Wróg doskonały

Belgijską pisarkę Amelie Northomb poznałem z polecenia znajomej i… zostałem nią zauroczony. Krótkie powieści, pełne absurdalnego humoru, eleganckiej formy oraz przewrotek, zapadając mocno w pamięć. Dlatego na wieść o adaptacji jednego z jej utworów wzbudziła we mnie automatyczne zainteresowanie. Zwłaszcza, że była to produkcja europejska plus w głównej roli gra Tomasz Kot.

Bohaterem „Wroga doskonałego” (opartego na „Kosmetyce wroga”) jest przebywający w Paryżu architekt Jeremiasz August. Celem był wykład, po którym wraca do kraju. W drodze na lotnisko trafia na młodą blondynkę, która zdąża w tym samym kierunku. Niestety, oboje spóźniają się na swoje loty, więc zmuszeni są spędzić czas w oczekiwaniu na kolejny lot. Ku irytacji mężczyzny, kobieta o niezapomnianym imieniu Trext Texler przykleja się do niego niczym rzep do psiego ogona. Zaczyna opowiadać o sobie i wyciąga pewne niepokojące rzeczy, co intryguje Jeremiasza. Zwłaszcza, że jedna z nich dotyczy jego bezpośrednio.

Jak można wywnioskować, jest to psychologiczny thriller, niemal w całości osadzony w jednej przestrzeni. Dodatkowo skupiony na dialogach, nie brzmi jak coś zachęcającego. Ale jak wszyscy wiemy, pozory mylą. Reżyser Kike Meillo zaczyna stopniowo budować atmosferę tajemnicy, zaś kolejne opowieści Texler nie tylko są jednocześnie niepokojące i mroczne. Czy jednak powinniśmy jej wierzyć na słowo? Czy cokolwiek jest prawdą? Jeśli nie, po co ta maskarada? O co jej chodzi? Przez niemal ¾ filmu ta aura niejasności jest utrzymywana przez twórców. Pojawiają się pewne przebitki (sceny z „przeszłości” naszych bohaterów), by jeszcze bardziej namieszać.

Wszystko we względnie realistycznej warstwie wizualnej, bez możliwości rozróżnienia prawdy od fałszu. Chociaż jak ktoś uważnie ogląda, zauważy pewne poszlaki (m.in. sceny, gdzie widzimy model lotniska), naprowadzające na prawdziwą tożsamość Texler oraz tajemnicę Jeremiasza związaną z zaginięciem żony. Intryguje, co jest także zasługą świetnych ról Tomasza Kota (płynna angielszczyzna!) oraz Atheny Strates (Texler), prowadzących także między sobą grę w odkrywanie sekretów i kłamstw.

Być może wnioski wyciągane przez twórców na temat tego kim jest tytułowy „Wróg doskonały”, to jednak dzieło Hiszpania potrafi wciągnąć oraz zaintrygować. Ale też pokazuje jak wielką siłę ma narracja oraz opowiadanie. Dzięki niemu czasami można czasem wejść głębiej, choć może być to broń obosieczna i obudzi demony przeszłości.

7/10

Radosław Ostrowski

Żeby nie było śladów

Są takie filmy, po obejrzeniu których czuje się wściekłość, gniew oraz poczucie bezsilności. Myśli cały czas się kołatały i krążyły niczym planety po orbicie, próbując poskładać to w jakąś sensowną całość. Takie miałem odczucia po seansie filmu „Żeby nie było śladów”.

Film Jana Matuszyńskiego jest opartą na reportażu Cezarego Łazarewicza zapisem wydarzeń, które zaczęły się późną wiosną 1983 roku. Wtedy w Warszawie został zatrzymany Grzegorz Przemyk – młody chłopak, świeżo po zdaniu pisemnych egzaminów maturalnych. Dlaczego? Bo nie chciał pokazać dokumentów, a razem z nim zabrano kolegę, Jerzego Popiela. Trwa jeszcze stan wojenny (choć oficjalnie jest zawieszony), więc obaj zostają szybko zabrani na posterunek. Oraz obaj dostają łomot od milicjantów za pomocą pałek, pięści oraz butów. Ciężko sprany młodzian trafia do szpitala, gdzie umiera od zadanych ran. W zasadzie wydaje się, że sprawa zostanie załatwiona przez władze w prosty sposób: weźmie się paru brutalnych milicjantów oraz posiedzą na parę lat, zaś wszystko ucichnie.

zeby nie bylo sladow1

Co może pójść nie tak? Strach i poczucie zagrożenia mogą stanowić niebezpieczną mieszankę, a wszystko przez mszę prowadzoną przez księdza Popiełuszkę. Zebrany tam tłum wywołał przerażenie u generała Kiszczaka, czyli szefa MSW. Razem z całą ówczesną władzą decyduje się „sterować” śledztwem i podrzucać dowody oczyszczające milicjantów. Do czego się posuną? W końcu to oni są panami życia i śmierci, mają pełną kontrolę nad aparatem porządkowym, wymiarem sprawiedliwości oraz mediami. I w tym momencie zaczyna się jazda.

