Epidemia

Po 2020 roku słowo „epidemia”, „pandemia” i „wirus” doprowadziły wszystkich nas do stanu najpierw szaleństwa, a potem emocjonalnego odrętwienia. Po części też pewną popularność zaczęły przeżywać na nowo filmy o epidemiach czy świecie opanowanym przez wirusa pokroju „28 dni później”, „Contagion – Epidemia strachu” lub obchodzącej 30 lat „Epidemia”.

Film Wolfganga Petersena jest niemal rasowym thrillerem, z dużym budżetem, dużą obsadą oraz… małym wrogiem, co robi wielkie spustoszenie. Wszystko zaczyna się w Zairze w roku 1967, gdzie oddział najemników padł ofiarą dziwnej choroby. Niedługo potem cały obóz został zmieciony z powierzchni ziemi jedną bombką o mocy atomówki. Wirus zdechł, ludzie zdechli, wszystko zdechło. Sprawy jednak się komplikują, gdy 27 lat później w tym samym miejscu znowu doszło do ataku śmiertelnej choroby. Do zbadania zostaje skierowana wojskowa grupa wirusologów pod wodzą pułkownika Danielsa (Dustin Hoffman), do której należy Casey Schuler (Kevin Spacey) oraz nowy członek, major Salt (Cuba Gooding Jr.). Na miejscu niemal wszyscy są martwi, zaś sam wirus jest niesamowicie skuteczny oraz bardzo szybki w tempie. Do tego stopnia, że w zasadzie nie zostawia po sobie jakichkolwiek śladów. Okazuje się, że ten wirus był bronią biologiczną stworzoną przez amerykańską armię, co ukrywa generał Ford (Morgan Freeman) oraz generał McClintock (Donald Sutherland). Jakby mało było zamieszania, wirus (już zmutowany) trafia do małego miasteczka w USA, co wydawało się niezbyt prawdopodobnym scenariuszem.

Reżyser opowiada tą historię w spokojnym tempie, by bardzo oszczędnie, lecz konsekwentnie budować napięcie. Nie brakuje tu imponujących technicznie momentów, jak pokazanie bazy laboratorium wojskowego ze wszystkimi stopniami, zabezpieczeniami oraz co badają. Wszystko w jednym długim ujęciu, tak jak pokazanie zarażenia wirusa w sali kinowej (zaskakująco dobre efekty specjalne), roznoszenie się po szpitalu przez kratę wentylacyjną – nadal te sceny robią wrażenie. Wszystko zaczyna nabierać tempa, kiedy do gry wkracza wojsko, zaś całe miasteczko zostaje poddane kwarantannie. Tutaj Petersen buduje poczucie zagrożenia, strachu oraz izolacji, a także ciągle uciekającego czasu. Poszukiwania pacjenta zero (roznosiciela) są żmudne, strasznie powolne oraz trzymają w napięciu. Skala jest ogromna (ilość żołnierzy i sprzętu wojskowego jest imponująca nawet teraz), nie brakuje nawet pościgu helikopterów (nie gorszego choćby od popisów w „Mission Impossible: Fallout”), zaś w tle gra symfoniczno-elektroniczna muzyka od Jamesa Newtona Howarda mocno w stylu „Ściganego” zmieszanego z „Ostrym dyżurem”.

By nie było słodko „Epidemia” ma pewne wyboje. Pierwszym jest wątek relacji między Danielsem a jego byłą żoną, graną przez Rene Russo. Początkowo wydaje się zbędny i niby ma pokazać jak wyboistą drogę przeszli, jednak spowalniało to tempo i akcję. Po drugie, w paru miejscach dialogi wjeżdżają w zbyt wysoki poziom patosu (aczkolwiek scena w Białym Domu jest świetna). A po trzecie, uczynienie z antagonistów wojskowych, chcących zatuszować swoje dawne grzechy, może nie jest najgorszym pomysłem, lecz te postacie są zbyt jednowymiarowe. Wręcz na granicy przerysowania (tak, panie Sutherland, mówię o panu).

