Labirynt

Sarah jest nastolatką, która żyje w świecie baśni i fantazji. W tym sensie, że czyta wiele takich książek oraz ma masę zabawek – mentalnie jakby nadal była dzieckiem. Rodzice proszą ją o opiekę nad dużo młodszym bratem, a oni wyjdą na miasto. Problem w tym, że płacz Toby’ego doprowadza dziewczynę do szału, przez co dzieciak zostaje – za pomocą jej słów –  zabrany przez Króla Goblinów i trafia do jego zamku. By go odzyskać Sarah ma 13 godzin, by przebić się do zamku przez labirynt.

labirynt (1986)1

Dla wielu widzów Jim Henson to przede wszystkim twórca kultowych Muppetów, ale w swoim dorobku ma dwa filmy fabularne w klimacie fantasy. Obydwa w dniu premiery nie zostały zbyt ciepło odebrane, ale osiągnęły status dzieł kultowych. “Labirynt” nie jest aż tak mroczny jak “Ciemny kryształ”, ale nie pozbawiony elementów grozy. Pod płaszczykiem fantastyki ukrywa się historia o dojrzewaniu oraz końcu dzieciństwa. Tytułowy labirynt to miejsce bardzo zaplątane, gdzie nic nie jest tym, co się wydaje. Niepozbawionym pułapek, gdzie nie każdemu można zaufać, nic nie jest fair (jak życie), gdzie każdy błąd może wiele kosztować. Dlatego lepiej mieć u swoim boku przyjaciół, choć poznanie ich nie zawsze jest łatwe. Sama opowieść jest klasyczna, schematyczna i raczej nie zaskakująca, lecz nie dlatego robi ona takie wrażenie.

labirynt(1986)2

Henson przykuwa uwagę stroną plastyczną, co było także mocną stroną poprzedniego filmu. Dużo jest tutaj efektów praktycznych, masa kukiełek (w jednej scenie jest ich nawet 50) oraz bardzo imponująca scenografia. Dużo jest tutaj pomysłowych rzeczy (dwie gadające kołatki, bagno ze specyficznym zapachem), zabaw perspektywą (finałowa konfrontacja w pomieszczeniu pełnym schodów w różnych miejscach) oraz zaskakująco dużo humoru. Jakby tego było mało, jest kilka scenek musicalowych z kilkoma chwytliwymi piosenkami. I tutaj słychać, że jest to produkcja z lat 80., ale nie zestarzały się mocno. Ale “Labirynt” nie porwał mnie tak bardzo jak “Ciemny kryształ”, nie zaangażowałem się. Mimo pewnej realizacji oraz balans między humorem a dramatem czy bardzo dobrego aktorstwa. Zarówno młodziutka Jennifer Connelly (Sarah), jak i magnetyzujący David Bowie (król goblinów) są fantastyczni, dodając wiele charakteru do tego filmu. Tak jak wiele postaci drugoplanowych w rodzaju krasnoluda Hoggle, waleczny pies sir Didymus czy przypominający yeti Ludo.

labirynt(1986)3

“Labirynt” ma w sobie wiele uroku oraz tworzy specyficzne kino fantasy. Nie brakuje mroku, humoru (za scenariusz odpowiadał Terry Jones z “Latającego cyrku Monty Pythona”) oraz refleksji. Przejście z czasu dzieciństwa do dorosłości jest trafnie pokazane, chociaż zakończenie może wielu zmylić. Mimo wad ma wiele uroku.

7/10

Radosław Ostrowski

Z piekła rodem

Kuba Rozpruwacz – jego sprawa do dziś pozostaje fascynującą tajemnicą. Morderca pięciu kobiet w najbiedniejszej dzielnicy Londynu, Whitechapel pozostaje pierwszym znanym w historii kryminalistyki seryjnym mordercą. Kim był i dlaczego zabijał? Do tej pory powstało wiele teorii oraz spekulacji, zaś tajemnica stała się polem działania dla ludzi kultury. Tak zrobił autor komiksów Alan Moore, tworząc razem z rysownikiem Eddie Campbellem dzieło „Z piekła rodem”. Zainteresowali się tym dziełem filmowcy i tak powstała pierwsza adaptacja utworu Moore’a.