zeby nie bylo sladow3

Reżyser prowadzi narrację na kilku torach i różnych wątkach, przez co może się czasami wydawać chaotyczny oraz pozbawiony tempa. Nie będę się skupiał się faktografii, bo prawda już dawno się zatarła, została zmanipulowana i szansa na dotarcie do niej jest praktycznie niemożliwa. Sam początek to spokojna sielanka, brutalnie przerwana przez przypadek, agresję i głupotę. Scena bicia na komisariacie, choć nie pokazuje samego aktu, trzyma za gardło niczym ręka podczas duszenia. Potem sprawa coraz bardziej zaczyna się nawarstwiać, a do gry wchodzi aparat władzy i (nie)sprawiedliwości. Cel jest jeden: zwalić winę na sanitariuszy pogotowania, milicja ma pozostać czysta, a na wszelki wypadek zdyskredytować jedynego świadka.

zeby nie bylo sladow2

Jak? Szukaniem jakiekolwiek haka na niego samego oraz jego najbliższych, zastraszać, szantażować i złamać. Za wszelką cenę. Dlatego esbecja sięga po wszystkie dostępne metody: inwigilacja, obserwacja, rewizja, szukanie brudów, propaganda. Jak bardzo łatwo można było złamać każdego, bo każdy miał tu coś (lub kogoś) do stracenia. To ostatnie najmocniej wybrzmiewa w przypadku sanitariuszy pogotowania, którzy byli „uczeni” przez SB jak mieli bić Przemyka. To może wydawać się groteskowe, że nikt nie da się na to nabrać. Chyba, że sprawę będą prowadzić osoby wypełniające polecenia partyjnej jak prokurator Wiesława Bardon (Aleksandra Konieczna na granicy przerysowania). W wielu krajach takie praktyki są na porządku dziennym i ten film bardzo brutalnie o tym przypomina.

zeby nie bylo sladow4

Realizacyjnie film Matuszyńskiego wygląda wręcz monumentalnie. W końca trwa on nieco ponad dwie i pół godziny, z niesamowitym skupieniem się na detalach, scenografii oraz rekwizytach. Świetne są zdjęcia Kacpra Fertacza, nakręcone na 16 mm taśmie, przez co wizualnie przypomina filmy z lat 70., zaś bardzo gorzki finał trafia na podatny grunt. A wszystko rewelacyjnie zagrane, z masą cudownych epizodów. Niemniej jest jeden mocny zgrzyt dla mnie, czyli Sandra Korzeniak w roli Barbary Sadowskiej. Aktorka ma bardzo specyficzny sposób mówienia, który zawsze mnie irytuje i sprawia wrażenie wypranego z emocji. Z tego powodu nigdy nie byłem w stanie wejść oraz zrozumieć tej postaci (oraz poprzednich ról Korzeniak). Sama epizodyczna struktura też może wydawać się problematyczna z powodu różnego tempa orz natłoku postaci.

Dla mnie jednak „Żeby nie było śladów” to potwierdzenie wielkiego talentu Matuszyńskiego jako reżysera, który z uwagą oraz dokładnością odtwarza działanie brutalnych mechanizmów sterowania, manipulowania oraz kontrolowania ludzi. Bezwzględnie, potrafiące uderzyć z całą mocą kino.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Drzazgi

Filmy nowelowe czy skupione na losach kilku postaci zawsze dają duże pole do popisu dla twórców kina. Choć dzisiaj może wydawać się to archaiczne, jednak wszystko zależy od sposobu realizacji. Nie inaczej było z pełnometrażowym debiutem Macieja Pieprzycy, czyli „Drzazgami”. Reżyser wcześniej zrobił dwie produkcje telewizyjne, który wywołały pewne zainteresowanie. O nich może kiedyś opowiem.

drzazgi2

Bohaterami „Drzazg” jest trójka młodych ludzi z Zabrza. Robert jest byłym piłkarzem, a obecnie kibolem Górnika. Marta to córka bogatego biznesmena i ma wziąć ślub z synem jego wspólnika. Jest jeszcze Bartek – magister biologii, który dostaje szansę na stypendium w Bostonie. Każde z nich ma swoje własne problemy i zderzają się z rzeczywistością. Nie jest ona ani zbyt szara, ani brudna, ani pesymistyczna czy optymistyczna. Niby krążymy po znanych familokach, zamykanych kopalniach czy biedaszybach (te ostatnie okazują się… planem filmowym), ale to wszystko potrafi poruszyć. Nie jest to też mocno poważne, zaś parę akcentów komediowych (sceny z Elvisem czy fakirowie ćwiczący swoją sztuczkę w mieszkaniu) dodaje pewnej lekkości.

