Kuba Stankiewicz – Kilar

Kilar

Muzyk i pianista jazzowy Kuba Stankiewicz ostatnimi czasy mierzy się z muzyką filmową, grana w jazzowej estetyce. Dwa lata temu podjął wyzwania zagrania kompozycji Wojciecha Kilara. Co wyszło z tego połączenia?

Tylko fortepian i muzyka – już bardziej minimalistycznie się nie da. Wybór utworów może wydawać się mało zaskakujące, bo mamy wielką klasykę światową („Portret damy”, „Dracula”), jak i polską („Trędowata”, „Przygody pana Michała”, „Rodzina Połanieckich”). Melodia zostaje zachowana, jednak zmieniono tempo, nadając całości tak lekkiego sznytu, że nie znając tych melodii słucha się po prostu świetnie. Bez względu na to, czy jest melancholijny klimat („Smuga cienia”), odrobina romantyzmu („Kronika wypadków miłosnych” czy dwuczęściowa „Trędowata”), a typowe tempo walca zostaje mocno spowolnione. Stankiewicz się do całego materiału z respektem, nie rozmontowuje tych piosenek na czynniki pierwsze, ale każdy utwór naznacza swoim własnym piętnem. Niby te utwory znamy, ale Stankiewicz idzie swoją drogą (najmocniej to widać w „Przygodach pana Michała”, gdzie charakterystyczna melodia użyta jako „Pieśń o Małym Rycerzu” pojawia się na samym końcu), co jest ogromnym plusem. Więcej utworów nie podam, bo chce, żebyście sami je odkryli. Jak widać, jazz i muzyka filmowa są dość blisko siebie.

8/10

Radosław Ostrowski

Portret damy

Isabelle Archer jest młodą i niezamężną kobietą z kraju zwanego USA. Przyjeżdża do Anglii, do majątku swojego wuja Touchetta. Po swojej śmierci przekazuje jej cały majątek, a kobieta zaprzyjaźnia się z panią Merle. Na skutek jej intrygi bierze się ślub z Gilbertem Osmondem – próżnym i znudzonym dżentelmenem mieszkającym we Włoszech.

portret_damy1

Jane Campion to reżyserka uważana za specjalistkę od tzw. kina kobiecego (o kobietach i dla kobiet), ale jak każda szufladka to sztuczne ograniczenie. Aczkolwiek adaptacja powieści Henry James opowiada o kobiecie wyzwolonej – przynajmniej na początku. Pobyt w Anglii kobiety, która stara się zachować odrębność i niepotrzebująca mężczyzny, jest czymś nietypowym. Obowiązujące konwenanse (będące gorsetem) i silna presja musi doprowadzić do zmiany. I ta zmiana jest nieunikniona, bo jak inaczej można nazwać małżeństwo? Tylko, że zamiast sielanki jest to pułapka pełna upokorzenia oraz psychicznej przemocy. Czy można było gorzej wylądować – kobieta odrzucająca adoratorów i marząca o decydowaniu w kwestii swojego staje się zależna od widzi mi się męża, spełniając jego zachcianki. ktoś powie, ze kogo to dzisiaj może interesować? A jednak.

portret_damy2

Reżyserka w dość chłodny sposób opowiada całą historię, jednak głęboko ukryte emocje są widoczne, tylko trzeba bardzo mocno się skupić (całość trwa ponad dwie i pół godziny, więc jest to wysiłek). Wolno tocząca się intryga doprowadza do wyniszczenia psychicznego, samotności i poczucia niespełnienia. Kobiety nie potrafią się solidaryzować ze sobą, wspierać, tylko podkładają sobie kłody pod nogi, a nawet jeśli mężczyźni starają się pomóc, to przynosi więcej zła niż dobra. W ten ponury nastrój wprowadza zarówno melancholijna, lecz piękna muzyka Wojciecha Kilara oraz stonowane kolorystycznie zdjęcia. Reżyserka też dokładnie odtwarza scenografię oraz kostiumy końcówki XIX wieku, co może się podobać osobom zwracającym uwagę na stronę wizualną. Także otwarte zakończenie jest ogromnym plusem.

