Sisu

Finlandia może kojarzyć się z wieloma rzeczami: z wódką, piosenką zespołu Świetliki, świętym Mikołajem, zimą oraz socjalem. A co jeśli wam powiem, że Finowie nie gęsi i swojego Johna Wicka zrobili? W pewnym sensie. Ale wszystko poukładajmy na spokojnie.

Jest rok 1944. Finlandia zawarła porozumienie z ZSRR, na mocy którego Skandynawowie mają rozbroić niedobitki wojsk niemieckich. Ci drudzy opuszczając kraj w kierunku Norwegii przez Laponię stosują taktykę spalonej ziemi, niszcząc wszystko na swojej drodze. I właśnie na tym terenie przebywa niejaki Aatami Korpi (Jorma Tommila) – poszukiwacz złota w wieku średnim. Po kilku dniach udaje mu się znaleźć bardzo duże złoża złota. Co może pójść nie tak w drodze do banku? W sumie nic. Chyba że trafi się na oddział hitlerowskich Szkopów. Ci chcą zabrać złoto, jednak nasz Aatami jest o wiele bardziej groźny niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Powiem szczerze, że idąc na „Sisu” spodziewałem się B-klasowej rąbanki, gdzie główny bohater masakruje Szkopów w tak okrutny i brutalny sposób, że mógłby dołączyć do ekipy „Bękartów wojny”. Krew się miała lać wiadrami, nasz bohater miał być klonem Rambo i Johna Wicka. Prosta, nieskomplikowana, rzeźnicka mordownia. Ale reżyser Jarmali Helander poszedł o krok dalej i zrobił coś więcej, niż kino klasy B.

Fabuła nie jest niczym oryginalnym czy zaskakującym. Podział na rozdziały, jasno zarysowany podział na dobro i zło (jesteś Szkopem, to jest zły w chuj), brutalną akcję oraz sytuacje na granicy prawdopodobieństwa. Nasz niezbyt rozmowny Aatami (ile emocji może wyrazić sama twarz?) to krzyżówka Rambo, Johna Wicka i… Williama Munny’ego z „Bez przebaczenia”. Zaskoczyło was to ostatnie? Bo nasz protagonista niczym bohater westernu Eastwooda jest człowiekiem naznaczonym krwawą przeszłością, ale teraz chce mieć święty spokój oraz prowadzić bardziej spokojne życie. To jednak zostaje zburzone i przez okoliczności musi wrócić do tego, co umie najlepiej – do zabijania. Krwistego, niemal na poziomie slashera, gdzie wrogowie są przejeżdżani, wieszani czy wysadzeni w powietrze (przez minę), ale bardzo satysfakcjonującego. Bo nic tak w Polsce nie poprawia samopoczucia jak obserwowanie brutalnych zgonów na hitlerowcach. Prawda?

Realizacyjnie reżyser mocno czerpie z estetyki… westernu, co dobitnie pokazuje sam początek filmu. Pięknie wyglądają tutaj fińskie krajobrazy (głównie wrzosowiska czy bagna), które mogłyby być tapetą pod komputer. W tle gra dość pokręcona muzyka, która miesza wokalizy, gardłowy zaśpiew mongolski z gitarami i odrobiną elektroniki. Nietypowy miks, ale zaskakująco zgrabnie działa oraz unosi się gdzieś duch Ennio Morricone. Jak to pompuje adrenalinę – o wiele bardziej niż oprawa muzyczna do wszystkich części „Johna Wicka” razem wziętych. A jeszcze bardziej dziwne jest to, że film pozostaje bardzo na serio. Pokazane jest tu okrucieństwo wojny i to bez ukrywania się za śmieszkami-heheszkami.

Jedynym zastrzeżeniem może być fakt, że Niemcy tutaj mówią po angielsku, ale mi to aż tak nie przeszkadzało. W ogólnym rozrachunku „Sisu” to świetnie zrobiony western w fińskim krajobrazie zmieszany z brutalną bezwzględnością hitlerowców pod wodzą świetnego Aksela Henniego. Ostra niczym żyleta, podlana absurdalnym humorem i nieprawdopodobnymi wyczynami naszego Korpiego dostarczą masy frajdy. Za tym bohaterem chce się iść i zobaczyć, co tym razem wymyśli.

8/10

Radosław Ostrowski

Filip

Czy możliwe jest jeszcze opowiedzenie historii w realiach II wojny światowej w inny sposób niż znane do tej pory? Czyli albo martyrologicznie-cierpiętniczo, patriotyczno-propagandowo i tak podniośle, sprowadzając wszystko do prostego czarno-białego podziału? Takiej próby podjął się Michał Kwieciński, przenosząc na ekran powieść Leopolda Tyrmanda. I ku mojemu zaskoczeniu, wyszedł z tej próby bardzo obronną ręką.

filip1

Wszystko zaczyna się jeszcze na terenie warszawskiego getta, gdzie Żydzi próbują w miarę normalnie funkcjonować. Choć czasy są mocno nienormalne. Jednym z nich jest Filip (Eryk Kulm Jr.) – młody chłopak, występujący w kabarecie jako tancerz. Ma właśnie wystąpić na scenie ze swoją dziewczyną, ale problemem okazują się… za duże spodnie. I paradoksalnie to one pozwoliły mu przeżyć mord Niemców. I przeskakujemy dwa lata do przodu, gdzie nasz bohater pracuje jako kelner w hotelu. Z fałszywymi dokumentami i nową tożsamością jako Philippe Jovet. Cały czas musi się pilnować, choć nie przeszkadza mu to uwodzić niemieckie kobiety. Mimo iż za to grozi śmierć, gdyż władza uznają to za szarganie czystości rasy. Radzi sobie nieźle i dobrze się maskuje. Ale pojawiają się komplikacje, które mogą zburzyć dotychczasowe życie Filipa.

