tick, tick… Boom!

W musicalu obecnie chyba żadne nazwisko nie jest tak popularne jak Lin-Manuel Miranda. Twórca „In the Heights” oraz „Hamiltona” od lat pisze piosenki do filmów, czasem w nich gra. Tym razem jednak postanowił wejść na wyższy poziom i spróbować swoich sił jako filmowy reżyser. Oczywiście, że nakręcił musical, będący biografią Jonathana Larsona.

Nie znacie go? To był młody chłopak z miasta Nowy Jork, co pracował jako kelner w restauracji. Ale ciągle ścigał swoje marzenie – pisanie musicali, co wychodziło mu łatwo. Problem w tym, że nikt nie chciał tego wystawić. Akcja toczy się w 1990 roku na kilka dni przed 30. urodzinami, z poczuciem niespełnienia. Że nic nie osiągnął, a rachunki same się nie opłacą. W końcu dostaje szansę na zaprezentowanie swojego dzieła „Suburbia” przed kilkoma ważnymi osobistościami świata musicalu.

Budulcem dla tego filmu jest monodram wykonywany przez samego Larsona, który opowiada o wszystkich tych wydarzeniach. Reżyser bawi się tutaj formą, gdzie sceny sceniczne przeplatają się z retrospekcjami. Wszystko jest niejako materializującą się na naszych oczach kreacją, gdzie przeskakujemy z mieszkania do apartamentu albo z knajpy na scenę. Czy do grupy fokusowej, by ustalić nazwę dla nowego produktu. Jeszcze kadr lubi się zmieniać – od wąskiego obrazu niczym w formacie telewizyjnym po szeroki ekran kinowy (Cinemascope). Dzieje się tutaj wiele, a wszystko w rytm bardzo chwytliwej muzyki – niby granej przez mały zespół, a pełnej energii oraz pasji. Chaos wydaje się pozorny, a prowadzi do historii artysty i jego wyboistej drogi do sukcesu. Sukcesu, którego nie będzie mógł być świadkiem.

Bo Larson umrze dzień przed premierą „Rent”, który będzie grany na scenie przez 12 lat. Przyczyna zgonu: tętniak i to w wieku 35 lat. To nie jest spojler, bo informację o śmierci dostajemy z offu na samym początku. Miranda, który ewidentnie czuje materiał i ma fantastyczne pomysły inscenizacyjne oraz choreograficzne (prosty numer o życiu w bohemie, otwierający całość „30/90” z drobną sceną taneczną w bibliotece czy kapitalna scena w jadłodajni), że nie można od tego oderwać oczu. Zdjęcia miejscami dostają odrobinę ADHD, a montaż daje prawdziwego kopa oraz rytmu.

Sam film za to opowiada o pogoni za marzeniami oraz cenie jaką się za to płaci. Zwłaszcza jeśli ma się nie tylko talent, ale i kompletną fiksację na tym punkcie. Poczucie traconego czasu, który gdzieś tyka cały czas w tle. Nerwowość jeszcze podkreśla blokada twórcza, wynikająca z niemożności napisania jednej piosenki. Przez co Larkin wydaje się bardzo narcystycznym, czasem wręcz antypatycznym dupkiem. Paradoksalnie jednak czyni go postacią pełnokrwistą, nawet jeśli jego przyjaciele i osoby z otoczenia pełnią rolę tła. Na szczęście ich problemy mają szansę w pełni wybrzmieć, nie sprawiając wrażenie ani zapychacza, ani emocjonalnego szantażu.

Jeśli chodzi o aktorstwo, „tick, tick… BOOM” można określić trzema słowami: Andrew Garfield Show. Aktor tworzy rolę absolutnie wybitną, gdzie w zasadzie wszystko robi bez zarzutu: od kapitalnego śpiewu i tańca (podejrzewam, że akurat gra na fortepianie mogła być udawana) aż po pokazania bardzo sprzecznych emocji: bezradności, wściekłości, przytłoczenia po pasję, energię oraz zrozumienie. Bez tej roli tego filmu by nie było, a Garfield wszystko pokazuje bezbłędnie, dominując wręcz ekran. W zasadzie reszta postaci wydaje się zepchnięta, choć ma szansę się wykazać: świetny Robin de Jesus (Michael), śliczna Alexandra Shipp (dziewczyna bohatera, Susan), śpiewający podczas monologu duet Vanessa Hudgens/Justin Henry czy w drobnym epizodzie Bradley Whitford (Stephen Sondheim).

„tick, tick… BOOM!” to z jednej stron zarówno świetny, poruszający musical jak i nieszablonowa w formie biografia. Kolejny przykład wszechstronnego talentu Lin-Manuela Mirandy, który czegokolwiek by nie dotknął, zamienia w złoto. Wszyscy będą sobie zadawać jedno pytanie: jakim cudem on to robi i jaki będzie jego kolejny ruch. Musical ostatnimi czasy jest naprawdę w formie i troszkę szkoda, że nie jest tak popularny jak z 10-15 lat temu.

8/10

Radosław Ostrowski

Spring Breakers

Z czym wam się kojarzą letnie ferie? Lub wakacje jak kto woli? Koniec nauki, imprezy, alkohol, seks, narkotyki. Tak samo to sobie wyobrażały sobie cztery małolaty, które by mieć kasę na wakacje we Florydzie… napadły na restaurację. Brit, Cotty, Candie i Faith (jedyna normalna z tej grupy) chcą się po prostu zabawić i zaszaleć. Dlatego ruszyły na bibę w hotelu. Potem zgarnęła je policja, by wyjść za kaucją opłaconą przez Aliena – gangstera-rapera. No i wtedy się zaczęła impreza.

