Bad Boys for Life

Powroty po latach są niebezpieczne, zwłaszcza dla bohaterów kina akcji. przychodzi taki moment, że już nie można ciągle biegać, strzelać i napierdalać do bandziorów. A i sami widzowie już zapominają o swoich herosach, nie czekając na nich, ani nie wzywając. Kiedy w końcu wracają, raczej są duże obawy jak z nowym Indianą Jonesem. Więc tym bardziej byłem zdziwiony, że Mike oraz Marcus, czyli „Źli chłopcy” wracają po 17 latach. Tym bardziej, że za kamerą nie stanął twórca tej marki – Michael Bay. Więc byłem bardzo zaintrygowany.

bad boys3-1

Czasy się zmieniają, a Mike z Marcusem nadal szaleją w Miami. Pierwszy to nadal brawurowy ryzykant, drugi jest bardzo statycznym, zbliżającym się do wieku emerytalnego dziadkiem. Coraz bardziej zaczyna myśleć o przejściu na emeryturę i wycofaniu się. Decyzja ta zostaje podjęta po tym jak Mike zostaje postrzelony przez nieznanego motocyklistę. Mike chce dorwać sprawcę, Marcus przechodzi na emeryturę, zaś sprawę prowadzi młodociana ekipa ZGON. Dawni partnerzy, po pewnych dramatycznych okolicznościach, dołączają do młodej wiary oraz prowadzą śledztwo.

bad boys3-2

Za nową część odpowiada belgijski duet, o którym nigdy nie słyszałem. Powiem krótko: jestem zaskoczony. Po pierwsze, historia jest bardzo sensownie opowiedziana, intryga jest dwutorowo poprowadzona i jest zaskakująco poważna. Nawet jeśli zajeżdża to telenowelą. Mike musi zmierzyć się z przeszłością, przyjaźń wystawiona na próbę, zderzenie starych metod z nową technologią. Dzieje się tu wiele, jest parę dramatycznych momentów i rozładowane humorem, który w sporej części trafia. No i wygląda lepiej niż poprzednie części razem wzięte, czego się nie spodziewałem. Miami wygląda pięknie, akcja nie jest tak bombastyczna jak u Baya (i to jest zdecydowanie plus), ale adrenalina oraz tempo jest utrzymywane. Nie brakuje pomysłowych inscenizacji jak w przypadku pościgu na ulicy czy finałowej konfrontacji. Takiej frajdy w tej serii nie miałem od czasu pierwszej części i nawet wraca temat z oryginału (lekko podrasowany).

bad boys3-3

Nadal działa to, co było podstawą serii, czyli duet Will Smith/Martin Lawrence. Ta chemia ciągle funkcjonuje, będąc paliwem napędowym. Zderzenie akcji, brawury oraz lekkości, ciepła daje tutaj sporo kopa, zaś więcej do zagrania ma Smith. Na drugim planie mamy grupę młodziaków, z której najbardziej spodobał mi się Alexander Ludwig jako przypakowany Dorn (informatyk) oraz Paula Nunez, czyli dowódca ZGON-u Kate. Wraca też niezawodny Joe Pantoliano i jako kapitan Howard nadal jest bardzo nerwowy, dodając odrobinę humoru. W końcu pojawia się dobry czarny charakter, czyli duet Kate del Castillio (Isabel Aretas)/Jacob Scipio (Armando Aretas), podnosząc całość na inny poziom.

„Bad Boys for Life” to powrót naszych herosów do formy. Mike z Marcusem nie zdziadzieli, a świeża krew reżyserska dała im nowe życie. Czasami jednak takie powroty po latach potrafią dodać energii, co nie zdarza się często.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bad Boys II

Pamiętacie jeszcze Mike’a i Marcusa? Nasi dwaj skontrastowani gliniarze tym razem mają trudniejszy problem: miasto zalewa ecstasy. Narkotyki rozprowadza niejaki Johnny Tapia, jednak policja jest wobec niego bezsilna. Jakby tego było mało Marcus myśli o przeniesieniu się, zaś Mike zaczyna umawiać się z siostrą kolegi. Dziewczyna niedawno przybyła do Miami i… okazuje się być tajną agentką DEA, która ma zinfiltrować grupę Tapii.

