Urodzeni mordercy

To, że Oliver Stone jest bardzo wyrazistym i kontrowersyjnym reżyserem wiedzą wszyscy. Potrafi uderzyć mocnymi obrazami oraz niewygodnymi tematami jak w „Plutonie” czy „JFK”. Ale nawet to nie było w stanie mnie przygotować na to, co też twórca zrobił w 1994 roku. A wszystko w oparciu o (mocno przerobiony) scenariusz Quentina Tarantino.

A wszystko skupia się wokół dwójki bohaterów – młodych, zakochanych na zabój ludziach. Podobno to przeznaczenie ich do siebie przyciągnęło. Oboje mieli na imię M – Mickey (Woody Harrelson) oraz Mallory (Juliette Lewis), a miłość to była od pierwszego wejrzenia. Poznali się przed drzwiami w domu jej ojca (Rodney Daggerfield), gdy on przywiózł mięso. I oboje uciekli, a potem połączyło ich jeszcze coś, co zawsze cementuje taką miłość – morderstwo jej rodziców. A to tak naprawdę był początek krwawej trasy, rozpoczętej na drodze 666 (sataniści mieliby tu coś do powiedzenia) i zakończonej w aptece. Oboje trafiają do więzienia, gdzie – jak się wydaje – nastąpi koniec.

Ja widziałem wiele pokręconych, dziwnych i zwariowanych rzeczy, ale nawet to mnie nie przygotowało na „Urodzonych morderców”. Już sam początek to totalna psychodelia, która robi w głowie sieczkę. No bo masa dziwnych kątów (dutch angles), kolor przechodzi w czerń i biel, wiele zbliżeń na detale oraz frapująca ścieżka dźwiękowa. Zwykła wizyta w barze kończy się brutalną, ale bardzo przerysowaną i przejaskrawioną – nawet kreskówkowo. Dziwnie? To co powiecie na historię rodzinę Mallory, gdzie ojciec jest przemocowy i jeszcze swoją córkę po pijaku przeleciał. Wskutek czego przyszedł na świat syn. I to wszystko zrobione w konwencji… sitcomu, co wywołuje dezorientację.

Mało wam? Stone jeszcze do tego wrzuci fragment programu telewizyjnego „Amerykańscy Maniacy” niejakiego Wayne’a Gale’a (Robert Downey Jr. w najbardziej diabolicznym wcieleniu), w którym mamy zarówno co pikantniejsze opisy zbrodni, jak i rekonstrukcję wydarzeń. A jakby tego było mało parę razy obraz zmienia się jakbyśmy oglądali nie film, tylko… telewizję. Reżyser pokazuje masowe ogłupienie wywoływane przez telewizję za pomocą jej języka. Stąd taki bardzo szybki, wręcz teledyskowy montaż, nakładane kolorowe filtry oraz bardzo krótko obecne przebitki. We mnie wywoływało to poczucie przeładowania bodźcami. Do tego jeszcze wiele scen (głównie jazdy samochodem) celowo wygląda sztucznie. Widać, że tło jest na projektorze pokazywane, pojawiające się tornado w tle to jest jakiś żart, a za oknem mamy… obraz z telewizji. Ta pokręcona mieszanka Stone’a, Tarantino i… Lyncha (pod wpływem ostrych narkotyków) poza efektem szoku oraz niedowierzania zwyczajnie NIE pozwala o sobie.

Wszystko wymierzone w telewizję i popkulturę, która gloryfikuje przemoc oraz z takich osób jak Mickey i Mallory czyni idoli. To jest tak prosto w twarz, ze chyba się już bardziej nie da. Wypowiedzi młodych ludzi, dla których ci zwyrodnialcy oraz psychopaci są wzorcem do naśladowania wywołało we mnie śmiech oraz niepokój. Zresztą nasza parka to nie jedyni szaleńcy w tym zdegenerowanym świecie. No bo jest nasz żądny sławy, blasku kamer dziennikarz Gale, ścigający naszą parkę gliniarz-celebryta z fetyszem duszenia oraz upokarzania kobiet (Tom Sizemore) czy mocno prawicowy i trzymający twardą ręką więzienie naczelnik Dwight McClusky (demoniczny Tommy Lee Jones).

