Miłość blondynki

Kolejne spojrzenie Milośa Formana na życie młodych w komunistycznej Czechosłowacji. Po „Czarnym Piotrusiu” tym razem przyszła kolej na „Miłość blondynki”. Czyli kolejne zderzenie młodej naiwności z rzeczywistością, która nie ma wspólnego z niczym, czego się można było spodziewać.

Akcja dzieje się w małym miasteczku, gdzie znajduje się fabryka butów. Tam pracuje masa młodych dziewczyn, mieszkających gównie w hotelu robotniczym. Jedną z nich jest blondwłosa Andula (Hana Brejchova) – dziewucha jakich wiele. Niby ma chłopaka, ale ten pojawia się rzadko i nie wydaje się traktować wszystkiego poważnie. A fakt, że dziewczyn i kobiet jest więcej niż chłopców (na jednego mężczyznę przypada 16 kobiet), więc dyrektor fabryka wpada na dość nietypowy pomysł rozwiązania tej sytuacji. Mianowicie zostaje ściągnięte wojsko, bo młodzi oraz piękni chłopcy przyciągną młode dziewczyny. I będzie bardzo fajnie. Jednak uwagę Anduli zwraca młody pianista Mila (Vladimir Pucholt). Chłopak z dużego miasta, czarujący i obyty. Nic dziwnego, że dziewczyna chce się z nim związać.

Reżyser nadal kontynuuje swój dokumentalny styl z „Czarnego Piotrusia”, gdzie mamy sporo obserwacji i ujęć początkowo nie chcących się kleić w jakąkolwiek fabułę. Zaczynamy od dziewczyny z gitarą o kruczoczarnych włosach, a po drodze przeskakujemy po różnych miejscach: od fabryki po hotel robotniczy, a nawet zebranie egzekutywy. Wszystko na czarno-białej taśmie, pokazując szarzyznę dnia codziennego oraz panującą nudę. Nawet pojawiający się żołnierze mocno odbiegają od propagandowych obrazków: panowie w średnim wieku, żonaci, a nawet noszący okulary. Kiedy próbują poderwać robią to dość nieudolnie. Więc raczej nie jest dziwne, że dziewczyna jest tak zauroczona miejskim chłopcem.

Forman pokazuje to zauroczenie bez cynizmu czy złośliwości, ale z zaskakującą czułością. Jest tu sporo liryzmu, elegancko przedstawiona nagość oraz zadziwiająco sporo humoru. Wszystko jednak nabiera mocniejszego uderzenia w gorzkim finale, gdy Andula przyjeżdża do domu rodziców chłopaka. Z walizką. Więcej wam nie zdradzę, bo warto się z całością zmierzyć. Pełna naturalnego aktorstwa, z uchem do dialogów oraz zmysłem obserwacji, pozbawionym szyderstwa oraz złośliwości. „Miłość blondynki” może wydawać się naiwną pogonią za złudzeniami, jednak jest w tym portrecie bardzo szczera, pozbawiona dydaktyzmu i moralizatorstwa.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Czarny Piotruś

Każdy reżyser od czegoś zaczynał i rzadko się zdarza, żeby pierwszy film rzucił na kolana. Ale takim filmem zdecydowanie NIE BYŁ (przynajmniej dla mnie) pełnometrażowy debiut Milośa Formana. I nie chodzi o to, że film powstał w Czechosłowacji czy jest czarno-biały, albo w niczym nie przypomina jego późniejszych filmów.

„Czarny Piotruś” w zasadzie jest takim wycinkiem z kilku dni nastoletniego Piotra (Ladislav Jakim), który jakoś próbuje się odnaleźć w przyszłym życiu dorosłym. Pracuje w sklepie samoobsługowym jako tak jakby ochroniarz, mieszka nadal z rodzicami, umawia się z dziewczyną. Problem w tym, że chłopak nie odnajduje się w niczym i wszystko idzie mu mocno pod górkę. Nawet zagadanie, umówienie się na randkę jest dla niego wyzwaniem, tak jak tańczenie na imprezie.

Wszystko jest zrobione w niemal dokumentalnym stylu, w zasadzie pozbawionym ilustracji muzycznej, do tego bez udziału zawodowych aktorów. Forman niejako przygląda się młodym ludziom, nie potrafiącym odnaleźć się w rzeczywistości. Brakuje im sił do wyrwania się z marazmu, miotają się i nie pasują do komunistycznej normy. Absurdalne sceny w sklepie, gdzie kierownik instruuje młodzieńca jak ma nie rzucać się w oczy; dziwaczny duet podrywaczy, co pracują na budowie i tylko udają pewnych siebie; próbujący go naprowadzić ojciec (fantastyczny Jan Vostrcil). Jest jeszcze przyjaciel, co śpiewa na gitarze i grają go w radiu. Jako jedyny wydaje się ogarniać ten świat.

Ale choć całość trwała nieco ponad półtorej godziny, to „Czarny Piotruś” mi się strasznie dłużył, co mnie zdziwiło. Szczególnie scena w potańcówce wydała mi się rozciągnięta oraz tracącą energię po kilku minutach. Zagrane jest to nieźle przez nieznane twarze, sporo jest momentów ciszy oraz dziwna atmosfera. Mi brakowało jednak tutaj jakiegoś kleju, który by to wszystko połączył ze sobą. Mocniejszego uderzenia emocjonalnego, które by mnie złapało bardziej za serducho. Ostatecznie wychodzi z tego tylko niezły film, który był dopiero rozgrzewką przed kolejnymi dziełami Formana.

6/10

Radosław Ostrowski