drzazgi1

Każdy z tych wątków składa się z kilku pozornie mniej powiązanych scen. Cała trójka szuka miłości, szczęścia różnymi ścieżkami. Dla Roberta wielką pasją jest sport, ale nie ma żadnej pracy, troszkę miga się przed odpowiedzialnością i umawia się z mężatką. Marta ma wziąć ślub z facetem, którego nie kocha, jest niedojrzały i myśli głównie o kasie. Z kolei Bartek chce się wyrwać ze swojego miasta, skupia się na karierze. Ale pojawia się ciąża jego dziewczyny, co zmusza do zweryfikowania planów. Wszystkie ich problemy zarysowane są w drobnych scenkach, skupiając się na detalach czy spojrzeniach. Kulminacją jest montażowa zbitka, gdzie przeskakujemy z postaci na postać, doprowadzając do przewartościowania swojego życia.

drzazgi3

I chociaż nie wszystkie wątki były dla mnie interesujące, to jednak aktorzy potrafią uczynić je wiarygodnym. Bardzo pozytywnie zaskakuje Antoni Pawlicki, czyli kibol Robert, który bywa szorstkim facetem, niepozbawionym jednak swoich zasad. Niemniej budzi on wiele sympatii swoim oddaniem oraz lojalnością. Odkryciem dla mnie jest Karolina Piechota, czyli Marta. Bardzo urocza dziewczyna, troszkę za bardzo skupiona na siebie, w niezbyt szczęśliwym związku. Jej kibicowałem najbardziej, zaś jej wątek ma zaskakującą puentę. Solidnie poradził sobie Marcin Hycnar, czyli Bartek, choć jego historia najmniej interesowała. W tle mamy kilka ciekawych epizodów z Tomaszem „Elvisem” Karolakiem na czele, co jest ciekawym smaczkiem.

Powiem szczerze, że „Drzazgi” to kawał solidnego kina, choć Pieprzyca później rozwinął mocniej swój warsztat. Mieszanka komedii z dramatem nie zawsze trafia w punkt, ale ma kilka cudnych momentów i jest bardzo dobrze zagrana. Nie boli, ale i nie zawsze powala.

6,5/10

Radosław Ostrowski

(Nie)znajomi

W Polsce jeszcze nie było tradycji tworzenia remake’ów. Chyba, że chodziłoby o robienie seriali na formacie zza granicy. Ale filmy? Może wynika to z faktu, że remaki są traktowane jako pozbawione własnego charakteru klony oraz łatwy skok na kasę. Dlatego podchodziłem do „Nieznajomych” bardzo sceptycznie, zwłaszcza iż zbyt dobrze znałem oryginał. Bo debiut Tadeusza Śliwy to polska wersja świetnego, włoskiego „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”. A ponieważ widziałem film i znałem fabułę, to nie mogło mnie tu nic zaskoczyć, prawda?

nieznajomi1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: trzy pary, jeden singiel, siedem telefonów. Podczas kolacji u przyjaciół, nowa członkini paczki, czyli dziewczyna Czarka proponuje grę. Skoro nie mają sobie nic do ukrycia, każdą wiadomość jest czytana, a rozmowa w trybie głośnomówiącym. Jednak prawda stara jak świat mówi, że każdy – nawet wśród znajomych – ma coś do ukrycia. No i pytanie: czy ta więź będzie silna, by wytrzymać wszelkie tajemnice. A i sama ekipa też wydaje się znajoma. Nowobogackie małżeństwo pracujące we Włoszech (przynajmniej żona) i zarabiające w euro, małżeństwo w średnim wieku, gdzie to mąż ma decydujące słowo, macho ze swoją dziewczyną bardzo eko i pragnącą założyć swój interes (hodowla kóz do produkcji sera) oraz wuefista, ukrywający swoją orientację seksualną.

nieznajomi2

Podążamy znajomym torem, ale reżyser troszkę inaczej rozkłada akcenty i skupia się na tym, co na naszym podwórku pozostaje tematem tabu. Jednocześnie oryginał jest na tyle uniwersalny, że mogła się wydarzyć w każdej odległości geograficznej. Dlatego tak mocno była w stanie uderzyć hipokryzja oraz homofobia, która wylewa się w szczególności z jednej postaci. I tak jak w oryginale, zaczynają się wylewać wszelkie tajemnice, tłumione pragnienia oraz prawdziwe oblicza. Najbardziej zaskoczył mnie fakt, że nie jest to kopia jeden do jeden, co mnie bardzo cieszy. Zmieniono zakończenie, które było najsłabszym elementem oryginału, zaś wątki dramatyczne bardziej mnie chwyciły za gardło. Najbardziej wątek Anny i Grzegorza, gdzie ta pierwsza (kradnąca film Maja Ostaszewska) czuje się przytłumiona oraz pozbawiona wsparcia męża (trzymający poziom Łukasz Simlat), za bardzo skupionego na pracy. W tle gra bardzo przyjemna jazzowa muzyka w aranżacji Maseckiego, zdjęcia są płynnie, a nawet dźwięk jest zrobiony dobrze.