Jednak nawet te drobiazgi nie są w stanie ukryć faktu, że „Epidemia” jest mocnym dreszczowcem z paroma mocnymi uderzeniami oraz nerwową atmosferą. Obsada nie zawodzi, Petersen prowadzi wszystko sprawnie, mieszając momenty kameralne z większą skalą i jest to całkiem prawdopodobny scenariusz.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Air Force One

Chyba żaden film akcji nie miał aż takiego wpływu na ten gatunek jak „Szklana pułapka” w reżyserii Johna McTiernana. Osadzenie akcji w jednej, zamkniętej przestrzeni, kompetentny protagonista z twardymi pięściami, inteligentny przeciwnik ze swoją armią. Mieli już klony tego filmu dziejące się na statku („Liberator”), w autobusie („Speed”), a nawet w Białym Domu („Olimp w ogniu”). A co byście powiedzieli na „Szklaną pułapkę” w samolocie prezydenckim? To zaproponował w 1997 roku niemiecki reżyser Wolfgang Petersen.

Bohaterem jest prezydent USA James Marshall (Harrison Ford), przebywający z gościnną wizytą w Rosji. Trzy tygodnie wcześniej wspólne siły komandosów obydwu krajów schwytały dyktatora Kazachstanu, generała Ivana Radka (Jurgen Prochnow). Jankeski prezydent wygłasza przemówienie, gdzie serwuje jasny przekaz: nie będziemy negocjować z nikim, sami wywołując u innych strach. Problem jednak w tym, że do środka wchodzi grupa terrorystów, podszywając się pod dziennikarzy telewizji. Ich cel jest prosty: albo zostanie wypuszczony Radek z więzienia, albo zaczną zabijać zakładników. O czym grupa Iwana Korszunowa (Gary Oldman) nie wie to, że prezydent nie uciekł z kapsułą ratunkową, lecz pozostał w samolocie. No i zacznie mieszać w planach.

Fabuła nie jest jakoś zaskakująca czy oryginalna („Szklana pułapka” w samolocie, próbująca troszkę być w klimacie powieści Toma Clancy’ego), ale Petersen jest kompetentnym reżyserem. Nie będzie tutaj zbyt wiele niespodzianek, wręcz idąc po sznurku (włącznie z eliminacją załogi złoli), niemniej film działa jako thriller. Pewnym dodatkiem są działania w Białym Domu, gdzie zebrany sztab pod wodzą viceprezydent (Glenn Close) próbuje ogarnąć całą sytuację. I jest to dodatkowa podbudowa pod suspens, dodająca odrobinę świeżości.

Ale skoro samym herosem jest Prezydent USA, to film wjeżdża z patosem, amerykańskim patriotyzmem na pełnej kurtyzanie. Od podniosło-heroicznej muzyki Jerry’ego Goldsmitha (bardzo dobrej swoją drogą), po łopoczące flagi i podniosłe zdania, jaka to Ameryka jest zajebista, zaś rosyjski sen o potędze niczym w ZSRR jest złyyyyyyyyyyyyyyyyyyy. Dla reszty świata to podejście może być dość ciężkostrawne i czasem wymyka się spod kontroli, popadając w śmieszność. Nie zmienia to faktu, że film nadal dostarcza frajdy.

Wszystko na swoich barkach trzyma z jednej strony Ford jako prezydent, jakiego Amerykanie chcieliby w rzeczywistości (twardziel z twardym kręgosłupem moralnym, twardymi pięściami i nie idący na kompromisy), z drugiej niezawodzący Oldman w roli radykalnego terrorysty. Ich gra w kotka i myszkę działa, trzyma w napięciu i angażuje. Jest jeszcze Glenn Close jako viceprezydent, próbująca zachować zimną krew i ogarniać wszelkie opcje działania. Jej relacje z zebranym sztabem to jedne z lepszych scen tego filmu.

„Air Force One” pozostaje solidnym dziełem w dorobku Petersena, który operuje sporym budżetem z bardzo pewną ręką. Może niektóre efekty specjalne się postarzały, zaś amerykanocentryzm może czynić całość mniej zjadliwą, to potrafi parę razy złapać oraz zaangażować do końca. Całkiem niezły lot.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Okręt – wersja reżyserka

