Mission: Impossible

Impossible Mission Force – tajna komórka wywiadowcza CIA zajmująca się zadaniami niewykonalnymi. Takimi, gdzie trzeba korzystać z masek (charakteryzacja), wodzenia za nos oraz gadżetami, jakich się nie powstydził sam agent 007. Grupa przygotowanych agentów kieruje weteran branży Jim Phelps. Razem ze swoją ekipą (Ethan Hunt, Claire Phelps, Sarah Davies, Hannah Williams, Jack Harmon) otrzymują kolejne trudne zadanie, krążącej wokół listy agentów działających na terenie Europy Wschodniej. Listę ma zdobyć pracownik amerykańskiej ambasady oraz zdrajca Aleksander Golicyn, zaś zespół ma nagrać dowód zdrady, zdemaskować Golicyna i jego kupca. Niestety, cała akcja kończy się niepowodzeniem, śmiercią Golicyna oraz niemal całego zespołu oprócz Hunta. Jedyny ocalony podczas spotkania z szefem IMF, Eugenem Kittridgem orientuje się, że cała akcja to mistyfikacja, a prawdziwym celem jest wykrycie zdrajcy w organizacji.

mission impossible 1-1

W latach 90. był trend przenoszenia na duży ekran fabuł z seriali telewizyjnych. Najbardziej znany stał się „Ścigany” Andrew Davisa, ale drugim filmem z tego okresu było „Mission: Impossible”. Mało kto dziś pamięta, ale film opierał się na serialu telewizyjnym z lat 1966-73. Wielkim fanem tego dzieła był aktor Tom Cruise, który postanowił spróbować swoich sił jako producent filmowy. Do zadania realizacji został wyznaczony prawdziwy stylista kina, czyli Brian De Palma. Powiedzmy to sobie wprost: fabuła nie jest tutaj najważniejszym elementem. Jest to standardowa akcja spod znaku filmów o agencie 007, który zostaje uznany za zdrajcę. Intryga jest tylko pretekstem dla pokazania widowiskowych scen akcji, twistów oraz wodzenie za nos. Prawdziwą siłą jest jednak realizacja oraz charakterystyczny styl reżysera. Nie ma co prawda podzielonego ekranu, ale jest za to podwójna ogniskowa, długie ujęcia, sceny widziane z oczu i zbliżenia na twarze.

mission impossible 1-2

Niemniej fabuła jednak jest w stanie zaangażować, bo reżyser bardzo pewnie prowadzi całość. Historia jest na tyle pokomplikowana, że angażuje. Wymaga ona jednak skupienia, by tak jak Hunt połapać wszystkie elementy układanki. Ciągle lawiruje między IMF a tajemniczym handlarzem bronią Maxem, by oczyścić swoje dobre imię oraz znaleźć zdrajcę. Nie brakuje tutaj trzymających w napięciu scen akcji z nieśmiertelną sceną włamaniu do komputera w Langley (nawet jeśli czasami logika mówi co innego w kwestii tego, co się dzieje), akcji w Pradze czy finałowej konfrontacji w pociągu TGV. Pomaga w tym świetny montaż, znakomita praca kamery oraz absolutnie rewelacyjna muzyka Danny’ego Elfmana (bardzo w duchu kina szpiegowskiego).

mission impossible 1-3

Jest jeszcze jedno zaskoczenie, czyli stylizacja. De Palma kompletnie unika charakterystycznych elementów, który wskazywałby na realia lat 90. Jedyne, co zdradza wiek produkcji to komputery oraz wizja tego, jak miałby wyglądać Internet. Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to śmieszne i zestarzało się bardzo. Gdyby nie ten element, można odnieść wrażenie, że akcja toczy się w latach 60., co widać w scenografii czy kostiumach, a nawet fryzurach. I ten styl mocno wyróżnia ten film z całej serii. jedynym moim poważnym zastrzeżeniem – poza efekciarskim finałem – są wplecione sceny dialogów, będących repetycjami pewnych zdań kluczowych dla intrygi.