Historia skupia się na policyjnym śledztwie w sprawie zabójstwa pewnej kobiety upadłej. Jak się zwykło mawiać na prostytutki. Nikt nic nie widział, a poza poderżnięciem gardła nie ma innych śladów. Z czasem przy kolejnych ofiarach dochodzi do brutalniejszych zbrodni. Sprawę dostaje inspektor Frederick Abberline, który lubi się szprycować opium. Dzięki temu ma wizję, pokazujące przyszłe wydarzenia. Jednak czy to wystarczy?

z piekla rodem3

Film braci Hughes to mieszanka kryminalnego śledztwa z klimatem horroru. Sam początek może wywołać konsternację, bo widać sceny pozornie będące zapychaczami (przeprowadzenie lobotomii). Ale to wszystko jest zmyłką i okaże się istotnym elementem intrygi. Prowadzonej bardzo powoli, zabarwionej paroma narkotycznymi wizjami (pełnymi zielonego filtru oraz szybkiego montażu) oraz klimatem godnym czarnego kryminału. Brudne ulice, niebezpieczne zaułki, gdzie w każdej chwili może coś wyskoczyć. Alfons, policjant, nawet zabójca, a wszystko w mieście spowitym czernią nocy oraz czerwienią wschodzącego słońca. A za wszystkim stoją ludzie mający wielkie wpływy oraz znajomości (coś mówi nazwa masoneria?), co uniemożliwia dojście do prawdy.

z piekla rodem2

Realizacyjnie ten film wygląda niesamowicie: szczegółowa scenografia i kostiumy plus bardzo piękne zdjęcia. W tle gra bardzo niepokojąca muzyka Trevora Jonesa, zaś sama historia potrafi wciągnąć aż do brutalnego, bardzo gorzkiego końca. Na szczęście udaje się tutaj uniknąć łopatologii, zaś rozwiązanie daje wiele satysfakcji. No i jest logiczne, co nie zawsze się udaje. Czy tak mogło być naprawdę? Jest to prawdopodobne, ale prawdy nie dowiemy się nigdy. Poza tym, film nie jest próbą rekonstrukcji wydarzeń, tylko wariacją na ten temat.

z piekla rodem1

I jest to także znakomicie zagrane. Absolutnie błyszczy tutaj Johnny Depp jako Abberline, który myśli troszkę inaczej niż reszta śledczych. Bo w tych czasach uważano, że osoby z wyższych sfer nie mogą popełnić zbrodni, tylko jest to dzieło osób niewykształconych, prymitywnych i prostych. Niby to typowa ekscentryczna postać, widząca oraz spostrzegająca więcej, ale też naznaczona mrokiem. Aktorowi udaje się pokazać empatię oraz determinację. Świetnie Deppowi partneruje Robbie Coltrane (cytujący Szekspira sierżant Godley), a także Heather Graham (prostytutka Mary Kelly), tworząc bardzo przekonujące relacje. Tak samo drugi plan obfituje w znajome twarze m.in. Iana Holma (sir Gull, lekarz rodziny królewskiej), Jasona Flemynga (woźnica) czy Iana McNeice’a (koroner).

Kiedy oglądałem ten film po raz pierwszy, zrobił na mnie bardzo mocne wrażenie. Dzisiaj „Z piekła rodem” nadal broni się mrocznym klimatem, kilkoma mocnymi scenami gore oraz świetnym aktorstwem. Fani kryminałów z dreszczykiem powinni się poczuć jak w domu.

8/10

Radosław Ostrowski

Harry Angel

Wszystko zaczyna się bardzo klasycznie. Jest Nowy Jork roku 1955. Tytułowy bohater jest prywatnym detektywem, który za pieniądze pomoże w drobnej sprawie typu ubezpieczenia czy rozwód. Ale tym razem dostaje sprawę, która może być punktem zwrotnym w jego karierze. Niejaki Louis Cypher prosi go o znalezienie niejakiego Johnny’ego Favorite’a. Był bardzo popularnym muzykiem, który wskutek działań wojennych trafił do szpitala psychiatrycznego. Problem w tym, że Cypher odwiedził szpital i otrzymał bardzo sprzeczne informacje. Angel za wynagrodzenie decyduje się sprawę wybadać.