portret_damy3

Campion udało się też dobrać świetnych aktorów, którzy zbudowali skomplikowane i złożone osobowości. Damą jest tutaj Nicole Kidman i bez zarzutu sprawdza się jako wolna kobieta, która chce czerpać z życia garściami. Jednak małżeństwo ją zmienia – staje nie niewolnicą konwenansów, gorsetu i fałszu. Ale film jej skradł wyborny John Malkovich jako zepsuty, manipulujący i okrutny Gilbert, ukrywający się pod maską uprzejmego eleganta. Pod tym względem przypominał Valmonta z „Niebezpiecznych związków”, tylko jeszcze bardziej zniszczonego. Na podobnych falach uderza Barbara Hershey (dawna kochanka Gilberta, Merle), próbując go uszlachetnić za pomocą ożenku. Jeśli chodzi o panów, zdecydowanie wybija się na drugim planie fantastyczny Martin Donovan. Jako chory na gruźlicę kuzyn Ralph jest mieszanką siły umysłu i wrażliwości połączonej z chorym ciałem, na które jeszcze nie znano lekarstwa.

portret_damy4

Dla wielu „Portret damy” będzie nudnym i nieciekawym filmem pozbawionym akcji w klasycznym rozumieniu tego słowa. Jednak jak się skupimy, wtedy zostajemy wynagrodzeni za swoją cierpliwość. Delikatne, długie, ale angażujące kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wojciech Kilar – The Ninth Gate

The_Ninth_Gate

„Dziecko Rosemary” – to skojarzenie, które przychodzi do głowy, gdy usłyszymy hasło horror Romana Polańskiego. Ale w 1999 roku reżyser wrócił do kina grozy tworząc „Dziewiąte wrota” – historię bibliofila na tropie piekielnej książki, a dokładnie sprawdzenia autentyczności trzech kopii tego samego dzieła, które może przywołać samego Szatana. „Dziecko Rosemary” to nie jest, ale całkiem solidne kino gatunkowe. Zaś jednym z jego najmocniejszych atutów była oprawa audio-wizualna.

kilarPolański drugi raz zaprosił do współpracy Wojciecha Kilara (wcześniej panowie zrobili „Śmierć i dziewczynę”), no i muzyka jest taka jaka być powinna – elegancka, oszczędna i budująca mroczny klimat. Zaczyna się to wszystko od pięknej wokalizy koreańskiej śpiewaczki operowej Sumg Jo, która zaczyna i kończy album (wspierana m.in. przez klawikord). Jednak po tym pięknym głosie zostajemy spuszczeni prosto do piekła, przez bardzo ponury walc z czołówki z zapętlającymi się i idącymi w górę smyczkami. Ten motyw powróci wielokrotnie, gdzie pojawi się diabelska księga, za każdym razem wywołując niepokój.

Te dwa utwory mocno podniosły poprzeczkę, ale następny utwór, czyli temat głównego bohatera („Corso”) wydaje się wzięty z innej opowieści. Lżejszy, z trąbką podkreślającą charakter postaci, czyli cwaniaczka, podkreślając też jego groteskowość brzmi zaskakująco, ale wypada naprawdę dobrze, posiadając kilka wariacji (mroczny „Bernie’s Dead” czy „Plane to Spain”, które przypomina „Bolero” Ravela). Kolejnym istotnym tematem jest przypominająca kołysankę (cymbałki i delikatny fortepian) motyw femme fatale, która zawsze osiąga swój cel. „Liana” pozornie brzmi delikatnie, jednak skrzypce w tle budzą odrobinę niepewności, spotęgowane w „Chateau Saint Martin”.

Akcję z kolei opisano głównie za pomocą szybkich uderzeń fortepianu („The Motorbike”), który wymyka się spod kontroli (słychać to także w „Missing Book/Stalking Corso” czy „Liana’s Death”), co trochę przypomina to, co robi James Horner. Wyjątkiem od tej reguły jest ukazanie sceny pościgu („BOO!/The Chase”) – szybki, rytmiczny utwór z popisującymi się fletami i kotłami na początku oraz smyczkami oraz gwałtownymi „wybuchami” trąbek. Jednak tak naprawdę czekaliśmy na mocne uderzenie, które kompozytor serwuje nam w „Balkan’s Death” i „Corso and the Girl”. W obu pojawia się gwałtowne walenie kotłów oraz fantastyczny męski chór, będący tłem dla wokalizy Sumg Jo, która tutaj wspina się na wyżyny swoich umiejętności, co sprawia, że nie mamy do czynienia z tapetą.