filip2

Kwieciński idzie w bardziej przyziemną stronę życia w nazistowskich Niemczech. Codzienność pełną sprzeczności, pełne życia, barw i jednocześnie łatwo wpaść w pułapkę. Niby można uznać, że całe to podrywanie może dać poczucie bezpieczeństwa (w końcu Niemki za spółkowanie z cudzoziemcami też ponosiły kary), jednak pewnym nie można było być nigdy. Cały czas było czuć napięcie, zwłaszcza że Filip tylko pozornie wydaje się wyluzowanym, trochę cynicznym gościem, nie przywiązującym się do nikogo. Nie trzeba być wielkim geniuszem czy wybitnym psychologiem, by zobaczyć w tej postawie kamuflaż, skrywający naznaczonego traumą, wrażliwego człowieka. Noszącego strój kelnera niczym zbroję, cały czas mającego oczy dookoła głowy, nie wychylającego się.

filip3

Jednak coraz bardziej ten uporządkowany świat zaczyna się powoli sypać. Z jednej strony pojawia się dawna znajoma z Warszawy (Sandra Drzymalska), trzymająca się z niemieckim oficerem i proszącą o pewną przysługę. Jeśli tego nie zrobi, może się stać coś nieprzyjemnego. Z drugiej jeszcze pojawia się Lisa (Caroline Hartig) – dziewczyna z basenu i pozornie kolejna ofiara naszego kelnera. Chce ją rozkochać i porzucić, ale jest ona odporna na jego urok. JEDNAK tutaj zaczyna dziać się coś poważnego, może nawet pojawia się szansa na głębsze uczucie. Tylko co się stanie, jak odkryje kim naprawdę jest? Będzie chciała z nim być czy może jednak trzeba będzie uciekać? Ta relacja złapała mnie i najbardziej interesowała, pokazując bardziej skrytą stronę naszego bohatera. Tak samo jak intensywny finał, trzymający mocno za gardło.

filip4

„Filip” wygląda niesamowicie i sprawia wrażenie produkcji zrobionej za duży budżet. Wrażenie robi zarówno scenografia (szczególnie sceny w hotelu oraz początek w getcie), jak i wnętrza. Wszystko to także bardzo dynamicznie sfotografowane przez Michała Sobocińskiego, który rzadko sobie pozwala na statyczne ujęcia. Dużo jest mastershotów, bardzo płynnie zmontowanych. Kamera rzadko opuszcza bohatera (szczególnie w scenach, gdy mężczyzna nocą w hotelu robi coś na kształt tańca czy w kulminacyjnej scenie balu w hotelu), filmując go albo skupiając się na twarzy, albo idąc za nim. Jedynym „zgrzytem” była dla mnie mocno elektroniczna muzyka, jakby wyrwana z innego filmu.

Jeśli chodzi o aktorów, Kwieciński dokonuje dość ciekawych wyborów. Sięgnął po aktorów z Europy, obsadzając do roli Niemców czy kolegów Filipa z innych części świata (m.in. Victora Meuteleta, Josepha Altamarę czy Philippa Gunsha). Wszyscy grają tu co najmniej bardzo dobrze, choć z tego grona wyróżnia się Caroline Hartig – jej Lisa to o wiele dojrzalsza niż się wydaje i nie za bardzo idąca w zgodzie z ideologią austriackiego kurdupla. W kontrze do niej stoi Zoe Straub, czyli bardziej cwana, świadoma swojej atrakcyjności Bianka. Ale tak naprawdę całość na swoich barkach trzyma rewelacyjny Eryk Kulm Jr., tworząc bardzo złożonego i o wiele ciekawszego bohatera niż się wydaje. Dziwna mieszanka cwaniaka, cynika, pełnego uroku, chcącego przetrwać i się odegrać na Niemcach. Ale nie z bronią w ręku i z Bogiem na ustach – nic z tych rzeczy. Nawet jak dokonuje czegoś heroicznego, to raczej przez przypadek.

Jestem w szoku, że taki film jak „Filip” – produkcja nie pokazująca życia wojennego w sposób znany z podręczników – została sfinansowana przez… Telewizję Polską. Kwieciński świetnie oraz z dużym wyczuciem pokazuje bardziej przyziemne oblicze wojny. Z absolutnie charyzmatycznym głównym bohaterem, za którym chcemy podążać, świetnymi dialogami i cudowną pracą kamery. Dla mnie to największe osiągnięcie Kwiecińskiego jako reżysera, rehabilitującego się po ostatnich rozczarowaniach.

