Geronimo: Amerykańska legenda

Czas na kolejny zapomniany western z lat 90., tym razem skupiający się na wodzu Apaczów – Geronimo. Jeśli jednak spodziewać się szerokiej biografii, to „Geronimo: Amerykańska legenda” będzie sporym rozczarowaniem. Jednak reżyser Walter Hill do spółki ze scenarzystami Larrym Grossem i Johnem Miliusem tworzą o wiele bardziej złożony portret Dzikiego Zachodu niż się mogło wydawać.

Akcja skupia się w momencie, gdy Geronimo (Wes Studi) postanawia poddać się amerykańskiej armii. W zamian za to plemię ma trafić do wydzielonego rezerwatu. Eskortują go porucznik Gatewood (Jason Patric) oraz podporucznik Davis (Matt Damon) – młody żółtodziób, świeżo po szkole wojskowej. Choć udaje sprowadzić się indiańskiego wojownika przed oczami generała Cooka (Gene Hackman), spokój wydaje się pozorny. Pewien niepokój wśród armii wywołuje jeden z szamanów, który nawołuje do walki. Ale próba wyciszenia go doprowadza do masakry i ucieczki Geronimo. Gatewood z Davisem wyruszają go schwytać.

„Geronimo” opowiada całą historię z perspektywy Davisa, czyli osoby z zewnątrz, taką jak my. Obserwujemy trudne relację między Apaczami a wojskiem, gdzie ci pierwsi czują się oszukiwani przez – reprezentujących rząd – wojsko. Wielu oficerów darzy szacunkiem i są pod wrażeniem Geronimo, może bardziej niż powinni. Z jednej strony to pomaga zrozumieć „przeciwnika”, ale wywołuje pewien dyskomfort wśród najważniejszych osób u władzy. Hill ewidentnie darzy sympatią Indian, przekonująco pokazuje ich środowisko, język i kulturę, co budzi fascynację. Ale sama armia też nie jest pokazywana jako ci źli (może z wyjątkiem nowego dowódcy, generała Milesa), lecz wykonują polecenia nieobecnych tutaj polityków. A wszystko w pustynnych krajobrazach, tak mocno kojarzonych z klasycznymi westernami.

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić. Reżyser lubi korzystać zarówno z dużych przestrzeni, umieszczając grupę ludzi w sporych krajobrazach, kręcąc ich z daleka. Choć samej akcji jest tu zadziwiająco niewiele, to jednak potrafi uderzyć nagle i niespodziewanie. Ucieczka Geronimo z rezerwatu czy strzelanina z grupą łowców głów pozostają ekscytujące, lecz zdarza się moment chaosu jak podczas strzelaniny na pustyni, gdzie Apacze są schowani pod piaskiem.

Do tego mamy dość zadziwiającą mieszankę obsadową. Nie zawodzą weterani pokroju Gene’a Hackmana (generał Cook) oraz Roberta Duvalla (tropiciel Al Sieber), a także bardzo charyzmatyczny Wes Studi jako Geronimo. Oni jednak w większości stanowią tło, gdzie w centrum są dwaj młodsi aktorzy. Matt Damon pełniący rolę narratora więcej robi swoją narracją z offu. Więcej do zaoferowania ma Jason Patric jako porucznik Gatewood, który – tak jak generał Cook – próbuje pełnić rolę rozjemcy między Indianami a „resztą” kraju.

„Geronimo” przepadł wśród innych westernowych opowieści w latach 90-tych, kiedy ten gatunek powoli zaczynał umierać. Najambitniejsza produkcja w dorobku Waltera Hilla, przedstawiający wodza Apaczów jako ostatniego wojownika Indian w walce, która była z góry skazana na przegraną. A także niejako portret odchodzącego świata Dzikiego Zachodu przed „normalizacją”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Śmiertelny rejs

Gdzieś na otwartym morzu płynie Argonautica – statek wycieczkowy w swój pierwszy rejs. Trwa akurat sztorm i burza, więc warunki nie za dobre. Do tego dochodzi do gigantycznej awarii, przez co nie ma szans na ratunek. Mało nieszczęść? Dołóżmy do tego atak tajemniczych monstrów plus wejście grupki najemników na pirackim statku, dowodzonym przez Flanagana. A na statku jest jeszcze czarująca złodziejka, która została przyłapana na gorącym uczynku.

smiertelny rejs1

Jak możecie wywnioskować po fabule, nakręcony w 1998 roku film Stephena Sommersa to B-klasowy film grozy zmieszany z kinem akcji. Tylko, że zrobionym za duże pieniądze jak na tamte czasy (ponad 50 milionów dolców). Fabuła nie jest specjalnie zaskakująca ani skomplikowana, czyli grupka ludzi w odizolowanej przestrzeni walczy z paskudnym monstrum. Jeśli kojarzy wam się to z „Obcym” (zwłaszcza częścią drugą), to powinniście poczuć się jak w domu. Tylko, że zamiast Ellen Ripley oraz komandosów, są chciwi najemnicy oraz lekko łobuzerski Flanagan. Czyli taki współczesny Han Solo, chcący szybkiego zarobku i nie zadaje pytań o nic. Intryga wydaje się mieć drugie dno (innymi słowy chodzi tylko o hajs), ekipa zaczyna coraz bardziej się wykruszać – spryt i giwery nie wystarczą do pokonania paskud. Tylko, czemu o tych istotach opowiada właściciel statku, a nie jakiś naukowiec obecny na statku? Niby pierdoła, lecz takie drobiazgi troszkę psują frajdę. Są drobne bzdury w rodzaju krzyczenia pod wodą czy dość przewidywalny zdrajca w grupie, ale nikt nie miał tutaj większych ambicji niż dostarczanie rozrywki.

smiertelny rejs2

Sama akcja jest poprowadzona sprawnie, a kilka scen (ucieczka na skuterze w finale czy ciągłe bieganie w środkowej części) potrafią ekscytować. Stricte horroru tu nie ma, bo jest monstrum – w bardzo paskudnych efektach specjalnych (znaczy się brzydko zestarzał) – z mackami. A te połykają ludzi żywcem, zostawiając po sobie morze krwi. Jest brutalnie, a scena z pozostawionymi szkieletami w magazynie robi piorunujące wrażenie. Jeszcze pozostaje finał, mogący sugerować ciąg dalszy. Ale poległ w kinach, więc nic z tego nie wyszło. Ale i zdjęcia czy scenografia także robią wrażenie, tak jak muzyka Jerry’ego Goldsmitha.

smiertelny rejs4

Nie ma tutaj jakiś wielkich gwiazd w tym przedsięwzięciu, choć parę znajomych twarzy się tu pojawia. Flanagan ma tutaj aparycję Treata Williamsa, który swoją rolę traktuje z dużym dystansem i ma taki błysk awanturnika w oczach. Drugim najmocniejszym punktem jest trzymający poziom Wes Studi w roli szefa najemników, będącym opanowanym profesjonalistą. Troszkę humoru dodaje Kevin J. O’Connor (mechanik Pantucci), oko przyciąga Famke Janssen (złodziejka Trillian), zaś z grupy najemników najbardziej wybija się lekko nerwowy Jason Flemyng (Mulligan).

smiertelny rejs3

„Śmiertelny rejs” może i jest kalką klasycznych horrorów, niemniej jest tego w pełni świadomy. Bardzo lekka rozrywka, zrobiona bardzo porządnie, czego po filmie klasy B nie jest częste. Może nie jest to najlepszy film klasy B, lecz swoje zadanie wykonuje bez zarzutu.

6/10

Radosław Ostrowski

Hostiles

Rok 1892, czyli czas, gdy Dziki Zachód powoli zaczynał wygasać. To w tych czasach przyszło żyć kapitanowi amerykańskiej kawalerii, Josephowi Blockerowi. Ten człowiek mordował Indian tak mocno, ze już nawet nie pamięta, kiedy wybuchła ta cała nienawiść. Ale nim przejdzie na emeryturę, los da mu bardzo zaskakujące zadanie. Ma odstawić umierającego wodza Indian Żółtego Jastrzębia do dawnej ziemi, by mógł spokojnie umrzeć. Blocker niechętnie przyjmuje tę robotę.

hostiles1

Scott Cooper jest bardzo nierównym filmowcem, który tym razem postanowił zrobić rewizjonistyczny western. Chociaż punkt wyjścia przypomina klasyczne kino drogi, z czasem coraz bardziej zaczynamy widzieć jak wojna oraz walka z Indianami dokonała psychicznego spustoszenia w umysłach żołnierzy. Jak próbują się odnaleźć w nowych czasach, muszą powstrzymać swój gniew oraz żądzę zabijania, bo tego nakazuje reputacja oraz stopień wojskowy. Niektórzy (jak dołączony do grupy eskortowany dezerter) nadal chcą zabijać Indian, inni tłumią w sobie gniew, lecz traktują nowych pasażerów niczym zbędny bagaż. Jednak ta podróż będzie szansą na pogrzebanie swoich dawnych demonów oraz ostatecznego pogodzenia ze sobą. „Hostiles” toczy się bardzo powolnym rytmem, rzadko pozwalając sobie na akcję oraz strzelaniny, co wielu może zniechęcić.

hostiles2

Podobać się za to może wiele elementów: bardzo trafne dialogi, brak dużych ilości patosu, surowe zdjęcia i naturalizm w pokazywaniu scen akcji. Także muzyka Maxa Richtera odpowiednio budowała nastrój oraz poczucie zagrożenia. Ale także relacje między żołnierzami a Indianami oraz pewną kobietą, w między czasie przyłączającą się do grupy, dodają wiele ognia do tego pozornie skromnego filmu aż do samego finału, niepozbawionego przemocy, ale i pewnej nadziei.

hostiles3

Aktorsko film zdominował Christian Bale w roli kapitana Blockera. Bardzo wycofany, samą barwą głosu pokazuje jego gniew, wściekłość, wręcz szorstkość wobec Wodza (świetny Wes Studi), których traktuje jak zwierzęta. Ale jego przemiana pokazana jest bardzo subtelnymi środkami, dodając wiele wiarygodności. Trudno też wymazać z pamięci Rosamund Pike, czyli kobietę, która straciła całą rodzinę, a początkowy stan szoku tworzy tak sugestywnie, że to mrozi krew w żyłach. Poza nimi drugi plan przepełniają tak znane twarze jak Jesse Plemons (porucznik Kidder), Ben Foster (dezerter Wills) czy Rory Cochran (sierżant Metz).

Mimo dość powolnego tempa, „Hostiles” nadal ma siłę rozliczenia z niechlubną przeszłością Amerykanów. Jednak nie robi tego w prosty, banalny czy moralizatorski sposób, lecz bardziej delikatnymi środkami, co Amerykanie robią bardzo rzadko.

7/10

Radosław Ostrowski