mission impossible 1-4

Jeśli chodzi o aktorstwo, powiedzmy sobie wprost: tu nie ma za dużo do grania, a wszystko jest tutaj mocno wzięte w nawias. Z tej reguły wyłamuje się Tom Cruise w roli Ethana Hunta, który jest typowym Cruisem z czasów kina akcji. Czy jest to nudna postać? O nie, tutaj nasz bohater musi ciągle lawirować na niepewnym gruncie, próbuje przewidywać kolejne ruchy tropiących go ludzi oraz daje z siebie wszystko w scenach kaskaderskich. Największe wrażenie robi w scenach, kiedy puszczają mu nerwy. Drugi plan w sumie trzyma solidny poziom (zjawiskowa Emmanuelle Beart, szorstki Jean Reno, spokojny Jon Voight, elegancka Vanessa Redgrave), ale z niego wybijają się dwie postacie – Luther oraz Kittridge.

mission impossible 1-5

Pierwszy w interpretacji Vinga Rhamesa wydaje się dość dziwnym wyborem do roli komputerowego hakera (bardzo przypakowany facet), ale wnosi on sporo lekkości i humoru, budząc sympatię od samego początku. I jako jedyny – oprócz Hunta – pojawia się we wszystkich częściach. Drugi z twarzą Henry’ego Czerny’ego wydaje się (na razie) najlepszym szefem IMF, tutaj pełniącym rolę tropiciela – analityczny umysł, szybko łączący fakty oraz bardzo pewny siebie. Wie, za jakie sznurki pociągnąć, by sprawić ból. Bardzo inteligentna postać (świetna scena spotkania z Huntem w restauracji) – szkoda, że nie wraca do serii.

Powiem szczerze, że z każdym seansem film De Palmy tylko zyskuje w oczach. To najbardziej elegancki oraz stylowy film szpiegowski z całego cyklu. Może nie jest tak widowiskowy jak następne części, ale też potrafi trzymać w napięciu i nadal zachwyca wykonaniem. Tak się zaczyna serię, czego chyba nikt się nie spodziewał.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wzbierająca burza

Ileż było portretów Winstona Churchilla na małym i dużym ekranie? Ostatnio był choćby „Czas mroku” z niesamowitą kreacją Gary’ego Oldmana, lecz ja przypomnę pewną skromną produkcję telewizyjną od stacji HBO z roku 2002. Wszystko zaczyna się w roku 1934, kiedy Churchill został odstawiony na boczny tor. Partia go nie znosi (bo już ją zdradził) i izoluje, mieszka poza Londynem na prowincji, gdzie próbuje pracować nad książką o swoim przodku, lordzie Marlborough. Poza tym, próbuje dbać o swój majątek, maluje obrazy i chce jeszcze wpłynąć na sytuację polityczną Indii. Problem jednak w tym, że jego słowa odbijają się niczym o ścianę. Jednak nasz polityk skupia się na innym zagrożenie, jakiego nikt nie dostrzega – nazistowskie Niemcy, zaczynające łamać postanowienia traktatu wersalskiego. Churchillowi udaje się zyskać informacje od pewnego urzędnika MSZ.

wzbierajaca_burza1

Reżyser Richard Loncraine nie próbuje robić laurki premiera, ale skupia się bardziej na jego życiu prywatnym niż politycznej karierze czy walce. Co w przypadku tej postaci jest dość odświeżające i pozwala zdjąć ją z pomnikowego wizerunku. Sama fabuła skupia się na dwóch wątkach: relacji Winstona z żoną oraz współpracy polityka z Ralphem Ingramem, który przekazuje mu tajne raporty na temat Niemiec. Meldunki te ignorowane przez rząd Baldwina, stają się dla Churchilla szansą nie tylko do ostrzeżenia swoich krajan, ale także powrotem do politycznego życia. Obydwa te wątki zgrabnie się przecinają i dają szansę do pokazania bardziej ludzkiej twarzy przyszłego premiera.

