Daybreakers – Świt

Ile już było filmów o wampirach? Nie miałbym nawet czasu i miejsce na wymienienie ich wszystkich, a pomysłów zwyczajnie brakuje. Nie oznacza jednak, że nie próbowano szukać nowych pomysłów na temat krwiopijców. W 2009 roku debiutujący bracia Spierig zrealizowali „Świt”, obiecując coś nowego. Ale czy jest to satysfakcjonujące doświadczenie?

Jest rok 2019, wybucha epidemia zmieniająca ludzi w wampiry, którzy hodują sobie ludzi jak pożywne jedzenie. Ludzie są przechowywani przez wielką korporację, zajmującej się dystrybucją ludzkiej krwi. Problem jednak jest taki, że minęło 10 lat, zaś ludzi zostało mniej niż 5% populacji. A niedostarczenie zapasów zmienia ludzi w zmutowane, coraz bardziej osłabione monstra zwane upadłymi. Jednym z przemienionych wampirów jest hematolog, Edward Dalton. Chcąc dać szansę na przetrwanie wampirom, pracuje nad stworzeniem substytutu zastępującego ludzką krew. Przypadkowo naukowiec trafia na samochód, gdzie przebywają ukrywający się ludzie. Oni, kierowani przez Lionela Cormaca twierdzą, że jest sposób na rozwiązanie tego problemu.

Sama koncepcja „Świtu”, gdzie wampiry dominują nad światem, a nie siedzą w cieniu to było naprawdę coś. Wampiry też są rozwarstwione, chodzą do pracy (oczywiście nocą), są politykami, policjantami czy żołnierzami. Oczywiście poruszają się nocą po mieście, a w dzień – bo słońce nadal je zabija – siedzą w domu, a jeśli muszą się przemieszczać to w autach ze specjalnymi szybami, co nie przepuszczają promieni słonecznych. No i ukrywająca się ludzkość, skazana na zagładę – to dawało wielkie pole do popisu. Muszę przyznać, że pierwsze 40 minut dostarczyło mi masę frajdy. Świetne zdjęcia, utrzymane w czerni i zieleni budują klimat niepokoju oraz tajemnicy.

To się oglądało naprawdę przyjemnie, choć moment spotkania Edwarda z Lionelem zmienia ton oraz tempo. Zaczyna pojawiać się więcej akcji, strzelania (kusze ze strzałami wybuchowymi vs strzałki usypiające) oraz szeroko pojęta rozpierducha. Pojawia się wiele pytań oraz potencjalnie ciekawych wątków, które nie zostają pogłębione: relacja Edwarda z bratem-wojskowym, działanie korporacji, struktura ruchu oporu. Dość ciekawym pomysłem jest sposób na wyleczenie z wampiryzmu, ale tego wam nie zdradzę. Zaczyna się jatka (całkiem fajnie zrobiona, z porządnymi efektami specjalnymi) oraz rzucane klisze, przez co oryginalność pozostaje tylko w warstwie wizualnej oraz kapitalnej muzyce.

Jeśli coś jeszcze trzyma całość w ryzach, to jest to zasługa aktorów. Ethan Hawke w roli Edwarda, czyli naukowca-wampira mimo woli sprawdza się dobrze. A to mnie akurat nie dziwi, ale szoł kradną świetnie bawiący się Willem Dafoe i Sam Neill. Pierwszy jako lider ruchu oporu dodaje odrobinę luzu i ciętego humoru, drugi złowrogie spojrzenie oraz charyzmę. Ale nawet oni nie są w stanie ukryć mielizn i niedoróbek scenariusza. Tym bardziej boli, że „Świt” nie do końca wykorzystuje potencjał na stworzenie oryginalnego filmu o wampirach.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Togo

Pewnie nie słyszeliście o Togo. Nic dziwnego, bo niewielu o nim pamięta. Wielu zapewne słyszało o poważnym wyścigu po szczepionkę do miasteczka Nome. W 1925 roku wybuchła epidemia błoniaka, zarażając niemal wszystkie dzieci. Lek znajduje się w Nenanie, ale problemem jest dotarcie do miejscowości. Wszystko z powodu burzy śnieżnej, która nie pozwala na użycie samolotu. Jedyną możliwą drogą transportu pozostaje psi zaprzęg. Zadania tego podejmuje się norweski maszer (treser i trener psów zaprzęgowych) Leonard Seppala razem ze swoim 12-letnim psem Togo, będący liderem stada.

togo1

Disney+ jakimś cudem nadal nie chce trafić do naszego kraju. Niemniej, dzięki pewnym sposobom (nie mówię tu o piraceniu), można sprawdzić ich dość skromną – na razie – bibliotekę z nowym kontentem. „Togo” od Ericsona Core’a wydaje się być na straconej pozycji, zaś porównania do nowej wersji „Zewu krwi” wydają się nieuniknione. Znowu Alaska, znowu psy i obietnica przygody. Ale wiecie co? Tańszy i skromniejszy „Togo” zjada produkcję Foxa (ostatnią przed przejęciem przez Disneya). I nie chodzi tylko o to, że cały świat nie został stworzony komputerowo (podobnie jak zwierzęta). Co samo w sobie jest naprawdę dużym plusem i pokazuje, że da się pokazać to wiarygodnie bez nadużywania efektów specjalnych. Może i historia wydaje się prosta, ale angażuje i wręcz łapie za gardło.