Rok 1942, wojna trwa w najlepsze. Niemcy wydają się być niepokonani na wszystkich frontach. Ale skupiamy się nie na piechurach czy czołgistach, lecz tych najbardziej przerażających jednostkach – okrętach podwodnych. Niemieckie U-Booty siały śmierć i były postrachem Atlantyku, niszcząc amerykańskie konwoje do Wielkiej Brytanii. Tutaj zaczyna się historia Starego oraz załogi U-96, który wyrusza z francuskiego La Rochelle na kolejną misję. Tym razem będzie im towarzyszył porucznik Werner – korespondent wojenny, mający zdać relację.

das boot2

Na hasło niemiecki film jest 90% szansy, że zostanie wymieniony „Okręt” – znany też w oryginale jako „Das Boot”. Nakręcony przez mało znanego reżysera Wolfganga Petersena był nie tylko jedną z najdroższych produkcji w swoim kraju (budżet wynosił ponad 30 milionów marek, czyli 18,5 miliona dolarów), ale okazał się wielkim sukcesem kasowym – zarobił ponad 80 milionów – oraz artystycznym (m.in. 6 nominacji do Oscara, w tym za reżyserię oraz scenariusz adaptowany). Spodziewalibyśmy się standardowego filmu wojennego, pełnego dynamicznej akcji, widowiskowych batalii, niemal patetycznych mów oraz rozpoznawalnych aktorów w rolach głównych. Problem w tym, że to nie jest amerykańska produkcja, tylko niemieckie rozliczenie z przeszłością. Zderzenie wielkich snów o potędze serwowanych przez propagandę z bardzo brutalną, bezwzględną rzeczywistością. Może okręty podwodne potrafią się ukryć pod wodą i skorzystać z cichych silników, ale wróg jest liczniejszy oraz ma przewagę technologiczną (radary, bomby głębinowe, nadlatujące samoloty). Młoda załoga prowadzona przez doświadczonego Starego oraz chifa będzie musiała przejść bardzo brutalny chrzest bojowy. Buta oraz duma zostaje zastąpiona przez strach.

das boot4

Fabuły jako takiej tu nie ma, a reżyser stawia tutaj na klimat. „Das Boot” wydaje się bardzo realistycznym pokazaniem życia na statku, który może w każdej chwili zmienić się w trumnę. Długie miesiące powodują nie tylko zarost brody, ale ciągłe poczucie zagrożenia, wręcz klaustrofobii. Kiedy przechodzi z załogą przez bardzo ciasne korytarze, to poczucie ciasnoty staje się wręcz namacalne. Aż chciałoby się stamtąd uciec, bo poczucie oczekiwania budowane jest w sposób znakomity. Petersen perfekcyjnie wręcz wykorzystuje tytaniczną pracę kamery Josta Vacanta oraz udźwiękowienie i montaż, podkręcającą napięcie. Dzięki czemu takie sceny jak ucieczka przed niszczycielem czy niemal zatopienie okrętu na samo dno. Nie brakuje tutaj brudu, potu, smrodu oraz postawienie na psychologiczny portret załogi niż na akcję. I to akurat jest duży plus.

das boot3

Drugą istotną zaletą jest pozbawienie całości nachalnego patosu. W wersji reżyserskiej jest więcej scen pokazujących to, co robią marynarze poza służbą. Kiedy nie ma alarmu, nie trzeba naprawiać dziur czy czekać na ominięcie wrogich niszczycieli. Dowcipkują, czekają na koniec służby, na rodzinę, dziewczynę, żonę oraz najbliższych. Tak jak zwykli marynarze każdej armii świata. Wyobrażając sobie niemieckich żołnierzy, zawsze mamy obraz brutalnych, bezwzględnych ludzi, żądnych krwi oraz ślepo posłusznych machin wojennych. Czy to jest wybielenie wizerunku Wehrmachtu albo stosowanie politycznej poprawności? Absolutnie nie.