harry angel1

Alan Parker swój ostatni film nakręcił w 2003 roku i wygląda na to, iż nie zmienia zmieniać tego stanu rzeczy. Nie oznacza to jednak, że nie można pogrzebać w jego krótkiej, ale bardzo różnorodnej filmografii. Jak choćby adaptacji powieści Williama Hjorstberga, będąca krwawym kryminałem noir. Przynajmniej na początku. Wszystko wydaje się pasować: brudne miasto, cyniczny i rozmemłany detektyw oraz klimat tajemnicy. Brakuje tutaj tylko femme fatale, chociaż może jest taka. Ale tak naprawdę to tylko otoczka, sprawa zaczyna mieć swoje drugie dno. Bo prosta sprawa zaczyna przynosić masę trupów, a każdy trop okazuje się ślepą uliczką. Jakby naszemu zaginionemu bardzo zależało, żeby nikt nie odnalazł go. A przeniesienie akcji z Nowego Jorku do Nowego Orleanu nie jest w stanie tego klimatu zmienić. Zupełnie jakby mrok czy jakaś inna siła przyciągała naszego detektywa do siebie.

harry angel2

Reżyser garściami czerpie ze stylizacji kina noir, co widać już w warstwie wizualnej. Nie pozbawione brudu, pyłów oraz turpistycznego piękna Nowy Jork zostaje skontrastowany z ciepłym, pełnym kurzu oraz chat Nowym Orleanem. By jeszcze bardziej zagmatwać sprawę w tle mamy jakieś voodoo, czarną magię i okultyzm, przez co całość mocno skręca ku horrorowi. A i trzeba przyznać, że kolejne trupy stają się coraz bardziej makabryczne, co może odrzucić co wrażliwszych widzów. By jeszcze bardziej namieszać nam w głowie, sytuację komplikuje miejscami bardzo rwany montaż. Trudno wymazać scenę odkrycia makabrycznego trupa w rytm stepujących stóp czy powtarzanych ujęć z Harrym w jadącej windzie. I jeszcze to bardzo przewrotne, fatalistyczne zakończenie, które przypomina o tym, że długi zawsze należy spłacać. Nic więcej nie mogę zdradzić, bo musiałbym wejść w strefę spojlerów, ale to bardzo satysfakcjonująca rozrywka.

harry angel3

Aktorsko jest to zagrane fantastycznie, zaś drugi plan jest przebogaty. Ale tak naprawdę liczą się tutaj tylko dwie kreacje. Po pierwsze, kapitalny Mickey Rourke w roli tytułowej. Lekko rozmemłany i niedbale wyglądający facet, który znajduje się w sytuacji bez wyjścia. Tylko, że jako detektyw nie jest mistrzem subtelności, bywa arogancki oraz bezczelny w wyciąganiu informacji. Ciężko polubić tego gościa, który wpadł w kleszcze, zaś mrok podąża za nim. No i jest jeszcze Robert De Niro w roli zleceniodawcy, wyglądającego jak biznesmen z dawnej epoki. Elegancko ubrany, z długimi włosami oraz paznokciami intryguje, zaś swoimi obserwacjami sprawia wrażenie kogoś bardzo zdeterminowanego. Choć na ekranie nie pojawia się zbyt często, tworzy bardzo wyrazistą kreację.

harry angel4

„Harry Angel” promowany był jako wypadkowa „Egzorcysty” i „Chinatown”, co jest trafnym połączeniem. Z pierwszego bierze elementy nadprzyrodzone, z drugiego noirową stylistykę oraz skomplikowaną intrygę. Taka hybryda nigdy przedtem ani potem nie dała tak interesującego efektu. Gotowi na tą diabelsko niebezpieczną odyseję?

8/10

Radosław Ostrowski

Ciemny kryształ

Tysiące lat temu była planeta – piękna i żyzna. Ale wszystko zmieniło się, gdy rozbił się Kryształ. Wskutek tego zdarzenia, kraina coraz bardziej zaczęła przypominać pustynię, a pojawiły się dwie rasy: paskudni (nie tylko z wyglądu) Skeksowie oraz delikatni czarodzieje Mistycy. Ci pierwsi są żądni długiego życia, które zapewnia im znajdujący się w zamku Kryształ, zaś drudzy żyją pokojem oraz spokojem. Wśród drugiej rasy znajduje się ostatni z rasy Gelflingów zwany Jen. Według przepowiedni jest jedynym, który może naprawić Kryształ, umieszczając zaginiony odłamek. Jeśli tego nie zrobi przed pojawieniem się trzech słońc, Skeskowie będą rządzić po wsze czasy.

