Trzy dni Kondora – seria 1

Pamiętacie taki film Sydneya Pollacka z lat 70-tych „Trzy dni Kondora”? Jego bohaterem był analityk CIA Joe Turner, którego komórka zostaje wymordowana i tylko jemu udaje się uciec. Ale Agencja zamiast mu pomóc, decyduje się na likwidację mężczyzny, dostrzegając w nim zagrożenie. Parę lat temu powstał serial, stanowiący uwspółcześnioną wersję tej historii.

Tak jak w oryginalne, bohaterem jest Joe Turner – młody analityk CIA działający w komórce, która udaje firmę informatyczną. Mężczyzna parę lat temu stworzył komputerowy algorytm, który miał pomóc w namierzaniu terrorystów. Dzięki temu udaje się namierzyć Ammara Nazariego, który próbuje dokonać zamachu na stadion w USA. niedoszły terrorysta zostaje zabity, a przy nim zostaje znaleziona bomba z wirusem dżumy. Próbując ustalić, czy planowany jest kolejny zamach Turner odkrywa 12 luźno powiązanych ze sobą firm farmaceutycznych. Następnego dnia dochodzi do ataku na komórkę i tylko Turnerowi udaje się uciec. Zaczyna się polowanie, a bohater musi wykazać się sprytem, by wyjść z tego cało i odkryć spisek.

Twórcy nie próbują na siłę udziwnić historii i nie mają ambicji bycia drugim „Homeland”. „Trzy dni Kondora” to opowieść na tyle prosta, by dało się bez problemu wciągnąć, ale też na tyle skomplikowana, by obserwować, analizować i rozgryzać kolejne elementy układanki. Kto jest przyjacielem, kto zdrajcą, jaki jest ostateczny cel i czy można cały ten misterny plan powstrzymać. Turner (tutaj w wykonaniu bardzo wiarygodnego Maxa Ironsa) może nie jest zbyt dobry w polu, nadrabiając inteligencją i sprytem. Jest też idealistą z twardymi zasadami, eliminujący wroga tylko w ostateczności. A przeciwników ma wielu: część agentów CIA, płatny morderca, islamscy terroryści. Stawka jest bardzo wysoka, a czasu mało. Powoli odkrywamy kolejne elementy układanki, nawet jeśli pewnych rzeczy zacząłem się domyślać.

Choć akcji jest tutaj sporo, nie jest ona najważniejsza. Bijatyki i strzelaniny nie są w stylu Bourne’a, ale szału też nie robią. Jest troszkę zabawy równoległym montażem oraz retrospekcjami, które rzucają światło na początek całej intrygi, a także przeszłość Turnera. Tak samo jak istotne były sceny wewnętrznych rozgrywek w CIA oraz podchodów, gdzie jedna strona próbuje oszukać drugą. Zwłaszcza, że trzeba zachowywać pozory normalności. I to pomaga w budowaniu napięcia aż do satysfakcjonującego finału z obietnicą na drugi sezon.

I jeszcze jest tutaj bardzo bogaty drugi plan, z kilkoma wyrazistymi kreacjami: od bardzo opanowanego Williama Hurta (Bob Partridge, przyjaciel Joe’ego) i śliskiego Boba Balabana (wicedyrektor Reuel Abbott) przez uroczą Katherine Cunningham (przypadkowo wplątana w aferę Kathy Hale), zaskakującego Brendana Frasera (Nathan Fowler) i dawno nie widzianą Mirę Sorvino (Marty Frost). Dla mnie jednak prawdziwym odkryciem była Leem Lubany wcielającą się w płatną morderczynię, Gabrielle Joubert. Bardzo opanowana, chłodna i przygotowana na wszystko jest diabelsko niebezpieczna dla każdego, kto się z nią spotka. Zaś jej motywacja pozostaje niejasna do końca.

„Trzy dni Kondora” to kolejny przykład serialowej wersji kinowego hitu, która zachowuje najlepsze elementy oryginału, jednocześnie aktualizując go do dzisiejszych czasów. I to się udaje bez poczucia zgrzytu, o co było bardzo łatwo. Bywa przewidywalny, jednak trzyma w napięciu, dostarczając wiele frajdy.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Osada

UWAGA! Tekst zawiera spojlery!