nieznajomi3

I do tego udało się zebrać znakomitą obsadę, gdzie każdy ma swoje pięć minut. Nie ważne, czy mówimy o Kasi Smutniak (aktorka grała w oryginale tą samą postać), troszkę poważniejszym Tomaszu Kocie, strasznie narwanym Michale Żurawskim, bardzo skrytym Wojciecha Żołądkiewicza czy wręcz pozytywnie nakręcona Aleksandra Domańska. Wszystkie te postacie są barwnie nakreślone, ze świetnie podane dialogi oraz bardzo skomplikowane charaktery, niemal budząc sympatię od początku. Mimo wad oraz potknięć.

Powiem bardzo, że „Nieznajomi” to dla mnie jedno z większych zaskoczeń. Mimo pewnej teatralnej formy oraz znajomości materiału źródłowego, debiut Śliwy dostarcza zarówno sporo rozrywki i refleksji. Jeśli mają być robione remake’i, to ja więcej poproszę.

7/10

Radosław Ostrowski

Dzień czekolady

Cała historia skupia się wokół Moniki – dziewczynki, która jest bardzo mocno zżyta ze swoją babcią. Kiedy ta umiera, rodzice informują ją, że… wyjechała na Hawaje, a bohaterka przenosi się do domu gdzieś w dalekim lesie. Czuje się samotna i trudno jej nawiązać relacji z kimkolwiek. Ale w jej okolicy pojawia się Dawid, mieszkający z matką oraz kotką. Powoli zaczyna się tworzyć więź, a oboje odkrywają pewien zegar, gdzie jest przejście do innego świata.

dzien czekolady1

Debiutujący reżyser Jacek P. Bławut postanowił spróbować swoich sił przy stworzeniu kina familijnego. Mamy tutaj zderzenie dzieci próbujących radzić sobie ze śmiercią bliskich za pomocą siły wyobraźni. Stąd obecność Skoczka Czasu, portalu w starym zegarze z kukułką czy obecność wiedźmy pod postacią psychoterapeutki. Widać tutaj kilka ciekawych pomysłów, które mogłyby zostać rozwinięte w coś poważniejszego. Wizualnie też się to może podobać, gdzie nie brakuje żywych kolorów oraz lekko onirycznego klimatu. Wszystko wygląda jak z dawnych czasów, czyli przed obecnością komputerów, scenografia też buduje czas bardziej niedzisiejsze czasy. Dla mnie jednak największym problemem jest to, że całość nie chce się ze sobą skleić i zwyczajnie nudzi. Całość jest ewidentnie za krótka, przez co nie pozwala rozwinąć wielu pomysłów. A sama wizja alternatywnego świata (bar z pożeraczami czasu oraz postać skoczka) sprawia wrażenie ledwie liźniętego, zaś jego reguły oraz mechaniki są kompletnie mętne i niezrozumiałe. Przebija się możliwość podróżowania po czasie, jednak jest to tylko wspomniane. Aż chciałoby się zobaczyć jak by to wyglądało. No i same postacie są ledwie liźnięte oraz opisane za pomocą tylko jednej cechy charakteru (zwłaszcza rodzice obojga dzieci są strasznie nijacy), przez co kompletnie nie obchodziły mnie wydarzenia na ekranie.

dzien czekolady2

I mimo udziału znanych twarzy, poziom jest zaskakująco niski. Ale to wynika z samego scenariusza, który mocno podcina skrzydła. Nawet dzieciaki wypadły sztucznie i słabo (zwłaszcza Julia Odzimek jest strasznie irytująca), co tym bardziej boli. Niby jest tutaj Dawid Ogrodnik (ogolony na łyso Skoczek Czasu, który tylko zjada czekoladę i gra na lirze korbowej), Tomasz Kot (policjant – bardziej epizod) czy Magdalena Cielecka (klener z doklejoną brodą), jednak nie mają tutaj zbyt wiele do roboty, a i same role nie będą raczej wspominane przez następne pokolenia.

dzien czekolady3

Debiut Bławuta więcej obiecuje niż jest w stanie dostarczyć. Niby ładnie wygląda, ale w środku jest zupełnie pusty. Troszkę jakby najciekawsze oraz najbardziej interesujące momenty zostały wycięte podczas montażu. Tak się nie robi, bo był spory potencjał, a wyszła straszna nuda.