wzbierajaca_burza2

Mimo, że znamy przebieg wypadków, film potrafi wciągnąć. Reżyser spokojnie opowiada znaną historię, jednocześnie potrafią pokazać jak bardzo ludzie przy władzy (nie bez przyczyny) zachowywali się wobec Hitlera tak, jak się zachowali. Tylko, czy obawa przed konfrontacją jest dobrym powodem do tych działań? Do zachowywania bierności oraz strachu? Historia dała już odpowiedź. Wszystko podane jest z humorem, zrealizowane solidnie, by pod koniec troszkę patosem przypieprzyć (troszkę za bardzo). Ale film ogląda się naprawdę dobrze, w czym pomaga dobrze napisany scenariusz oraz porządna realizacja.

wzbierajaca_burza3

Na wyższy poziom film wznosi aktorstwo. Churchilla gra Albert Finney i jest znakomity. Nie tylko dlatego, że nie potrzebuje kilogramów charakteryzacji, ale posiada tonę charyzmy. To nadal wyrazisty polityk, który nie boi się iść za swoimi przekonaniami, bywa choleryczny, humorzasty oraz pewny swoich racji. Ale jednocześnie jest to oddany mąż i lojalny przyjaciel. Świetnie partneruje aktorowi Vanessa Redgrave jako jego żona, która może i bywa potulna, ale potrafi też postawić na swoim (kwestia wyjazdu na parę miesięcy) i ujarzmić swojego męża. Choć na drugim planie nie brakuje świetnych aktorów jak Jim Broadbent, Tom Wilkinson czy Derek Jacobi, najbardziej wybija się Linus Roache w roli Ingrama. Jest to oddany urzędnik, który poważnie traktuje zagrożenie i w dobrej wierze zaczyna działać troszkę na granicy etyki, co wywołuje pewne wątpliwości. I to jest wygrywane bez cienia fałszu.

Jeśli ktoś spodziewał się przesłodzonej laurki dla Churchilla, to nie do końca ją tu znajdzie. „Wzbierająca burza” może i ma telewizyjny budżet, ale nie jest biedne, nudne kino. Spojrzenie na życie prywatne Churchilla pozwala zobaczyć tą postać z innej strony, zaś znakomity Finney przyciąga uwagę do samego końca.

7/10 

Radosław Ostrowski

Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu

Wszystko zaczęło się w roku 1979 podczas zwykłego spojrzenia. On – Peter Turner był młodym aktorem, dorabiającym w firmie meblarskiej, ona – Gloria Grahame była wielką gwiazdą, która lata świetności ma już dawno za sobą. Przeniosła się do Liverpoolu, gdzie gra spektakl z tamtejszą ekipą. A wszystko zaczęło się od drinka oraz tańca w rytmie disco; no i zaiskrzyło, bo pojawiła się miłość. Tylko, że 3 lata później wszystko się wywróciło do góry nogami; wszystko przez niejakiego pana Raka.

gwiazdy_liverpool1

Pozornie historia wydaje się typowym melodramatem, jednak reżyser Paul McGuigan nie opowiada tego w tak prosty i łatwy sposób. Sam początek z czołówką niczym z puszczonej filmowej taśmy wygląda nieźle. Ale to tylko początek, bo jest i zabawa chronologią (bardzo płynny montaż), ukazywanie zdarzenia z dwóch perspektyw (pod koniec filmu) oraz bardzo taki słodko-gorzki klimat. Ni ma co ukrywać, że jest słodko (przynajmniej na początku), co najmocniej czuć podczas przyjazdu do Kalifornii (obłędnie wyglądającej). Jednak reżyser nie zapomina przyłożyć i im bliżej końca, tym coraz bardziej dzieją się dramatyczne rzeczy. I to przypomina bardzo mocno, że miłość to nie tylko zauroczenie, pożądanie, ale też słuchanie, szanowanie czyjejś woli, nawet jeśli jest wbrew naszym przekonaniom czy zdrowemu rozsądkowi.