bad boys2-1

Dziwnym może być fakt, że dopiero po 8 latach postanowiono zrobić kontynuację hitu z 1995 roku. wraca Michael Bay, ale to już jest inny reżyser niż na początku swojej drogi. Dwójka trzyma się pradawnej zasady box office’u: więcej, mocniej, bardziej. Cała akcja nabiera większego rozmachu, co czuć już od samego początku. Nalot na dragi w obozie Ku Klux Klanu pokazuje Baya rozbuchanego, wręcz efekciarskiego (slow motion oraz scena bullet time’u). Oprócz policji mamy tutaj antyterrorystów, ruską mafię, kubańskiego dilera, ale to nie wszystko. Sama akcja wygląda spektakularnie jak pościg na autostradzie czy finałowa inwazja na kubańską chatę. Problem jednak w tym, że zbyt mocno drgająca kamera oraz zbyt szybki, chaotyczny montaż psują jakiekolwiek dobre wrażenie. Oglądając te rozbuchane sceny czułem się zmęczony, a zamiast ekscytacji pojawiła się obojętność. Kolory są jeszcze bardziej wyraziste (błękit w nocnym klubie), w tle przygrywa lekko hip-hopowa muza, zaś humor nie działa aż tak mocno jak w oryginale. Choć nie brakuje perełek jak Marcus pod wpływem ecstasy czy szczera rozmowa panów, która zostaje pokazana we wszystkich telewizorach sklepu RTV. Do tego całość jest zwyczajnie za długa – dwie i pół godziny to jednak przy dużo. Nie brakuje dłużyzn oraz scen zbędnych jak przyjście chłopaka córki Marcusa, których można się było zwyczajnie pozbyć.

bad boys2-2

Sytuację troszkę broni fakt, że nadal czuć chemię między Willem Smithem a Martinem Lawrence’m. Niby nie zmienili się bardzo pod względem charakteru, ale to ciągle działa i docinki między nimi to najlepsze co film ma do zaoferowania. Na drugim planie najbardziej wybija się Peter Stormare jako rosyjski gangster Aleksy. Jako jeden z niewielu gra z dużym dystansem oraz przymrużeniem oka. Tak samo nabuzowany Joe Pantoliano wracając do roli kapitana Howarda. A główny łotr jest tak przerysowany, że nie da się go traktować poważnie.

bad boys2-3

Dla mnie druga część „Złych chłopaków” to przesadnie efekciarski, zbyt chaotyczny i nie dający zbyt wiele satysfakcji. Nie jest to wielka tragedia w dorobku Baya, jest parę fajnych momentów, zaś duet Smith/Lawrence nadal działa. Niemniej czuć pewien niedosyt i jest to przykład, że większy budżet nie zawsze pomaga.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Bad Boys

Dawno, dawno temu objawił się kinu niejaki Michael Bay, czyli nowy reżyser kina akcji. Gwiazdami jego kina zawsze były eksplozje, efekciarska realizacja, gwałtowny, szybki montaż, brak ciągu przyczynowo-skutkowego oraz filmowe kobiet w sposób lekko seksistowski. Ale czy zawsze tak było? Czy teledyskowa forma była najważniejsza? Cofnijmy się do początków, czyli roku 1995.

bad boys1-1

Tytułowi „źli chłopcy” to Mike i Marcus – dwaj gliniarze wydziału antynarkotykowego policji z Miami. Pierwszy jest niemal uzależnionym od adrenaliny twardzielem, posiadającym sporo kasy oraz bardzo apetycznym ciachem. Drugi ma bardzo zazdrosną żonę, dwójkę dzieci i spokojniejszy. Panowie mają poważny problem, bo z policyjnego magazynu wyparowała heroina warta kupę szmalu. Ktoś pomagał? Czy w sprawę był zaangażowany gliniarz? Panowie mają trzy dni na wyjaśnienie sprawy, bo inaczej posterunek zostanie zamknięty. Pewnym tropem jest zabójstwo byłego gliniarza oraz telefon od kobiety, która podaje się za świadka zbrodni.

bad boys1-2

Sama historia brzmi znajomo, jak wiele filmów sensacyjnych czy z nurtu buddy movie. Niedopasowany duet policjantów, wyjątkowo irytujący świadek, heroina, dużo pieniędzy. Samo śledztwo też jest prowadzone w typowym dla tego kina stylu. Czyli strzelaninami, pościgami oraz bardzo szybkim wyciąganiem wniosków. Innymi słowy, efekciarska rozpierducha. Chociaż w porównaniu do późniejszych filmów Baya, jest to zaskakująco kameralne kino. Aż do finałowej konfrontacji w hangarze lotniska, gdzie reżyser troszkę szaleje. A eksplozja tutaj wygląda pięknie. Po prostu. A co zaskakujące, humor nadal trafia, choć dzisiaj parę rzeczy by nie przeszło (gliniarze mają udawać siebie nawzajem). Niemniej nie brakuje tutaj adrenaliny, mimo faktu, że ciężko się połapać w jakim miejscu oraz w jakiej odległości znajdują się postacie. Jak to udało się osiągnąć, tego chyba nawet sam Bay nie wie. Zdjęcia się piękne, kolory wyraziste, a w tle gra absolutnie świetna muzyka.