Ten film mimo 30 lat na karku pozostaje totalnie szalonym, dzikim, psychodelicznym i zrobionym po bandzie. Wymykający się jakiejkolwiek szufladce, brutalny, szokujący, postmodernistyczny zjazd jakiego nie widziałem nigdy. Brawurowo wyreżyserowany, genialnie zmontowany, kapitalnie zagrany oraz napisany. Jednak nie jest to przyjemna eskapada, więc uważajcie.

10/10+ znak jakości

Radosław Ostrowski

W trójkącie

Ulubieniec festiwali Ruben Ostlund po zdobyciu Złotej Palmy za „The Square” powrócił z nowym filmem. Kolejne dzieło nagrodzone Złotą Palmą o wiele bardziej spolaryzowało widzów. Bo co nowego można opowiedzieć w kwestii szyderczego spojrzenia na najbogatszą elitę świata. W ostatnim czasie stało się to jednym z popularniejszych trendów kina i telewizji.

Historia „Trójkąta smutku” (część twarzy znajdująca się między brwiami a nasadą nosa, gdzie wstrzykuje się botoks) skupia się wokół młodej pary – Carla (Harris Dickinson) i Yayi (Charlbi Dean). On jest początkującym modelem, ona to influencerka i modelka z wyrobioną reputacją. Kiedy ich razem poznajemy, on bierze udział w castingu, a ona nadal jest na wznoszącej fali. A jeszcze lepiej zaczynamy ich poznawać przy ekskluzywnej kolacji, gdzie dochodzi do kłótni o to, kto ma zapłacić. Już tutaj Ostlund potrafi pokazać swoje szydercze pazury (dla mnie świetna jest scena wywiadu z modelami) i próbuje ściąć parę kwestii: pustactwo social mediów, brak komunikacji między płciami, coś o rolach społecznych też.

Ale potem nasza para trafia na elegancki rejs dla najbogatszych dzięki sponsorom. Co mają robić? Słit fotki, zachwalać i #byćfajni. Za to towarzystwo jest dość ekscentryczne: bardzo nieśmiały szef firmy tworzącej aplikacje komputerowe, starsze brytyjskie małżeństwo produkujące… granaty, rosyjski oligarcha, co zbił majątek na… gównie. Zaś sama załoga to tacy współcześni niewolnicy, którzy mają spełniać WSZYSTKIE zachcianki gości. I być może w ten sposób dostaną DUUUUUUUUUUUUŻY napiwek. Więc co można zrobić, jeśli wyfiołkowana pinda chce, by cała załoga się… wykąpała w morzu? Ta decyzja będzie miała bardzo katastrofalne, co pokaże kulminacyjna scena kapitańskiej kolacji. Absolutnie szalony moment, gdzie osoby o słabszych żołądkach mogą tego nie przetrwać. Z jednej strony kumulacja wymiocin w wydaniu ekstremalnym, z drugiej szalejące morze, a z trzeciej kapitan (Woody Harrelson) razem z rosyjskim oligarchą przerzucają się cytatami i zderzają kapitalizm z komunizmem. A wszystko kończy się połączeniem „Robinsona Crusoe” z „Władcą much”, gdzie dochodzi do odwrócenia sytuacji.

Ale mam pewien bardzo poważny z problem z tym filmem. Bo mimo paru mocnych, wręcz dosadnych momentów Ostlund tak naprawdę gra znaczonymi kartami. Nie odkrywa tutaj nic, czego nie widziałem w „Sukcesji” czy „Białym Lotosie”, przez co ta przerysowana satyra na najbogatszych trafia w oczywiste punkty. Znudzenie swoim bogactwem, pustymi ludźmi uzależnionymi od sławy na social mediach, wykorzystującymi swoją pozycję dla własnej przyjemności i kompletnie oderwani od rzeczywistości. Czyli bardzo stereotypową elitę elit, którą już wiele razy widziałem. Zbyt wiele.