gwiazdy_liverpool2

Choć dla wielu ten film może wydawać się dość przewidywalny i bardzo nudny, to nie oznacza, że „Gwiazdy…” nie angażują. Bo emocje potrafią się wylać w najmniej spodziewanym momencie, by poruszyć (scena, gdy Peter z Glorią grają sami w teatrze scenę z „Romea i Julii” czy kłótnia w Nowym Jorku) bez stosowania emocjonalnego szantażu. Choć mamy do czynienia z opowieścią o gwieździe, reżyser nie skupia się na karierze Grahame, co nie znaczy, że o niej nie wspomina. Te drobiazgi są jednak tylko nadbudową dla postaci.

gwiazdy_liverpool3

Spokojna reżyseria czasem wymyka się pod koniec (bo jest zbyt intensywnie), jednak wszystko trzyma się fantastyczne aktorstwo. Tutaj robotę robi znakomita Annette Bening w roli Grahame. Jest to postać bardzo wyrazista, nadal kipiącą seksapilem dojrzała kobieta, pełną magnetyzmu oraz blasku. Ale jednocześnie jest to bardzo zagubiona, niepogodzona ze śmiercią, przerażona, co daje bardzo silną mieszankę, bez poczucia zgrzytu. Równie mocny jest Jamie Bell, który tylko pozornie wydaje się być w cieniu Bening (czuć chemię między nimi), bo jest bardzo młody, ale ciepły, zaangażowany emocjonalnie facet. I to bez popadania w efekciarstwo. Także drugi plan ze świetną Julie Walters (matka Petera) oraz drobnym epizodem Vanessy Redgrave (matka Glorii) świetnie funkcjonuje.

„Gwiazdy nie umierają w Liverpoolu” jest pozornie melodramatem o związku wielkiej gwiazdy z szaraczkiem (pamiętacie „Mój tydzień z Marilyn”?), ale to nadal poruszająca historia miłosna pełna mocnych, poruszających scen. Gdy trzeba jest delikatny, wręcz kolorowy, by wszystko zgasić mrokiem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Venus

Maurice Robbins jest aktorem ze sporym dorobkiem i już ustabilizowanym życiem. Jednak zamiast czekać na śmierć i być na emeryturze, nadal grywa i przesiaduje w kawiarni z dwoma kumplami (hipochondrykiem Ianem i będącym przy wadze Donaldem). Ten spokój zostaje zaburzony, gdy do Iana przybywa bratanica Jessie, o której wuj ma nie najlepsze zdanie. Staruszek jednak próbuje pomóc jej w mieście i bierze ja pod swoje skrzydła, jednak nie bezinteresownie.

venus1

Podejrzewałem w jakim kierunku pójdzie film Rogera Michella, ze to będzie o przyjaźni między pokoleniami, a może nawet o miłości. Ale reżyser omija wszelkie klisze i szablony pokazując opowieść o tej nietypowej znajomości w sposób bardzo delikatny, subtelny i zabawny (w wielu miejscach, m.in. pierwsze pozowanie nago do obrazu). On staje się dla niej mentorem, choć początki są niezbyt udane (zakup sukienki przy braku pieniędzy), a ona tylko pozornie sprawia wrażenie nieporadnej, tej złej i w ogóle. Dla mnie „Venus” to opowieść o ciągłym głodzie życia, ciągłej chęci, mimo lat i chorób, które potem przychodzą, ograniczając nasze możliwości. Mądrość przychodzi z wiekiem, choć nie zawsze, a ta znajomość pozornie wydaje się próbą „ukulturalnienia” prowincjuszki, okazuje się lekcją życia. W dodatku ładnie sfotografowaną, z ciepłą i pogodną muzyką oraz naprawdę dobrymi dialogami.