bad boys1-3

To wszystko nie zadziałałoby, gdyby nie znakomicie dobrany duet głównych bohaterów. Między Willem Smithem a Martinem Lawrence’m (kolejno Mike i Marcus) dosłownie iskrzy, a przekomarzanki między nimi to wręcz komediowe tour de force. Równie rozbrajający jest Joe Pantoliano jako ciągle wkurwiony szef. Niby takich widzieliśmy wielu, jednak tutaj nadal to działa. Dobrze też wypada Tea Leoni jako Julie, czyli świadek zabójstwa, choć bywa irytująca i bardziej przeszkadza. Najsłabszym ogniwem wydaje się antagonista. Nie zrozumcie mnie źle, Tcheky Karyo w rolach czarnych charakterów zawsze się sprawdzał. Ale większość działań dokonują tutaj jego ludzie, a nie on sam, przez co aktor sprawia wrażenie niewykorzystanego. Można było z tego wycisnąć więcej.

Pierwsza część „Bad Boys” nie jest tak efekciarska jak późniejsze filmy Baya, dostarczając kawał świetnej rozrywki. Udaje się zachować balans między humorem a akcją, naszych gliniarzy nie da się nie lubić, zaś mały budżet działa tutaj na plus. Takiego Baya lubię najbardziej.

8/10

Radosław Ostrowski

Aladyn

Każdy zna historię o Aladynie – drobnym złodziejaszku, który za pomocą magicznej lampy udało mu się wyrwać z nizin społecznych na sam szczyt. Podszywa się pod księcia, wyrywa księżniczkę jako żonę i zostaje sułtanem. No bajka. Disney już z tego zrobił animację, a nawet stworzył sequel. Kwestią czasu było ożywienie filmu animowanego na wersję z żywymi aktorami, by jeszcze raz zarobić na tym samym. Bo jak raz się sprzedało, to sprzeda się drugi raz, prawda?

aladyn1

Streszczenie historii wydaje mi się pozbawione sensu, bo wiemy o co chodzi: Jasmina, zły wezyr, Aladyn z małpką, latający dywan, Dżin, trzy życzenia. Fundament jest prosty i solidny jak sułtański pałac, nie czując się przekonany. Ale kiedy za kamerą stoi Guy Ritchie, nagle poczułem się zaintrygowany. To wydawało mi się idealnym połączeniem – mocno teledyskowy styl reżysera plus łotrzykowska opowieść, prawda? Niestety, Disney spiłował pazury reżysera, ale czy oznacza to kopiowanie jeden do jeden? Na szczęście nie, choć wszystko skupia się na trzech postaciach, które są niejako więźniami swoich kast. Aladyn to cwaniaczek z nizin, który mógłby się wyrwać i ma w sobie masę uroku, Jasmina musi być posłuszna tradycji, zdominowanej przez patriarchat, zaś Dżin jest posłuszny temu, kto potrze lampę. Bez względu na jego intencje oraz motywacje.

aladyn2

Reżyser dość ciekawie rozkłada akcenty, co jest ewidentnie odświeżające. Jasmina, choć ustawiona w pozycji księżniczki, stara się być kimś więcej niż tylko obiektem do oglądania, który można kupić podarkami czy przysięgą politycznego sojuszu. Ma bardzo twardy charakter, mówiący o chęci niezależności nad mężczyznami (poruszająca pieśń „Speachless”). Ale najbardziej widoczna zmiana dotyczy głównego złola, czyli wezyra Dżafara. Nie tylko został odmłodzony, lecz pokazany jest jako lustrzane odbicie Aladyna. A właściwie tego, kim mógłby być Aladyn – człowiekiem wpływowym, z wysokimi ambicjami, konsekwentnie dążącym do obranej ścieżki. Brakuje mu jednak pewnej demoniczności i ostatecznie okazuje się łatwym przeciwnikiem.

aladyn3

Intryga może nie zaskakuje, ale realizacja to zupełnie inna para kaloszy. Ritchie nie ma tego swojego wariackiego stylu, jaki znamy choćby z „Króla Artura” (dynamiczny montaż, zabawa chronologią, pokazywanie tych samych scen z różnych perspektyw). Ale ten kolaż baśni, musicalu oraz kina przygodowego wypada naprawdę dobrze. Kiedy trzeba jest odpowiednio wystawny, niczym produkcja z Bollywood (wjazd Aladyna jako księcia Ali – rewelacja), efekty specjalne też wydają się być na całkiem przyzwoitym poziomie, zaś scenografia i kostiumy pomagają w stworzeniu bajkowego klimatu. No i nie zapominajmy o humorze. Tutaj błyszczy zarówno Dżin, tworzący dość kumpelską relację z Aladynem, jak i mały epizodzik księcia Andersa (za mało go). Tylko, że to wygląda jakoś strasznie sterylnie, jakby było kręcone w studio zamiast w plenerach.

aladyn4

Aktorsko tutaj wybija się absolutnie rewelacyjny Will Smith w roli Dżina. Nasz ziom nie próbuje w żaden sposób zmierzyć się z legendarnym popisem Robina Williamsa w wersji oryginalnej, tylko gra tą postać po swojemu. Jego interpretacja jest taka bardziej wyluzowana, przypominająca pierwsze dokonania w jego karierze i każde jego wejście sprawia najwięcej frajdy. Grający tytułową rolę mało znany Mena Massoud ma sobie sporo uroku i wdzięku, przez co łatwo polubić tą postać, tak samo jak prześliczną Naomi Scott (z całej obsady śpiewa najlepiej) w roli Jasminy. Problem mam za to z Marwanem Kenzari, czyli Jafarem. Podoba mi się motyw uczłowieczenia czarnego charakteru, bez szarżowania, tylko że to podejście pozbawia go charakteru i mamy standardowego przeciwnika.

Powiem szczerze, że jestem lekko rozczarowany tą wersją. To nie jest zły film, ale zatrudnienie tak charakterystycznego reżysera jak Ritchie i brak możliwości rozwinięcia jego stylu jest dla mnie decyzją niezrozumiałą. Ale mimo stępienia pazurków nowy „Aladyn” dostarcza sporo frajdy, pod warunkiem, że lubicie bajki w campowym stylu.

7/10

Radosław Ostrowski

Legion samobójców

Tytułowy oddział samobójców to zbieranina wyjętych spod prawa, paru psychopatów kierowanych i sterowanych przez Amandę Waller oraz wojskowego podwładnego, Ricka Flaga. Dlaczego zostali stworzeni? Śmierć Supermana zmusza do zastanowienia się jak powstrzymać Zło nie z tego świata. Czemu ci najgorsi? Bo w razie wpadki można zrzucić na nich winę. Deadshot, Harley Quinn, El Diablo i spółka wyruszają zrobić porządek w mieście, gdyż coś się dzieje i trzeba wyruszyć.

legion_samobojcow1

David Ayer, czyli specjalista od kina policyjnego, dostał szansę od Warnera, by zrealizować film superbohaterski. Ale później studio się wpieprzyło w pracę, przemontowano całość i zrobiła się totalna zadyma. I to niestety widać. Sam początek, czyli ekspozycja postaci parta na szybkim montażu, wpadających w ucho (chociaż ogranych do bólu) kawałkach – od Black Sabbath przez Queen, Dusty Springfield aż do Ricka Rossa – jest w tym, czasami dochodzi do ironicznych złośliwości oraz tarć między postaciami. I to jest fajne, zabawne, lekkie i wnosi troszkę świeżości do schematów kina o super czy antybohaterach. Ale w momencie, gdy trzeba uruchomić całą intrygę, wszystko sypie się niczym domek z kart. Potem wchodzą czary mary, paskudnie wyglądający sługusy do likwidacji, czarna charaktery bez jaj i z żądzą rozwalenia wszystkiego w pizdu, że brak kreatywności aż boli. Mimo mordowni oraz ilości trupów, film jest pozbawiony mroku, krwi, przemoc jest umowna i pozbawiona ciężaru. Wszystko staje się takie ograne i schematyczne, a do tego jeszcze efekty specjalne wyglądają tak tragiczne (na co poszedł ten cały hajs?), że powinno być to zabronione.