3/10

Radosław Ostrowski

Zimna wojna

Rok 1949, czyli II wojna światowa niedawno się skończyła, a nikt nowej wojny zaczynać nie chce. Teraz nadchodzi czas budowania stabilizacji oraz triumfu nad kapitalistycznym, zgniłym zachodem, także na polu kulturalnym. Dlatego zostaje powołany Zespół Pieśni i Tańca „Mazurek”, który ma grać muzykę oraz pieśni ludu pracującego z czasów dawnych. Grupą kierują kompozytor oraz pianista Wiktor, odpowiedzialna za taniec Irena Bielecka, a także szofer i reprezentant władzy Kaczmarek. A wśród uczestniczek czegoś na kształt castingu jest zadziorna Zula, która chce się wyrwać stąd. I to ona wpada w oko naszemu pianiście, a resztę możecie sobie dopowiedzieć.

zimna_wojna1

Paweł Pawlikowski stał się reżyserem, który dokonał tego, czego żaden inny polski reżyser nie dokonał – zdobył Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczny. Dlatego każdy jego kolejny film automatycznie będzie miał wysokie oczekiwania. Sam film w założeniu miał być melodramatem, dziejącym się na przestrzeni kilkunastu lat, w których losy naszej niby-pary przeplatają się ze sobą przez wiele części Europy (zachodnie Niemcy, Francja, Jugosławia, Polska), co po części tłumaczy poszatkowaną narrację, gdzie wiele rzeczy istotnych dzieje się poza kadrem. Być może (nie, na pewno) to spowodowało, że nie byłem w stanie uwierzyć w ten romans bez romansu. I nawet nie chodzi o to, że ta miłość jest bardziej deklarowana niż wyczuwalna (chociaż to też jest bardzo poważny błąd), ale zachowania dokonywane pod ich wpływem wydają się kompletnie niezrozumiałe (próba powrotu Tomasza do kraju czy Zula nie decydująca się uciec do Berlina Zachodniego). Ja rozumiem, ze miłość robi z człowieka osobę nie zawsze działającą w sposób racjonalny, ale nawet to mnie nie przekonało. Te rozstania i powroty mają chyba na cel pokazać, że ta miłość wystawiana na próbę przez historię oraz los, który gra wszystkim na nosie.

zimna_wojna2

No właśnie, czy to była miłość? Skoro oboje ze sobą nie potrafią funkcjonować (wydarzenia z Paryża), a Wiktor – bo z jego perspektywy poznajemy całą opowieść – coraz bardziej zaczyna się dusić. Reżyser bardziej stawia tutaj na spojrzenia, gesty, rzadko wypowiadane słowa. Ale chciałoby się więcej wiedzieć, więcej odkryć, lecz Pawlikowski nie daje na to żadnych szans. I to jest dla mnie największy problem – za dużo znaków zapytania. Trudno jednak „Zimnej wojnie” odmówić czegoś w kwestii audio-wizualnej. Piękne zdjęcia Łukasza Żala (nie tylko dlatego, że są czarno-białe) są same w sobie małymi dziełami sztuki – serio, każde ujęcie mogłoby być tapetą na ekranie komputera, zaś muzyka (nie tylko ludowa, ale jazz zaaranżowany przez Marcina Maseckiego) gra naprawdę cudownie. Tylko to wszystko jest tylko i wyłącznie otoczką dla (świadomie) dziurawego scenariusza.

zimna_wojna3

Aktorsko jest, szczerze mówiąc, troszkę nierówno. Film kradnie Borys Szyc w roli cwanego partyjniaka Kaczmarka, ze swoim świętoszkowatym wyrazem twarzy. Choć pojawia się dość rzadko, zapada w pamięć bardzo mocno. Tak samo jak Agata Kulesza (Irena Bielecka), która znika zaskakująco szybko. A jak główna para? Tomasz Kot w roli Wiktora jest bardzo wycofany, tajemniczy, przez co trudno wejść w jego umysł oraz psychikę, ale potrafi zaintrygować. Ale problemem jest dla mnie Joanna Kulig, a dokładnie z jej postacią. Z jednej strony jest bardzo prostą kobietą z dość trudną przeszłością, z drugiej bardzo wyrachowaną cwaniarą, próbującą się wybić. Tylko, że te dwa elementy nie chcą się w żaden sposób ze sobą połączyć, co wywołuje ogromny zgryz. A chemii między tą parą kompletnie nie czuć – jest zimno niczym na Syberii, choć miało być zupełnie inaczej.

Takie filmy jak „Zimna wojna” są bardzo problematyczne w ocenie, wywołuje we mnie bardzo skrajne emocje. Audio-wizualny zachwyt oraz dość pewna ręka przy realizacji nie jest w stanie wywołać emocjonalnego zaangażowania. Ładny jest ten kościół, tylko Bóg jakoś nie chce przyjść.