ciemny krysztal1

Jima Hensona wszyscy kojarzą dzięki stworzony przez niego Muppetom oraz ulicy Sezamkowej. Jednak w 1982 postanowił zapuścić się w rejony kina fantasy, w czym pomógł mu Frank Oz. Sama historia wydaje się dość prosta i pozbawiona jakiś skomplikowanych wolt. Młoda istota musi zmierzyć się z nieprzyjemnym światem, zaczyna odkrywać swoje przeznaczenie, znajduje sojusznika oraz odkrywa wiele ze swojej przeszłości. No i musi dojść do ostatecznej konfrontacji. Jednak największe wrażenie przy tym tytule robi coś zupełnie innego: realizacja. W „Ciemnym krysztale” nie pojawia się żaden żywy aktor, tylko stworzone przez ekipę Hensona marionetki, kukiełki oraz wszelkiego rodzaju monstra, sterowane mechaniczne albo przez ludzi. Każda z istot wygląda inaczej: Skeskowie przypominają paskudnie starzejące się sępy, pragnące wiecznego życia oraz władzy. Mistycy mają spore gabaryty, lecz budzą o wiele większą sympatię swoją łagodnością. Są też jeszcze inne istoty: mniejsi Gelflingowie, krabowate Garthrimy, szpiegujące Nietoperze i wiele innych. Ten świat jest naprawdę żywy oraz bogaty, że aż chciałoby się wejść głębiej.

ciemny krysztal2

Również wrażenie robi fantastycznie zrealizowana strona plastyczna. Nie tylko plenery oraz fauna, ale także przede wszystkim scenografia. Zarówno wszelkie przestrzenie zamku Kryształu, dom Aughry z ruchomym układem kosmosu czy ruiny siedziby Gelflingów zachwyca szczegółowością. Równie fantastyczna jest muzyka Trevora Jonesa, pełna epickiego rozmachu oraz klimatu, jakiego nie da się opisać słowami. Hensonowi udaje się stworzyć klimat klasycznych baśni, gdzie nie brakuje mrocznych scen (śmierć Cesarza Skeksów, zabieranie esencji życia), a także budujących suspens (finałowa konfrontacja). Nie wszystkie efekty specjalne (zwłaszcza optyczne) wytrzymały próbę czasu, ale nie kłują tak mocno w oczy, jakby się można było spodziewać.

ciemny krysztal3

Nie wiem, czy wiecie, ale Netflix pod koniec sierpnia wrzuca serialowy prequel osadzony w świecie „Ciemnego kryształu”. Zanim jednak wyruszymy w tą przygodę, sięgnijcie po oryginał. Może historia nie chwyta tak bardzo, ale realizacyjnie jest to bardzo unikatowe dzieło skierowanego dla młodego widza. Mroczne, lecz ekscytujące doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mroczne miasto – wersja reżyserska

Wszystko zaczyna się dość tajemniczo. Gdzieś w hotelowej łazience nocą budzi się mężczyzna. Przebiera się, bierze walizkę i otrzymuje telefon z ostrzeżeniem, że jego życie jest w niebezpieczeństwie. Odkrywa ciało młodej kobiety pełne krwawych, okrągłych kręgów i kompletnie niczego nie pamięta. Ucieka ścigany przez policję oraz tajemnicze osoby w płaszczach oraz kapeluszach.

mroczne_miasto1

Reżyser Alex Proyas bawi się konwencjami i wpuszcza w maliny. Zaczyna się jak rasowy kryminał z całym arsenałem sztuczek noir – ponure zaułki, scenografia i samochody niemal żywcem wzięte z lat 40. oraz ciągły mrok obecny aż do samego końca. Powoli odkrywany razem z Murdockiem tajemnicę związaną z samym miastem oraz grupą osób, która steruje tym miastem. Bo – jak szybko można się domyślić – nic nie jest takie, jak na pierwszy rzut oka. I wtedy pojawiają się elementy SF oraz steampunku (podziemia, wygląd strzykawek). Więcej wam nie chcę zdradzić, bo po pierwsze zepsuje przyjemność z samodzielnego rozwiązania łamigłówki, a po drugie jest to clou całej opowieści. Muszę przyznać, że kolaż neo-noir z SF prezentuje się okazale. Proyas stopniowo przekazuje kolejne elementy układanki i przedstawia bardzo ponury świat. Świat, w którym ludzie pozbawiani są wspomnień (ją one wszczepiane po wybiciu północy). Świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego tylko potęgują klimat tajemnicy, idąc w stronę noir. Eleganccy gliniarze, knajpy, femme fatale – wszystko tutaj gra i pasuje.