A jeśli chodzi o aktorstwo, to mógłbym wymienić tylko jedno nazwisko, które przykuwa uwagę i kradnie każdą scenę. W główną role wcielił się niezapomniany i wspaniały Peter O’Toole, który potwierdził swoja klasę. Maurice jest dość ekscentrycznym facetem, który kocha alkohol, jest spełniony zawodowo i czeka tak naprawdę na śmierć. Potem okazuje się mentorem, który z prowincjuszki czyni kobietę. Takiej energii, siły i charyzmy pozazdrościłby niejeden młodzieniec, a tutaj O’Toole spojrzeniem przykuwa uwagę. Zaskoczeniem dla mnie była Jodie Whittaker, która jest ta tytułową „Venus”, a tak naprawdę na imię ma Jessie. Na początku robi wrażenie nieporadnej, mającej wszystko gdzieś. Tak naprawdę mimo młodego wieku, wiele przeszła (nieplanowana ciąża, aborcja). Dzięki starszemu panu, powoli się zmienia, ale jeszcze się gubi i popełnia błędy. Oboje tworzą bardzo piękny duet.

venus2

Poza nimi jest jeszcze naprawdę solidny drugi plan z Leslie Phillipsem (hipochondryk Ian, który lubi więcej wypić i czuje się niedocenionym aktorem) i niezawodną Vanessą Redgrave (Valerie, była żona Maurice’a) na czele.

Michell zaskoczył bardzo pozytywnie, tworząc obok „Nothing Hill” swój najlepszy film. I nie ma w tym przesady. Tylko dlaczego ten film w ogóle nie trafił do naszego kraju? Nie mam pojęcia.

8/10

Radosław Ostrowski

Z pamiętnika położnej – seria 1

Jest rok 1957. Do londyńskiego West Endu trafia Jenny Lee, by zostać położną. Tym większe zaskoczenie jest, gdy Nonnatus House okazuje się klasztorem, gdzie poza położnymi są zakonnice, które są wyszkolone w pielęgniarstwie i położnictwie.

polozne1

Każdy odcinek to inna historia i inny przypadek, a wszystko to oparte jest na wspomnieniach Jennifer Worth. Nie spodziewałem się, że jakikolwiek serial obyczajowy będzie w stanie tak przykuć uwagę. Z jednej strony jesteśmy osadzeni w latach 50-tych (stroje, mentalność), gdzie nie było tak supernowoczesnego sprzętu i technologii jak dzisiaj, ale sposób rodzenia dzieci (i nie tylko) pozostał ten sam i nadal to boli jak nigdy. A jeśli porody odbywają się w domu, gdzie nie zawsze jest to czysto i tłoczno (czasem zabraknie prądu), z zasady higieny nie są specjalnie przestrzegane, to nie jest łatwo. W dodatku każda z pielęgniarek będzie miała taki przypadek, który zmienia jej sposób myślenia i oceny (m.in. śmierć wskutek straty dziecka, nowotwór czy opieka nad emerytem). Nie zabrakło genialnej muzyki z epoki, która świetnie współgra z obrazem, humoru, bardzo dobrymi dialogami, a wszystko jest zrobione w bardzo ciepły sposób.

polozne2

No i najciekawsze – pełnokrwiste postacie, których trudno nie polubić. I w dodatku są one świetnie zagrane. Najważniejszą bohaterką jest Jenny zagrana przez Jessicę Raine (jej narrację z offu czyta Vanessa Redgrave) – młoda, zagubiona kobieta, która trochę się ukrywa przed swoją przeszłością. Z czasem zaczyna dojrzewać i zyskuje sympatię. Partnerujące jej koleżanki są równie przekonujące – pogodna i „wyzwolona” Trixie (Helen George), trochę niezdarna Chummy (Miranda Hart) czy niska Cynthia (Bryony Hannah) tworzą naprawdę zgraną ekipę i szybko zaprzyjaźniają się. Poza nimi trudno nie docenić Judy Parfitt (ekscentryczna siostra Monica Joan), Pam Ferris (stanowcza siostra Evangelina) czy Cliffa Parisi (Fred – złota rączka, który próbuje ciągle zrealizować złoty interes).

polozne3

Nie potrafię wytłumaczyć na czym polega fenomen tego serialu, bo wszystko tu ze sobą współgra i ogląda się to znakomicie. BBC to obok HBO najlepsze trzy litery dla każdego fana telewizji.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski