The Mandalorian – seria 2

Nasz łowca nagród uciekł z rąk ścigającego go Moffa Gideona, ale ten nie odpuści. Wszystko z powodu malca o wyglądzie niemowlęcego Yody, które dawne Imperium chce wykorzystać do swoich celów. Mando musi przekazać dzieciaka, co ma moce Jedi do osób swego rodzaju. Ale by to zrobić musi skontaktować się z innymi Mandalorianami, bo ci z jego planety zostali niemal wybici (oprócz Zbrojmistrzyni). Więc co było robić – spakował mandżur oraz Brzeszczota i ruszył.

Pierwsza seria dzieła Jona Favreau miała bardziej epizodyczną strukturę opowieści, gdzie główny wątek rzadko przebijał się na pierwszy plan. Troszkę się obawiałem, że kontynuacja może znowu pójść w tą stronę. Do tego w pierwszym odcinku wracamy na Tatooine, co początkowo brzmi odstraszająco. Wracamy też na planetę, gdzie działa się spora część akcji w pierwszym sezonie, ale na krótko. Twórcy konsekwentnie rozwijają samą opowieść, jak i cały świat przedstawiony, więc nie ma miejsca na monotonię. Przenosimy się w różne części, by znaleźć pozostałości po Zakonie Jedi, przy okazji rozwiązując jakieś drobne zlecenia. A to trzeba zabić smoka, przewieźć pasażerkę czy przejąć statek z bronią dla niedobitek Imperium. Akcji jest dużo, dynamicznie zrealizowana, ciągle trzymająca swoje tempo oraz naprawdę angażuje aż do samego końca. To także widać w doborze niektórych reżyserów, gdzie oprócz starej ekipy (Jon Favreau, Dave Filoni oraz rehabilitująca się Bryce Dallas Howard) mamy Roberta Rodrigueza czy znanego z „Ant-Mana” Peytona Reeda.

Początkowo też można odnieść, że nie ma tutaj takiego poczucia zagrożenia dla Mando oraz dzieciaka ze strony Imperium. Że ten Moff Gideon (jak zawsze świetny Giancarlo Espisito) jakoś nie stara się odnaleźć naszych bohaterów. Ale z czasem okazuje się, że to wszystko są pozory. Nadal na pierwszym planie jest relacja między Mando (Din Djarin) a dzieckiem (Grogu), gdzie ten pierwszy bardziej staje się ojcem dla tego drugiego. Chociaż pozbycie się paru nawyków młodego nie jest łatwe (głównie połykania wszystkiego, co żywe), zaś wpływ na łowcę nagród jest bardzo silny. Nawet bez twarzy widać jak bardzo zaczyna mu na nim zależeć, co dobitnie pokazują ostatnie odcinki.

Jak wcześniej wspominałem, rozwijane jest tutaj samo uniwersum. Nie chodzi tylko o odkrywanie nowych miejsc, ale też nowych postaci. Część z nich już była w świecie dziejącym się dawno temu w odległej galaktyce (Boba Fett, Bo-Katan czy Ashoka Sano), jeszcze bardziej łącząc się z głównym nurtem. Niejako dopowiadając losy tych postaci, co osoby głęboko siedzące w „Gwiezdnych wojnach” na pewno ucieszy. Nie trzeba jednak znać innych produkcji (animowane „Wojny klonów”), by czerpać z tego frajdę, a to jest bardzo niełatwe zadanie. Zakończenie zaś na pewno wielu poruszy, zostawiając furtkę na ciąg dalszy oraz spekulacje, co dalej w serialu się wydarzy.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony jak „Mandalorianin” przeskoczył oraz podniósł poprzeczkę kolejnym sezonom. Każdy odcinek wnosił coś do głównej narracji, tylko pozornie przypominając pierwszy sezon, akcja wygląda dynamiczniej oraz spektakularnie, pokazując o wiele bogatszy świat „Gwiezdnych wojen”. Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć oprócz tego, że bardzo czekam na kolejne odcinki.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Magnezja

Pogranicze polsko-sowieckie w okresie przedwojennym do bezpiecznych nie należało. Bardzo duża przestrzeń pozwala na przemyt i dawało tło niemal godne Dzikiego Zachodu. Do tego wniosku doszedł reżyser „Disco Polo” i postanowił zrobić pierwszy od dawna western. Obecny w sieci teaser obiecywał czysto rozrywkowe kino. Czy to się udało?

Jak wspomniałem, akcja toczy się na pograniczu polsko-sowieckim. To tutaj działa ród Lewenfiszów, który zajmuje się przemytem dla Sowietów do spółki z Lwem Alińczukiem. Po śmierci ojca rodziny, interes przejmuje najstarsza siostra, Róża. Kobieta decyduje się wejść w bardziej opłacalny interes pod postacią przemytu narkotyków. W tym samym czasie w małym miasteczku pracują bracia syjamscy Hudini (Albert i Albin), prowadzący salon fotograficzny. Jeden z nich podkochuje się w córce właściciela banku, który robi interesy z Lewenfiszami. Panowie decydują się zrobić podkop i napaść na bank. Niestety, nie wszystko idzie zgodnie z planem, a wszystko przez jedną z sióstr Lewenfiszów, Zbroję. Kobieta przypadkowo odkrywa plan braci i zostaje zabita. Sprawa się komplikuje, sytuacja staje się napięta, a do tego pojawia się inspektor Kochaj.

Czego się można spodziewać po opisie, film jest hybrydą kryminału, kina gangsterskiego oraz westernu. Od nadmiaru postaci można dostać zawrotu głowy. Są tu tajemnice rodu, wiszące w powietrzu spięcie między rodem a Sowietami czy policjantka z przeszłością. No i bracia Hudini traktowani przez otoczenie z wrogością, pragnący kasy na operację rozdzielenia. Przeskakiwanie z wątku na wątek może wydawać się chaotyczna, jednak to tylko pozory. Bochniak pewnie pokazuje skomplikowane relacje (głównie między siostrami Lewenfisz), dając każdemu szansę na poznanie charakteru i motywacji. Sama historia ma pewne momenty przestoju, ale też i parę zaskoczeń, więc o jakiejkolwiek nudzie nie ma mowy. Zaś samo zakończenie jest wręcz wystrzałowe.

Realizacyjnie „Magnezja” wygląda naprawdę bardzo dobrze. Westernowy klimat buduje muzyka Jana A.P. Kaczmarka z klasycznym dla tego gatunku instrumentarium (gitara elektryczna, harmonijka ustna, smyczki). Swoje też robi bogata scenografia oraz pasujące do epoki kostiumy, uzupełnione przez piękne zdjęcia. Plus absolutnie topowa obsada z kilkoma mocnymi kreacjami. Kolejny raz mnie zaskakuje Maja Ostaszewska, tutaj jako twarda Róża, bezwzględnie walcząca o kontrolę nad interesem i nie patyczkująca się z nikim. To ona tak naprawdę rządzi na ekranie. Cudownie się sprawdza duet Ogrodnik/Kościukiewicz jako bracia Hudini, którzy charakterologicznie są tak różni jak tylko się da. Swoje też robi Andrzej Chyra ze swoim akcentem jak szef sowieckiej bandy, charakterna Agata Kulesza jako inspektor Kochaj oraz mało mówiąca Małgorzata Gorol.

„Magnezja” potwierdza jedno: Maciej Bochniak to reżyser mający oko do kręcenia filmów i będzie zawsze wyróżniał się z tłumu. Mimo pewnych momentów spowolnienia zabawa jest przednia, intryga sprawnie poprowadzona, a zakończenie może sugerować ciąg dalszy. Czy taki powstanie? Czas pokaże, a ja chętnie bym obejrzał.

7/10

Radosław Ostrowski

Django

O Django wszyscy usłyszeli w 2012 roku, kiedy opowiedział o nim Quentin Tarantino. Problem w tym, że to nie była pierwsza historia o kowboju obdarzonym tym imieniem. Wszystko zaczęło się w 1966 roku dzięki mistrzowi spaghetti westernu. Niestety, nie był nim Sergio Leone, lecz będący troszkę w jego cieniu Sergio Corbucci. O dziwo, mimo lat bardzo dobrze się trzyma. Ale zacznijmy od początku.

django(1966)1

Kiedy poznajemy tytułowego bohatera idzie pieszo, ciągnąc za sobą trumnę. Kim jest, co jest w trumnie, czym się zajmuje?  – sprawa nie jest jasna. Zbliżając się do miasteczka trafia na grupę Meksykanów chłostających kobietę obyczajów lekkich. Ci zostają zastrzeleni przez zbliżających się z drugiej strony żołnierzy Konfederacji. Noszą oni czerwone maski na twarzach, ale nie oszukujmy się – to członkowie Ku Klux Klanu. I też bardzo zależy, żeby kobietę odesłać do krainy wiecznych łowów. A samo miasteczko jest opustoszałe, brzydkie oraz ubłocone. Jakby nikt tutaj nie mieszkał, jednak znajduje się saloon połączony z burdelem. Wkrótce Django wplątuje się w konflikt między Jankesami a Meksykanami.

django(1966)3

Jeśli historia budzi wam skojarzenia ze “Strażą przyboczną” czy “Za garść dolarów”, jest to właściwy kierunek. Nie jest to jednak kalka jeden do jeden, ze zmienionym tłem oraz postaciami. “Django” jest o wiele brudniejszy i brutalniejszy od filmów Kurosawy oraz Leone, główny bohater ma głębszą motywację działań, a nad wszystkim unosi się klimat kina klasy B. Reżyser jednak jest na tyle sprytny, że potrafi wykorzystać swoje karty: cięte dialogi, oszczędną scenografię, krwawą przemoc oraz świetną muzykę z niezapomnianym tematem przewodnim. Akcja prowadzona jest bardzo pewnie, z nerwem oraz napięciem, zaś bójka w saloonie, gdzie część scen widzimy z oczu wygląda świetnie. Wydarzenia zmieniają się jak w kalejdoskopie i kiedy wydaje się, że znamy finał, zostajemy od razu sprowadzeni do parteru. Ten gorzki oraz brudny klimat towarzyszy aż do ostatecznej konfrontacji na cmentarzu.

django(1966)2

Zagrane jest to naprawdę nieźle, ale najbardziej wybija się Franco Nero w roli tytułowej. Bohater ten wygląda niczym tańszy Clint Eastwood oraz troszkę bardziej rozmowny (ale tylko troszkę), ale tak samo sprytny i obojętny wobec reszty otoczenia. Niemniej tkwi w nim coś więcej, choć nie pokazuje tego zbyt często. Właśnie ta kreacja podnosi całość na wyższy poziom, dając masę energii dla tego filmu. Przypominając przy okazji, że spaghetti western to nie tylko Sergio Leone.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda

Wiele było już prób opowieści o tym jak legendarny bandyta Jesse James został zabity przez członka swojego gangu. Jednak reżyser Andrew Dominik w 2007 roku podszedł do tematu z zupełnie innej strony. Jeśli spodziewacie się klasycznego westernu, gdzie cała ta historia będzie miała dynamiczno-sensacyjną otoczkę, lepiej sobie odpuśćcie. Ale po kolei.

Cała historia zaczyna się w momencie, kiedy banda braci Jamesa dokonuje ostatniego napadu na pociąg w 1881 roku. Tam dołącza drugi z braci Fordów, zafascynowany szefem gangu Robert. Po skoku, który nie przyniósł zbyt wielkiego profitu, bracia James rozdzielają się. Od tej pory w ferajnie dochodzi do zniknięć, aresztowań, zaś Jesse coraz bardziej czuje oddech ścigających go władz. Ford razem z bratem zostają przy Jesse’m, ale banda zaczyna się rozpadać. I dochodzi do pewnego niepokojącego wydarzenia, rzucającego cień na relację między Jesse a Robertem.

zabojstwo jesse'ego1

Reżyser opowiada swoją opowieść powoli, baaaaaaaaaaaaaaardzo powoli. Można odnieść czasem wrażenie, że akcja zostaje tutaj zepchnięta na dalszy plan. Wszystko jest tutaj podporządkowane budowaniu lekko melancholijnego klimatu oraz psychologicznego portretu dwójki bohaterów: idola oraz jego fana. Człowieka zmęczonego sławą oraz bardzo tej sławy pragnącego. Inteligentnego, opanowanego twardziela oraz niedojrzałego, skrępowanego, rozgadanego chłopaczka. Każdy dialog, każda scena może wydawać się rozciągnięta. Jakby twórca z niemal kronikarską precyzją chce odtworzyć tą historię. Bez pomijania żadnego detalu, co jeszcze bardziej podkreśla obecność narratora. I o dziwo, ten element – zazwyczaj zbędny i dopowiadający to, co nie zawsze wymaga dopowiedzenia oraz jest pójściem na łatwiznę – pasuje tutaj idealnie. Swoim ciepłym głosem dodaje charakteru temu dziełu, a także sprawia wrażenie, jakbyśmy czytali na głos powieść. I ona na naszych oczach się materializuje.

zabojstwo jesse'ego2

„Zabójstwo Jesse’ego…” może nie imponuje akcją (w ponad 2,5-godzinnym filmie jest jeden napad na pociąg, jedna strzelanina – pozbawiona patosu oraz celowo żenująca), a monotonne tempo powoduje, że lepiej przed seansem należy być wypoczętym. Wtedy można się rozsmakować w spokojnie budowanym świecie, z przepięknymi zdjęciami Rogera Deakinsa oraz bardzo klimatyczną (nie do końca westernową) muzyką duetu Nick Cave/Warren Ellis. To rozsmakowanie poszczególnych scen pozwala wejść w tą grę między Jamesem a Fordem. I każe się zastanowić, czy to zabójstwo było zabójstwem, czy może jednak zaplanowaną zbrodnią w celu utrzymania mitu Jamesa. Człowieka mającego opinię takiego amerykańskiego Janosika, ale tak naprawdę zmęczonego, bardziej wycofanego, ciągle ukrywającego się pod innym nazwiskiem. Ale wraz ze śmiercią Jamesa nie kończy film, tylko dostajemy epilog o tym, co stało się z jego zabójcą. I nie to zbyt radosna opowieść, ale o tym przekonajcie się sami.

zabojstwo jesse'ego4

Całość na swoich plecach noszą dwaj aktorzy, którzy tutaj przeszli samych siebie. Kapitalny jest tutaj Brad Pitt w roli Jamesa. Wydaje się wręcz nieobecny, ale jakby wiedział wszystko i nie daje po sobie tego znać. Jest to bohater będący ofiarą swojego mitu, zmęczony oraz patrzący niemal przed siebie. Bardzo zniuansowana, delikatna, niepozorna i nieoczywista kreacja, której się nie spodziewałem. Na tym samym poziomie grywa tylko Casey Affleck jako Robert Ford, będący totalnym kontrastem. Niepewny, zagubiony, czasem rozgadany oraz pragnący tylko jednego – uznania i szacunku. Również złożona postać, której relacja z Jessem pozostaje najmocniejszym punktem tego filmu. Reszta aktorów może wydaje się robić za tło, chociaż swoje zadanie wykonują bez zarzutu (głównie Sam Rockwell jako brat Roberta oraz Jeremy Renner, będący kuzynem Jamesa).

zabojstwo jesse'ego3

Film z 2007 powstawał w czasach, kiedy westerny swoje najlepsze lata miały już dawno za sobą. Film Dominika bardziej przypomina rewizjonistyczne dzieła Roberta Altmana czy Sama Peckinpaha, niejako dekonstruując gatunek. Powolny, ale bardzo klimatyczny i pięknie wyglądający tytuł, chociaż wymagający masę cierpliwości.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Poszukiwacze

Ethan Edwards – dziwny to człowiek. Niby od trzech lat wojna secesyjna dobiegła końca, ale dopiero teraz postanowił wrócić do domu. I to nawet nie własnego, tylko swojego brata. ich dzieciom daje prezenty i wydaje się porządnym gościem. Jedynie krzywo patrzy na ich adoptowanego syna Martina, w którego żyłach płynie troszkę krwi Indian. Pewnego dnia ginie bydło sąsiada, więc Ethan razem ze Strażnikami Teksasu wyrusza wybadać sprawę. Ale kiedy wraca, domostwo zostaje spalone do ziemi, ciała rodziny… oprócz ich córki Debbie. Wtedy Ethan niczym Liam Neeson wyrusza na polowanie, by odbić dziecko z rąk Indian. Po drodze mordując ich, a jakżeby inaczej. Nawet jeśli miałby to zrobić sam.

poszukiwacze1

John Ford to jeden z tych reżyserów, którzy zbudowali podwaliny klasycznego westernu. I to on uczynił Johna Wayne’a ikoną tego gatunku. Oglądając „Poszukiwaczy” z 1956 roku, może się wydawać, że wiemy czego należy się spodziewać. Że będzie grała jakaś gitarowa ballada na początku filmu, że będą przepiękne krajobrazy, że będą strzelaniny oraz pościgi z Indianami w tle. I początkowo wydaje się iść sprawdzonymi tropami, ale pojawiają się pewne pęknięcia. Wszystko z powodu bohatera granego przez Wayne’a. Aktor stworzył tutaj zaskakująco mroczną postać, której motywacja nie wydaje się taka oczywista. Naprawdę chce odbić bratanicę? A może to tylko pretekst do dokonania krwawej rzeźni oraz masakry? Niemal do samego końca nie wiadomo jak postąpi, co tylko pomaga w budowaniu napięcia. Jednocześnie reżyser sięga po dość nieprzyjemny temat dla Amerykanów, czyli ich rasizmu, nietolerancji oraz wrogości wobec Indian. Ci nie są pokazywani tylko jako żądne krwi i squaw bestie, chociaż nie zostaje to mocno pogłębione. Ale to nie o nich jest ten film, tylko o Ethanie.

poszukiwacze2

Historia potrafi wciągnąć, dialogi brzmią naturalnie, a zdjęcia nadal wyglądają imponująco. Mimo małej ilości krwi, jest to brutalne kino. Nawet drobne momenty przestoju oraz przeskoki czasowe nie mają tak negatywnego wpływu (scena czytania listu) na seans. Nie brakuje też barwnych postaci drugoplanowych z kapitanem Strażników Teksasu, który jest także… pastorem czy bardzo charakternej Laurie. Jest też jeszcze zdeterminowany Martin Pawley, będący kontrastem dla Ethana. Młodszy, troszkę naiwny i z twardszym kręgosłupem moralnym wydaje się osobą, z którą łatwiej można się identyfikować. I wszyscy są zagrani bardzo dobrze, bez sztuczności czy fałszu.

poszukiwacze3

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony faktem, że ten western z lat 50. godnie znosi próbę czasu. Jest jednocześnie klasyczny, jak i rewizjonistyczny. To powinno się rozpaść na części, jednak Fordowi udaje się scalić w spójną całość. No i mamy jeszcze najlepszą rolę Johna Wayne’a w całej karierze, a to powinno być rekomendacją.

8/10

Radosław Ostrowski

Dzika banda

Jest rok 1913, czyli czasy rewolwerowców oraz kowbojów odchodzą do lamusa. Jedną z takich grup jest tytułowa banda pod wodzą Pike’a Bishopa. Ścigani przez kolej, która wynajęła dawnego członka gangu – schwytanego wcześniej Deke’a Thorntona – ekipa wyrusza do Meksyku na ostatni skok. Tym razem na zlecenie generała Mapache’a ma wykraść transport broni przewożony pociągiem przez wojsko.

dzika banda1

„Krwawy Sam” Peckinpah – nazywany jednym z najbardziej bezkompromisowych, brutalnych reżyserów kina amerykańskiego. A jednocześnie uznany za jednego z rewizjonistów kina kontestacji, który w westernach wywracał ówczesne schematy oraz wizję tamtego świata. I najmocniej to widać w „Dzikiej bandzie” z 1969 roku. Sam film opisuje zmierzch Dzikiego Zachodu, gdzie dla wyjętych spod prawa nie ma już miejsca, zaś coraz więcej ma do powiedzenia kolej. To kolej reprezentuje prawo i decyduje o wszystkim, zaś po drugiej stronie jest ogarnięty wojną domową Meksyk. Tam prawo i porządek reprezentują wojskowi, pozwalając sobie na więcej. A pośrodku tego bajzlu jest banda Pike’a – trzyma twardą ręką, lojalna wobec siebie, mimo pewnych spięć oraz konfliktów. Ale trzeba przyznać, że reżyser bardzo romantyzuje swoich bohaterów. Kontrastem dla nich jest ścigająca ich grupa Thorntona – bardzo niedoświadczona, skupiona tylko na zarobku oraz wyglądająca bardzo niechlujnie grupa zbirów i pijusów. A do tego jeszcze okradają nieboszczyków, co może wywoływać tylko pogardę.

dzika banda2

Klimatem najbliżej jest tutaj do włoskich spaghetti westernów, gdzie nie ma jednoznacznie pozytywnych bohaterów. Tutaj liczy się ten, kto szybciej wyciągnie za broń oraz wykorzysta swój spryt oraz inteligencję. Innymi słowy, to miejsce walki o przetrwanie, gdzie przyjaźń i lojalność są jedynymi rzeczami wartymi dla naszych bohaterów. Problem w tym, że te wartości nie pasują do tego „nowego” świata, zdominowanego przez pieniądze oraz bardzo niskie instynkty. Nawet kobiety są tutaj traktowane jak dziwki, którym albo się płaci, albo zabija, co podkreśla mizoginizm reżysera oraz jeszcze większą podłość tego świata. Melancholijna refleksja świata przeplatana jest z brutalnymi scenami akcji, pełnymi krwi oraz slow-motion (początkowy napad oraz finałowa konfrontacja z wojskami generała Mapache – miazga). I dlatego ta „Dzika banda” ma w sobie aż tyle energii, przez co nie starzeje się aż tak bardzo.

dzika banda3

Tak samo jak bardzo mocne aktorstwo z charyzmatycznym Williamem Holdenem oraz Ernestem Borgninem na czele. Szorstcy twardziele, który pod maską cyników skrywają inne oblicza, choć nie powiedzą tego wprost, przed sobą. Warto z tego grona wyróżnić zmęczonego Roberta Ryana w roli Thorntona, który jest w klinczu między dawnymi towarzyszami a wizją odsiadki w więzieniu oraz Edmunda O’Briena w roli starego Sykesa.

Po „Dzikiej bandzie” amerykański western już nigdy nie był taki jak dawniej. Reżyser poszedł w kierunku Sergio Leone i dokonuje brutalnego rozliczenia, bez patyczkowania się, moralizowania czy upiększania. Kapitalnie zmontowany, napisany oraz wyreżyserowany – dla fanów kowbojskich opowieści pozycja obowiązkowa.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Hannie Caulder

Bywał taki czas, że na Dzikim Zachodzie także kobiety sięgały po swoje colty oraz inne rewolwery. Kimś takim, niejako wbrew swojej woli, stała się Hannie Caulder. Niby zwykła kura domowa, która mieszka z mężem na ranczu. Ale wszystko zmienia się w momencie, kiedy pojawia się trzech braci Clemens. Ścigani przez prawo panowie najpierw zabijają jej męża, potem ją gwałcą, a następnie puszczają z dymem jej domostwo. Po czymś takim ciężko się pozbierać, zaś żądza zemsty staje się jedynym celem w jej życiu. Na szczęście kobieta spotyka łowcę głów, który staje się jej mentorem.

hannie caulder1

Dla wielu z nas western z kobietą w roli głównej wydaje się czymś, co powstało w latach 90-tych czy obecnie. To jest jednak błąd, bo już w latach 60-tych były próby przełamania tego stereotypowego spojrzenia na świat. Ale reżyser Burt Kennedy mocno tutaj inspiruje się kowbojskimi opowieściami z Włoch, gdzie świat jest brudny, podły oraz nieprzyjazny. Chyba, że umiesz korzystać z broni i jesteś na tyle szybki/szybka, by uniknąć kuli. Jest krwawo i brutalnie, ale jednocześnie mam pewien problem. O ile sama historia płynie sprawnie i jest nieźle opowiedziana, o tyle rozbicie całości na dwa wątki wydaje się chybione. Wątek Hannie oraz jej przemiany z naznaczonej traumą kobiety w twardą mścicielkę (troszkę za szybkiej, ale niech tam), jednak wątek jej antagonistów wydaje się wzięty z innego porządku. Panowie powinni się nazywać Dalton, bo są tak samo pierdołowaci, wrzeszczą na siebie (głównie wyzwiskami) i bardziej pasowaliby do komedii. Nie oznacza to jednak, że można ich zlekceważyć. Tylko ten komediowy ton wokół nich troszkę pasuje tu jak pięść do oka, co wybijało mnie z opowieści.

hannie caulder3

Sytuację ratuje za to realizacja, choć dziś wydaje się bardzo skromnym dziełem. Krajobrazy są odpowiednio ładne, strzelaniny dynamiczne (tutaj wybija się atak Meksykanów na rusznikarza), a w tle jest troszkę podniosła muzyka. Najwięcej frajdy miałem jednak w scenach, gdy Hannie uczyła się strzelać oraz jej konfrontacji z braćmi. Jest to wygrane i może się podobać.

Aktorsko w sumie szału nie ma, ale nie można powiedzieć, że jest ono złe. Raquel Welch początkowo wydaje się osobą, która ma zwracać uwagę swoim wyglądem (jest kusząca, ale bez golizny), ale ta postać ewoluuje. Budzi współczucie, lecz z każdą chwilą staje się coraz silniejsza. Nawet jeśli przemiana wydaje się dość szybka, brzmi wiarygodnie (w czym pomaga montaż), stając się żeńskim odpowiednikiem Clinta Eastwooda – to ponczo nie jest przypadkowe. Zaś trio Ernest Borgnine/Jack Elam/Strother Martin za bardzo pajacuje w rolach antagonistów, przypominając bardziej postacie z kreskówek. Jednak w momentach konfrontacji są groźni oraz niebezpieczni. Ale najmocniejszym punktem jest świetny Robert Culp w roli Thomasa Price’a – doświadczonego łowcy głów, który staje się mentorem dla Hannie. Bardzo charyzmatyczny bohater, pełen profesjonalizmu, a jednocześnie ma w sobie coś więcej niż surowe spojrzenie.

hannie caulder2

Niby nie jest to wielkie dzieło, ale to bardzo sprawnie poprowadzony western, próbujący przeszczepić klimat oraz sposób spaghetti westernów. Miejscami krwawy, miejscami zabawny (choć niepotrzebnie) oraz pełen uroku.

7/10

Radosław Ostrowski

Vera Cruz

Po zakończeniu wojny secesyjnej wielu byłych wojskowych oraz awanturników szukało nowego zajęcia. Czymś takim stał się udział w wojnie domowej w Meksyku. Bez względu na to, czy po stronie buntowników kierowanych przez Juareza czy wojsk cesarza Maksymiliana. Tak też jest z dwoma pozornie sprzecznymi bohaterami. Joe Erin to drobny cwaniak i awanturnik, prowadzący swoją bandę. Ben Trane to były pułkownik armii Południa, szukający okazji do zarobku. Mimo dość trudnych początków znajomości (zakup konia oraz niemal tragiczny pościg przed lansjerami cesarza), panowie łączą siły i dostają zadanie dostarczenia powozu z hrabiną Duvarre. Tylko, że konwój przewozi coś jeszcze cenniejszego – 3 miliony dolarów, za które cesarz chce kupić broń oraz najemników.

vera cruz1

Pozornie fabuła filmu Roberta Aldricha wydaje się czymś, co dzisiaj nazwalibyśmy klasycznym westernem. Pozornie mamy walkę dwóch stron konfliktu, gdzie zostają wplątani dwaj bohaterowie. I to zderzenie dwóch postaw jest wręcz esencją tego filmu. Sama historia wydaje się prościutka, jednak reżyser robi wszystko, by uatrakcyjnić oraz komplikować całą intrygę. Nasi bohaterowie mają kolejne przeszkody do pokonania, a po drodze tworzą jakieś koalicje, podchody oraz podstępy. A przypominam, że jest to film z 1954 roku, kiedy jeszcze nie było spaghetti westernów. A wszystko okraszone jest ciętymi dialogami, pulsującą akcją oraz zaskakująco dynamiczny montaż.

vera cruz2

Ale realizacyjnie można się przyczepić do drobnej rzeczy – mianowicie zdjęć. I nie chodzi o to, że są brzydkie czy niechlujne. Film wykorzystywał technologii SuperScore. Polegała ona na tym, żeby tanim kosztem wyciągnąć z taśmy 35 mm obraz panoramiczny. Problemem jednak jest to, że po wywołaniu obraz był ziarnisty, nieostry i zgaszonymi kolorami. I to niestety widać nadal. Same strzelaniny są poprowadzone naprawdę dobrze, w czym pomaga montaż. Jest też trzymający w napięciu finałowy pojedynek. Oczywiście, że jeden na jeden.

vera cruz3

Ale najmocniejszym punktem jest tutaj skontrastowany duet Burt Lancaster/Gary Cooper. Ten pierwszy w czarnym stroju to cwaniak z szerokim uśmiechem oraz sprytem w oczach. Problem w tym, że jest skupiony na sobie, nieufny oraz ma szybkie ręce. Z kolei drugi jest elegancko ubranym dżentelmenem oraz manierami, ale jest tak samo sprytny, opanowany i nieufny. Docinki między tym duetem podnoszą całość na o wiele wyższy poziom. Choć drugi plan jest bardzo solidny (najbardziej wybija się lekko fircykowaty Cesar Romero w roli markiza de Labordere oraz pociągająca Sara Montiel jako złodziejka Nina), to dwaj protagoniści najbardziej zapadają w pamięć.

Muszę przyznać, że western Aldricha pozostaje kawałkiem przyjemnej rozrywki. Jednocześnie próbuje przełamać klasyczne motywy (podział między dobrem a złem zanika), co czyni całość odporniejszym na czas. Troszkę zapomniane, ale godne uwagi dzieło.

7,5/10

Radosław Ostrowski

15:10 do Yumy

Dla Dana Evansa życie na Dzikim Zachodzie nie jest łatwe, zwłaszcza jak się jest ranczerem. Wszystko zależy od pogody, a ta jest nieszczególnie sprzyjająca. Upał, brak deszczu, zaś bydło się panoszy i zdycha. Podczas próby znalezienia rozpędzonego bydła, ranczer jest świadkiem napadu na dyliżans dokonanego przez gang Bena Wade’a. Bandyta w miasteczku Bisbee oddziela się od grupy (w czym pomaga pewna apetyczna barmanka) i zostaje schwytany. Ranczer w zamian za spore pieniądze ma dostarczyć zbira do pociągu jadącego do Yumy.

15.10 do Yumy1

Ja tą historie znałem z remake’u nakręconego w 2007 roku przez Jamesa Mangolda. A jak z adaptacją opowiadania Elmore’a Leonarda (klasyk amerykańskiej literatury popularnej) poradził sobie Delmer Daves? Historia jest prosta i pozbawiona jakiś zbędnych ozdobników: trzeba dostarczyć zbira na pociąg do więzienia. Tylko, że trzeba zmylić czujność reszty bandy. Jak to zrobić? Puścić dyliżans, a samego szefa dowieść w zmroku. Ale czy się uda wprowadzić w pole? Reżyser bardzo powoli, ale skutecznie buduje napięcie. I nie wynika ono tylko z oczekiwania na pociąg (troszkę przypominając pod tym względem „W samo południe”), co pomaga budować podskórny niepokój. Bo jest jeszcze ta dość dziwna relacja między Evansem a Wadem. Pierwszy wydaje się być prawym, choć szorstkim człowiekiem, ledwo wiążącym koniec z końcem. Ale ten drugi nie jest takim klasycznym złym. Jest bardzo opanowany, wręcz czarujący, zaś po przemoc sięga tylko w ostateczności. Tutaj granica między dobrem a złem się zaciera, co jak na rok produkcji jest zaskakujące.

15.10 do Yumy2

Ale czuć wiek realizacji przez parę detali, które dzisiaj mocno kłują w oczy. i nie chodzi o czarno-białe zdjęcia czy troszkę nachalną muzykę. Po pierwsze, niezbyt skomplikowane relacje w rodzinie Dana. Dzieci są dość wygadane i chełpią się, co zrobi, zaś żona jest wierna, wspierająca. W ogóle drugi plan niespecjalnie wybija się, opierając się na schematach (poza w/w jest jeszcze przedsiębiorca; pijak, próbujący się zrehabilitować; lojalny zastępca szefa), przez co troszkę potrafi przynudzić. Do tego wygląda to bardzo skromnie (małe miasta, niewielu mieszkańców) oraz wszystko wydaje się bardzo statyczne.

15.10 do Yumy3

Jednak najciekawszy element to duet głównych bohaterów w wykonaniu Glenna Forda oraz Van Helflina. Pierwszy gra z dużym luzem i budzi sympatię, mimo popełniania złych czynów. Bandzior, ale z klasą i fasonem. Co zarówno wtedy, jak i dziś robi spore wrażenie, zaś jego przemiana potrafi zaskoczyć. Z kolei Helflin w roli teoretycznie tego dobrego, sprawia wrażenie szorstkiego, niezbyt rozgadanego, ale z bardzo twardym kręgosłupem moralnym. Robi to, bo po prostu musi.

Ku mojemu zdumieniu ten klasyczny western nadal potrafi wejść, co jest zasługą świetnych dialogów oraz pewnej ręki reżysera. Krótki metraż, zintensyfikowana akcja oraz mocny duet na pierwszym planie to najmocniejsze atuty. 

7/10

Radosław Ostrowski

Niezwyciężeni

Wojna secesyjna dobiega końca, lecz obie strony konfliktu nadal pozostają nieufne wobec siebie. Jednym z tych, którzy nie pogodzili się z wojną jest oficer Konfederacji, pułkownik James Langdon. Razem z rodziną oraz grupą zaufanych żołnierzy wyrusza do Meksyku, wesprzeć cesarza Maksymiliana. W tym samym kierunku zmierza emerytowany oficer Unii, pułkownik John Henry Thomas. On jednak chce sprzedać zebrane konie dla armii cesarza Meksyku.

niezwyciezeni2

Na hasło „western z Johnem Waynem” mniej więcej wiadomo, czego się należy spodziewać. To będzie raczej lekka rozrywka, pokazująca dość wyidealizowany obraz Dzikiego Zachodu. Lata się zmieniały, ale Duke nie zmienia się wcale. Nie inaczej jest zrobiony film Andrew McLaglena z 1969 roku, chociaż jest parę drobnych różnic. Przede wszystkim mamy tutaj zderzenie dwóch przeciwstawnych sił. Byli żołnierze Unii oraz żołnierze Konfederacji są niejako zmuszeni do wspólnego działania, zmierzając do jednego miejsca. Czuć tutaj (zwłaszcza po stronie szarych mundurów) pewne spięcia, mogące doprowadzić do siłowej konfrontacji. Nie liczcie jednak na to, bo dowódcy szybko znajdują wspólny język i zaprzyjaźniają się dość szybko. Od razu czuć klimat lekkiej przygody, gdzie zwaśnione strony łączą siły do wspólnego celu, pokonując wiele przeszkód.

niezwyciezeni1

Ku mojemu zdumieniu, „Niezwyciężeni” potrafią dostarczyć frajdy. Nie brakuje tu humoru, strzelanin, a nawet romansu czy romansów (trójkąt córka szefa Konfederatów/adoptowany syn pułkownika Unii/drobny chłopak lub pułkownik Thomas i wdowa po majorze Langdonie), poprowadzonych bardzo delikatne, z odrobiną ciętego humoru oraz docinków. Sama akcja też prezentuje się dobrze, z szerokimi ujęciami, dynamicznym montażem i napięciem. Nie brakuje paru niespodzianek po drodze (oddział Francuzów czy dowódca zapraszający Konfederatów do siebie) i te twisty nadal potrafią utrzymać uwagę.

niezwyciezeni3

Aktorsko jest solidnie, bez fajerwerków, ale też i bez poczucia wstydu. John Wayne pasuje do twardych, trzymających się zasad twardzieli. Prawych i sprawiedliwych. Jak ktoś lubi ten sposób grania, będzie zadowolony. Porządnie wypada też Rock Hudson jako niby antagonista, ale też mający pewne zasady oraz większe ryzyko na swoim koncie. Czuć tutaj chemię między tymi bohaterami oraz wzajemny respekt, który doprowadza do przełamania obaw i niechęci. Zaskakujący i nieoczywisty duet.

„Niezwyciężeni” to bardziej przygodowy film akcji czy klasyczny western niż dokonania w stylu Leone lub Peckinpaha. Ale czy każda taka opowieść musi być rozsadzeniem gatunku od środka? Lekka oraz przyjemna rozrywka w staroświeckim stylu.

7/10

Radosław Ostrowski