mroczne_miasto2

Filozoficzne wątki filmu stanowią jego drugie dno i nie są tylko naddatkiem dla krytyków. Czy jesteśmy w stanie sami decydować o swoim losie, a może ktoś za nas steruje? Skoro wspomnienia mogą być kłamstwem, a świat jest ciągle zmieniany (dobudowywane budynki), sprawiając wrażenie nieobecnego, to czy w ogóle możliwe jest dojście do prawdy? Te pytania zostają w głowie na długo, a film nie daje wszystkich odpowiedzi. Czuć też inspiracje innymi dziełami – steampunkowe elementy przypominały „Brazil” (siedziba tajemniczych obcych), filmy Jeuneta czy nieśmiertelnego „Blade Runnera”, ale najbardziej oczywistym skojarzeniem jest „Matrix” (mesjanizm), który bywał – trochę na siłę – nazywany plagiatem filmu Proyasa. Całe te inspiracje jednak nie niszczą filmu i są tylko skojarzeniami, z których sklejono samodzielny twór.

mroczne_miasto3

W tej estetyce bardzo dobrze odnajdują się aktorzy. Rufus Sewell kojarzony głównie z ról czarnych charakterów tutaj świetnie wszedł w buty zagubionego i uparcie szukającego swojej tożsamości Johna Murdocka. Jest to wyjątkowa postać w tym świecie, ale to zapewne jest łatwe do rozszyfrowania. Poza nim błyszczy niezawodny William Hurt (wątpiący, dociekliwy i inteligentny inspektor Bumstead) oraz świetny Kiefer Sutherland (jąkający się i zagadkowy dr Daniel Schreber, mający istotną wiedzę na temat świata). Jest tutaj tylko jedna kobieta, ale Jennifer Connelly jest czarująca (pięknie śpiewa w knajpie, chociaż nie swoim głosem) i jako żona Murdocka dobrze sobie poradziła.

mroczne_miasto4

„Mroczne miasto” jest intrygującym i tajemniczym kinem SF. Może końcówka lekko zawodzi, ale i tak ogląda się z dużym zainteresowaniem. Aha, koniecznie oglądajcie wersje reżyserską nie tylko dlatego, że jest dłuższa, ale pozbawiona łopatologicznego tłumaczenia jakie dostajemy na samym początku. Ostatni film SF epoki industrialu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatni Mohikanin

Rok 1751. Na amerykańskim kontynencie trwa wojna między Wielką Brytanią a Francją. Wbrew swojej woli w tą walkę zostają wplątani trzej Indianie z plemienia Mohikanów: białoskóry Nathaniel Poe zwany Sokolim Okiem, Unkas zwany „Rączym Jeleniem” oraz ich ojciec Chingachook. Ich neutralność oraz plany zostają zerwane, gdy wyciągają z zasadzki eskortowane przez majora Duncana Heywarda córki pułkownika Munro – Corę i Alice.

mohikanin1

Pozornie ten film nie pasuje do całego dorobku Michaela Manna, który w latach 80. zasłynął stylowymi oraz klimatycznymi kryminałami. Tym razem jednak mamy kino przygodowe bazujące na powieści Jamesa F. Coopera, dziejące się w czasach, kiedy jeszcze nie istniały Stany Zjednoczone (kilkanaście lat przed wojna o niepodległość), choć już powoli czuć, że koloniści mogą wszcząć bunt. Jednak tak naprawdę jest to pretekst do pokazania porywającego widowiska o honorze, lojalności, uczciwości, walce oraz… miłości. I chyba ze wszystkich filmów Manna, ten jest najbardziej liryczny ze wszystkich. Co nie znaczy, że zrezygnowano z krwi i przemocy. Imponuje rozmach (scena oblężenia fortu przez Francuzów w nocy – wizualne cudo oraz popis pirotechników), piękne plenery oraz – po raz pierwszy w przypadku tego kompozytora – pełno orkiestrowa muzyka Trevora Jonesa i Randy’ego Edelmana z nieśmiertelnym tematem przewodnim. To wszystko trzyma w napięciu, chwyta emocjonalnie za gardło i jest to na tak wysokim poziomie, że nic nie jest w stanie tego przebić. Drugim istotnym wątkiem jest pokazanie losów Indian, którzy zostają wplątani i przejmują najgorsze cechy białych ludzi – zaślepienie, zemsta, podwójna moralność, co doprowadza do pozbawienia/osłabienia ich relacji z naturą i przyrodą. To doprowadza później do wymarcia plemion indiańskich.