Choć jest kilka mocnych scen, dobrych ról oraz bardzo urwane/otwarte zakończenie, „W trójkącie” jest bardzo wtórnym filmem i w sporej części pozbawionym pazura. Ta słodko-gorzka piguła zamiast uderzyć czy dać jakiegoś kopa, działa bardziej jak placebo. Średnio angażujące kino, które udaje ostrą satyrę, lecz uderza w oczywiste strzały.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Venom 2: Carnage

Pierwszy „Venom” to był bardzo osobliwy film, gdzie ścierały się wizje reżysera, producentów oraz grającego główną rolę Toma Hardy’ego. Nie wiadomo, czy to miał być horror, buddy movie, film akcji czy komedia, więc wszystko zmieszano do jednego worka. Powstał totalny bajzel, który łatwiej byłoby zaakceptować na początku lat 2000. Ale film zarobił na tyle dużo pieniędzy, by mogła powstać kontynuacja i wydawało się, że twórcy wyciągnęli wnioski. Prawda?

venom2-1

Tym razem za kamerą stanął Andy Serkis i niejako kontynuuje w momencie zakończenia pierwszej części. Czyli nasz Eddie Brock nadal pracuje jako dziennikarz oraz w miarę normalnie stara się funkcjonować z symbiontem, co mocno niszczy mu życie. Ciężko znosi rozstanie z Anne, która teraz związała się z doktorem Danem, zaś praca też nie daje pełni satysfakcji. W końcu zostaje poproszony o przeprowadzenie wywiadu z oczekującym na wyrok śmierci Cleetusem Cassidym. Podczas rozmowy więzień gryzie Brocka w rękę, przez co do jego organizmu trafia symbiont. Czy może być gorzej? Oczywiście, bo po ostrej kłótni Brocka z Venomem (poszło o zjadanie głów) dochodzi do brutalnego rozstania.

venom2-3

To jest bardzo interesujący przypadek filmu, na którym dobrze się bawiłem, choć samo dzieło Serkisa dobre nie jest. W przeciwieństwie do poprzednika, „Venom 2: Carnage” ma o wiele spójniejszy ton, nie ma większych ambicji niż bycie bezwstydnym, głupawym filmem klasy B. Fabuła niby jest, ale to wszystko jest chaotycznym bajzlem, gdzie czekamy na finałową rozpierduchę i walenie sobie po mordach. Psychologia postaci leży i kwiczy, logika robi sobie wolne, wątki się otwierają oraz zamykają bardzo szybko, a wszystko trwa niecałe półtorej godziny. Czyste szaleństwo! Kto na to dał kasę? Czuć też, że przy montażu zostało parę rzeczy wyrzuconych.

venom2-2

To, co nadal działa to relacja między Venomem a Eddiem – Tom Hardy wyciska z tych momentów maksimum, dodając wiele humoru oraz odrobinę złośliwości. Działało to w pierwszej części, nie inaczej jest tutaj. Antagonista, choć nie jest zbyt dobrze rozpisany, to jednak charyzma Woody’ego Harrelsona (facet szarżuje z pełną mocą) daje mu odrobinę głębi. Ale tylko odrobinę. Reszta postaci albo robi tu za tło (policjant z aparycją Stephena Grahama i dziewczyna Cassidy’ego, co ma bardzo mocny głos) albo zostaje wrzucona troszkę mechanicznie (była dziewczyna Brocka). Grać też specjalnie nie mają czego, co jest poważną zbrodnią.

Niby sequel wygląda lepiej i ma parę świetnych momentów (przeszłość antagonisty w formie animacji), ale w zasadzie wydaje się powtórką z rozrywki. Bez sensu, z nie zawsze dobrym montażem (choć dobrymi zdjęciami, co jest zasługą Roberta Richardsona) oraz chaotyczną, skokową narracją. Jako guilty pleasure z kumplami i piwem będzie idealnym wyborem.