8/10

Radosław Ostrowski

Na Zachodzie bez zmian

I wojna światowa znowu pojawia się na ekranach. „1917”, prequel „Kingsman”, a teraz pojawia się nowy film z Niemiec oparty na antywojennym klasyku. Chodzi o „Na Zachodzie bez zmian” według powieści Ericha Marii Remarque’a. Czyli pokazanie wojny z perspektywy niemieckich żołnierzy.

na zachodzie bez zmian1

Głównym bohaterem jest Paul Baeumer (Felix Kammerer) – młody chłopak z małego miasteczka w roku 1917. Nadal trwa wojna, jednak wszyscy są absolutnie przekonani, że za parę tygodni uda się zdobyć Paryż. By zaciągnąć się do wojska fałszuje podpis rodziców, no bo koledzy walczą za kraj, a ja jeden mam zostać? Za cholerę. W końcu tego wymaga ojczyzna, cesarz i Bóg – ci goście chyba wiedzą, co robią. Kiedy jednak trafia na front wszelkie patriotyczno-romantyczne idee zostają skonfrontowane z brutalną rzeczywistością. Nie tylko pierwszej nocy ginie jeden z kumpli Paula, a on sam niemal traci życie podczas ostrzału bunkra. A to dopiero początek krwawej odysei.

na zachodzie bez zmian2

To, że żołnierze podczas wojny są tylko mięsem armatnim dobitnie pokazuje sam początek. A mówiąc dokładniej to, co dzieje się po krótkiej walce na froncie. Trupy są chowane w trumnach, zaś ich ubrania trafiają do… szwalni. Najpierw moczone, by pozbyć się krwi, a następnie na nowo szyte. Poczucie bycia wrzuconym do wojennej maszynki jeszcze potęguje muzyczny motyw Volkera Bertelmanna – krótkie, trzynutowe agresywne wejście syntezatora plus taki dźwięk brzmiący jakby ktoś dokręcał strunę. Gdy wreszcie trafiamy na front, dostajemy znajome elementy z tego okresu: okopy, błoto, brud, głód i ciągle panujący strach. Śmierć może pojawić się w każdej, najmniej spodziewanej chwili, na którą nie ma się żadnego wpływu. Pozostaje sobie zadać jedno pytanie: czy mam dziś szczęście? I czy tym razem wyjdę z tego cało?

na zachodzie bez zmian3

Dlatego sceny batalistyczne potrafią zmrozić krew, zwłaszcza potyczka z wykorzystaniem przez Francuzów czołgów oraz miotaczy ognia. Rzadko kamera podąża za bohaterem, a wiele razy sięga się po techniki znane z wojennych filmów lat 60. czy 70. (szerokie pokazanie pola bitwy z góry czy akcja filmowana z boku). To jeszcze bardziej potęguje poczucie chaosu, dezorientacji i – czasami – bezradności wobec absurdalnych działań wojennych. Akcji jak zdobycie okopów przeciwnika tylko po to, żeby się wycofać, wracając do punktu wyjścia. Nazwanie tego marnowaniem zasobów to największe niedopowiedzenie.

na zachodzie bez zmian4

Absurdalność całej sytuacji jeszcze podkreślają dwie sytuacje spoza perspektywy żołnierza. Pierwszy dotyczy dowódcy batalionu, generała Friedrichsa (Devid Striesow) przekonanego poza racjonalną logiką do dalszego prowadzenia wojny. Każdego delikwenta o innym zdaniu oskarża o zdradę (szczególnie rząd socjaldemokratów) i sprzedawanie swojego kraju. Czy chcąc udowodnić swoją rację zdecydował o przeprowadzeniu ostatniego szturmu przed zakończeniem wojny? A może chcąc dorównać swojemu ojcu, weteranowi wojen jednoczących kraj pod Bismarckiem? Drugi poboczny wątek dotyczy grupy negocjatorów pod wodzą Matthiasa Erzbergera (Daniel Bruhl), którzy wyruszają do francuskiego dowódcy wojsk. Po co? By zakończyć wojnę. Bo za dużo jest ofiar, a nowego rekruta jest za mało. Choć te sceny mogą wydawać się zbędne i spowalniające tempo, pozwalają nadać szerszy kontekst całości. Oraz pokazać podwaliny pod następną wojnę, będącą skutkiem upokorzenia oraz bólu dumy.

na zachodzie bez zmian5

Cała obsada tutaj błyszczy, zdominowana przez mniej znanych (przynajmniej u nas) aktorów. Jednak na mnie największe wrażenie zrobił Albrecht Schuch w roli kaprala Stanislausa Katczinsky’ego. Najbardziej zaradny żołnierz w grupie (a może mający najwięcej szczęścia) staje się wsparciem, a następnie przyjacielem Paula i grupy przyjaciół. Może wydawać się szorstki, ale pod tą warstwą kryje się o wiele wrażliwszy człowiek niż można to sobie wyobrazić. Tak samo złego słowa nie powiem o Felixie Kammererze, czyli naszym głównym bohaterze – Paulu Baeumerze. Jego przemiana z idealistycznego patrioty w zgaszonego, coraz bardziej gorzkniejącego żołnierza pokazana jest znakomicie, często bez słów. I tak łatwo wejść w jego skórę – człowieka poznającego wojnę na własne oczy, bez propagandowego, patriotycznego lukru.

„Na Zachodzie bez zmian” nie jest filmem wojennym. To jest tak naprawdę horror pokazujący absurdalność i bezsensowność wojny z perspektywy ludzi, którzy zostali naiwnie wykorzystani przez wojsko oraz polityków. Czyli ludzi sobie spokojnie gdzieś z dala frontu, dla którego dowodzeni ludzie są tylko punktem na ich mapach. Brutalne, bezwzględne, bez lukru, bezkompromisowe kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Orzeł

ORP Orzeł – jeden z najbardziej znanych polskich okrętów podwodnych II wojny światowej. Niedawno powstał dość nietypowy film fabularny, próbujący odtworzyć ostatnie dni tego okrętu („Orzeł. Ostatni patrol”). Nie był to jednak jedyny film, który próbował opowiedzieć historię „Orła” i jego załogi. W 1958 roku Leonard Buczkowski nakręcił film „Orzeł” według scenariusza napisanego wspólnie z Januszem Meissnerem.