6/10 

Radosław Ostrowski

Bikini Blue

Manchester, rok 1953. To właśnie tutaj mieszka małżeństwo polsko-brytyjskie: Eryk i Dora Szumscy. Ona jest pielęgniarką w szpitalu, on – no cóż, jest pacjentem szpitala psychiatrycznego dla Polaków, walczył na wojnie. Pewnego dnia, kobieta odwiedza swojego męża, mając ze sobą listy z Czerwonego Krzyża, jednak lekarz zabrania jej informowania o tym. Mężczyzna po wizycie postanawia uciec z ośrodka i postanawia spędzić czas z kobietą.

bikini_blue2

Jarek Marszewski po 16 latach postanowił o sobie przypomnieć idąc w stronę psychologicznego dramatu. Trzeba przyznać, że to mało znane tło dla tej historii dawało spore pole do działania, a reżyser postanowił skupić się na tajemnicy związanej z Erykiem. Bardzo powoli zaczynamy odkrywać elementy układanki, skupiając się na informacjach z dialogów oraz (głównie w przypadku męża) dziwacznych zachowań, pozornie normalnych jak w momencie nafaszerowania kobiety podczas postoju (dosypanie do alkoholu środków i przyjazd na plażę) czy ucieczki. Cała historia się strasznie wlecze, składając się z paru scenek nie koniecznie ze sobą powiązanymi (scena w barze, wizyta w kinie, gdzie widzimy parodię „Godzilli”) czy finał zakończony wyjaśnieniem tajemnicy, doprowadzając mnie do… śmiechu oraz ciosem łopaty.

bikini_blue1

Z jednej strony nie jestem w stanie odmówić niczego warstwie wizualnie, tej stylizacji na lata 50., gdzie film uderza swoimi filtrami oraz pięknymi kolorami. Do tego jeszcze słyszymy bardzo gitarową muzykę Bartka Chajdeckiego, która nie gryzie się z resztą. Nawet naleciałości etniczne (flety) dodają tylko smaczku. Aktorzy robią, co mogą, by wycisnąć ze swoich postaci jakieś emocje (Tomasz Kot i Lianne Harvey), co udaje się wtedy, gdy są osobno. Jak pojawiają się razem, kompletnie odpychają się, a ja nie byłem w stanie uwierzyć im.

bikini_blue3

Na „Bikini Blue” mimo krótkiego czasu trwania (niecałe półtorej godziny) działało bardzo przysypiająco, nieangażująco oraz bardzo nudno. Pseudopsychologiczny dramat pełen (pozornej) tajemnicy oraz kompletnie nieprzekonujących bohaterów, do tego jeszcze z lektorem (bo film po angielsku). Ładne obrazki to za malutko.

3/10

Radosław Ostrowski

Pokot

Kotlina Kłodzka to miejsce, gdzie cisza, spokój i harmonia są czymś absolutnie normalnym. Pięknie zachodzi słońce, przyroda budzi się jak ze snu, a telefony komórkowe mają słaby zasięg. Tam przyszło żyć Janinie Duszejko – emerytowanej inżynierce, która w miejscowej szkole uczy angielskiego. Poza tym uwielbia wiersze Blake’a, jest astrologiem (amatorem) i bardzo ruszą ją los zwierząt. A cała historia zaczyna się w momencie, gdy zostaje znaleziony martwy pewien kłusownik, co w gardle miał… kość. Ale to nie jest ostatnia ofiara, bo wkrótce zaczynają ginąć kolejni ludzie, którzy – co nie jest przypadkiem – polowali na zwierzęta.

pokot1

Jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich reżyserek, Agnieszka Holland, tym razem postanowiła pójść w stronę kina gatunkowego. „Pokot” to dziwaczny koktajl thrillera, satyry i baśni, gdzie wszystko jest polane groteskowym sosem. Sama intryga kryminalna (czyli coś, na co się bardzo nastawiłem) zostało zepchnięte na dalszy plan i toczy się przy okazji, a wszystko skupia się bardziej na interakcjach Duszejko z pozostałymi bohaterami: księdzem, komendantem, dziećmi ze szkoły, sąsiadem Matogą, właścicielką second handu. Jest też jeszcze grupa ludzi związanych wokół prezesa Wolskiego, polująca na zwierzęta. Całość ma oprzeć się na konflikcie między naszą ekscentryczną bohaterką i myśliwymi, którzy polują dla przyjemności, traktują to niemal jak sport, pewien rytuał dnia codziennego. Symbolem tego staje się plansza, gdzie mamy miesiąc i informacje na co się wtedy poluje. Nawet ksiądz jest w to zaangażowany (nie chodzi tylko o nawoływanie przez ambonę, że myśliwi to posłannicy Boga, ale uczestnictwo w polowaniach) i jedynie nasza bohaterka stoi w opozycji do tego całego morderczego zapędu. Sam wniosek, że przyroda bierze odwet na człowieku był dla mnie bardzo intrygujący i brzmiał na tyle groteskowo, iż mogło to wypalić. Ale niestety, trzeba to wszystko wytłumaczyć, a Holland bierze ulubione narzędzie reżysera: łopatę.