Jest rok 1897. Gdzieś w Pensylwanii znajduje się mała osada otoczona lasem Covington, gdzie spokojnie żyją sobie ludzie pod wodzą Edwarda Walkera. Ale w tej okolicy obowiązują zasady, na skutek paktu między mieszkańcami a mieszkającymi w okolicy potworami. Nie można używać koloru czerwonego, nie można przekraczać granicy lasu, by nie wystraszyć stworów. Jednak pewien mieszkaniec imieniem Lucius Hunt łamie ten pakt, sprowadzając nieszczęście na całą wioskę.

osada1

Wiele osób po obejrzeniu zwiastuna dało się nabrać, gdyż M. Night Shyamalan znowu wszystkich wpuścił w pole. Poniższy opis zapowiadałby horror w strojach z epoki, ale tak naprawdę jest to melodramat z elementami mroku i strachu. Poza naszym wycofanym Luciusem istotną postacią jest córka burmistrza, niewidoma Ivy oraz podkochujący się w niej upośledzony umysłowo Noah. Bardzo powoli i stopniowo odkrywamy karty dotyczące tego paktu oraz tajemnicy związanej z założeniem tytułowej osady. Shyamalan skupia się bardziej na tej miłości – tłumionej, niewypowiadanej, sygnalizowanej spojrzeniami, niedopowiedzeniem. Również sama obecność tajemniczych bestii – przez sporą część widzimy tylko drobne fragmenty, skąpane w mroku i noszące czerwone płaszcze. Ich obecność (zdarte ze skóry zwierzęta, późniejsze znaki na drzwiach) oraz ciągłe fotografowany las budują aurę niepokoju, tajemnicy. Także dźwięk buduje strach jak w scenie czekania Ivy przed drzwiami na Luciusa i ucieczka do piwnicy czy ucieczka przed monstrum w lesie. „Osada” ma fantastyczne zdjęcia (zwłaszcza nocą) oraz kapitalną, liryczną muzykę.

osada2

I wszystko byłoby świetne, gdyby nie wyjaśnienie całej tajemnicy, czyli ostatnie 30 minut. Osada założona przez starszych kontroluje mieszkańców, wszystkie stwory to mistyfikacja, mająca na celu odstraszyć ludzi do opuszczenia. Dlaczego? Miasto jest siedliskiem zła i krzywdy, o czym opowiadają mieszkańcy. Ale zarówno otwarcie tajemniczych pudełek ze zdjęciem oraz spotkanie ze… strażnikiem chroniącym rezerwatu samochodem, wprawiło mnie w totalną konsternację zakończoną głęboką myślą: że co, kurwa? Że wewnątrz rezerwatu założono XIX-wieczną osadę, by się ukryć przed cywilizacją? Pomysł karkołomny, by stworzyć własną utopię nie jest niczym nowym i to nawet daje radę. Dla wielu osób to rozwiązanie może wydawać się idiotyczne, bo jak to mogło się udać zrobić to niezauważonym? Nie wiem, ale mindfuck gwarantowany.

osada3

Na szczęście ten finał jest zgrabnie maskowany świetnym aktorstwem, ze szczególnym wskazaniem na młodych aktorów. Film kradnie prześliczna debiutantka, czyli Bryce Dallas Howard jako Ivy. Niewidoma, ale bardzo wrażliwa, czarująca i inteligentna kobieta. Ona trzyma ten film na barkach i nie można oderwać od niej oczu. Wycofany Joaquin Phoenix jest świetny w roli ciekawego świata Luciusa – to jest ten typ aktora, który samą obecnością jest w stanie zbudować postać, a najbardziej pamięta się scenę wyznania wobec Ivy. Również Adrien Brody jako upośledzony Noah potrafi skraść film swoim dziwnym zachowaniem, nie popadając w parodię czy przerysowanie. Ze starszej gwardii najlepiej wypada William Hurt, czyli burmistrz Walker. Zawsze spokojny, opanowany i starający się trzymać całe otoczenie, nie pozbawiony jednak wrażliwości.

osada4

„Osada” to film dość nieoczywisty, bardzo stylowy, kapitalnie wygląda audio-wizualnie. Romantyczny horror, wodzący za nos i z obowiązkowym twistem made by Shyamalan. Jeśli ktoś spodziewa się klasycznego horroru, będzie rozczarowany, ale ta mieszanka działa skutecznie, z czym bywało różnie. Hindus z klasą w dobrej formie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zwycięzca

Igrzyska olimpijskie są dla każdego zawodnika szansą na osiągniecie najważniejszego wyróżnienia, o jakim każdy sportowiec tylko marzy. Jednak czasami dochodzi do trudnej sytuacji, gdy sportowa rywalizacja została wykorzystana do celów propagandowych oraz ideologicznych. Tak było podczas pamiętnej olimpiady organizowanej w Berlinie AD 1936, o której opowiada film „Zwycięzca”.