Już na samym początku słyszymy lektora i informację, że film nie jest próbą rekonstrukcji wydarzeń, tylko luźno opiera się na faktach. Nawet imiona i nazwiska nie są prawdziwe. Niemniej nie mogę pozbyć się wrażenia, że reżyser bardziej trzyma się rzeczywistości niż wiele współczesnych filmów opartych na faktach. Historia skupia się na losach Orła na początku wojny przez internowanie w porcie Tallina aż do brawurowej ucieczki i dotarcie do Wielkiej Brytanii. Sporo jak na trochę ponad półtoragodzinny film. Jednak Buczkowski nigdzie się nie spieszy, zaś większość czasu skupia się na życiu okrętowym. Poza Tallinem nie opuszczamy statku i mimo wielu postaci (oficerów oraz marynarzy) nie czułem się zdezorientowany. Udaje się twórcom każdej z postaci na tyle charakteru, by mieć szansę na wyróżnienie się: od chorującego komandora przez oficerów aż po szarych marynarzy.

Nadal wrażenie robi tutaj scenografia oraz samo wnętrze statku. Jedynym bardziej akcyjnym momentem jest ucieczka z portu w Tallinie, która nawet dziś potrafi trzymać w napięciu. Nie brakuje też scen podwodnych, gdzie Orzeł musi ukrywać się przed okrętami niemieckimi. Problem jednak mam, że sceny okrętu pod wodą są niewyraźne i jakby rozmyte. Niemniej nadal pojawia się napięcie jak choćby w scenie wysadzenia niemieckiego okrętu za pomocą skonstruowanej bomby. A wszystko to opowiedziane bez patosu, propagandowych podtekstów (przynajmniej wprost), co patrząc na rok produkcji jest zaskakujące. Tak samo jak brak muzyki.

Wszystko to podparte świetnym aktorstwem z bardzo znanymi twarzami tego czasu (Wieńczysław Gliński, Aleksander Sewruk), jak i dopiero stawiających poważne kroki (Jan Machulski, Ignacy Machowski czy kradnący film Bronisław Pawlik), tworząc zgrany kolektyw. Trudno się do kogokolwiek przyczepić, tak samo jak do samego filmu. Nie bez wad, jednak mimo wieku nadal wytrzymuje próbę czasu.

7/10

Radosław Ostrowski

Wesołych świąt, pułkowniku Lawrence

Jesteśmy na wyspie Jawa w roku 1942, gdzie znajduje się obóz jeniecki kierowany przez kapitana Yonoi (Ryuichi Sakamoto). Znajdują się w nim brytyjscy jeńcy poddawani psychicznym torturom. Najbardziej obrywa za jeńców pułkownik John Lawrence (Tom Conti), mimo że nie jest dowódcą jeńców, tylko tłumaczem. Wszystko przebiega względnie spokojnie do chwili, gdy do obozu trafia nowy żołnierz. Major Jack Celliers (David Bowie), choć mocno ranny i schorowany, przykuwa uwagę komendanta.

plk lawrence1

Dziwne to kino, które niby jest wojenne, ale sama wojna toczy się nie na froncie czy placu boju, lecz w głowie. Japoński reżyser Nagisa Oshima skupia się na psychologicznej grze między jeńcami a strażnikami i komendantem. Zderzenie dwóch różnych kultur i mentalności, gdzie honor, lojalność znaczą zupełnie coś innego. Dla Japończyków jest to tradycja oparta na przemocy, dla Brytyjczyków (głównie) nieufność oraz trzymanie się Konwencji Genewskiej. Czyli nie zdradzanie wrogowi żadnych informacji oraz próbom ucieczek. To ostatnie jest utrudnione z powodu znajdowania się na wyspie.

plk lawrence2

Jednak reżyser skupia się najbardziej na czwórce postaci: Celliasie, Lawrencie, Yonoi oraz sierżancie Hara (Takeshi Kitano). Tutaj mamy silny klincz dwóch kultur, gdzie fascynacja, nienawiść, zrozumienie i wrogość mieszają się w niebezpieczną, niejednoznaczną mieszankę. Pierwszy wydaje się być buntownikiem, pozwalającym sobie na więcej i świadomy jaki wpływ ma na komendanta. Sam komendant jest wewnętrznie rozdarty między tradycją i posłuszeństwem a fascynacją Celliersem, nie potrafiąc się odnaleźć w żadnej z tych sytuacji. Kontrastem dla niego jest Hara – wręcz sadystyczny podoficer, który uwielbia gnębić więźniów. Brutal, choć w jednej scenie („wigilii”) potrafi pokazać bardziej ludzką stronę. A w tym tyglu jest jeszcze Lawrence – wydaje się pragmatyczny, próbujący bardziej zrozumieć wroga i być może coś na tym ugrać.