mohikanin2

Jednak cała ta pasja oraz perfekcja Manna nie zdałaby się na wiele, gdyby nie charyzmatyczny Daniel Day-Lewis. Sokole Oko to w jego wykonaniu człowiek biały, którego wychowali Indianie, przez co przejął ich zwyczaje oraz przekonania. Nie jest on pozbawiony własnego rozumu i nawet gdy wyznaje miłość, to mu wierzymy na słowo. Nawet w jego miłość z twardo trzymającą się ziemi Corą Munro (wyrazista Madeleine Stowe), która jest zarówno silna jak i bardzo delikatna. Takie kobiety zapadają w pamięć dość mocno. Poza tą dwójką najbardziej zapada w pamieć etatowy Indianin Hollywoodu – Wes Studi jako mściwy i okrutny Magua, pragnący zemsty za swoje krzywdy. To on dominuje, gdy pojawia się na ekranie. Cała reszta obsady prezentuje równie wysoki poziom.

mohikanin3

Czyżby „Ostatni Mohikanin” to opus magnum Michaela Manna? Na pewno to najbardziej wyjątkowy film w dorobku tego reżysera, pełen emocji, liryzmu, ale bez popadania w patos. Wszystko jest tu odmierzone w idealnych proporcjach. Ocierające się o arcydzieło wielkie kino.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Trevor Jones – Thirteen Days

cvr_frnt

Rok 1962 zapowiadał się jak każdy rok – nie wydawało się, żeby miało dojść do czegoś szczególnego. Ale kiedy CIA nie udało się obalić kubańskiego dyktatora Fidela Castro (nieudana operacja „Mangusta”), ten zwarł układ ze Związkiem Radzieckim, który postanowił na wyspie zamontować pociski rakietowe gotowe do ataku na Stany Zjednoczone. W październiku 1962 roku amerykański wywiad odkrył, że część pocisków zawierała ładunki nuklearne. Informacja doprowadziła do kryzysu politycznego, który mógł doprowadzić do zbrojnej i otwartej konfrontacji, która mogła się zakończyć użyciem broni nuklearnej. 22 października 1962 roku prezydent Kennedy wygłosił orędzie do narodu, gdzie pokrótce przedstawił cała sytuację. O przebiegu tych wydarzeń oraz o zakończeniu tego sporu, opowiada nakręcony w 2000 roku polityczny thriller Rogera Donaldsona „13 dni”. Mimo znanego finału, film trzyma w napięciu (choć w całości jest on oparty na dialogach), pokazuje cały przebieg wydarzeń na tyle, na ile jest to możliwe (duża pomocą były nagrania rozmów w Biały Domu – prezydent Kennedy był na tyle przezorny, że nagrywał każdą rozmowę), w dodatku całość jest świetnie zrealizowana (zdjęcia i montaż zasługują na uznanie) i bardzo dobrze zagrana, m.in. przez Kevina Costnera (doradca Kenny O’Donnell), Bruce Greenwooda (JFK) i Stevena Culpa (Robert Kennedy). Jednak tutaj mówimy o muzyce filmowej, a nie o samych filmach. Tak zaś jest dopasowana do wydarzeń na ekranie i buduje napięcie.