legion_samobojcow3

Jest jeszcze jedna scena w barze, gdzie bohaterowie zaczynają troszkę bardziej zbliżać (a nawet poznajemy przeszłość jednego z nich – El Diablo). I tutaj bije serducho tego filmu – szkoda, że tych scen jest tak mało. Także fakt, że niektórych postaci jak Killer Croc czy Katana nie poznajemy zbyt dokładnie (brakuje historii) też boli. Nawet ta więź tworząca się między zbirami tworzącymi wielką rodzinę, jest przedstawiona troszkę za szybko i po łebkach. Co za bajzel!

legion_samobojcow2

Aktorsko jest całkiem nieźle, ale – jak wspomniałem – nie wszystko otrzymali po równo czasu, by zbudować swoja postać i lepiej ją poznać. Nie zawodzi Will Smith jako zabijaka Deadshot, utrzymując typowy dla siebie poziom. Pozytywnie też zaskakuje Joel Kinnemann (służbista Rick Flag) oraz Jai Courtney (zdrowo pizgnięty Kapitan Boomerang), ale i tak szoł wszystkim kradnie Margot Robbie, czyli Harley Quinn. Ta wariatka nie tylko rzuca sucharami, lecz jest świadoma swojego porąbanego charakteru, co jest intrygujące. I jeszcze zakochana w tym porąbanym Jokerze (zaskakujący Jared Leto), którego jest zdecydowanie za mało – raptem kilka minut to za mało, by zbudować postać (reszta w montażu została wyrzucona). Z kolei nasi przeciwnicy, czyli Enchantress (Cara Delavigne) oraz jej brat to jakaś katastrofa – bez polotu, pomysłu i nijacy. Sytuację próbuje ratować Viola Davis, czyli zimna, bezwzględna Amanda Waller, będąca mózgiem całego projektu zebrania łotrów. Ale nie ona jest bad guyem w tym cyrku.

legion_samobojcow4

„Legion samobójców” to film mający tak ogromny potencjał, ze aż żal. Gdyby twórcy bardziej podkręcili klimat i postawili na większą interakcję plus ostrą przemoc, to pozamiatałby tak samo jak „Deadpool”. Ale producenci wcisnęli hamulec i postanowili pożenić to wszystko w stylu Marvela, ale na poziomie wizualnym. Wersji reżyserskiej raczej nie będzie, ale chciałbym bardziej wejść w ten świat. Może w części drugiej będzie lepiej.

6/10

Radosław Ostrowski

Bright

Pomysł na ten film był po prostu kozacki, bo połączyć film sensacyjno-policyjny z elementami fantasy, dziejący się współcześnie. Coś takiego postanowił skleić Netflix, a dokładniej David Ayer, opromieniony „sukcesem” głośnego „Legionu samobójców”.

Bohaterami tej wariackiej historii jest para policjantów. Daryl Ward jest już niemłodym, czarnoskórym facetem z żoną, córką oraz długami. Nick Jacoby jest orkiem nie czystej krwi, który zawsze chciał być gliniarzem. Panowie delikatnie mówiąc, nie przepadając za sobą, ale są skazani na siebie, zwłaszcza że z Wardem nikt nie chce pracować, odkąd został postrzelony. Ale obaj panowie pakują się w kompletną kabałę z powodu pewnego cacka – Magicznej Różdżki oraz pilnującej jej elfki. Każdy, kto ją zdobędzie, będzie mógł spełnić swoje życzenia. Tylko jest jeden mały szkopuł: dotknąć jej mogą tylko nieliczni zwani Świetlistymi, bo inaczej może się to skończyć śmiercią. Cacuszka chcą wszyscy, dosłownie wszyscy – gliniarze, gangsterzy, orkowie oraz elficka wersja Iluminatich, która chce sprowadzić Władcę Ciemności i doprowadzić do potężnej rozpierduchy.

bright1

Sam początek jest typowy dla policyjnych filmów Ayera, czyli mamy widok na ulice, graffiti, orkowe gangusy w dresach z łańcuchami oraz bandanami. Są jeszcze elfy – piękne, inteligentne, bogate oraz rządzące światem. No i w tym wszystkim jeszcze ludzie ze swoimi rasistowskimi problemami. I ten tygiel żyje, dodając sporo kolorytu oraz świeżości w tym dziwacznym miksie. Nawet te graffiti oraz wyciągane z dialogów dawne wydarzenia pomagają zbudować tło. Aż chciałoby się głębiej wejść w ten świat. Po drodze strzelaniny, ucieczki, knajpa ze striptizem, gangsterów, orków – dzieje się, oj dzieje. Choć wszystko kręcone jest w dość statyczny sposób, to kilka scen jest pomysłowo wykonanych jak strzelanina w slow-motion czy podczas każdego wejścia antagonistów, którzy akrobatykę oraz kung-fu mają w małym paluszku.