plk lawrence3

Oshima zderza te dwa światy, próbując znaleźć człowieczeństwo w tym pokręconym otoczeniu. Czy jest tutaj w ogóle miejsce na współczucie, zrozumienie? Czy musi tutaj dominować tylko wrogość i nieufność? Kto tak naprawdę jest katem i ofiarą? A gdzieś tu jeszcze wyczuwalne jest wręcz erotyczne napięcie – jakkolwiek dziwnie to brzmi. Wszystko to podkręcone jest bardzo atmosferyczną muzyką Sakamoto oraz oszczędnymi zdjęciami. I jest to fantastycznie zagrane przez kwartet Bowie/Sakamoto/Kitano/Conti. Każdy z nich tworzy bardzo złożone, wyraziste postacie z krwi i kości, szczególnie Bowie.

plk lawrence4

Brytyjsko-japońska koprodukcja Oshimy jest jednym z mniej oczywistych dramatów z wojną w tle. Głęboko humanistyczny, mniej jednoznaczny i pokazujący z innej perspektywy życie w japońskim obozie jenieckim. Takie tytuły zostają w pamięci na dłużej.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Orzeł. Ostatni patrol

ORP „Orzeł” – polski okręt podwodny, który 11 czerwca 1940 roku został uznany za stracony. Jak do tego doszło? Tego nie wie nikt, tak samo nie wiadomo gdzie znajduje się wrak okrętu. Pewną próbę opowiedzenia tej historii postanowił się podjąć Jacek Bławut – autor zdjęć i reżyser filmów dokumentalnych. Powiem, że czekałem na ten film, choć obawiałem się wykonania. Wszyscy wiemy jaką reputację ma polskie kino historyczne.

orzel (2022)1

„Ostatni patrol” toczy się pod koniec ostatniego maja 1940. Już po ucieczce z Tallina i działając razem z aliantami, czasy sukcesów mają za sobą. Załoga pod wodzą kapitana Grudzińskiego (Tomasz Ziętek) dostaje zadanie wyruszyć ku Morzu Północnemu. Jaki jest cel? Zatopienie dwóch okrętów z niemieckiego konwoju. Nie będzie to łatwa robota, bo trzeba przejść przez pole minowe oraz samoloty Luftwaffe.

orzel (2022)2

Ale jeśli spodziewacie się dynamicznego kina akcji, to absolutnie omijajcie kina. Bławut bardziej skupia się tutaj na budowaniu atmosfery. Dusznej, klaustrofobicznej, gdzie niemal cały czas jesteśmy w środku, pod wodą. I jest tylko czekanie, czekanie, czekanie. Na wyrwanie się z zasięgu bomb głębinowych, bomb z powietrza, okrętów nad nimi. Liczenie na łut szczęścia i kompletna cisza. Poczucie klaustrofobii potęgowane jest przez dźwięk, niemal roznoszący się po całej przestrzeni. Każda śruba, skrzypnięcie, trzask, pisk radaru podnosi napięcie. Jeśli komuś przypomina to „Das Boot”, jest to skojarzenie jak najbardziej na miejscu. Podbite to jeszcze jest zdjęciami oraz dość… dziwnym zabiegiem wizualnym. Masa kadrów jest pokazana z perspektywy peryskopu oraz wszelkich maści szklanych obiektów czy to przy drzwiach, czy nawet… radaru. W takich ujęciach obraz jest pobrudzony, dźwięk mocno przytłumiony i sprawiało, że czułem się niemal jak podglądacz.

orzel (2022)3

Jeszcze bardziej zadziwiają dialogi, których minimalizm wywoła konsternację. Wypowiadane słowa to w zasadzie komendy, rozkazy oraz techniczny żargon. Postacie w zasadzie niewiele mówią o sobie, co nie pozwala w pełni się z nimi utożsamić. Mimo masy znajomych twarzy (m.in. Tomasz Ziętka, Tomasza Schuhardta, Antoniego Pawlickiego czy Filipa Pławiaka), trudno tu wskazać jakąś wyróżniającą się postać. Wszystko się zlewa w jedną masę, przez co troszkę nie wszedłem w tą historię. Szczątkową, dramaturgicznie kulawą. Niemniej trudno nie docenić strony technicznej. O zdjęciach i dźwięku już mówiłem, ale nie można nie docenić scenografii (odtworzenie wnętrza okrętu zajęło twórcom ponad rok) oraz bardzo przyzwoitych efektów specjalnych. Niemniej muszę przyznać, że parę podwodnych ujęć jest zbyt ciemnych i naprawdę mało widać.

orzel (2022)4

Reżyser Bławut swoim filmem idzie pod prąd oczekiwaniom i idzie w bardziej eksperymentalną formę, która spolaryzuje widownię. Nie jest to patetyczno-sensacyjna opowiastka, lecz próba odtworzenia ostatnich dni załogi, skupiona bardziej na klaustrofobicznej atmosfery i poczuciu strachu. Szanuje to podejście, ale filmu raczej nie polubię.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Eroica. Symfonia bohaterska w dwóch częściach

Andrzej Munk był jednym z tych filmowców, którzy – mimo skromnego dorobku – mieli większy wpływ na polskie kino. Mocno w opozycji do romantycznego spojrzenia na przeszłość w stylu Wajdy, korzystał z ironii, groteski, czasem nawet absurdu. Na wojnę, na przodowników pracy, mitomaństwo i patos – tak było w „Człowieku na torze”, „Zezowatym szczęściu”, tak też jest w przypadku „Eroiki”.