togo2

Sama narracja jest prowadzona dwutorowo, co też jest zaletą. Z jednej strony mamy ten wyścig Seppali z czasem, by zdobyć szczepionkę i wrócić. Trzyma to w napięciu jak rasowy thriller, zaś kilka momentów (druga przeprawa przez zamarznięte jezioro i pękającą krą) wygląda świetnie. Mimo tego, że większość scen jest kręcona w nocy, ale zachwycające, surowe krajobrazy wyglądają imponująco.

togo3

Ale druga historia dotyczy samego Togo oraz jego początków u surowego niczym skandynawska zima maszera. Jakim cudem ten pies, który w młodości był nieujarzmionym rozrabiaką, stał się chlubą całej paczki i psem prowadzącym? Ten fragment nie jest pozbawiony humoru, ale też pokazuje budującą się więź między twardym psem a jeszcze twardszym panem. Ten drugi zaczyna pokazywać troszkę inną twarz, co jest pokazane wiarygodnie. Do tego „Togo” ma świetnie zmontowane sceny gonitw czy scen z psimi zaprzęgami, podnosząc adrenalinę i kibicując naszym bohaterom.

togo4

I jest to bardzo dobrze zagrane, choć – poza psami – całość napędza dwójka aktorów. Surowego Sappalę gra Willem Dafoe, który nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Ten bohater zna się na swoim fachu, jest pragmatyczny, szorstki i – jak na Wikinga przystało – wyrażanie emocji nie jest jego najmocniejszą stroną. Jednak budowanie więzi z Togo, miłość do psów (świetny moment, kiedy Sapp motywuje swoje zwierzęta podczas przechodzenia przez lód – złoto) oraz determinacja tworzą świetną mieszankę, dając spore pole do popisu. Panią Sappalę z kolei gra równie cudowna Julianne Nicholson, tworząc piękny duet. Pozornie wydaje się osobą wspierającą, kochającą swojego męża, ale także jest charakterna, co pokazuje już w pierwszej scenie. Chciałbym spędzić z tą postacią więcej czasu, ale to, co dostajemy zostaje wykorzystane w pełni.

„Togo” to jedno z większych niespodzianek, która pojawiła się pod koniec zeszłego roku. nie jestem w stanie zrozumieć, czemu wokół niej takiego rozgłosu na jaki potrzebuje. Świetne, zaskakująco mocno trzymające się faktów, kino przygodowe w starym stylu. Nie wiedziałem – do tego seansu – jak bardzo tego mi brakowało.

8/10

Radosław Ostrowski

Lighthouse

Latarnia morska – miejsce, które pokazuje marynarzom kierunek ku lądowi, stabilizacji i bezpieczeństwu. Bo morze jest zwyczajnie nieobliczalne i może wydarzyć się masa rzeczy. Nawet na wyspie odciętej kompletnie od cywilizacji. Taki jest przypadek dwóch panów: Thomasa Wake’a i Ephraima Winslowa, którzy mają spędzić w latarni morskiej 4 tygodnie. Wake już tu przebywa od dłuższego czasu, zaś jego poprzednik zniknął w niejasnych okolicznościach. Panowie próbują się dogadać, jednak pogoda zaczyna się pogarszać.

latarnik1

Robert Eggers wraca do straszenia w czasach pełnych przesądów, gdzie wszelkie zjawiska były tłumaczone w sposób dziś uznany za nieracjonalny. „Lighthouse” jest bardzo kameralnym, wyciszonym horrorem psychologicznym. Tak przynajmniej to brzmiało na papierze, rzucając kolejnymi symbolami, scenami oraz tajemnicą. Dwóch facetów, bardzo zamknięta przestrzeń, dużo alkoholu oraz mewy. Dużo mew, które są duszami zmarłych marynarzy. Reżyser próbuje opowiedzieć historię ludzi zderzonych ze sobą, skrywających pewne tajemnice. Zaginiony poprzednik, syrena, jakieś mackowate coś (tylko we fragmencie) – im dalej w las, tym większy chaos mamy w głowie. Co jest prawdą, urojeniem, delirką i o co tu tak naprawdę chodzi. Niby są rzucane jakieś poszlaki oraz potencjalne tematy (toksyczna męskość, skrywany homoseksualizm, potępienie, tłumione żądze, wiara, relacja Bóg-człowiek), jednak żaden nie zostaje w pełni rozwinięty. Albo inaczej: brakuje tutaj jednoznacznego postawienia kropki nad i, przez co seans był strasznie nieczytelny, wywołując mętlik. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż Eggers miał świetny pomysł, ale gdzieś po drodze zbłądził. Dlatego seans tak mi się dłużył, nużył i zwyczajnie męczył. A finału kompletnie nie zrozumiałem.

latarnik2

Nie chodzi tu o to, że musi być tutaj wszystko wyłożone wprost. Jednak obecność zbyt wielu znaków zapytania też nie działa na plus. Zawsze mam problem, gdy niedopowiedzeń jest tak dużo, jakby całość klejono na ślinę. I nie pomaga ani świetna realizacja, ani zachowanie wierności realiów epoki (język oraz scenografia). Czarno-białe zdjęcia z niemal kwadratowym formatem wywołuje poczucie ciasnoty, gdzie twarze Roberta Pattinsona oraz Willema Dafoe (obaj są świetni) zasłaniają cały ekran. Oni są w stanie przyciągnąć uwagę na dłużej, jednak nawet ten duet nie jest w stanie wznieść filmu na wyższy poziom.

latarnik3

„Lighthouse” jest dla mnie przykładem filmu słabszego od mocnego debiutu. Zabrakło mi tutaj klimatu niepokoju oraz poczucia zagrożenia, zamiast tego reżyser skupia się na symbolach oraz rzucaniu kolejnymi tropami interpretacyjnymi. Szkoda, bo facet wydaje się utalentowanym twórcą.