zwycizca1

Ale tak naprawdę reżyser Stephen Hopkins skupia się na jednym z uczestników olimpiady, który zniszczy ideologiczny plan Goebbelsa – czarnoskórym biegaczu Jesse Owensie, który zdobył cztery złote medale olimpijskie. Dyskryminacja nie była dla niego niczym nowym, gdyż w tych czasach czarni byli traktowani z równo pogardą jak Żydzi w Niemczech. Temat ten jednak zostaje ledwo liźnięty przez reżysera. Nie dziwię się, gdyż wszystko w kwestii rasizmu w USA już zostało opowiedziane wiele, wiele filmów temu. Wszystko opowiedziane jest w klasycznej konstrukcji: aklimatyzacja, treningi, relacja z trenerem, drobne miłosne perturbacje, w końcu zwieńczenie – olimpiada. Te fragmenty są solidnie zrealizowane, a ujęcia biegów oraz skoków w dal mają swoją dynamikę.

zwycizca2

Dla mnie jednak – poza budującą się więzią z trenerem Snyderem – najciekawsze wątki dotyczyły propagandowego wykorzystania olimpiady oraz dylematy postaci związanych z tą sytuacją. Amerykański Komitet Olimpijski wahał się czy zbojkotować te igrzyska, a spór prowadzony między Averym Brumdige’m i Jeremiahem Mahoneyem dodają odrobinę atrakcyjności dla tej oczywistej fabuły. Podobnie jest z wątkiem realizacji filmu przez Leni Riefenstahl oraz scen pokazujących to, co naprawdę działo się w Reichu. Hopkins mocno, choć drobnymi scenami, pokazuje jak kończy się kompromis ze złem. Ale też pokazuje, że można być przyzwoitym, mimo tej paranoi propagandowej, co pokazuje postawa lekkoatlety Carla Longa (drobny epizod Davida Krossa, ale zapadający w pamięć). Te małe drobiazgi, wyróżniają „Zwycięzcę” z grona innych filmów sportowych.

zwycizca3

Pod względem aktorskim też jest co najmniej porządnie. O drugim planie sporadycznie wspomniałem, jednak pierwszy plan też jest nienajgorszy. Dobrze sobie poradził Stephen James w roli Owensa, który z jednej strony musi wytrzymać presję swojego otoczenia, z drugiej staje się niejako symbolem walki z nazistami. Poza tym chłopak chce poukładać sobie wszystko w głowie i jednocześnie zawalczyć. Partneruje mu obsadzony wbrew swojemu emploi Jasona Sudeikisa, który w roli trenera Snydera daje z siebie wszystko. Snyder to trener typowy, który walczy ze swoimi demonami (alkohol, zmarnowana szansa na udział w olimpiadzie, brak sukcesów zawodowych), a jednocześnie nie jest tak rasistowski jak reszta otoczenia.

zwycizca4

„Zwycięzca” to przykład solidnego kina sportowego, gdzie niby poszczególne elementy nie błyszczą, ale jako całość wypada interesująco i daje trochę do myślenia. Na pewno kilka faktów i wydarzeń został podkolorowanych lub pozmienianych, ale nie psuje to pozytywnego wrażenia. Niby takich tytułów było wiele, ale i ten pozostaje ciekawym punktem do dyskusji o relacji sport-polityka.

7/10

Radosław Ostrowski

Mroczne miasto – wersja reżyserska

Wszystko zaczyna się dość tajemniczo. Gdzieś w hotelowej łazience nocą budzi się mężczyzna. Przebiera się, bierze walizkę i otrzymuje telefon z ostrzeżeniem, że jego życie jest w niebezpieczeństwie. Odkrywa ciało młodej kobiety pełne krwawych, okrągłych kręgów i kompletnie niczego nie pamięta. Ucieka ścigany przez policję oraz tajemnicze osoby w płaszczach oraz kapeluszach.

mroczne_miasto1

Reżyser Alex Proyas bawi się konwencjami i wpuszcza w maliny. Zaczyna się jak rasowy kryminał z całym arsenałem sztuczek noir – ponure zaułki, scenografia i samochody niemal żywcem wzięte z lat 40. oraz ciągły mrok obecny aż do samego końca. Powoli odkrywany razem z Murdockiem tajemnicę związaną z samym miastem oraz grupą osób, która steruje tym miastem. Bo – jak szybko można się domyślić – nic nie jest takie, jak na pierwszy rzut oka. I wtedy pojawiają się elementy SF oraz steampunku (podziemia, wygląd strzykawek). Więcej wam nie chcę zdradzić, bo po pierwsze zepsuje przyjemność z samodzielnego rozwiązania łamigłówki, a po drugie jest to clou całej opowieści. Muszę przyznać, że kolaż neo-noir z SF prezentuje się okazale. Proyas stopniowo przekazuje kolejne elementy układanki i przedstawia bardzo ponury świat. Świat, w którym ludzie pozbawiani są wspomnień (ją one wszczepiane po wybiciu północy). Świetne zdjęcia Dariusza Wolskiego tylko potęgują klimat tajemnicy, idąc w stronę noir. Eleganccy gliniarze, knajpy, femme fatale – wszystko tutaj gra i pasuje.

mroczne_miasto2

Filozoficzne wątki filmu stanowią jego drugie dno i nie są tylko naddatkiem dla krytyków. Czy jesteśmy w stanie sami decydować o swoim losie, a może ktoś za nas steruje? Skoro wspomnienia mogą być kłamstwem, a świat jest ciągle zmieniany (dobudowywane budynki), sprawiając wrażenie nieobecnego, to czy w ogóle możliwe jest dojście do prawdy? Te pytania zostają w głowie na długo, a film nie daje wszystkich odpowiedzi. Czuć też inspiracje innymi dziełami – steampunkowe elementy przypominały „Brazil” (siedziba tajemniczych obcych), filmy Jeuneta czy nieśmiertelnego „Blade Runnera”, ale najbardziej oczywistym skojarzeniem jest „Matrix” (mesjanizm), który bywał – trochę na siłę – nazywany plagiatem filmu Proyasa. Całe te inspiracje jednak nie niszczą filmu i są tylko skojarzeniami, z których sklejono samodzielny twór.

mroczne_miasto3

W tej estetyce bardzo dobrze odnajdują się aktorzy. Rufus Sewell kojarzony głównie z ról czarnych charakterów tutaj świetnie wszedł w buty zagubionego i uparcie szukającego swojej tożsamości Johna Murdocka. Jest to wyjątkowa postać w tym świecie, ale to zapewne jest łatwe do rozszyfrowania. Poza nim błyszczy niezawodny William Hurt (wątpiący, dociekliwy i inteligentny inspektor Bumstead) oraz świetny Kiefer Sutherland (jąkający się i zagadkowy dr Daniel Schreber, mający istotną wiedzę na temat świata). Jest tutaj tylko jedna kobieta, ale Jennifer Connelly jest czarująca (pięknie śpiewa w knajpie, chociaż nie swoim głosem) i jako żona Murdocka dobrze sobie poradziła.

mroczne_miasto4

„Mroczne miasto” jest intrygującym i tajemniczym kinem SF. Może końcówka lekko zawodzi, ale i tak ogląda się z dużym zainteresowaniem. Aha, koniecznie oglądajcie wersje reżyserską nie tylko dlatego, że jest dłuższa, ale pozbawiona łopatologicznego tłumaczenia jakie dostajemy na samym początku. Ostatni film SF epoki industrialu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zniknięcie Eleanor Rigby: Oni

Eleanor Rigby do tej pory kojarzyła mi się tylko z piosenką The Beatles. Wyobraźmy sobie taką sytuację, że istnieje osoba o takim imieniu i nazwisku – jest rudowłosą kobietą z Nowego Jorku, która znalazła mężczyznę swojego życia. Pojawia się po raz pierwszy, gdy z nim ucieka z kawiarni nie płacąc rachunku. Są szczęśliwi, radośni i pogodni. Ale sielanka nie trwa wiecznie. Następne ujecie (po napisach) pokazuję Eleonor skaczącą z mostu. Kobieta trafia do szpitala, ale potem wychodzi nie informując (już) męża Connora, znikając z jego życia. Dlaczego?

eleonora_rigby2

Ned Benson wpadł na ambitny i nietypowy pomysł opowieści o dwojgu ludzi oraz ich związku. Najpierw przedstawił to z jej perspektywy („Ona”), potem jego („On”) i wreszcie skleił obie te perspektywy w jedną całość. Brzmi to dziwnie, ale ambicji reżyserowi odmówić nie można. Powoli widzimy związek będący w stanie kryzysu pod wpływem silnej tragedii – śmierci dziecka. Co ją spowodowało? Pozostaje tajemnica, która dla Bensona służy jedynie jako katalizator, impuls doprowadzający do powolnego rozpadu i zgonu tej miłości. Nie ma tutaj pójścia na łatwiznę, prostych rozwiązań i typowego happy endu – każdy z bohaterów miota się ze sobą nawzajem. Jest między nimi chemia, ale dlaczego siebie unikają, uciekają w pracę (On), do rodziny (Ona) i co poszło nie tak? Pytanie te są stawiane niemal odkąd mężczyzna i kobieta odkryli miłość. Jednak reżyser pewnie i co najważniejsze, bez fałszu pokazuje trudności takiej relacji.

eleonora_rigby1

Sama realizacja jest dość oszczędna, pozbawiona ozdobników. Trafiamy albo po nocnym krajobrazie Nowego Jorku, do domu rodziców Eleanor, wreszcie na uczelnię, gdzie kobieta zaczyna chodzić na zajęcia. Kamera jest kręcona z ręki, dominuje kolor czerni, czerwieni, żółci. Po drodze jeszcze spotkamy kilka postaci i rozmowy, które mogą wydawać się czasem banalne i oczywiste, ale pełne refleksji oraz trafności obserwacji. Istotne tutaj są rozmowy zarówno z rodzicami obojga bohaterów jak i z panią profesor Friedman. Wspomnienia, doświadczenia życiowe, wszystko niespieszne, ale jednocześnie pełne emocji, rysujących się na twarzach. Klimatu dopełnia niezwykła ścieżka dźwiękowa Son Luxa, zwłaszcza piosenka „No Fate Await Me” będzie długo siedzieć w odtwarzaczu.

eleonora_rigby3

Jednak poza obserwacjami i dobrym scenariuszem idzie też bardzo dobre aktorstwo. Zarówno James McAvoy (Connor) jak i Jessica Chastain (Eleonor) tworzą piękny – nie tylko wizualnie – duet dwojga młodych, pogubionych, chociaż kochających się ludzi. Oboje tłumią w sobie emocje, próbują odzyskać swoją przeszłość, ale to jedno zdarzenie odmienia ich. Czy na lepsze? Tego wam nie zdradzę, ale ten duet bardzo sugestywnie tworzy swoje postacie. Poza nimi jest bardzo bogaty drugi plan, gdzie każdy tworzy pełnokrwistą postać, nawet jeśli nie pojawia się dość długo. Dotyczy to zarówno Williama Hurta i Isabelle Huppert (rodzice Eleonor), zaskakująco poważnego Billa Hadera (Stuart, wspólnik Connora), wyciszonego Ciarana Hindsa (ojciec Connora) oraz doświadczonej Viola Davis (profesor Friedman). Sama obecność tych nazwisk robi wielkie wrażenie.

Ten film na pewno pozostanie w pamięci na długo i jest czymś więcej niż tylko banalnym love story. Bo miłość – jakkolwiek to banalnie zabrzmi – ma kilka różnych odcieni i kolorów. Debiut Bensona jest przykładem tezy, że by poruszyć widza nie trzeba dużego budżetu, bajeranckich efektów specjalnych i hektolitrów krwi. Ciekawe, czy reżyser jeszcze zaskoczy swoimi następnymi filmami?

7,5/10

Radosław Ostrowski


A.I.: Sztuczna inteligencja

Przyszłość dla naszej ludzkości nie zapowiada się zbyt wesoło. Szalejący klimat (burze, zalane wielkie miasta), wyczerpane zasoby naturalne, a ludzie coraz bardziej skręcają ku zagładzie. I wtedy zaczęli produkować roboty, który stały się naszymi służącymi. W końcu, profesor Hobbs wpada na szalony pomysł stworzenia robota-dziecka, które będzie w stanie kochać nieograniczoną miłością – Davida. Jako prototyp trafia do rodzinę jednego z pracowników Cybertechu, którego syn zapadł w nieuleczalną chorobę. Ale kiedy „prawdziwy” syn wraca do zdrowia, „mecha” zostaje porzucony w lesie. Razem z mechanicznym misiem Teddy postanawia odnaleźć Błękitną Wróżkę, która zrobi z niego prawdziwego chłopca.

Kiedy dochodzi do spotkania wielkich osobowości, oczekiwania staja się gwałtownie zawyżone. Chyba dlatego film „A.I.: Sztuczna inteligencja” spotkał się z taką ostrą krytyką. Gdy doszło do spotkania Stevena Spielberga ze Stanleyem Kubrickiem, który planował zrobić ten film dawno temu (niestety, nie dożył chwili realizacji), wtedy wymagania były wręcz kosmiczne. Ja niestety, też oczekiwałem wiele i czułem się lekko rozczarowany. Ale po kolei.

AI2

Streszczenie fabuły może wydawać się idiotyczne, ale Spielberg wie jakie struny naszych emocji trzeba pociągnąć, by poruszyć i tylko to potwierdza. Trudno przejść obojętnie zresztą wobec maszyny, która chce być człowiekiem. Człowiekiem, czyli kim? To jest bardzo poważne pytanie w czasach, gdy ludzie nienawidzą swoje stworzone „mechy” (mocna scena w parku rozrywki) i odrzucają je. Tak jak Monika odrzuca Davida, kiedy o mały włos podczas zabawy robot topi się razem z „braciszkiem” i zostawia go w lesie. Od tej pory klimat staje się mroczniejszy, a wizualnie film ociera się o „Blade Runnera” – bardzo mroczny las, Rouge City pełen mocno świecących świateł czy zalany Nowy Jork (jeszcze z wieżami WTC, zniszczonymi po premierze filmu) – to wszystko robi kolosalne wrażenie, zarówno od strony operatorskiej aż po scenografię i kostiumy (może poza Ścigaczami polującymi na roboty – niemal żywcem przeniesieni z pierwszego „Tronu”). No i zakończenie, które wielu z was (także i mnie) wprawi w konsternację i poważnie może zastanowić. Są tutaj jeszcze mniejsze bzdury (kiedy żigolak Joe zostaje schwytany magnesem przez gliniarzy, czemu policyjny helikopter z Davidem też nie idzie w górę? I czemu David tak bardzo kocha tylko swoją „mamę”, skoro był zaprojektowany dla par?), które mogą mocno psuć oczy i zwłaszcza mózg w trakcie seansu, jednak nawet one przestają mieć poważniejsze znaczenie.

AI1

Wszystko – w sporej części –  rekompensuje niesamowita gra aktorska. Haley Joel Osment, co wcześniej widział martwych ludzi tutaj jako android David jest po prostu genialny. Niewyobrażalna dobroć i miłość płyną z oczu (i nie tylko) tego chłopca, który podąża za swoim marzeniem i jest on w tym taki uroczy oraz naturalny, że po prostu zachwyca. Drugim istotnym bohaterem jest żigolak Joe w wykonaniu wybornego Jude’a Lawa, który staje się jego przyjacielem. Chemia między tymi bohaterami jest naprawdę namacalna. Poza nimi na drugim planie najbardziej wybijają się świetni William Hurt (profesor Hobbs – „stwórca” Davida), Brendan Gleeson (tropiący roboty lord Johnson-Johnson) oraz Frances O’Connor (Monika, która matkuje Davida).

AI3

„A.I.” pozostaje dla mnie dobrą, choć pełną sprzeczności wariacją „Pinokia” w sztafażu SF. Czasami trochę naciąganym, gdzie logika czasami chodzi swoimi drogami, ale na pewno poruszającym dziełem. Spielberg nie po raz ostatni wchodzi w fantastykę, ale o tym opowiem jeszcze innym razem.

7/10

Radosław Ostrowski

Park Gorkiego

Moskwa, początek lat 80. W parku Gorkiego zimą znajduje się dość spora ślizgawka. I to właśnie tam zostają znalezione zwłoki trzech ofiar, zmarznięte, zakopane śniegiem i… pozbawione twarzy. Sprawę prowadzi oficer milicji Arkady Renko, który chętnie pozbyłby się sprawy i szuka dowodów, które dałyby dochodzenie KGB. Ale im bardziej bada sprawę odkrywa, że KGB może być w to zamieszane, tak samo jak pewien Amerykanin.

gorky1

Wszystko zaczęło się od bestsellerowej powieści Martina Cruza Smitha, która rozpoczęła cykl o rosyjskim śledczym Renko. A jak wiadomo, że coś przykuło uwagę, to muszą się tym zainteresować filmowcy. Zadania adaptacji dostali scenarzysta Dennis Potter oraz reżyser Michael Apted. I w zasadzie dostaliśmy mroczny kryminał, gdzie stałe elementy (tajemnica, cyniczny śledczy, femme fatale i piętrowa intryga) zostały przeszczepione do realiów ZSRR, gdzie kłamstwo i oszustwo są na porządku dziennym. Nie można tu ufać nikomu, a tajna policja jest wpływowa i obserwuje każdy ruch. Kraj, gdzie w zasadzie nie ma perspektyw, a wszystko budowane jest na kłamstwie i wszystko można kupić, nawet wolność ma tutaj swoją cenę.

gorky2

Intryga jest budowana bardzo powoli, ale elementy układanki tworzą bardzo spójną i sensowną całość. Nie mogło tez zabraknąć odrobiny akcji (pościg za Iriną przez KGB zakończony bijatyką czy ostateczna krwawa konfrontacja w Szwecji), która jest naprawdę dobrze sfotografowana i zmontowana (scena rekonstrukcji morderstwa w parku Gorkiego), zaś napięcie buduje świetna muzyka Jamesa Hornera. I komu tak naprawdę tu można zaufać? Apted świetnie wywiązuje się ze swojego zadania.

gorky3

W sukurs idą mu fantastyczni aktorzy. Pierwsze skrzypce tutaj gra niezawodny William Hurt. Denko to postać niemal teleportowana z rasowego kryminału. Niby typowy Rosjanin, który nie potrafi żyć nigdzie indziej, poza swoim krajem, ale bywa błyskotliwy, wnikliwy i przede wszystkim dociekliwy, co wzbudza respekt i jako jedyny stara się żyć przyzwoicie. Poza nim nie można nie zauważyć świetnego Lee Marvina (biznesmen Jack Osborne) i Briana Dennehy (detektyw William Kirwill, który na własną rękę próbuje wyjaśnić sprawę zabójstw). W ogóle drugi plan jest tutaj bogaty: od Iana Bannena (prokurator Jamskoj) i Michaela Elpficka (Pasza) po Iana MaDiarmonda (profesor Andriejew, specjalista od rekonstrukcji twarzy). No i w końcu nie sposób nie zauważyć zjawiskowej Joanny Pacuły, która odgrywa tutaj kluczową role Iriny – młodej i naiwnej (bardzo) dziewczyny, która za wszelką cenę chce wyrwać się z ZSRR. Mocna i jednocześnie bardzo delikatna rola.

gorky4

Apted po latach stwierdził, że „Park Gorkiego” to nie jest zbyt udany film. Ja mam na ten temat inne zdanie, bo to bardzo dobry, klimatyczny kryminał, pełen mroku i tajemnicy. Przy okazji też wiernie odtwarzający realia upadającego Związku Radzieckiego. Trochę zapomniany, ale jednak klasyk.

8/10

Radosław Ostrowski

Alicja

Alice Tate jest młodą kobietą, która od 16 lat jest mężatką, ma dwoje dzieci, służbę i duże mieszkanie. Ale zaczyna jej doskwierać ostry ból pleców. Idzie do zalecanego przez znajomą chińskiego lekarza, dr Yanga. Mężczyzna przepisuje jej zioła. Od tej pory, jej życie zmienia się diametralnie. A nawet pojawia się pewnie mężczyzna.

alice1

Woody Allen ma to do siebie, że nawet jak wraca do starych tematów, robi to z gracją i wdziękiem. „Alicja” to znów opowieść o dawno stłumionych ambicjach, uczuciach, emocjach i dochodzeniu do samoświadomości. Przypomina to pod tym względem „Inną kobietę”, ale tutaj jest bardziej zabawnie. Działanie ziół jest bardzo zaskakujące – Alicja przechodzi zmianę, potrafi zniknąć, widzi swojego zmarłego męża. Nie brakuje tutaj humoru, Nowego Jorku, muzyki jazzowej (z zacięciem azjatyckim) i choć nie pojawia się tu sam Allen, to jego duch jest obecny, kolejny raz dając nadzieję bohaterom na zmianę swojego losu. Szkoda, że w realu tak nie działa.

alice2

Reżyser znów ściągnął znanych aktorów, a ci dali z siebie wiele. Mia Farrow w roli tytułowej to zagubiona kobieta, która czuje pustkę i jest nieszczęśliwa. Chce zmienić swoje życie, ale brakuje jej odwagi. Wizyty u dra Yanga (intrygujący i wyluzowany Keye Luke) pozwalają jej odzyskać siebie sprzed lat, choć nie jest to łatwy proces. Drugim istotnym bohaterem jest muzyk Joe grany przez sympatycznego Joe Mantegnę. Kochający swoją żonę, ale już po rozwodzie, budzi sympatię i jest prostolinijny. Poza tym triem, widzimy na ekranie m.in. Williama Hurta (oschły inteligent Doug), Aleca Baldwina (Ed, zmarły były partner), Judy Davis (Vicky, przyjaciółka Alicji) i Cybil Shephard (Nancy, producentka).

alice3

Allen w dobrej formie w kolejnym filmie z cyklu „Życie i cała reszta”. Niby nic zaskakującego, ale dobrze się to ogląda, świetnie zagrane i pozwala się zastanowić nad sobą.