eroica2

Druga kolaboracja Munka ze scenarzystą Jerzym Stefanem Stawińskim pokazuje dwie historie skupione wobec bardzo newralgicznego tematu – bohaterstwa oraz jego sensu. Nie skupiają się jednak na jego efektach, ale raczej pytanie pada o przyczynę Co skłania ludzi do dokonywania czynów uznawanych za heroicznych, nawet jeśli wydają się daremne. Czy robią to dla własnej korzyści, uznania, zaszczytów? A może wskutek pewnych okoliczności, które wyciągają z ludzi cechy, jakie po nich się nie spodziewali? Odpowiedzi nie przychodzą łatwo, sprowokowane przez każdą z dwóch historyjek.

eroica1

Pierwsza dotyczy Dzidziusia Górkiewicza (doskonały Edward Dziewoński) – drobnego cwaniaczka podczas powstania warszawskiego, który dezerteruje z oddziału. Nie nadaje się na żołnierza, bardziej działając w sposób pragmatyczny, odkrywa iż w domu jego żony przebywa węgierski oficer. Okazuje się, że w okolicy stacjonuje oddział Madziarów (dwa bataliony), chcących dołączyć do powstania po stronie Polaków. To jest okazja na potężne wzmocnienie, bo uzbrojenie jest potężne – z działami i bateriami przeciwlotniczymi na czele. Wszystko w rękach dowództwa, ale wojsko jak to wojsko – ma swoje procedury, rozkazy i działa z własną, czasem pojebaną, logiką. Wiele jest tutaj ironicznego humoru oraz zderzenia trzeźwego rozumu cywila z armią, co potrafi doprowadzić do rozbrajających sytuacji jak aresztowanie Dzidziusia przez powstańców w drodze powrotnej. Tutaj jest dużo ciętych dialogów, zaskakująco wiele lekkości, a poważniejsze sceny przebijane są humorem. I finał potrafi zaskoczyć.

eroica3

Druga opowieść to kompletna zmiana klimatu, bo tym razem trafiamy do obozu jenieckiego po upadku powstania. Towarzyszymy dwóm młodym oficerom – porucznikowi Kurzawie (bardzo solidny Józef Nowak) oraz podporucznikowi Szpakowskiemu (porządny Roman Kłosowski). Obaj trafiają do baraku, gdzie przebywają jedni z pierwszych jeńców. W miejscu budowany jest mit porucznika Zawistowskiego – jedynego oficera, któremu udało się dokonać ucieczki z obozu. Wspominany jak bohater, traktowany niczym ikona, działa niczym wsparcie i pozwala w miarę funkcjonować na obcym gruncie. Ale to wszystko okazuje się jednym wielkim kłamstwem – Zawistowski tak naprawdę ukrywa się w przewodzie wentylacyjnym nad łazienką. Przypadkowo odkrywa to Kurzawa, lecz zachowuje to w tajemnicy. Tutaj też dochodzi do zderzenia postaw – nowi oficerowie traktują oflag jako miejsce na wypoczynek, bez bawienia się w szkolenie wojskowe czy dalszą walkę na wojnie. Tą drugą postawę reprezentuje porucznik Korwin-Makowski (debiutujący Mariusz Dmochowski) oraz przytakujący mu Dąbecki (stonowany Bogumił Kobiela).

eroica4

Oprócz nich jeszcze są nawiedzony religijnie porucznik Marianek (Wojciech Siemion), śpiący w dzień podporucznik Turek (debiutujący Kazimierz Rudzki) oraz mający sporo waluty hazardzista porucznik Krygier (Henryk Bąk). Jest też bardzo zdystansowany od wszystkich porucznik Żak (Józef Kostecki). Tutaj atmosfera jest cięższa, zaś dialogi są o wiele bardziej refleksyjne, zmuszając do zastanowienia na temat patriotyzmu, wojskowości czy tworzeniu legendy. I muszę przyznać, że ta historia mnie bardziej złapała.

Te dwie historie pokazują duży dystans Munka wobec historycznych wydarzeń, bohaterstwa i bohaterszczyzny. „Eroica” ma wiele ironii, złośliwości i dystansu, pozwalając pokazać wydarzenia w bardziej przyziemny, wręcz realistyczny sposób. Z humorem, ale także gorzką refleksją, co nie jest łatwe do osiągnięcia. Mocna rzecz mimo lat.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mistrz

Połączenie kina sportowego z realiami wojennymi brzmi jak coś szalonego. Ale jest to możliwe do zrealizowania, jeśli trzyma się reguł gry, a stawka jest wysoka i namacalna. Takie zadanie postawił sobie debiutujący reżyser Maciej Barczewski w „Mistrzu”. Co pchnęło profesora prawa do podążania ścieżką filmowca jest dla mnie tajemnicą.

mistrz (2020)4

Tytułowym mistrzem jest przedwojenny pięściarz Tadeusz „Teddy” Pietrzykowski o aparycji Piotra Głowackiego. To jeden z pierwszych więźniów obozu koncentracyjnego Auschwitz, więc łatwo nie będzie. Praca fizyczna, której celem jest łamanie więźniów, by walczyli między sobą o każdy kawałek jedzenia. Przetrwanie staje się głównym celem, więc nasz bokser nie zgrywa twardziela. Ale wbrew sobie przez kapo prezentuje swoje umiejętności jako pięściarz. I to zwraca uwagę jednego z oficerów obozu, który razem z komendantem decyduje się organizować walki na ringu z Pietrzykowskim ku rozrywce dla niemieckich oficerów.