5/10

Radosław Ostrowski

Aquaman

Arthura Curry poznaliśmy w niesławnej „Lidze Sprawiedliwości” (nadal nie obejrzałem), jednak sam odbiór filmu był bardzo ostry. Zamiast budowy uniwersum DC, doszło do zmiany warty (stery w sprawie produkcji filmów z tego świata przejął Walter Hamada, a Zack Snyder został zwolniony) oraz tworzenia filmów niekoniecznie ze sobą powiązanych. Być może kiedyś zostaną one połączone jak produkcje Marvela, ale wyniki box office na razie są zadowalające w kwestii obranego kierunku. Oznaką nowego stał się film Jamesa Wana, twórcy „Piły” i „Obecności”.

aquaman1

Arthur mieszka w mały miasteczku na wybrzeżu razem z ojcem latarnikiem. Jego matka była królową podwodnej Atlantydy. Problem w tym, że ci pod wodą nie przepadają za nami lądowcami, a wszelkie kontakty z nimi są traktowane jak zdrada. Dlatego matka musiała wrócić do siebie, a Arthurek został na lądzie. Z czasem zaczął odkrywać pewne umiejętności (rozmowy z podwodnymi zwierzętami czy zanurzanie się bardzo głęboko pod wodę) i przechodził treningi pod okiem przyjaciela matki. Przychodzi jednak moment w życiu każdego bohatera, że – niczym słynny elektryk z wąsami – nie chce, ale musi. Nasz Człowiek-Rybak musi objąć tron Atlantydy, inaczej jego przyrodni brat doprowadzi do wojny. Jednak by odzyskać swoje dziedzictwo, trzeba odnaleźć mityczny trójząb pierwszego władcy.

aquaman2

Reżyser Wan kompletnie nie udaje, że robi film oparty na komiksie. Żadnego realizmu a’la Nolan czy mrocznych i ciężkich klimatów a’la Snyder. To samoświadome, kiczowate kino klasy B, gdzie fabuła może i jest schematyczna, ale ważniejsza jest realizacja oraz sama wizja świata. Czy może być poważny film, gdzie mamy ludzi jeżdżących na delfinach czy wielorybach z laserowo strzelającą bronią, zaś jedną z ról gra Dolph Lundgren? Sama historia to klasyczna droga bohatera, który musi pokonać swoje demony, zmierzyć się z wrogami oraz osiągnąć cel. Tylko, że nasz bohater to taki heros mimo woli, zmuszony przez inne czynniki. Nie chce korony i władzy, lecz chronić swoich najbliższych. Może wydawać się to przewidywalne, jednak zaskoczyła mnie realizacja.

aquaman3

Sama akcja jest odpowiednio widowiskowa, a najbardziej zaskoczył mnie fakt, że wiele z tych scen jest kręconych w jednym ujęciu. Kamera wręcz tańczy dookoła, ale wszystko jest jasne i czytelne. Największe wrażenie były starcia Aquamana z Black Mantą oraz Mery ze ścigającymi ją ludźmi z Atlantydy. Ponieważ oboje są rozdzieleni, kamera przeskakuje z postaci na postać i robi to tak płynnie, że nie ma dezorientacji w terenie. Czuć wielki rozmach, a samo podwodne miasto wygląda imponująco. I nie chodzi tylko o komputerowe efekty, ale także o scenografię (m.in. ukryta na Saharze kuźnia czy miejsce spotkania króla Orma z Nereusem) czy nasycone kolorami stroje. Nie można oderwać oczu od filmu, zaś zakończenie sugeruje ciąg dalszy.

aquaman4

Aktorzy świetnie się bawili, co także czuć, a nie udaje się to każdemu. Jason Momoa do tej roli pasuje idealnie, pozornie sprawiając wrażenie osiłka, co wszelkie problemy rozwiązuje pięściami. Albo głową (nie w sensie, że myśli, choć ma przebłyski), budząc sympatię aż do ostatniej minuty. Chcę go więcej. Partnerująca mu Amber Heard jako Mara jest równie cudowna, zaś ich relacja oparta na docinkach, sarkazmie to coś troszkę innego niż spodziewalibyśmy się po kinie superbohaterskim. Jest też aż dwóch łotrów, których motywacja jest prosta (walka o władzę oraz klasyczna zemsta), lecz efektywna. Zarówno Patrick Wilson (król Orm), jak i Yahya Abdul-Mateen II (Czarna Manta) wypadają bardzo dobrze, co w przypadku czarnych charakterów nie jest takie łatwe. Niestety, jest jeden słaby punkt, czyli Nicole Kidman jako matka Arthura. Na ile jednak to wina scenariusza, a na ile pozbawionej mimiki twarzy (jak się wstrzykuje botoks, by zatrzymać urodę, tak to się kończy – o tym może kiedy indziej) nie umiem stwierdzić. Wiem za to, że aktorka wypadła sztucznie, nawet jej głos sprawiał wrażenie wypranego z emocji. Ale na szczęście pojawia się bardzo krótko, więc można to przeboleć.