„Dziewiąte wrota” tylko potwierdzają, ze Wojciech Kilar świetnie czuje się w horrorze, co już pokazał w „Draculi”. A że jest to bardziej elegancka oprawa (bo i film nie jest takim stricte horrorem, gdzie jest dużo krwi, a bohaterowie są mordowani jak w „Pile”), to już jest inna kwestia.

8/10

Radosław Ostrowski

Wojciech Kilar – We Own the Night

We_Own_the_Night

James Gray po siedmiu latach milczenia nakręcił “Królów nocy” – osadzony w latach 80-tych kryminał o dwóch braciach. Jeden jest właścicielem nocnego klubu współpracujący z rosyjską mafią, drugi zaś jest policjantem tak jak ojciec, więc prędzej czy później musi dojść do konfrontacji. Sam film jest całkiem udaną historią, zrealizowaną w dość nietypowy sposób, choć powolne tempo może wielu zniechęcić.

Reżyser poprosił o napisanie muzyki nie byle kogo, bo samego Wojciecha Kilara, którego dawno nie było słychać za Wielką Wodą (a dokładnie od czasów „Portretu damy”). W Polsce ten kompozytor był darzony dużym respektem i chętnie korzystali z jego usług reżyserzy. Jednak Kilar nie komponował muzyki do filmu sensacyjnego, więc co go skłoniło poza zapłatą? Chyba tylko ciekawość.

kilarAlbum wydało Lakeshore Records i to po hollywoodzku, czyli score plus piosenki. W takich sytuacjach zazwyczaj jest tak, że jak jest wydawana muzyka zawierająca zarówno piosenki jak i robotę kompozytora to zazwyczaj jest tak, że albo piosenki ze scorem się przeplatają albo jest dominacja piosenek, zaś praca kompozytora jest ograniczona do jednego utworu lub żadnego. Jednak album zawiera wszystkie piosenki wykorzystane w filmie oraz całą prace Kilara i jest to dużą zaletą. Ci, którzy będą chcieli pobawić się w rytmie przebojów z lat 80-tych (m.in. ograne do bólu „Let’s Dance” Davida Bowie czy „Heart of Glass” Blondie) przesłuchają utwory do 11, zaś osoby chcące zapoznać się z muzyka Polaka wybiorą od razu na odtwarzaczu nr 12.

Sama praca Kilara trwa nieco ponad 20 minut, więc czas trwania jest na pewno zaletą. Ale ostrzegam:  jest ona mroczna, nieprzyjemna i bardzo dramatyczna, a jednocześnie bardzo oszczędna i stonowana (w zasadzie to są tylko dwa tematy). W samym filmie nie ma jej zbyt wiele, ale pojawia się w kluczowych momentach i wybrzmiewa.

Tutaj dominują skrzypce z fortepianem, które grają gdzieś w tle, by po pewnym czasie narastać i z powaga chwycić za gardło. Niestety, poza filmem wybija się raptem kilka utworów, które osiągają apogeum i mocno eksplodują. Na pewno do tej grupy warto wymienić „Bobby Breaks Leg”, krótki „Funeral” czy najdłuższy „Vadim Dies” – to są najbardziej dramatyczne, wręcz elegijne melodie. Równie smutny i niepokojący jest tutaj underscore, który męczy poza ekranem i staje się dość monotonny, mimo dodatkowego wsparcia klarnetu („Vadim Escapes”) czy mocnych wejść fortepianu („Burt Dies”).

Drugi dość często przewijający się temat brzmi jak kołysanka. Jest smutna, ale też bardziej spokojna oraz bardziej skupia się na relacji między bohaterami niż na opisywaniu wydarzeń. Najlepsza jej wersja to „Bobby Kiss Amanda”, jednak poza filmem niespecjalnie sobie radzi ta nuta.

Trudno przyczepić się do samej muzyki, bo ona w filmie spisuje się naprawdę dobrze, jednak „Królowie nocy” nie osiągnęli tego samego pułapu co „Dracula” czy „Portret damy”. Poza filmem sprawdza się dość ciężko, aczkolwiek tytuły utworów dość nieźle streszczają fabułę. Najpierw posłuchać, potem obejrzeć film i posłuchać jeszcze raz. Wtedy będzie większa satysfakcja. Szkoda, że to ostatnia praca Kilara do amerykańskiego filmu.

6,5/10

Radosław Ostrowski