mistrz (2020)3

Brzmi aż za bardzo znajomo? Reżyser chyba zdawał sobie z tego sprawę i skupia się przede wszystkim na walce Teddy’ego. Początkowo – jak każdemu więźniowi – chodzi tylko o przetrwanie, mimo że na pierwszym apelu więźniowie są pozbawieni złudzeń, co do szans na wyjście stąd żywym. „Jedyne wyjście prowadzi przez komin krematorium” – tak mówi Raportfuhrer (zaskakujący Grzegorz Małecki), a szansy na ucieczkę praktycznie nie ma. I to poczucie beznadziei udaje się pokazać, choć ten obrazy (egzekucje, kąpiel i głosy umierających w tle) znałem i widziałem wielokrotnie. Jednak tutaj liczą się dwie rzeczy: walki Pietrzykowskiego z innymi więźniami oraz budowana relacja boksera z młodym współwięźniem – chłopcem o imieniu Janek (Jan Szydłowski).

mistrz (2020)2

Absolutnie błyszczy ten film dzięki rewelacyjnym zdjęciom Witolda Płóciennika, które pomagają w budowaniu brudnego, nieprzyjemnego klimatu. Ale także dzięki nim sceny walk są tak czytelne i pełne dynamiki. Nie są statyczne, gdzie kamera stoi w miejscu lub się delikatnie oddala, lecz niemal krąży wokół naszego bohatera, a montaż podnosi adrenalinę. A także sam Głowacki jest rewelacyjny w roli Pietrzykowskiego, głównie używając mowy ciała i pokazując wielką siłę ukrytą w drobnym ciele.

mistrz (2020)1

Ale „Mistrz” ma swoje problemy. Po pierwsze, jest bardzo skrótowy w pokazaniu życia obozowego jak i życiorysu Pietrzykowskiego. Czułem się jakby to był wstęp do większej, ciekawszej historii, urwanej w teoretycznie najciekawszym momencie. Po drugie, w zasadzie nie istnieje tutaj drugi plan, zepchnięty do bycia bezbarwną masą ze znanymi twarzami. Jedyną bardzo wyraziście zarysowaną postacią jest Raportfuhrer grany przez Małeckiego – pozornie jego twarz wydaje się obojętna, ale pod nią potrafi się skryć więcej emocji niż się wydaje. Bardzo zaskakująca kreacja w dorobku tego aktora. No i troszkę dużo chleba tam dają w tym Auschwitz.

Niemniej nie mogę powiedzieć, że „Mistrz” Bartkowskiego to absolutny niewypał, gdyż okazuje się być solidnym kinem gatunkowym ze wspaniałą rolą Głowackiego, który podnosi całość na wyższy poziom. Jednak nie mogę się pozbyć poczucia nie do końca wykorzystanego potencjału i chciałoby się więcej wyciągnąć z tej historii.

7/10

Radosław Ostrowski

The Liberator

Do tej pory pamiętam jakie piorunujące wrażenie zrobiła na mnie „Kompania braci”, opisująca bojowy szlak amerykańskiej kompanii podczas II wojny światowej. Mówiono o tej produkcji HBO, że to odcinkowy „Szeregowiec Ryan”. Później jeszcze powstał „Pacyfik” o walkach po drugiej stronie Atlantyku, ale nie zrobił już takiego wrażenia. Niemniej powstała jeszcze filmy i serialem z walką przeciw nazistom, a w zeszłym roku Netflix pokazał „The Liberatora”.

the liberator2

Ten mini-serial oparto na prawdziwych wydarzeniach kompanii 157 Pułku Piechoty dowodzonej przez Felixa Sparksa, spisanych w książce Alexa Kershawa. Poznajemy szlak bojowy od Sycylii do wyzwolenia obozu koncentracyjnego w Dachau, mając do dyspozycji tylko 4 odcinki. Jest to wspólne dzieło scenarzysty Jeba Stuarta („Szklana pułapka”, „Ścigany”) oraz reżysera Grzegorza Jonkajtisa. Planowany jako wysokobudżetowa produkcja wojenna, ostatecznie jednak „Liberator” został… animacją rotoskopową. I powiem, że sam styl kreski troszkę wydaje się komiksowy, co może wiele osób odrzucić, mnie się podobał, w żaden sposób nie wybijając z rytmu.

the liberator4

Co najbardziej mnie zaskoczyło, jak animacja współgra z resztą warstwy wizualnej. Trudno się przyczepić zarówno do scenografii (nawet jeśli detale bywają rozmyte w tle), wojskowego sprzętu czy warunków atmosferycznych. To wszystko pomaga w budowaniu mrocznego klimatu, pełnego brudu, przemocy i nieobliczalnej śmierci. Która może sięgnąć każdego i wszędzie. A i sami żołnierze to wariacka mieszanka: Meksykanie, Indianie, rednecki, potomkowie Strażników Teksasu. Ten tygiel powinien doprowadzić do wzajemnego wyniszczenia żołnierzy, którzy przed walką byli traktowani jako gorsi, bez szans na osiągnięcie czegokolwiek. I to jak udaje się stworzyć sprawnie działający zespół jest bardzo imponujące.