„Aquaman” to prosta, bezpretensjonalna rozrywka, która nie udaje czegoś, czym nie jest. A jest drogim widowiskiem, ze świetnie sfilmowanymi scenami akcji, charyzmatycznym bohaterem oraz pasją. Takie połączenie zdarza się niezbyt często i jest tak wyważone. Czekam na sequel.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Osierocony Brooklyn

Takich ludzi jak Lionel Essrog raczej mija się na ulicy. Nawet jak się przystanie, jedyne słowo mogące go opisać to: dziwak. Zdarza mu się, że nagle plecie coś bez sensu, wykonuje absurdalne zachowania (dając ognia, podpala zapałkę po to… żeby ją zgasić, bo nie wydała odpowiedniego dźwięku) i nie wiadomo w zasadzie, czego się można spodziewać. Tego nie wie nawet on sam, bo jego głowa to jeden wielki bajzel zwany zespołem Tourette’a. Niemniej znalazł się ktoś, kto potrafił wykorzystać najmocniejsze atuty (świetna pamięć). Był to Frank Minna – prywatny detektyw, który przygarnął Lionela oraz jego kumpli z sierocińca. Spoko gość, ale wdepnął w paskudną sprawę i ktoś go sprzątnął. Ale kto i dlaczego chciałby to zrobić? Essrog podejmuje się na własną rękę wybadać sprawę.

Czarny kryminał to gatunek kina, który swoje najlepsze lata wydaje się mieć za sobą. Czasy panów z kapeluszami w prochowcach, palących papierosa oraz odkrywających brudne tajemnice miasta już mamy za sobą. Pojawiają się pewne próby przebicia jak „Nice Guys” Shane’a Blacka (ok, to są lata 70., ale podobny vibe) czy wykorzystujące elementy tego gatunku eksperymenty pokroju „Brick”, ale klasyczne noir skończyło się wraz z „Tajemnicami Los Angeles”. Czyli od 1997 roku. Nie zraziło to jednak Edwarda Nortona, który podjął się reżyserskiej próby i przeniesienia na ekran powieści Jonathan Lethama z 1999 roku. Przeniósł jej akcję z lat 90. do 50., a reszta krąży wokół klasycznych elementów tego gatunku. Miasto skrywające bezwzględne tajemnice i brudy – jest. Kobieta, skrywająca pewną tajemnicę – zgadza się. Korupcja na szczytach władzy – pasuje. Rasistowskie uprzedzenia – nie zawsze są standardem, ale tu są. Innymi słowy, to klasyczna kryminalna opowieść retro.

osierocony brooklyn1

A w tym przypadku jest to broń obosieczna. Reżyserowi udaje się zachować klimat realiów epoki. Kostiumy, dekoracje, rekwizyty, samochody – tutaj się wszystko zgadza i nie ma miejsca na pomyłki. Równie świetne są bardzo stylowe zdjęcia Dicka Pope’a (zwłaszcza ujęcia nocne to prawdziwe złoto) oraz jazzowo-psychodeliczna muzyka Daniela Pembertona. Jest parę podnoszących napięcie scen jak znakomity początek czy bardzo dramatyczny pościg nocny do mieszkania albo momenty, gdy Essrog próbuje sobie przypomnieć pewne słowa, zdarzenia, sytuacje. Wtedy widać jak ten zwichrowany umysł funkcjonuje, co już czyni całość odrobinę interesującą.

osierocony brooklyn2

Problemem jednak jest sama historia i intryga. Nawet nie chodzi o to, że film jest bardzo długi (niecałe dwie i pół godziny), ale to wszystko wydawało mi się dziwnie znajome. Aż za bardzo, przez co wiele razy od seansu się odbijałem niczym piłeczka ping-pongowa. Chwila ekscytacji, by przez chwilę odczuć znużenie, kolejna ekscytacja i znużenie. Tak przez cały film, a kilka niekonwencjonalnych tricków (sceny pobicia, gdy widzimy akcję z oczu bohatera czy moment niejako „przejęcia” rekwizytów mentora przez Lionela) nie zawsze rekompensowało seans.

osierocony brooklyn3

Sytuację ratuje za to znakomita kreacja Edwarda Nortona, który (w przeciwieństwie do reżysera… Edwarda Nortona) jest bardzo zdyscyplinowany i magnetyzuje do samego końca. Essrog początkowo sprawia wrażenie dziwaka niż klasycznego detektywa-twardziela/cwaniaka z kina noir, co czyni go obiektem drwin i staje się lekceważony przez wrogów. Tylko, że pod tą kopułą pracuje bardzo zaawansowany komputer, który czasami lubi się psuć. Zderzenie niemal fotograficznej pamięci z powtarzającymi się manieryzmami („If”), tikami oraz dość niepozorną sylwetką tworzy niesamowitą mieszankę niewinności ze sprytem, determinacją i odwagą. Na drugim planie absolutnie błyszczy Alec Baldwin w roli śliskiego, bezwzględnego polityka Mosesa Randolpha, który dla władzy zrobi wszystko. Nawet unowocześni miasto, co jest jego wielką obsesją. Warto też wspomnieć o trzymającym jak zawsze poziom Willem Dafoe (Paul) i Bobbym Cannavale (Tony), a także odzyskujący chęć do grania Bruce Willis (detektyw Frank Minna).