pokot2

Reżyserka z subtelnością godną bandyty próbuje przekonać mnie, że życie w zgodzie z przyrodą (czytaj: nie zabijaj zwierząt) jest jedynym słusznym sposobem. Racje pani Duszejko są tutaj wręcz krzyczane, nie mówione, co ma podkreślić powagę sytuacji. Zamiast jednak przekonywać, odstręczają i pokazują naszą bohaterkę jako „psychiczną”, z której zdaniem się nikt nie liczy. Z kolei myśliwi są strasznie przerysowani i kawał skurczybyków: biją kobiety, donoszą, są strasznie bogaci i kręgosłup moralny jest wykrzywiony jak słup po zderzeniu z samochodem. Tylko, że ani bohaterowie nie są zbyt pogłębieni, dodatkowo zero-jedynkowi i jednakowo odpychający. Tempo jeszcze psują zbędne wstawki z przeszłości paru postaci (poprzedzone horoskopem), które są zupełnie zbędne. I jeszcze to cudowne zakończenie, czyli ucieczka zrobiona niemal z SF. To trzeba samemu zobaczyć, bo słowa tego nie opiszą. Ale pochwalić trzeba zdjęcia, bo natura tutaj wygląda przepięknie. Aż chciałoby się tam zamieszkać.

pokot3

Aktorsko jest bardzo nierówno, a postacie nie zawsze są mocno zarysowane. Najlepiej wypadł Wiktor Zborowski jako sąsiad Matoga, skrywający pewną tajemnicę, ale wspierający naszą bohaterkę w działaniach, a scena wspólnego palenia skręta jest rewelacyjna. Agnieszka Mandat jako Duszejko jest dość trudna w ocenie: sprawia wrażenie mającej obsesję na punkcie zwierząt oraz ich praw, z drugiej zaś ta astrologia oraz sfera (nazwijmy ją duchowa) ma uczynić ją bardziej poukładaną, sympatyczną. To jednak nie zadziałało, ale jest to postać intrygująca i potrafiąca skupić uwagę. Czego nie można powiedzieć o reszcie, która jest albo przerysowana jako ci źli (Andrzej Grabowski, Borys Szyc, Marcin Bosak) lub irytują swoim zachowaniem (Jakub Gierszał jako superinformatyk drażnił swoim głosem i nie tylko).

pokot4

„Pokot” to takie dziwne kino, które chce ostro zaatakować środowisko myśliwych oraz ich polowania, żeby pokazać, jaką krzywdę człowiek robi naturze. Problem w tym, że forma obrana przez Agnieszkę Holland do mnie nie przemawia. Jak thriller też się nie sprawdza, bo zaprzecza regułom, nie dając nic w zamian, czekając na kolejne tropy i trupy. Jest zaledwie nieźle, a można z tego było wycisnąć więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Żyć nie umierać

Bartek Kolano – kiedyś to był facet. Aktor, który mógłby powalić cały świat (albo przynajmniej cała Polskę), gdyby nie to, ze lubił pójść w cug. Żona (w zasadzie dwie żony) i córka tego nie wytrzymały, wiec facet został sam. By się jakoś utrzymać (wyrzucony z teatru) dorabia sobie zarówno jako rozbawiacz widowni w telewizyjnym show i prezenter reklamujący towary. I to niestabilne życie zostaje wywrócone do góry nogami. Badania lekarskie i wyrok – nowotwór. Zostaje mu kilka miesięcy i co dalej?

zyc_nie_umierac1

Debiutujący samodzielnie Maciej Migas inspiruje się prawdziwą historią aktora Tadeusza Szymkowa. Wydawałoby się, że w tematyce ostatecznego rozstania ze światem nie da się niczego opowiedzieć. I to potwierdza ten tytuł. Pozornie jest tak jak być powinno – Bartek chce naprawić i poukładać swoje relacje z dawno nie widzianą córką, mieszkającą na Węgrzech. Jednak sam film to przede wszystkim zbiór scenek, luźno ze sobą powiązanych. Mamy rozmowy zarówno z przyjacielem Żukiem, obserwujemy Bartka w pracy, wreszcie jego rozmowa przez Skype’a z pierwszą żoną, z druga żoną, wreszcie córką. Nie muszę mówić, że wszystkie panie nie chcą go znać. A w tle leci delikatna, ładna muzyka, nie współgrająca z tym, co się dzieje na ekranie.

zyc_nie_umierac2

Nic tutaj się klei, a sceny mające poruszyć (próba samobójcza, rozmowa z córką i jej mężem), wprawiły mnie w obojętność. Nawet Tomasz Kot, grający główną rolę, nie jest w stanie tego udźwignąć. Robi, co może, ale scenariusz nie pozwala rozwinąć mu skrzydeł. Sytuację lekko ratuje Janusz Chabior jako Żuk i sceny rozmów wspólnych potrafią nawet rozbawić. Ale nie zmienia to faktu, że jest to film mocno średni. Kompletnie nieangażujący, co w przypadku filmu z rakiem w tle jest poważną wadą. Po czymś takim naprawdę trudno żyć.