the liberator1

Po drodze dochodzi do śmierci, ofiar oraz nowej, świeżej krwi bez doświadczenia, co może dezorientować podczas seansu. Niemniej twórcy dają każdej ze scen śmierci czy dramatycznej walki swój odpowiedni ciężar emocjonalny. Nieważne, czy mówimy o utrzymaniu drogi do Anzio, próbie przejścia przez góry zakończonej zasadzce Niemców, czy wreszcie wyzwoleniu obozu koncentracyjnego i dokonanym samosądzie na niemieckich żołnierzach tam przebywających. Bez pokazywania wnętrzności i flaków, ale nadal jest to brutalne.

the liberator3

Muszę przyznać, że choć „Liberator” wyzwolił we mnie pozytywne skojarzenia z „Kompanią braci”, nie jest pozbawiony wad. Cztery odcinki to dla mnie troszkę mało, zaś sama fabuła bywa prowadzona bardzo skokowo. Momenty batalistyczne przeplatane są drobnymi epizodami, które czasami wydawały mi się zapychaczami. Zaskoczyło mnie za to parę scen pokazanych z perspektywy niemieckich żołnierzy, co pozwala szerzej spojrzeć na ten konflikt i to jest mały plusik. Tak jak udział mniej rozpoznawalnych aktorów (także z Polski). Nawet te drobiazgi nie odebrały w czerpaniu przyjemności z oglądania „Liberatora”, ale chciałoby się więcej wycisnąć.

7/10

Radosław Ostrowski

Pożegnanie z Marią

Warszawa okupowana przez Niemców. Wszystko toczy się wokół wesela, gdzie przebywają przyjaciele. Jednym z gości weselnych jest poeta Tadeusz razem ze swoją dziewczyną Marią. On pracuje u kierownika magazynu, gdzie handluje się cementem oraz innymi materiałami budowlanymi. Cały spokój zostaje zburzony, kiedy na wesele przybywa ukrywająca się Żydówka Sara oraz granatowy policjant.

pozegnanie z maria1

Przeniesienie na ekran opowiadań Tadeusza Borowskiego nie należy do łatwych. Akcji jako takiej nie było, za to dużo obserwacji ludzkich zachowań. Taka oszczędna forma wymaga troszkę innego podejścia, co postanowił zrobić w 1993 roku debiutant. Patrząc na ostatnie filmy Filipa Zylbera jakoś trudno poznać tego twórcę i porównać ostatnie chały. „Pożegnanie z Marią” jest bardzo kameralnym dramatem, gdzie wojna początkowo jest gdzieś tam daleko. Czysty surrealizm. Z jednej strony radość i impreza, z drugiej gdzieś w tle Niemcy, łapanki oraz getto. Ukrywanie Żydów, handel na lewo z Niemcami, młodzi ludzie, granatowy policjant i starsza pani, czekająca na córkę oraz zięcia. Wszystko takie pozornie spokojne, z refleksyjnymi dialogami oraz sugestywnie opowiedzianym życiem po drugiej stronie muru. No i ze sporą ilością slow-motion, mającym dodać chyba takiego bardziej poetyckiego klimatu. Tego ostatniego akurat się nie spodziewałem.

pozegnanie z maria2

Co jeszcze bardziej zaskakuje, to bogato zarysowane postacie. Nawet drobne epizody sklepikarza pośredniczącego w kupnie mieszkań dla Żydów czy woźnicy produkującego bimber mają więcej niż parę linijek dialogu stając się wyrazistymi osobami. A wszystko pokazane w kontraście między wojną a weselem. Radość miesza się z brutalnym, okrutnym światem, gdzie normalnością jest śmierć, łapanki, Niemcy. W tle gdzieś pojawia się nienawiść do Żydów, a nawet wypowiadana radość, że po ich zniknięciu będzie porządek. I jak w tej nienormalności żyć, kochać, być? Te pytania padają między wierszami, prowadząc do dramatycznego finału.

I jeszcze jedna rzecz rzuciła mi się w oczy (bo w uszach pięknie grała muzyka Tomasza Stańki, a i dźwięk jest wyraźny, przez co dialogi słychać bez problemu): kilka razy się zdarzyło, że pokazywano to samo ujęcie dwa lub trzy razy, ale z innej perspektywy. Wydawało mi się to dezorientujące, a nawet zbędne. Nie wiem, czemu to miało służyć, tak samo jak slow-motion.

pozegnanie z maria3

Muszę jednak za to przyznać, że jest to fantastycznie zagrany film. Ile tu jest młodych, wówczas zapowiadających się aktorów jak Marek Bukowski (Tadek), Agnieszka Wagner (Maria) czy Katarzyna Jamróz (Sara). Każde z nich wykonuje swoją robotę fenomenalnie, nawet nie mówiąc nic. Warto jeszcze z tej młodej ekipy wyróżnić Rafała Królikowskiego jako skrzypka. A drugi plan tutaj kradną dla siebie Sławomir Orzechowski (granatowy policjant Cieślik) oraz Danuta Szaflarska (doktorowa), tworząc bardzo zniuansowane, choć pozornie wycofane. Dla mnie mistrzostwo świata.

Aż jestem zdumiony, że po tym debiucie Filip Zylber kolejnymi filmami nie zbliżył się do tego poziomu. Blisko był „Egzekutorem” z 1999 roku, ale potem to już były albo produkcje serialowe, albo tzw. komedie romantyczne. A ten poetycki, bardzo skromny film o życiu podczas wojny przepadł zapomniany. Moim zdaniem, niesłusznie.

7,5/10

Radosław Ostrowski