Poznajcie Johna – to facet w wieku średni, mieszkający sam po śmierci żony. Pewnego wieczora przychodzi do niego przeznaczenie, a dokładniej trzech ruskich zakapiorów, którym odmówił sprzedaży auta. Pobili Johna, ukradli mu auto i zabili psa – prezent od zmarłej żony. John tego nie mógł znieść i chce się zemścić. Jeśli powiem wam, że John Wick był płatnym kilerem pracującym dla gangstera, którego syn był jednym z trójki bandziorów – jedno jest wiadome, krew się poleje.

Debiutujący na polu reżyserskim David Leitch i Chad Stahelski to uznani i doświadczeni kaskaderzy filmowi. Wiec po ich debiucie nie należy się spodziewać dramatu egzystoraz poważnej refleksji na temat kondycji człowieka. Z kolei scenarzysta Derek Kolstad jest autorem fabuł klasy B z Dolphen Lundgrenem. Mając takie fundamenty można było liczyć na co najwyżej średniaka, ale stała się rzecz niezwykła. Wyszedł z tego naprawdę przyzwoity akcyjniak, w którym fabuła jest tak naprawdę pretekstem do bijatyk i strzelanin w ilościach hurtowych. Wiadomo jak to się skończy i to jest największa wada. Ale realizacja jest naprawdę imponująca – nocne zdjęcia budują mroczny klimat, bijatyki i strzelaniny są niepozbawione finezji (jatka w dyskotece miejscami przypominała balet spod znaku Johna Woo) i w dodatku są tak zmontowane, że wszystko widać. Realizacją przypomina stare, dobre kino akcji z lat 80., a adrenalinę jeszcze bardziej podkręca świetna muzyka. Do tego jeszcze odrobinka czarnego humoru i pomysłowy świat, gdzie płaci się „złotymi monetami”, specjalnych sprzątaczy zamawia się przez restaurację, ale i tak wszystko bije hotel Continental – hotel dla zabójców, gdzie nie wolno załatwiać swoich interesów, co będzie karane. Z czymś takim nie zetknąłem się od dawna.

Aktorsko jest tutaj dość prosto, ale bez poważnych błędów. Keanu Reeves idealnie pasuje do swojej roli. Wick to facet, o którym krążą legendy, a reputacja jest powszechnie znana w półświatku – niemal mityczny heros. Owszem, jest troszkę komiksowy (prawie nieśmiertelny i zawsze elegancko ubrany), ale nie wywołuje irytacji czy znużenia. Ale jak się zemści, to na całego i nie przebaczy nikomu, nawet księdzu (można rzec, że on have a very particular set of skills). Taki to badass nad badassy. Równie świetny jest Michael Nyqvist w roli czarnego charakteru, który jest czarny i skupia swoją uwagę nawet bardzo drobnym spojrzeniem. I robi to w niemal lekki sposób. Jeśli chodzi o drugi plan mamy tu niewykorzystanego Willema Dafoe i Adriannę Palicki (kilerzy na zlecenie) oraz czarującego Iana McShane’a (Winston – właściciel hotelu) oraz Lance’a Reddicka (portier).

Z jednej strony to przewidywalny i oczywisty akcyjniak, ale sposób realizacji jest naprawdę solidny. W dodatku Keanu Reeves wpisuje się w nurt starych, ale jarych herosów kina akcji. A co wy byście zrobili, gdyby ktoś zabił wam psa?
7/10
Radosław Ostrowski






Friedkin (lub producenci) postanowili tym razem zaufać Tylerowi Batesowi, o którym można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest dobrym kompozytorem. Za swoje dotychczasowe dokonania wielu chciałoby go powiesić (zrzynki w „300” do tej pory mu nie wybaczono), a brak talentu był dostrzegalny nawet dla osób nie posiadających słuchu. Dlatego nikt chyba specjalnie nie wierzył w umiejętności Batesa. Efekt okazał się jednak dość… zaskakujący, choć soundtrack jest bardzo króciutki.
Bates postawił na mroczny klimat, tworząc muzykę bazującą na lekko westernowym instrumentarium (gitara elektryczna, perkusja, harmonijka i skrzypce). I choć pozornie wydaje się ona mało melodyjna i niezbyt atrakcyjna, słucha się jej zaskakująco dobrze, mimo iż materiał składa się z krótkich, bo około minutowych utworów. Nie brakuje tu typowo ilustracyjnego podejścia (rockowe „Strip Club” czy idące w stronę bluesa „Muffler Shop”), jednak zainteresowanie napędza temat głównego bohatera. Bardzo krótki utwór z niepokojąca grą gitary, kotłów oraz ciekawego instrumentu zwanego marksofonem (połączenie gitary z fortepianem) wyraźnie podkreśla demoniczny charakter Joe, potęgowany przez dziwaczny pomruk. Ten mrok nasila się w każdym utworze, choć najpełniej wypływa w pozornie spokojnym „Texas Motel”, gdzie dominuje klawiszowa harmonijka (w połowie zastąpiona przez gitarę elektryczną). Klimat ten zostaje z nami aż do samego finału.