Nie wiem jak wy, ale ja nigdy nie słyszałem o takim reżyserze jak Harmony Korine. Jego najnowsze dzieło wygląda krzykliwie, kiczowato, wręcz żywcem wzięte z jakiegoś teledysku MTV – mocno krzykliwe kolory, świadome balansowanie na granicy kiczu, elektroniczno-ambientowo-dubstepowa muzyka budująca klimat odrealnienia, wręcz przekoloryzowanego snu. Dodajmy jeszcze hacjendę z basenem, nieskończone orgie, seks pokazany bez hamulców i cenzury (dużo tyłków, dużo cycków) oraz banalne i tandetnie brzmiące dialogi, pełne powtórek i przebitek. Ale już w momencie usłyszenia dźwięku ładowanej spluwy, zacząłem podskórnie wyczuwać, że to nie będzie przyjemna zabawa. Twórcy w dość widowiskowy i efekciarski sposób pokazują mentalność współczesnych nastolatek zapatrzonych i karmiących się współczesna popkulturą – życia na skróty, traktowania zabijania czy kradzieży „jakby to było w pier*** grze video”.

spring1

Czy słysząc coś takiego, a jednocześnie widząc pozowanie na gangsterów i twarde laski, można to traktować absolutnie poważnie? W tej niby zabawie mamy obserwację pokolenia zapatrzonego, myślącego jak popkultura – szybko, mocno, intensywnie, a jednocześnie bez korzystania z mózgu. To jedna wielka zgrywa, która może zostać załapana przez nielicznych (zwłaszcza przerysowany i krwawy finał), gdyż wygląda ona bardzo niepoważnie i jest zasłonięta dużą ilością cycków, co może sprawiać problemy w skupieniu się. I albo to wyłapanie, albo odtrącicie uważając całość za kompletnie idiotyczną i bez sensu.

spring2

Jeśli chodzi o aktorstwo, to tak naprawdę jest to popis jednej osoby – Jamesa Franco. Jego Alien to pewny siebie cwaniaczek, który tez jest przesiąknięty popkulturą (zwłaszcza „Scarfacem”) i uważa siebie za niezniszczalnego twardziela oraz poetę, pełnego wrażliwości i złotych myśli. Jednym słowem – kompletny debil, goniący za swoim amerykańskim snem. Towarzysza mu cztery pstrokato ubrane dziewczyny, równie tępe i chodzące prawie w samym bikini (czyli Selena Gomes, Vanessa Hudges, Ashley Benson i Rachel Korine – prawie same gwiazdki Disneya), które mocno niszczą swój poprzedni wizerunek. Ich amerykański sen to seks, balangi, alkohol i gangsterka, zaś jego spełnienie wydaje się czymś wspaniałym. Jakby kompletnie nie wiedziały, że ma to wszystko swoja mroczna stronę.

Kontrowersyjny, ostry, szokujący, na granicy bełkotu i zgrywy, co naprawdę jest trudno wykryć. Na pewno jest niezwykłe doświadczenie, które może zaskoczyć wielu.

7/10

Radosław Ostrowski

Polowanie na łowcę

Rok 1983, Alaska. W małym miasteczku znikają młode kobiety, jedna z nich zostaje odnaleziona martwa z łuską. Pojawia się kobieta, która zeznaje, że padła ofiarą gwałciciela, który próbował ją zabić. Jednak policja jej nie wierzy, bo: a) dziewczyna jest prostytutką, b) sprawcą jej zdaniem jest szanowany obywatel Robert Hansen. Jednak prowadzący sprawę sierżant Halcombe postanawia bliżej przyjrzeć się sprawie.

lowca1

Debiutujący na dużym ekranie Scott Walker przedstawia prawdziwą historię, która w tamtych czasach mroziła krew w żyłach. W dodatku miejsce akcji (stan Alaska) tworzy dość mroczny klimat. Sama historia nie toczy się w super szybkim tempie, nie ma tutaj zawodów strzeleckich. Zamiast tego mamy żmudne śledztwo, bezsilność policji i próbę wykiwania sprytniejszego sprawcy. Niby nie ma zaskoczenia, bo z góry wiemy kto to zrobił, nie ma zbyt wielu wątków pobocznych, jednak całość sprawia wrażenie solidnego dreszczowca z paroma ponurymi scenami (scena zabicia kobiety). Bez ubarwiania, słodzenia czy fajerwerków, co należy zdecydowanie na plus.

lowca2

Drugim zaskoczeniem jest naprawdę udana i ciekawa gra aktorska. Śledczego gra tutaj Nicolas „zagram we wszystkim” Cage, który tutaj zaprezentował naprawdę przyzwoity poziom i nie drażnił swoją miną zbitego psa. Poza tym był bardziej opanowany i oszczędniejszy w grze. To samo postanowił zrobić John Cusack grający seryjnego zabójcę i wyszło mu to świetnie. Nie ma tu pójście w groteskę, jest pełne opanowanie i spokój, jakby po wszystkim (zabiciu) nic się nie stało. Ten facet naprawdę potrafi przerazić. Kolejną niespodzianką była niezła Vanessa Hughes jako prostytutka Cindy – niedoszła ofiara, wiarygodnie pokazując strach i przerażenie.

Czy można było wycisnąć więcej z tej historii? Chyba nie, dlatego Walkera należy pochwalić za solidność i realizm. Owszem, były lepsze filmy o tego typu tematach, ale nie można zaliczyć „Polowania…” za porażkę. Kawał udanego kina.

7/10

Radosław Ostrowski