6/10

Radosław Ostrowski

The Highwaymen

Bonnie Parker i Clyde Barrow – ta para kochanków-morderców stali się pierwszymi sławnymi bandytami czasów Wielkiego Kryzysu. Ale ta sława spowodowała, że ludzie coraz bardziej zaczęli fascynować się nimi, czcząc ich jak bogów. Doczekali się nawet pokazania swoich losów na dużym i małym ekranie,  ale Netflix postanowił pójść w zupełnie innym kierunku. Całą tą historię prezentuje z perspektywy tropiących ich gliniarzach (a dokładniej byłych Strażnikach Teksasu): Franka Hamera oraz Manny’ego Gaulta.

highwayman1

Reżyser John Lee Hancock zrealizował ten film w taki sposób, jakby to była produkcja skierowana dla telewizji. Bardzo kameralna, spokojnie, wręcz ospale poprowadzona historia, ale zrealizowana w bardzo stylowy sposób. Mamy tutaj bardzo szczegółowo odtworzone realia lat 30., zaś całość (poza kryminalnym wątkiem) jest mieszanką kina drogi i… westernu. Ale zapomnijcie o jakiś widowiskowych strzelaninach (te są pokazywane z oddali) – może poza finałem czy dynamicznych pościgach. W zamian dostajemy zbieranie dowodów i poszlak, piękne krajobrazy oraz zderzenie dwóch weteranów ze współczesnym światem, którego nie rozumieją. Świata nie tylko pełnego dość rozwiniętej technologii (radia w samochodach, podsłuchy, auta, mocniejsze bronie), ale świata coraz bardziej brutalnego, gdzie sławę otrzymują bandyci, stając się współczesnymi bohaterami mass-mediów oraz społeczeństwo. Czyżby ten świat zwariował? I ta konfrontacja ze współczesnym światem jest jednym z ciekawszych wątków tego filmu.

highwayman2

Hancock bardzo sprytnie za to bawi się tym śledztwem. Sami nasi antagoniści nie są pokazywani z przodu, w pełnej sylwetce, tylko albo gdzieś z tyłu, albo z bardzo daleka. Zupełnie jakby Bonnie i Clyde byli nie z tego świata, jakimś nadprzyrodzonym tworem, co bardzo dobrze działa. Ale mimo znajomości finału, reżyserowi udaje się utrzymać uwagę do samego końca i ma kilka naprawdę mocnych scen (rozmowa z ojcem Clyde’a czy wspomnienie ataku na zbiegów i początek przyjaźni Franka z Mannym), które dodają smaczku do całości, podnosząc odrobinę poziom.

highwayman4

No i jeszcze mamy naprawdę świetny dobrany duet w rolach głównych, czyli Kevina Costnera i Woody’ego Harrelsona. Czuć między nimi taką szorstką przyjaźń, scementowaną latami doświadczenia, mimo dość dłuższej przerwy oraz różnie potoczonych losów. Ich wspólne przekomarzania, utarczki oraz zaufanie to najmocniejsza aktorsko karta w dorobku. Na drugim planie przewija się głównie Kathy Bates (gubernator Ma Ferguson) oraz John Carroll Lynch (naczelnik Lee Simmons), który – jak zawsze – trzymają fason, mimo krótkiej obecności na ekranie.

highwayman3

Muszę przyznać z czystym sumieniem, ze „The Highwayman” to jeden z lepszych filmów Netflixa ostatnich miesięcy. Zaskakująco kameralna opowieść zrobiona za skromne pieniądze, ale za to z pewną ręką, mocną obsadą oraz stylową realizacją. Wielu może odstraszyć bardzo wolne, wręcz żółwie tempo, ale ta demitologizacja pary zabójczych kochanków robi dobre wrażenie.