bright2

Problemem dla mnie jest w wielu miejscach obecny patos, szczególnie w scenach, gdy nasi protagoniści zaczynają mówić o sobie, swoich problemach oraz trudnej przeszłości. Wtedy robi się lekko nudnawo, zaś przewidywalne zakończenie (mimo spektakularnych popisów gości od efektów specjalnych) troszkę osłabia siłę. Za to należy pochwalić zarówno charakteryzację orków, dobrą muzykę oraz trzymającą fason pracę kamery. Czuć rozmach, ale czułem ogromny niedosyt – chciałoby się lepiej poznać tą wizję świata, który jest ledwo liźnięty (może to poprawi część druga, zamówiona przez Netflixa).

bright3

Aktorsko jest dość nierówno, chociaż jest kilka mocnych punktów. Takim atutem jest zdecydowanie Will Smith, wnoszący sporo luzu, dystansu i humoru, co zawsze jest największą frajdę. Ale to wszystko nie było tak mocno zgrane, gdyby nie partner. Tutaj jest Joel Edgerton w roli orka Jakoby’ego, który jest świetny – bardzo stanowczy, uparty, konsekwentnie dążący do celu gliniarz. Powoli zaczyna się tworzyć chemia między tym duetem oraz respekt między sobą nawzajem. Dla mnie słabym punktem jest Noomi Rapace w roli antagonistki, której rola jest ograniczona do groźnych min, mówienia nieprzyjemnych słów oraz siania spustoszenia. Brakuje charakteru oraz charyzmy, a to jest błąd niewybaczalny, co boli.

bright4

„Bright” ma ogromny potencjał na bardzo bogate uniwersum oraz ogromny potencjał, który by się sprawdził w formie serialu. Bo dwie godziny to troszkę mało, by wejść głębiej w ten pokręcony świat, gdzie ludzie, orkowie i elfy żyją ze sobą obok siebie. To brzmiało superfajnie, ale nie wszystko tutaj zagrało.

6,5/10

Radosław Ostrowski

1000 lat po Ziemi

W niedalekiej przyszłości Ziemia stanie się planetą nie do zamieszkania przez ludzkość – mieszkańcy przebywają na Nova Prime, egzystując i walcząc z ursami, czyli zmutowanymi bestiami wyczuwającymi ludzi węchem. To tutaj przebywa się walczący z tymi istotami generał Cypher Raige. Oficer wyrusza na typową misję szkoleniową razem ze swoim synem, Kitai. Chłopiec chce bardzo być taki jak swój ojciec. Po drodze statek rozbija się, Cypher jest uziemiony, a nadajnik do wezwania pomocy oddalony o kilka dni drogi stąd, a Kitai będzie zdany na siebie.

1000_lat_po_ziemi1

Shyamalan wydawałoby się, że skończył się pod koniec pierwszej dekady XXI wieku. Tym razem wsparty przez samego Willa Smitha (pomysł, produkcja, główna rola) zrealizował przygodowe kino SF w starym stylu. Jeśli ktoś spodziewał się spektakularnej rozpierduchy z dużym budżetem, powinien czuć się rozczarowany. „1000 lat…” to bardzo kameralne kino, wykorzystujące sztafaż SF do opowiedzenia historii o walce z własnymi demonami. Kitai żyje z brzemieniem odpowiedzialności za śmierć siostry, jest bardzo wystraszony i reaguje bardzo emocjonalnie. Widać w nim strach, lęki i potrzebę akceptacji od oschłego, opanowanego przez wojskowy dryl ojca. Sceny wspólnych rozmów przez kombinezon wyposażony w podgląd mają swoją siłę. Chociaż nie porażają oryginalnością, mają w sobie spory ładunek emocjonalny. Jednocześnie Shyamalan nie zmienia tego w spektakularny, hollywoodzki happy end.

