka, chociaż wszystko to już znamy. Problemy typowe dla nastolatków, czyli przyjaźń, dojrzewanie do odpowiedzialności oraz kontakty z zupełnie innym gatunkiem zwanym dziewczynami. Ten mariaż kina młodzieżowego z superbohaterskim stylem Marvela daje wiele świeżości oraz frajdy dla małolatów. I muszę przyznać, że bawiłem się świetnie. Powoli nakręca się konfrontacja między Parkerem a tajemniczym Vulturem. Zaskoczeniem dla mnie była motywacja głównego łotra, która jest bardzo przyziemna, jak zresztą cały ten film.Nie ma tutaj mocnego przeładowania efektami specjalnymi, skupieniu na robieniu rozpierduchy, która świetnie wygląda (ratowanie uczniów przy pomniku Waszyngtona czy akcja na okręcie), ma swoje tempo oraz adrenalinę, do jakiej Marvel zwyczajnie nas przyzwyczaił. A kiedy dodamy jeszcze teksty Spajdka podczas swojej roboty, to mamy bardzo fajną komedię. Wygrywana jest zarówno przyjaźń z nerdowskim Nedem (straszny gaduła z niego), pierwsze próby podrywu z Liz oraz mentorskie podejście Tony’ego Starka do Petera. Niby nic nowego w świecie Marvela, jednak nie wywołuje to znudzenia.

spiderman_20172

I jeszcze jak to jest zagrane. Tom Holland wydaje się idealny do nowej interpretacji Parkera. Owszem, nadal jest nieśmiały wobec dziewczyn, ale poza tym jest zajarany i nakręcony na wszelkie akcje, niczym dziecko na każdą nową zabawkę. W końcu powoli zaczyna dojrzewać do działania, widząc konsekwencje swoich czynów. Nie zawodzi Robert Downey Jr., kradnąc każdą scenę i wnoszą sporo ironii. Ale najlepszy jest czarny charakter – nie tylko dlatego, że gra go Michael Keaton, ale ponieważ ma prostą motywację. Żadnego podbijania świata, zniszczenia ludzkości, lecz zapewnienie bytu swojej rodzinie. I to działa, a poprowadzone jest bez przerysowania i fałszu, nawet było mi żal tej postaci (czuję, że wróci). Troszkę nie do końca wykorzystano ciotkę May (niesamowicie pociągająca Marisa Tomei), a dziewczyny są gdzieś na dalszym planie (chociaż Liz Harrier, jak i Zendaya mocno się wybijają), a uwagę skupia kostium Spajdka z głosem Jennifer Connelly.

spiderman_20173

Muszę przyznać, że Spider-Man powrócił do domu Marvela w bardzo ładnym stylu oraz z hukiem. Mimo pracy wielu scenarzystów powstało spójne, lekkie (dla wielu zbyt lekkie) oraz nowe podejście do tej postaci. Czekam na kolejne spotkanie z tym najmłodszym herosem komiksu.

8/10

Radosław Ostrowski

W samym sercu morza

Rok 1850. Mały znany pisarz Herman Melville przybywa do Nantuckett, by porozmawiać z Thomasem Nickersonem – ostatnim żyjącym członkiem statku Essex. Za sporą zapłatę chce usłyszeć skrywaną historię tego okrętu oraz tego, jak został (co nie jest oficjalną wersją) zniszczony przez kaszalota. Nickerson początkowo się waha, ale za namową żony zgadza się opowiedzieć prawdziwą historię, a kluczowymi dramatis paersone będą kapitan George Pollard i jego pierwszy oficer Owen Chase. Historia ta posłuży potem pisarzowi do napisania „Moby Dicka”.

w_samym_sercu_morza2

Ron Howard to jeden z najlepszych rzemieślników zza Wielkiej Wody, więc byłem pewny, że zrealizowanie kina marynistycznego nie powinno sprawiać żadnego problemu. Wszak jest tylu spragnionych morskich opowieści, więc zapotrzebowanie nie było problemem. Jednak to, co wydawało się na papierze i w zwiastunie interesujące, tak naprawdę nie zagrało. Zgrabne retrospekcje i powolne odkrywanie tajemnicy intryguje, jednak środkowa część związana z zatonięciem okrętu oraz survivalem wśród pustego morza wywołuje znużenie. Wynika to pośrednio z faktu, że brakuje (poza Pollardem i Chasem) wyrazistych bohaterów, którym można kibicować i przejąć się ich losem. Nawet Nickerson, który jest narratorem całej opowieści, sprawia wrażenie balastu (chodzi o jego młodsze wcielenie).