7/10

Radosław Ostrowski

Dobry agent

Edward Wilson pozornie wygląda na zwykłego faceta w kapeluszu, garniturze i w okularach. Ale tak naprawdę jest agentem CIA i to na wysokim szczeblu. Poznajemy przebieg jego kariery od 1939 roku (członkostwo w bractwie i współpraca z wywiadem) aż do 1961 roku i nieudanej interwencji na Kubie oraz próbnie znalezienia kreta.

agent1

O tym człowieku opowiada film Roberta De Niro „Dobry agent”. Niewiele się w nim dzieje, jest strasznie długi (ponad dwie i pół godziny), a jednak okazuje się kawałkiem dobrego kina, choć bliżej mu do powieści Johna le Carre niż przygód agenta 007. Tutaj szpiedzy to przede wszystkim urzędnicy siedzący za biurkiem, analizujący dokumenty i praktycznie nie korzystający z broni, zaś ich akcja w terenie polega na rozmowach i zbieraniu informacji. Praca ta wymaga też całkowitego poświęcenia i braku zaufania wobec innych, bo każdy jest potencjalnym zdrajcą. Tu trzeba ciągle mieć się na baczności, bo każdy błąd może być wykorzystany przeciwko nam. Prawie jak w mafii – obowiązują pewne reguły (ścisła tajemnica), których łamanie może doprowadzić do poważnych konsekwencji. A wszystko to w imię dbania o bezpieczeństwo kraju. Jednocześnie poznajemy pokrótce historię powszechną XX wieku (II wojna światowa, zimna wojna, kryzys kubański), co jednak wymaga pewnej znajomości realiów, inaczej można się w tym pogubić.

agent2

Drugim dość mocnym wabikiem jest gwiazdorska obsada. Na drugim planie mamy tak uznanych aktorów jak William Hurt (Phillip Allen, późniejszy szef CIA), Michael Gambon (dr Fredericks), Billy’ego Crudupa (Arch Cummings), Alec Baldwin (Sam Murach, agent FBI) czy John Turturro (Ray Brocco, prawa ręka Wilsona). W epizodzie pojawia się też sam reżyser (generał Bill Sullivan) i Joe Pesci (gangster Joseph Palmi). Jednak największy ciężar na swoje barki wziął Matt Damon i dał radę, a jego Wilson mocno przykuwa uwagę. Jest bardzo oszczędny, opanowany i małomówny, jednak jego życie prywatne to porażka. Taka jest cena pracy w wywiadzie.

agent3

Dla wielu „Dobry agent” może być nudnym, ale jednak realistycznym portretem świata szpiegowskiego. Może i mało się dzieje, akcji praktycznie nie ma, a bardziej dynamiczne jest klejenie znaczków na kopertę, jednak pozostaje on dobrym filmem.

7/10

Radosław Ostrowski

Dym

W Nowym Jorku, a dokładnie w Brooklynie znajduje się taki mały sklep z papierosami, którego właścicielem jest Auggie Wenn. Często tam zagląda pisarz Paul, który stracił żonę w strzelaninie oraz wenę twórczą. Mężczyzna przypadkowo poznaje młodego chłopaka Thomasa. Jego ojcem jest pracujący na stacji benzynowej Cyrus. I losy tej czwórki przeplatają się i mają wpływ na nich samych.

Na pierwszy rzut oka film Wayne’a Wanga oraz Paula Austera (także scenariusz) to film bardzo spokojny, bazujący na dialogach i bardziej nadający się na powieść, bo dzieje się tu niewiele. Jednak to tylko pozory, bo jest to historia bardzo niezwykła, choć wygląda bardzo zwyczajnie. Jej siłą są ludzie, którymi życiem kieruje przypadek. Sposobem na nieprzewidywalność jest drugi człowiek, któremu zwierzamy się i stajemy się częścią jego życia. Nie brakuje bardzo dobrych dialogów oraz monologów, podczas których bohaterowie opowiadają różne historie, bardziej prawdziwe lub nie. I powoli wciągnął mnie ten rytm, polubiłem też bohaterów, którzy czasem muszą zmierzyć się ze swoją przeszłością czy tajemnicą.

dym1_400x400

W dodatku jest to wszystko bardzo znakomicie zagrane. Popisowo wypada Harvey Keitel jako Auggie, właściciel sklepu, który bywa trochę filozofem, gawędziarzem, a jednocześnie bardzo otwarty facet. Kroku dorównuje mu William Hurt jako pisarz Paul, który przeżył dramat, zaś opowiadane przez niego historie są pewnego rodzaju odskocznią i pomagają mu przetrwać. A inspiracje czerpie z dnia codziennego. Poza nimi są będący naprawdę w bardzo dobrej dyspozycji Harold Perrineau (zagubiony Thomas, który chce poznać swojego ojca) oraz Forest Whitaker (Cyrus, który „pokutuje” za swoją tragedię).

dym2_400x400

„Dym” to na pozór nudne i statyczne kino, jednak posiada ona pewną magię, choć pokazuje zwykłe codzienne życie. Jednak świetny scenariusz oraz kapitalne aktorstwo wznoszą ten film na wyższy poziom, a zakończenie jest jednym z najlepszych jakie widziałem kiedykolwiek. Z czystym sumieniem zachęcam.

8/10

Radosław Ostrowski