1000_lat_po_ziemi2

Z jednej strony widać, że postarano się zadbać o warstwę wizualną. Ziemia wygląda jak niczym nie zmącona obecnością człowieka raj – piękne lasy, wodospady, wulkany. Przyroda zachwyca, ale jednocześnie nie wybacza i bywa bezwzględna wobec obcych. Trzeba być wobec niej bardzo pokornym, by przetrwać. Z drugiej efekty specjalne (poza paskudną urgą) są takie sobie, wyglądają sztucznie, a scenografia z rozbitym statkiem wygląda bardzo teatralnie. Czuć to mocno w scenach akcji, zrealizowanych całkiem nieźle.

1000_lat_po_ziemi3

Aktorsko film opiera się wyłącznie na Willu (Cypher) i Jadenie (Kitai) Smith. I muszę przyznać, że panowie dają radę, chociaż Will dla wielu może być ciężkostrawny. Szorstki, bardzo spokojny głos oraz emocjonalny chłód sprawiają wrażenie wycofanego, zdystansowanego i pozbawionego emocji twardziela. Jaden jest bardziej ekspresyjny i widać powolną ewolucję od strachliwego, niepewnego chłopca w odpowiedzialnego, niepozbawionego sprytu wojownika.

1000_lat_po_ziemi4

„1000 lat po Ziemi” nie jest najlepszym filmem Shyamalana, ale powoli zaczyna wracać do formy. Bywa czasami nudnawy, gubi tempo, ale daje całkiem niezłą rozrywką z niegłupim przesłaniem. Ale na wielki powrót Hindusa trzeba było troszkę poczekać. 

6/10

Radosław Ostrowski

Wstrząs

Wrzesień 2002, Pittsburgh. Miasto utrzymuje się dzięki wsparciu NFL – ligi futbolu amerykańskiego. Sport ten w Stanach traktowany jest niemal na równi z Bogiem, jednak wśród byłych i obecnych zawodników dzieją się dziwne rzeczy. Dostają ataków szału, biorą nadmiar leków, słyszą glosy i w końcu zabijają się. Kiedy w wieku 50 lat umiera znany zawodnik Mike Webster, wielu się zastanawia. Dla miejscowego patologa, dr Benneta Omalu to tylko kolejny pacjent, któremu trzeba przeprowadzić sekcję. Ale nawet on był w szoku, gdy odkrywa przyczynę zgonu – wstrząsy od uderzeń doprowadziły do wyniszczenia mózgu. Po Websterze, pojawiają się kolejni martwi zawodnicy.

wstrzas1

Już ten opis zapowiada, że będzie to kino na ważny temat oraz przedstawiający kolejne starcie z potężną instytucją, mającą ogromne środki, tysiące prawników i wielkie wpływy. Próbujących swoich sił jako reżyser Peter Landesman – scenarzysta świetnego „Wyroku za prawdę”, niestety, potyka się i stworzył film dość nierówny. Z jednej strony jest to niemal klasyczny kryminał z wątkiem sportowy oraz wojną z korporacją. Nie brakuje tutaj faktów, mocnych scen związanych z dziwacznym zachowaniem sportowców, a także klasycznego tuszowania prawdy oraz prób kneblowania ust. Mimo klisz, ten wątek ogląda się nieźle.

wstrzas2

Jednak wątek związany z przyszłą żoną Omalu, zwyczajnie nudzi, jest strasznie melodramatyczny (w zbyt amerykańskim stylu), jakby z innego filmu wzięty i przepełniony banalnymi dialogami, co osłabia siłę tego filmu. Landerman mocno trzyma się faktów, jednak brakuje we „Wstrząsie” emocji i ognia, a próba złapania kilku srok za ogon, musi skończyć się porażką.

wstrzas3

I byłoby tragicznie, gdyby nie cholernie dobre aktorstwo. Will Smith, który został pominięty w oscarowym wyścigu, tworzy bardzo solidną postać troszkę naiwnego, ale prawego lekarza. Może irytować to naiwne podejście do świata, jednak udaje się stworzyć aktorowi wiarygodną postać, co widać w scenie jego zeznań w sądzie jako koronera. Poza nim jednak jest ciekawszy drugi sort, znaczy plan. Najbardziej zapadł mi w pamięć świetny Alec Baldwin jako dręczony wyrzutami sumienia były lekarz sportowy, dr Bailes, stający się wsparciem dla młodego doktorka. Nie sposób nie wspomnieć mocnego Davida Morse’a, który w kilku scenach pokazuje „połamanego” człowieka przez wstrząsy czy będącego mentorem, niezawodnego Alberta Brooksa.

wstrzas4

„Wstrząs” nie jest niczym oryginalnym w materii człowiek vs korporacja, ma kilka mocnych scen i jest dobrze zagrany, ale brakuje jakiego mocnego uderzenia. Nie jest odkrywcze, że dla kasy wiele osób jest w stanie pójść po trupach, jednak przykład „Spotlight” pokazuje, że taki ograny temat można pokazać w ciekawy sposób. Tutaj skończyło się na kilku wstrząsach.