osierocony brooklyn4

„Osierocony Brooklyn” dla fanów kina noir będzie niczym prezent pod choinką. Trudno odmówić Nortonowi zaangażowania oraz pasji, jednak film nie porywa tak bardzo jak mógłby być. Brakuje jakiegoś mocniejszego kopa i… świeżości, co zaskoczyło mnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

American Psycho

Jest rok 1987, Nowy Jork. Zostajemy w towarzystwie maklerów oraz przedstawicieli świata finansjery Wall Street. I tutaj poznajemy niejakiego Patricka Batemana – młodego wilczka korporacyjnej firmy. Facet mieszka w pięknym, sterylnym mieszkaniu, ma śliczną narzeczoną, jednak nie czuje się za bardzo sobą. Czuje w sobie żądzę mordu, którą zaczyna realizować nocami.

„American Psycho” to najbardziej znany film w dorobku Mary Harron. Reżyserka pokazuje świat nowojorskiej finansjery mieszając czarną komedię z psychologicznym dreszczowcem. Jednak osoby szukające klasycznie rozumianej fabuły, mogą tutaj nie znaleźć zbyt wiele. Całość skupiona jest na Patricku, który już na samym początku mówi jaki jest i kim jest. Że jest tylko człowiekiem pod względem fizycznym, bo mentalnie jest kimś zupełnie innym. Pozbawionym emocji (poza chciwością i wstrętem) robotem, który jest znudzony pracą, ale adaptuje się do otoczenia. Czasami bywa brany za kogoś innego, ale tak naprawdę jest pracoholikiem. I nawet można byłoby w to uwierzyć, gdybyśmy go zobaczyli w pracy. Chyba że ta praca polega na spędzaniu lunchu oraz kolacji w towarzystwie kolegów z pracy i balowaniu w klubach nocnych. 😉 Te momenty w bardzo krzywym zwierciadle pokazuje środowisko hierarchii finansowej Nowego Jorku. Ludzi skupionych na sobie, chcących się zwyczajnie nachapać, cynicznych oraz pustych. Dla nich liczy się tylko kasa, rezerwacja w prestiżowej knajpie oraz… wizytówki. Odpowiedni odcień bieli, rodzaj czcionki – to ten rodzaj rywalizacji, który dla nich jest w rodzaju być albo nie być. No i wszyscy mylą wszystkich ze sobą, bo niemal każdy wygląda tak samo. Idealne podkreślenie płytkości tego świata.

american psycho1

Wszystko jest utrzymane w niemal kontrastowej, wręcz stonowanej kolorystyce (dominacja czerni w klubach oraz nocnych ujęciach skontrastowana z bielą sterylnego mieszkania Patricka) oraz osadzonej w epoce muzyce (od New Order przez Phila Collinsa do Huey Lewis and the News). Najbardziej podobały mi się bardzo eleganckie zdjęcia Andrzeja Sekuły, gdzie nie brakuje skrętów ku horrorowi (morderstwo dwóch kobiet za pomocą piły mechanicznej).

american psycho2

Reżyserka coraz bardziej pokazuje mocno zwichrowany umysł Batemana. Christian Bale tworzy tutaj fenomenalną kreację człowieka skupionego bardzo na sobie (nawet podczas seksu z prostytutką patrzy w lustrze na swoją sylwetkę) i przesadnie dbającego o swoje ciało. Jednocześnie jest on bardzo wycofany, ma obsesję na punkcie seryjnych morderców oraz tłumioną żądzę zabijania. Czuć jednak w tej postaci pewien fałsz, sztuczność. Jak w scenach, gdy opowiada o paru utworach muzycznych, jego myśli brzmią jakby cytował jakąś wypowiedź recenzenta. Kiedy popełnia morderstwa, wydaje się balansować na granicy przerysowania (zabójstwo za pomocą piły mechanicznej). Ale… no właśnie, czy te wszystkie zbrodnie dzieją się naprawdę czy to tylko wytwór wyobraźni Patricka? Ostatnie 25 minut rozsiewa bardzo duże wątpliwości, gdzie dochodzi m.in. do rzezi na ulicy, a sam Patrick jest kompletnie zdziwiony całą sytuacją. I to podważa wszystko, co do tej pory widzieliśmy, zmuszając do uważniejszego oglądania.

american psycho3

Aktorsko błyszczy tutaj Christian Bale, ale o tym już odrobinkę wspomniałem. Z drugiego planu pełnego podobnych postaci jest tutaj parę wybijających się ról. Taki na pewno jest Willem Dafoe w roli prowadzącego śledztwo detektywa Kimballa. Ma tylko trzy sceny, ale w każdej zaznacza swoją obecność. Tak samo cudna jest Chloe Sevigny jako sekretarka, która wydaje się być jedyną normalną kobietą w tym dziwnym, pełnym pustych ludzi środowisku. I jest w stanie nawiązać jakąś więź z Batemanem, tylko czy to wystarczy?

american psycho4

Już sam tytuł mówi z czym będziemy mieli do czynienia. Dzieło Mary Harron to zgrabny miks satyry na świat wielkiej finansjery z psychologicznym dreszczowcem. Dla wielu wiarygodne studium psychopaty w świecie pełnym psychopatów. Aż strach oglądać.