7/10

Radosław Ostrowski

Gorzka siedemnastka

Z filmami o nastolatkach jest czasem bardzo ciężko, bo temat życia człowieka w tym wieku był wałkowany już tyle razy, że już nie da się wymyślić niczego nowego, ciekawego czy zaskakującego. W dodatku te same motywy: konflikt ze światem, konflikt z rodzicami, pierwsza miłość, pierwszy seks, powolne wchodzenie w dorosłe życie. Może jeszcze wrzucimy do tego garnka bardziej dramatyczne wydarzenia jak próba samobójcza, lęki egzystencjalne czy poczucie niespełniania. Ile razy to już było przerabiane? Czy w ogóle da się jeszcze opowiedzieć to w jakiś inny sposób?

Wszystko się skupia tutaj na Nadine – 17-letniej dziewczyny, noszącej duże buty typu adidasy oraz taką niebieską bluzę, która modna była jakieś wieki temu. Kiedy ją poznajemy, wchodzi niczym burza do klasy niejakiego pana Brunera (imię Max, zamiast Hermann) i mówi, że chce popełnić samobójstwo. Belfer traktuje sprawę bardzo poważnie i… czyta swój list samobójczy. Oczywiście, to był żart. Ale wtedy też poznajemy czynniki, które doprowadziły do tej myśli. Jak choćby fakt, że jej najlepsza kumpela przespała się z jej bratem.

gorzka_17tka1

Debiutująca Kelly Fremon wydaje się być świadoma klisz tego typu kina. Bo czego tu nie ma: jest matka nie potrafiąca dogadać się z córką; ojciec z dobrym kontaktem, który nagle umiera na oczach bohaterki; starszy, bardziej towarzyski brat z sukcesami sportowymi; najlepsza kumpela poznana w dzieciństwa (bo jedyna); chłopak, co jej się podoba (lecz jej nie dostrzega); inny chłopak, któremu ona się podoba (ale oczy ma gdzie indziej) i jest troszkę nieporadny. Jednak im dalej w las, tym bardziej ten świat przestaje być taki prosty i jednowymiarowy, zaś kolejne klisze zostają rozbrojone oraz wywrócone troszkę do góry nogami. Reżyserka bardzo trafnie pokazuje, jak nastolatek widzi świat. Świat, którego totalnie nie rozumie, gubi się w nim, sam nie do końca wie, czego chce i czuje się jako ten gorszy, mniej kochany, odrzucony. Czasem zdarza mu się powiedzieć więcej niż powinien, ale wynika to ze strachu przed nowym oraz próbą poukładania sobie wielu rzeczy w głowie.

gorzka_17tka2

Nie jest to jednak wizja mroczna, bo Fremon rozładowuje sytuacje humorem – bardzo ironicznym, niepozbawionym złośliwości oraz dość ostrych tekstów, jak i sytuacyjnych dowcipów (wysłanie pełnego erotycznych propozycji SMS-a). Udaje się tutaj zachować balans między momentami bardzo ciężkimi emocjonalnie (wątek śmierci ojca oraz traumy czy emocjonalna rozmowa Nadine z bratem, gdzie wylewa swoje problemy), a bardziej lekkimi, w czym pomagają świetne dialogi oraz miejscami kapitalnie dobrana muzyka. Może poza zakończeniem, które idzie ku kom-romowi, chociaż bez stawiania kropki nad i. Jednak nie czuć w tym wszystkim fałszu, zaś dialogi miejscami potrafią trafić w punkt.