6/10

Radosław Ostrowski

Ali

Nie jest tajemnicą, że bardzo lubię i cenię Michaela Manna – za rozpoznawalny styl, za klimat i realizm w opowiadaniu historii. Ale w 2001 roku, po ambitnym „informatorze” postawił sobie jeszcze ambitniejszy cel. Postanowił opowiedzieć o jednym z najważniejszych pięściarzy wszech czasów – Cassusie Clayu, którego cały świat zna jako Muhammada Ali.

ali1

Nie jest to jednak całościowe przedstawienie życiorysu w pigułce. Twórcy zaczynają od pierwszej zawodowej walki z Sonnym Listonem w 1964, a kończą walką w Afryce z Georgem Foremana, dzięki której odzyskał tytuł mistrza świata.  A po drodze jest przyjaźń z charyzmatycznym Malcolmem X, przejście na islam, pozbawienie tytułu mistrza za odmowę służby wojskowej małżeństwo. Jak na dwie godziny sporo, gdyż Mann zamiast stricte biografii wpisuje życiorys Aliego w sytuację społeczno-polityczną lat 60. – czasów segregacji rasowej i nietolerancji. I tak walka jest dla reżysera ważniejsza niż walki na ringu. Pod tym względem reżyser nadal tworzy w charakterystycznym stylu wizualnym (tutaj akurat zaczyna sięgać po kamerę cyfrową), gdzie noc jest ciemniejsza, a samotność bohatera wręcz namacalna dzieki zbliżeniom. Bogatsza jest też muzyka sięgająca nie tylko po elektronikę, ale także „czarne” brzmienia z epoki. To wszystko tworzy specyficzny klimat, choć zdarzają się momenty znużenia (rozmowy z promotorami, wątek Malcolma X) odwracające uwagi.

ali3

Za to kompletnym zaskoczeniem była dla mnie realizacja scen bokserskich. Nie są one ani efekciarskie czy przesadnie dynamiczne, ale zrealizowane są z niemal pietyzmem. Mann razem z Emmanuelem Lubezkim, który zastąpił Dante Spinottiego, chętnie korzysta ze spowolnień, widoku na nogi Aliego (szybkie ruchy), a nawet sięga po nowy arsenał – mikrokamery zamontowane na głowach pięściarzy, dzięki czemu mamy wrażenie bezpośredniego uczestnictwa w walce, nadając całości niemal reporterskiego charakteru. I co najważniejsze – to wszystko nie gryzie się ze sobą, tworząc zaskakująco spójną całość.

ali2

Ale i tak największym atutem jest tutaj aktorstwo. Największą niespodzianka jest tutaj Will Smith, który nie gra Aliego, tylko nim po prostu jest. Poza ringiem sprawia wrażenie wyciszonego, spokojnego faceta, który próbuje odnaleźć się w islamie. Ale na ringu lub podczas konferencji prasowej to pewny siebie, trochę arogancki twardziel przekonany o swojej sile i mocy. Ale jednocześnie to facet pełen słabości (niewierny wobec żony, czasami lubi wypić), który dopiero w trakcie walki staje się zwierzęciem. Ludzie z jego otoczenia to solidnie zagrane, wyraziste postacie (m.in. Jeffrey Wright – fotograf Howard, Jamie Foxx – rozgadany Bundini czy Barry Shabaka Henley – promotor Howard Muhammad), a najbardziej wybijają się dwie postacie – charyzmatyczny Malcolm X (bardzo dobry Mario Van Peebles) oraz dziennikarz Howard Cosell (Jon Voight nie do poznania). Ale panie też mają co do pokazania, a szczególnie dwie – Jada Pinkett (pierwsza żona Claya, Sonji) oraz Nona Gaye (Belinda – druga żona), tworząc twarde kobiety walczące ze słabościami Aliego oraz jego religią.

ali4

„Ali” potwierdza formę Manna, choć dla mnie całość była trochę za długa. Niemniej jest to kawał solidnego kina z fantastycznym aktorstwem oraz ciekawym klimatem. Interesująca propozycja nie tylko dla fanów boksu.

7,5/10

Radosław Ostrowski