7/10

Radosław Ostrowski

Geniusze zbrodni

Było ich trzech, niczym w kultowej „Autobiografii”. Kumple z pierdla, który byli tam już tyle razy, że mógłby to być ich dom. Elegancko ubrany Troy, potężnie zbudowany Diesel oraz lekko psychiczny Wściekły Pies – taka przyjaźń zdarza się rzadko. Panowie biorą się za drobne robótki za małe sumki. Ale ich szef proponuje poważniejszą robotę, za dużą sumkę. Co może pójść nie tak?

geniusze_zbrodni1

Tym razem Paul Schrader mierzy się z powieścią Edwarda Bunkera, który świat kryminalistów znał bardzo dobrze. Jednak sama historia jest, jakby to ująć, bardzo dziwnie pokazana, wręcz bardzo szczątkowa. Samo zawiązanie intrygi następuje w połowie filmu. Sama ekspozycja balansuje między spokojem, ale zrobione w bardzo pomysłowy sposób (pierwsze, krwawe wejście Psa), tylko że po gwałtownym ciosie, mamy bardzo szybkie spowolnienie. Intryga wydaje się być pełna dziur, zaskakujących zwrotów oraz bardzo wyrazistych postaci. Klimat jest niby mroczny, ale miejscami reżyser szaleje i pozwala na eksperymenty zarówno operatorskie (miejscami czarno-białe kadry, zmiana kolorystyki w „wizjach narkotycznych” czy finale), jak i montażowe, gdzie dochodzi do przyspieszeń, spowolnień, także zmian podkładu muzycznego.

geniusze_zbrodni2

Dla mnie jest to aż za bardzo chaotyczna mieszanina, chociaż jest kilka ciekawych pomysłów. Czy to miejscami bardzo czarny humor (scena z uciszeniem niemowlaka), czy nieźle wykonane sceny akcji (strzelanina przed marketem, gdzie nawet mamy lot wystrzelonej kuli). Tylko, że niewiele z tego wszystkiego wynika, poza frajdą z b-klasowej zgrywy.

geniusze_zbrodni3

Ale jeśli coś czyni „Dog Eat Dog” pociągającym, to fantastyczne role Willema Dafoe oraz… Nicolasa Cage’a. Nie, nie pomyliliście się. Cage tutaj bardzo rzadko włącza tryb „szarży” i jest świetny w roli opanowanego Troya, będącego tym bardziej myślącym. Film jednak kradnie Dafoe w roli porywczego psychopaty, który ma większe huśtawki nastrojów niż kobieta podczas okresu: od gwałtownego wybuchu aż po płacz, tworząc bardzo mięsisty charakter. Wspierający ten duet Christopher Matthew Cook (Diesel) także ma kilka momentów, podobnie jak sam reżyser w roli zleceniodawcy, El Greco.

„Geniusze zbrodni” nie są może filmem, który zostanie na długo. Schrader próbuje bawić się w postmodernistyczną, eksperymentalną zabawę formą, by ożywić ograne klisze kina klasy B. Chociaż dla mnie jest to zbyt bałaganiarskie, zaś finał wywołuje jedno wielkie WTF w głowie, to miewa ciekawe, wręcz drapieżne momenty.

6/10

Radosław Ostrowski

Auto Focus

Sława zdarza się każdemu człowiekowi. Czy mówi wam coś nazwisko Bob Crane? Był pozornie zwykłym facetem, pracującym jako radiowiec. Ma żonę i dzieci, a lata 60. wydają się czasem spokoju oraz stabilności. Jednak próbuje on swoich sił jako aktor, dostając szansę – serial „Hogan’s Heroes”, komediowa produkcja o niemieckim obozie jenieckim. Nic nie zapowiadało sukcesu, a serial powstał 6 lat. A wtedy w jego życiu spotyka specjalistę od sprzętu wideo, Johna Carpentera.

auto_focus1

Paul Schrader dla wielu kinomanów znany jest jako scenarzysta kilku głośnych filmów Martina Scorsese („Taksówkarz”, „Wściekły byk”, „Ostatnie kuszenie Chrystusa”) i nie tylko. Mało kto jednak wie, że Schrader wielokrotnie próbował swoich sił jako reżyser. Zrealizowany w 2002 roku „Auto Focus” to bardzo mroczny dramat, będący ostrzeżeniem przed ciemną stronę sławy. Tutaj biografia miesza się z fikcją, zaś życie Crane’a kończy się niewyjaśnionym morderstwem celebryty. Sława, pieniądze, rozgłos, wreszcie kobiety na wyciągnięcie ręki. W połączeniu z obsesją na punkcie fotografii i pornografii, tworzy bardzo niebezpieczną kombinację. O ile na początku wydaje się drobnostką, z czasem staje się to bardzo niewygodnym ciężarem. Zwłaszcza, że nasz bohater nie ukrywa swoich zainteresowań (podczas programu rzuca seksualnymi podtekstami) i spełniając je w domu Carpentera czy na imprezach czuje się tak naprawdę sobą. Nagie zdjęcia, seksfilmy, pornografia oraz życie rodzinne i zawodowe – czy jest możliwa szansa na pogodzenie tych sprzecznych rzeczy?