das boot1

Reżyserowi udało się też dobrać absolutnie rewelacyjnych aktorów, którzy nawet z drobnych ról są w stanie wycisnąć wszystko. Bo nie można zapomnieć zarówno radiowca Heiricha (Heinz Hoenig), mechanika Johanna z niemal obłędem w oczach (Erwin Leder) czy nawigatora Kriechbaum (Bernd Tauber). Ale tak naprawdę liczą się tylko trzy postacie: Stary (dowódca), porucznik Werner oraz chif Grade. Pierwszego gra niezapomniany Jurgen Prochnow, dla którego ten film okazał się furtką do kariery w Hollywood i jest to bardzo zaskakująca kreacja. Cyniczny, doświadczony wojak, stający się autorytetem dla załogi, wymagający od nich wiele. Samym spojrzeniem jest w stanie wyrazić więcej niż słowami: od determinacji do zmęczenia, a nawet bezsilności. Magnetyzująca kreacja. W korespondenta wciela się Herbert Groenemayer, będący naszymi oczami na cała załogę. Jego zmiana z idealisty w wojaka jest pokazana bez cienia fałszu, zaś sam aktor wykorzystał sławę do… kariery muzycznej. No i ten trzeci, czyli Klaus Wennemann – też doświadczony, który mimo tęsknoty za rodziną w sytuacjach kryzysowych daje z siebie wszystko.

„Das Boot” uznawany jest za najbardziej realistyczne spojrzenie na życie w okręcie podwodnym. Wielu może się od tego realizmu odbić, zaś wersja reżyserska nie pozbawiona jest dłużyzn. Niemniej jest to bardzo unikatowe kino wojenne, skupione na klaustrofobicznym klimacie niż na akcji.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Jak rozbić bank

Heist movie to pozornie filmowy samograj, bo zrobienie skoku zawsze serwuje pewne emocje oraz odrobinkę adrenaliny. Ale co zrobić, jeśli z tym gatunkiem postanowi się zmierzyć reżyser z Niemiec? I będzie próbował to ubrać w komedię? Nie brzmiało to zbyt dobrze, bo i niemieckie poczucie humoru nie należy do zbyt wysublimowanych. Jednak za tym filmem przemawiało bardzo mocne nazwisko twórcy: Wolfgang Petersen.

jak_rozbic_bank1

Punkt wyjścia jest bardzo prosty: trzech facetów zostaje oszukany przez bank. Chris to bokser, który lata świetności ma dawno za sobą, a teraz chciałby założyć własną siłownię. Peter kiedyś był popularnym aktorem, jednak teraz grywa w chałturach. Max z kolei jest ekscentrycznym, lecz skutecznym specem od PR-u, który odchodzi z firmy, kolejny raz olany w awansie. Cała trójka straciła pieniądze banku, a obwiniają o to doradcę finansowego Tobiasa. Tylko, że on zostaje zwolniony przez znienawidzonego szefa pod pretekstem niedopełnienia obowiązków. Panowie postanawiają odegrać się na banku i zrobić skok. Tylko, że nie mają o tym kompletnie pojęcia.

jak_rozbic_bank2

Petersen nie odkrywa Ameryki i prowadzi swoją opowieść jak po sznurku. Jest pomysł, przygotowania oraz realizacja, która nie do końca idzie idealnie. Oraz pewna komplikacja w postaci szefowej komórki policyjnej. Niemniej całość ogląda się naprawdę przyjemnie, humor głównie wynika ze zderzeń charakterów i parę razy balansuje na granicy smaku (akcja z papieżem – nie, to wariactwo). Na szczęście nie wywołuje irytacji, chociaż jest tu wiele zbiegów okoliczności (jedna z kochanek Chrisa okazuje się być żoną wroga, żona jednego z „drobnych cwaniaków” jest wyrozumiała i pomaga). Ale doświadczona ręka reżysera nie pozwala się nudzić. Realizacja jest solidna, w tle gra stylowa muzyka niczym z lat 70., a całość miejscami bywa zabawna.

Najbardziej znani z całej obsady są Til Schweiger (narwany Chris), Michael Herbig (zniewieściały Tobias) oraz Alexandra Maria Lara (Freddie, żona Petera), którzy dali z siebie wiele. Czuć chemię między bohaterami, choć film dla mnie kradnie szalony i przerysowany Matthias Schweighofer (Max) z wielkim ego, a także Jan Josef Liefers (aktor Peter). To zgranie między bohaterami jest w stanie troszkę podnieść całość.

„Jak rozbić bank” nie jest najlepszym filmem w dorobku Petersena, ani czymś zaskakującym w konwencji heist movie. Bywa miejscami zbiorem prostackich żartów, które się powtarzają, jednak nie przekracza granicy smaku i przy odpowiednim nastawieniu może dostarczyć odrobiny frajdy.

6/10 

Radosław Ostrowski