w_samym_sercu_morza3

Reżyser próbuje grać też na konflikcie między dowódcą a oficerem. Chase jest bardzo doświadczonym marynarzem, jednak ze względu na swoje chłopskie pochodzenie (oraz brak koneksji) nie może dowodzić okrętem, z kolei kapitan Pollard jest zwykłym żółtodziobem ze znajomościami. I na początku rzeczywiście są iskry, jednak z powodu wielkiego, białego zagrożenia panowie muszą zawiesić spór, pojawiający się raptem w 2-3 scenach. Nawet pewne filozoficzne rozważania, co do wydarzeń jako kary za chciwość, zostaje ledwie muśnięte.

w_samym_sercu_morza4

Najciekawiej robi się wtedy, gdy pojawia się tajemnicza biała bestia, zwana kaszalotem. Howard, niczym Spielberg w „Szczękach” stopniowo buduje suspens, nie pokazując monstrum w całej swojej okazałości, przynajmniej na początku. Kaszalot działający z nieposkromioną siłą i niemal ludzką żądzą destrukcji, robi imponujące wrażenie. Można go interpretować jako symbol nieujarzmionej przez człowieka siły natury, jak i starotestamentowego Boga – surowego, brutalnego, karzącego za zaślepienie profitami. To starcie jest znakomicie sfotografowane i zmontowane, prezentując się najciekawiej z całego filmu.

w_samym_sercu_morza1

Z aktorskiej strony najlepiej prezentuje się Chris Hemsworth oraz Benjamin Walker w rolach Chase’a i Pollarda. Obydwaj są dumny, twardzi i mają inne podejście w sprawach marynistycznych, ale obaj dążą do tego samego celu – napełnienia beczek olejem wielorybów. Poza tym duetem najbardziej zapamiętałem Brendana Gleesona jako starsze wcielenie Nickersona, który z bólem opowiada tą mroczną historię. Poza nimi reszta jest mało wyrazista i nie rzucająca się w oczy.

„W samym sercu morza” mogło być jednym z najciekawszych filmów dziejących się na morzach i oceanach, ale tak naprawdę jest zmarnowanym potencjałem, broniącym się tylko pod względem rozmachu oraz inscenizacji związanych z atakami kaszalota. To za mało, by mówić o dobrym filmie, a Howarda zwyczajnie stać na więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Postrach nocy

Horror to gatunek z tradycjami tak długimi, że mało kto je tak pamięta. Pytanie czy można wymyślić coś nowego w tego typu historii, jeśli sięgniemy po tak klasycznego przedstawiciela grozy jak wampira? O dziwo się da, co pokazał w 1985 roku Tom Holland, reżyser znany jako twórca  laleczki Chucky.

postrach_nocy1

Poznajcie Charliego Brewstera – młodego chłopaka, który lubi namiętnie oglądać horrory, ale jeszcze bardziej lubi koleżankę ze szkoły, Amy. Ale dziewczyna nie należy do „łatwych” – innymi słowy, zawsze kończyło się na całowaniu. Do miasteczka, gdzie mieszka nasz bohater wprowadza się nowy sąsiad, niejaki Jerry. W tym samym czasie dochodzi do serii morderstw młodych kobiet, a Charlie przypadkowo dokonuje szokującego ukrycia – jego sąsiad jest wampirem. Tylko jest jeden mały problem: nikt mu nie wierzy.

postrach_nocy2

W zasadzie film z jednej strony trzyma się konwencji klasycznego horroru, z drugiej zaś uwspółcześnia go, stając się pastiszem. Jest wszystko, co w ikonografii wampirycznej być powinno – kły, pazury, trumna i zamiłowanie do krwi. A że wampiry jeszcze mają siłę uwodzenia, to czyni sprawy skomplikowanymi. Z dzisiejszej perspektywy, film Hollanda nie wywołuje takiego przerażenia jak w dniu premiery, jednak jest tutaj kilka klimatycznych zdjęć jak nocna ucieczka „Szajby” za Jerrym czy sekwencja w dyskotece (tutaj jest też napięcie erotyczne). Swoje robi także elektroniczna muzyka oraz trzymającą w napięciu finałowa konfrontacja (z przyzwoitymi efektami specjalnymi) z obowiązkowym finałem w piwnicy.

postrach_nocy3

Nieźle w tą konwencję wpisują się też aktorzy. Najbardziej wybija się demoniczny i charyzmatyczny Chris Sarandon, czyli wampir Jerry oraz Roddy McDowell jako aktor Peter Vincent, będący parodią profesora van Helsinga, tylko w wydaniu tchórzliwym. Młodzi aktorzy wypadają przyzwoicie, zwłaszcza neurotyczny William Ragsdale grający główną rolę.

postrach_nocy4

Jako horror nie do końca sprawdza, jednak pozostaje całkiem niezłym pastiszem. Podobnie jak remake sprzed 4 lat z Colinem Farrellem i Davidem Tennantem.

6,5/10

Radosław Ostrowski