auto_focus2

Reżyser ostrzega, ale nie oskarża, bo nie jest w stanie wskazać jednego winnego. Czy to toksyczna relacja z Johnem Carpenterem, próbującym odbić się blaskiem sławy Crane’a? Czy to może już działo się wcześniej? Im dalej w las, tym bardziej Schrader pozwala sobie na pewne formalne eksperymenty (surrealistyczna scena, gdy Crane „odlatuje” podczas kręcenia serialu czy nerwowo zmontowana rozmowa telefoniczna z Carpenterem), a skoczną, jazzową muzykę Angelo Badalamentiego zaczynają zastępować „lynchowskie” dźwięki ambientowej elektroniki. Nie ma też odpowiedzi na pytanie, kto zabił, zaś narracja Crane’a z offu nie wywołuje irytacji.

auto_focus3

A Schraderowi udało się zebrać oraz wycisnąć z aktorów prawdziwe soki. Najbardziej zaskakuje tutaj Greg Kinnear, który raczej kojarzony jest z rolami bardziej pozytywnych postaci. Tutaj wyciąga z Crane’a zarówno czarujący, lekko chłopięcy urok, ale też coraz bardziej pokazuje jego uzależnienie od seksu, fotografowania oraz filmowania go. Twarz jest już zmęczona, wszystko zaczyna się wymykać spod kontroli, a aktor znakomicie to wygrywa. Równie mocny jest ulubieniec reżysera, czyli Willem Dafoe w roli Carpentera. I jest to dość zagadkowa postać – spec od techniki z nawijką, sprytem oraz dość imprezowym stylem życia. Między nim a Cranem tworzy się bardzo niebezpieczna nić, sprawiająca, że jeden bez drugiego nie jest w stanie funkcjonować. Panie są raczej tłem, choć najbardziej wybija się piękna Maria Bello (druga żona Crane’a), pokazując ewolucję relacji z Crane’m: od sympatii i miłości przez poczucie osamotnienia.

„Auto Focus” pokazuje talent Schradera do prowadzenia aktorów oraz wyciągania ze scenariusza wszystkich mocnych scen i wątków. Niby nic nowego, bo historia sławy oraz upadku była pokazana multum razy, jednak pokazane tak sugestywnie, że potrafi chwycić za gardło. Wiele pytań zostaje bez odpowiedzi (bo nie jest to stricte kryminał), a ciemna strona sławy jeszcze nie była tak straszna.

7,5/10 

Radosław Ostrowski

The Florida Project

Gdzieś na Florydzie znajduje się mały motel, w okolicach Disneylandu. Motel zwie się Magic Kingdom, gdzie mieszkają Moonee z matką Halley, zaś poza nimi są ludzie wykluczeni, bardzo biedni. A wszystko toczy się w wakacje, gdzie tak naprawdę nie ma co robić.

florida_project1

Sean Baker przygląda się tej części Ameryki, o jakiej tu nie widzimy, nie słyszymy, nie prezentuje się zbyt często. Choć motel wygląda wręcz bajkowo, z pastelowymi kolorami, znajduje się w przedsionku Disneylandu, to tak naprawdę nie jest to raj. Wszystko tak naprawdę poznajemy z perspektywy Moonee, czyli rozbrykanej, postrzelonej, energicznej dziewczynki, nie do końca ogarniającej otaczającej jej rzeczywistości. Trudno wejść w ten film, bo przypomina to wszystko dokument, gdzie przyglądamy się pewnym zdarzeniom, które pozornie sprawiają wrażenie niepowiązanych fragmentów. Ale reżyser jest zaskakująco szczery, a wszystkie klocki zaczną powoli się sklejać w jedną całość. Powoli zaczynamy poznawać jak Halley zarabia na swój oraz swojego dziecka byt, a wiele rzeczy dzieje się poza okiem kamery. Zabieg ten ma celu „przyjęcia” perspektywy Moonee, a rzadko pojawiający się dorośli oraz ich problemy przewijają się jako tło. „Florida Project” to kolejna próba – i zaskakująco udana – rozdrapania amerykańskiego snu, który dla dorosłych się skończył. Dzieci jeszcze mają marzenia, ale pytanie na jak długo. A im bliżej finału, tym bardziej robi się dramatycznie, co kompletnie mnie zaskoczyło. Dla tego momentu warto przeczekać te krzyczące, rozbiegane dzieciaki na początku. Pozornie wszystko wydaje się nudne, ale dalej widzimy coraz większą patologię. Więcej wam nie powiem, bo to jest jedna z niespodzianek.