Donaldson zatrudnił na stanowisku kompozytora Trevora Jonesa, któremu rozgłos i popularność przyniósł „Ostatni Mohikanin”. Praca przy tym filmie była dość wygodna, gdyż wcześniej partytura została nagrana w formie elektronicznego dema w formacie mp3 i dostarczona reżyserowi, który był zachwycony. Wystarczyło tylko znaleźć orkiestrę (London Symphony Orchestra) i nagrać ją w wersji symfonicznej, co też nastąpiło.

jonesSkoro jest to kino historyczne pokazujące dość kluczowe wydarzenia z historii USA, nie mogło obejść się bez patosu oraz tematyki patriotycznej. I Jones o tym wie, wywiązując się z tego bardzo dobrze. Już w otwierającym album „Lessons of History” pojawiają się dwa tematy w stylu Americana (werble, podniosłe smyczki i trąbki), czyli patos pełną gębą. Okraszone to jeszcze jest cymbałkami, fletami czy klarnetami. Ten temat będzie pojawiał się jeszcze parę razy (najbardziej poruszająca wersja w elegijnym „Prayer for Peace”), podnosząc atmosferę.

Nie zapominajmy, że jest to polityczny thriller. Może i jest bardzo „gadatliwy”, ale trzeba przecież budować napięcie. Jones sięga po sprawdzone patenty – dysonanse smyczków, zmienność tempa, mieszanie agresywnych dęciaków z „przerażającymi” smyczkami. To pojawia się w „The Knot of War”, gdzie jeszcze zgrabnie wpleciono elektronikę, która jednak nie wywołuje irytacji, tylko delikatnie gra w tle. I wtedy muzyka staje się mroczniejsza, budzi wręcz przerażenie (bardzo nerwowe smyczki), tworzy tez bardzo spójną całość. Więcej do powiedzenia ma elektronika („Our Rules of Engagement”, gdzie jeszcze swoje dodają mocne werble i kotły oraz bardzo smutne skrzypce, a wszelkie dęciaki drewniane pachną „wschodem”), ale klasyczne orkiestrowe brzmienie jest bardzo efektywne.

I w końcu jeszcze trzecia twarz ścieżki Jonesa, czyli akcja. Pretekstem dla niej są głównie sceny lotów samolotów zwiadowczych na Kubę. Wtedy następuje mocniejsze uderzenie. Takim pierwszym ciosem jest „There Can Be No Deals”, którego tempem i dynamiką nie powstydziłby się sam Hans Zimmer (uderzenia werbli, brzmienie smyczków oraz fragmenty elektroniki budzą skojarzenia z „Twierdzą” tego kompozytora), a ostatnie dwie minuty (szarpane tempo smyczków oraz potężne uderzenia kotłów zgrane z dęciakami) tylko podkręcają cała atmosferę zawieszając ja pod koniec (uderzenia bębenków na samym końcu przypominają początek „Main Theme” z „Ostatniego Mohikanina”). Drugi taki łomot to „Death of Major Anderson”, czyli scena ucieczki samolotu przed pociskami. Nerwowy sposób budowania napięcia, wykorzystanie „kowadła” (użyte także w równie mocnym i ostrym „One Life Left”), „tykajaca” elektronika budzi skojarzenia z Jamesem Hornerem, jeśli chodzi o konstrukcję W podobnym stylu bazuje „Us and the Devil”, tutaj jeszcze używając „rosyjsko” brzmiących smyczki i trąbki. Na sam koniec Jones serwuje wyciszenie oraz spokój przez dwa utwory – „The Sun Came Up Today” oraz „The Will of Good Man” działają bardzo oczyszczająco, rozładowując całe napięcie i kończąc cały album happy endem.

Można się przyczepić, że utwory są dość długie, że Jones powtarza się i niczym nie zaskakuje, ale to i tak nie zmienia dwóch rzeczy. Po pierwsze, nadal tworzy bardzo dobrą muzykę ze świetnymi orkiestracjami oraz bardzo dużą dawką emocji, napięcia i patosu. Wszystko w odpowiednich proporcjach. Po drugie, świetnie się to sprawdza na ekranie i nie wywołuje żadnych zgrzytów. Tym większa szkoda, ze „Trzynaście dni” trochę muzycznie przeszły bez echa. Moim zdaniem kompletnie niezasłużenie.