5/10

Radosław Ostrowski

Disco Polo

Czy jest ktoś w Polsce, komu musiałbym tłumaczyć, co to jest disco polo, zwane też muzyką chodnikową? Lata 90. to był złoty czas dla tego gatunku, który obecnie dzięki przebojowi „Ona tańczy dla mnie” grupy Weekend przeżywa renesans oraz własną stację telewizyjną. O tych początkach i czasach boomu opowiada debiut Macieja Bochniaka.

Punktem wyjścia jest historia niejakiego Tomka – młodego chłopaka, syna kolejarza. Chce zostać gwiazdą muzyki disco polo i próbuje włączyć do pomocy kolegę Rudego. Razem z koleżanką o ksywie Mikser zakłada kapelę Laser i rusza na podbój Polski. A że droga jest dość wyboista, to już inna kwestia.

disco_polo1

Takich opowieści były setki, jeśli nie tysiące. Wielki sukces, od którego odbija szajba, przychodzi opamiętanie i jeszcze większy sukces. To bajka o spełnieniu i wielkim śnie, który wielu śni u nas (kasa, przyjaźń, laski i mieć wszystko wypasione), ale wymaga to pomysłowości, sprytu i czasami bezczelności. A tego to już nie każdy potrafi. Lata 90. są tutaj pokazane na dwa sposoby: szarą bidę oraz kolorowy, wypasiony kicz w iście amerykańskim stylu z klującymi oczy kolorami. Dalej idzie wszystko jak po sznurku, choć kilka scen jest niesamowicie śmiesznych (m.in. specjalny koncert… w pierdlu i związane z tym perturbacje – od gliniarzy ze strzelbami i taxi helikopterem po osobę samego skazańca o twarzy… Jerzego Urbana czy „gaszenie” koncertu w remizie strażackiej).

disco_polo2

Bochniaka trzeba też pochwalić za pokazanie różnych nieczystych zagrywek działających w tym szołbiznesie (za którym, oczywiście, stoi mafia – myślicie, że odpuściliby taką kasę?). Jeśli nie będziesz posłuszny, to jednym słowem zmniejszana jest sprzedaż materiału, a jak to nie pomoże, to „kradniemy” nazwę i zmieniamy skład zespołu. Delikatne ostrze satyry jest dobitniejsze niż w „Polskim gównie”. A i sama muzyka to jedna jazda na sentymencie (przynajmniej dla mnie – ze zmienionymi aranżacjami Michała Nosowicza) i przyjemnie się tego słuchało – tylko nie mówcie o tym nikomu ;).

disco_polo3

Więc w czym jest problem? Przewidywalna fabuła to po pierwsze. Po drugie, nie ma tutaj próby rozgryzienia fenomenu tej muzyki – dlaczego ona jest taka nośna i skąd te rekordowe miliony sprzedanych kaset magnetofonowych i płyt CD? Dodatkowo reżyser jeszcze wrzuca pewne aluzje i odniesienia do bardziej ambitnych filmów, co może wywołać dysonans (drążenie ropy z „Aż poleje się krew”, pościg z ciężarówką prawie jak w „Pojedynku na szosie” czy duet ubrany na biało z „Funny Games”).

disco_polo4

W całej tej konwencji odnaleźli się aktorzy, którzy grają troszkę „stereotypowe” postacie, ale są w tym wiarygodni. Kompletnie zaskoczył Dawid Ogrodnik (a zwłaszcza jego barwa głosu), który sprawiał wrażenie wyluzowanego i ambitnego chłopaka – Tomka. Niezgorszy był Piotr Głowacki (bardziej stąpający przy ziemi Rudy) i Joanna Kulig (wokalistka Gensamina). Ale powiedzmy to sobie wprost – ten film skradł im Tomasz Kot. Producent Daniel Polak w jego wykonaniu z jednej strony jest komediową petardą („Jak się Polakowi podoba, to znaczy, że każdemu Polakowi się spodoba„) i postacią kompletną. Krzykliwy, czerwony gajer, polskie wąsy i to zabójcze spojrzenie – niby idiota, ale posiadający władzę i wolę działania.

Nie jest to aż tak świetny film, jaki mógłby być, ale też nie ma specjalnie powodu do wieszania psów. „Disco Polo” to bajka – kolorowa, dynamicznie zmontowana i chwytliwa. Jak muzyczny przebój. Pytanie tylko czy zostanie w głowie na długo?

6/10

Radosław Ostrowski