florida_project2

Jeszcze większą są znakomite role dziecięce. Nie wiem, jak robią to Amerykanie, ale nie można przejść wobec tego obojętnie, zwłaszcza wobec tego, co robi Brooklyn Prince. Mooney to bardzo rozkręcona dziewucha z ADHD, pełna naiwności, ale i bardzo dużej energii oraz siły, kopiująca też pewne zasłyszane słowa, gesty, zachowania. Równie mocna jest Bria Vinaite, czyli wytatuowana i pyskata Halley, sprawiająca wrażenie starszej siostry niż matki, która pozornie sprawia wrażenie osoby mającej gdzieś innych. Ale tak naprawdę przekonująco pokazuje różne desperackie kroki w celu utrzymania siebie oraz córki. Największą uwagę przykuwa jednak Willem Dafoe, czyli menadżer hotelu, Bobby. Nie tylko spec od naprawiania, pilnowania porządku, ale ktoś, mogący być autorytetem, nawet jeśli wydaje się troszkę szorstki w obyciu.

florida_project3

Film Seana Bakera troszkę przypomina dorobek Harmone’a Korine’a, chociaż jest to bardziej wizualnie pokazany świat znany z filmów Mike’a Leigh czy Kena Loacha. Takie wizualne zderzenie z treścią oraz tematyką może wywoływać na początku dysonans, jednak udało mi się złapać ten rytm. I co najważniejsze: potrafi wzruszyć, poruszyć, rozbawić.

7/10

Radosław Ostrowski

Notatnik śmierci

Light to młody, zahukany, ale inteligentny licealista, zakochany w cheerleaderce (jak to każdy amerykański nastolatek). Wychowuje go ojciec, matka zginęła w wypadku. I wtedy dostaje prezent z nieba. Dosłownie. Jest to Notatnik Śmierci – nałożony czarną obwolutą księga, której mechanizm działania jest bardzo prosty. Wpisujesz imię i nazwisko oraz sposób spotkania ze Stwórcą. W pakiecie dostajesz jeszcze pewną mendę zwaną Ryuk – paskudnego boga śmierci. Wiecie jakie to daje możliwości? Light korzysta z tego tworząc mitycznego Kirę – tajemniczego zabijakę, dzięki któremu postanawia wyplenić zło. To jednak przykuwa uwagę detektywa L.

notatnik_smierci1

Kiedy pojawiły się wieści, że Amerykanie przeniosą na ekran japońską mangę, zawrzało. Fani „Notatnika” byli absolutnie wkurzeni, że zostanie to wszystko przemielone na jakiegoś hamburgera, wykładając wszystko wprost za pomocą łopaty. I że to będzie kompletna szmira, absolutnie nie warta uwagi. Do gry włączył się jednak Netflix oraz reżyser Adam Wingard. Co z tego wyszło? Ponieważ nie znam pierwowzoru, stwierdzam, że punkt wyjścia jest mocno odjechany i oryginalny. Taka moc jest bardzo ogromna, ale i niebezpieczna, przykuwająca uwagę. Walka z przestępczością nagle staje się łatwiejsza, policja ma mniej do roboty i jest porządek. Problem w tym, że tytułowy notatnik posiada pewne reguły, a sam Ryuk nie jest istotą posłuszną komukolwiek. Później cała intryga skupia się na śledztwie L, próbującego za wszelką cenę schwytać Kirę. A wtedy między nasza parką zaczyna zgrzytać i wtedy film nabiera rozpędu.

notatnik_smierci2

Wingard polewa wszystko w swoim charakterystycznym stylu, czerpiąc garściami z estetyki lat 80. Słychać to głównie w synthpopowej, klimatycznej muzyce, świetnym początku z rytmicznym montażem, obowiązkowym slow motion czy czasami kiczowatą kolorystyką (bal zimowy). Jednocześnie jest mrocznie i bardzo brutalnie, reżyser nie oszczędza pokazywania krwi oraz dosadnej przemocy. Podświadomie, chociaż to pewnie nieliczni wychwycą, „Notatnik śmierci” mocno pokazuje jak wielka władza działa bardzo destrukcyjnie, jest w stanie zniszczyć każde uczucie. I ta pycha, władza nad życiem oraz śmiercią jest bardziej przerażająca niż jakieś wampiry, zombie czy inne stwory nie z tego świata.

notatnik_smierci3

Czasami film spowalnia, a finał wielu może rozczarować (że pozostaje taki otwarty), skupiając się bardziej na psychice Lighta (świetny Nat Wolff) oraz pokazujące coraz bardziej bezwzględne oblicze Mii (nieoczywista Margaret Qualley), obnażając jej socjopatyczny charakter. Ale film kradną demoniczny Ryuk (fantastyczny Willem Dafoe swoim głosem robi robotę) oraz genialny detektyw L (kapitalny Lakeith Stanfield) – neurotyczny, dziwny, troszkę arogancki, ale inteligentny i pewny siebie. Rzadko zdarza się taka kombinacja, która nie idzie w strony parodii, lecz czyni antagonistę (chyba) ciekawym i ludzkim.

notatnik_smierci4

Dla osób nieznających pierwowzoru „Notatnik śmierci” może być początkiem z tą serią oraz jej innymi wersjami (anime, gry video, film aktorski z Japonii). Może nie zawsze skupia swoją uwagę, ale jest intrygujący, miejscami piękny wizualnie i bardzo w stylu Wingarda. Oby powstał sequel.

7/10

Radosław Ostrowski