8/10

Radosław Ostrowski

Morze miłości

Frank Keller jest policjantem z wydziału zabójstw z 20-letnim doświadczeniem. Razem z detektywem Shermanem prowadzą dochodzenie w sprawie zabójstw mężczyzn. Wszyscy umieszczali anonse w gazecie dla samotnych. Obaj decydują się umieścić swoje ogłoszenia, zakładając, że sprawcą jest kobieta i w ten sposób ją złapać. Frank wpada na trop Helen, ale zakochuje się w niej.

morze_milosci1

Film Harolda Beckera w założeniu jest thrillerem z wątkiem miłosnym. Obydwa wątki zgrabnie przeplatają się ze sobą i wciągają, trzymając w napięciu do samego finału (całkiem niezłego). Wszystko się gmatwa i komplikuje, nie brakuje odrobiny humoru (randki w restauracji), zaś realizacja jest więcej niż solidna. Ogląda się to dobrze i trudno się przyczepić do czegoś.

morze_milosci2

Ale byłby to jeden z wielu filmów z tego okresu, gdyby nie było tak świetnie zagrane. Powracający po czterech latach przerwy Al Pacino znowu przyciąga uwagę. Zarówno jako śledczy, jak i zakochany facet. Także Ellen Barkin jest apetyczna, zaś chemia między nimi jest wręcz namacalna. Poza nimi wybija się sympatyczny John Goodman (detektyw Sherman) i Michael Rooker (Terry).

Solidny dreszczowiec, który mimo upływu lat potrafi sprawić satysfakcję.

7/10

Radosław Ostrowski

W imię ojca

Aż trudno uwierzyć, że ta historia wydarzyła się naprawdę. W 1974 roku brytyjski wymiar sprawiedliwości oskarżył Gerry’ego Conlona – drobnego złodziejaszka –  o dokonanie zamachu terrorystycznego. Razem z nim oskarżono trzech jego kumpli z komuny hippisowskiej oraz całą jego rodzinę, bo jak wiadomo wszyscy Irlandczycy to terroryści. Dopiero po 15 latach znaleziono dowody niewinności.

w_imie_ojca1

Opromieniony sukcesem debiutu Jim Sheridan znów opowiada prawdziwą historię największej pomyłki w historii brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości, za którą do tej pory nikt nie odpowiedział. Sam film zaczyna się od zamachu bombowego, w którym zginęło 5 osób (w tle „In the Name of the Father” U2 i Gavina Fridaya), a następnie przenosimy się do Belfastu, w którym trwa wojna i z którego Irlandczycy uciekają, by być jak najdalej od polityki, zamachów itp. Jednak z momentem wsadzenia ojca i syna w jednej celi, zaczyna się opowieść o relacji ojciec-syn, która paradoksalnie zaczyna się odbudowywać, co w innych okolicznościach byłoby niemożliwe, choć trwa to bardzo stopniowo i subtelnie. Al też pokazuje nie tylko niesprawiedliwość, ale też do czego może doprowadzić nadużycie władzy i wykorzystywanie jej w oparciu na stereotypach. Wszystko to naprawdę dobrze zrealizowane od strony technicznej, ze świetną muzyką (nie tylko piosenkami, gdzie spotykają się tu m.in. Hendrix, Thin Lizzy, Ray Davies i Sinead O’Connor, ale też instrumentalną Trevora Jonesa).

Zaś wisienką w tym filmie są dwie kreacje, o których nie można zapomnieć. Wiadomo, że jak pojawi się Daniel Day-Lewis, to on i tak ukradnie cały film oraz, że ta rola będzie bardzo autentyczna. I tak też jest tutaj. Gerry to na początku zagubiony, młody chłopak, który może nie jest świętym, ale stara się być uczciwym.  I w więzieniu przechodzi pewną metamorfozę, buntuje się i walczy o prawdę na wszelkie sposoby. Równym partnerem dla niego okazał się równie przekonujący Pete Postlethwaite – spokojny, opanowany i stonowany, ale ufający swojemu synowi i wspierający go. Ten duet nakręca ten film i jest jego siłą napędową. Poza nimi nie można nie wspomnieć Emmy Thompson (Gareth Pierce, obrońca w procesie apelacyjnym) oraz Colina Redgrave’a (śliski inspektor Dixon).

w_imie_ojca2

Takie filmy jak „W imię ojca” wywołują poruszenie i wściekłość wobec tego, co się stało. To nadal mocne i surowe kino, broniące się świetnym aktorstwem oraz historią. Absolutnie trzeba to obejrzeć.

7/10

Radosław Ostrowski

U2 & Gavin Friday – „In the Name of the Father”