Jeszcze większy szok wywołało we mnie aktorstwo, miejscami ocierające się o najwyższą możliwą półkę, choć – dla mnie – było kilka rozpoznawalnych twarzy jak Kyrę Sedgwick (matka), Haley Lu Richardson (Krista, kumpela) czy Blake Jenner (Darian, brat). I ten drugi plan jest bardzo wyrazisty, bardzo naturalny, przekonujący, nawet jeśli na początku wydaje się, w jakim kierunku te osoby zostaną poprowadzone.

gorzka_17tka3

Największa robotę jednak wykonuje bezbłędna Hailee Stanfield. Nadine w jej wykonaniu to postać, którą polubić jest bardzo, BARDZO trudno. Powiedzieć o niej zołza, to jest nic. Niewyparzony język, nadmierne gadulstwo, złośliwe ataki kierowane do niemal wszystkich, ego na poziomie Kanye Westa, gdzie każdy prztyczek odczuwa niczym eksplozję bomby i jest strasznie nieobliczalna. Innymi słowy, sprawia wrażenie osoby, jaką prędzej by się chciało zabić niż polubić. Bardzo łatwo byłoby tutaj przesadzić, przeszarżować i pójść w karykaturę. A jednak udaje się uniknąć wszelkie pułapki, chociaż trudno ją polubić, lecz z czasem udało mi się ją zrozumieć. Do tego za partnera ma Woody’ego Harrelsona, tym razem jako belfra (pana Brunera), z którym prowadzi dość ciekawe rozmowy. Bardzo opanowany, spokojny, sprawiający początkowo wrażenie gościa, który ma gdzieś problemy młodych ludzi oraz serwującego porady, jakich po nauczycielu byśmy się nie spodziewali („urwij się z piątej lekcji, kup sobie jogurt i rozluźnij się”). Ale w tej pozornie błazeńskiej postawie jest metoda, choć od razu tego nie widać.

„Gorzka siedemnastka” pokazuje, że nawet w pozornie ogranym schemacie da się wnieść wiele świeżości i szczerości. Pozornie wydaje się prosty i szablonowy, by nagle zagrać wszystkim (prawie) kliszom na nosie, zaś parę nawet starszych widzów odnajdzie się w tym świecie. I to jest chyba największa siła tego filmu.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Han Solo: Gwiezdne wojny – historie

Moc w serii „Gwiezdne wojny” zawsze była obecna, choć nie zawsze było to intensywne doświadczenie.  Dla mnie klasyczna trylogia była jednym z pierwszych filmów jaki pamiętam i zrobiła na mnie piorunujące wrażenie, przez co – pośrednio – wsiąkłem w kino. Prequele mnie zawiodły, zaś nowa trylogia jest dla mnie troszkę nierówna (epizod 9 pozostaje zagadką). Co w takim razie ze spin-offami z cyklu „Gwiezdne wojny – historie”? Czy dobrze się sprawdzają jako poboczne opowieści, czy to już jest bardzo bezczelny skok na kasę? „Łotr jeden”, ku mojemu zaskoczeniu był świetny, uzupełniając fabułę miedzy 3 a 4 epizodem sagi. Jednak następny film miał opowiadać o młodym Hanie Solo i… pojawiły się w głowie poważne wątpliwości. Nie tylko z powodu sięgnięcia po ikoniczną postać tego uniwersum (choć jej geneza mogła być interesująca), ale też zamieszania z realizacji tego tytułu. Zmiana reżyserów (duet Lord/Miller został zastąpiony przez Rona Howarda), spięcia ze scenarzystą Lawrencem Kasdanem oraz ostateczny wybór odtwórcy głównej roli – Aldena Elrenreicha budził wątpliwości. Bo każdy aktor w roli Hana Solo byłby świetny, pod warunkiem, że jest to Harrison Ford ;). Co z tego wyszło?

han_solo1

Kiedy poznajemy Hana jest drobnym cwaniakiem, wychowywanym przez ulicę jako złodziejaszek, wykorzystywany przez lady Proximę. Trzymają go przy życiu dwie sprawy: Qi’ra, którą bardzo kocha oraz marzenie o zostaniu pilotem. W końcu decyduje się zrobić jedną szaloną rzecz, czyli uciec stamtąd z Qi’rą, co udaje mu się połowicznie, bo on zwiał, ale ją złapali. Szkoli się w Akademii Imperium, lecz nie wychodzi na tym najlepiej. A w ogniu bitwy poznaje kudłatego stwora oraz grupkę złodziejaszków pod wodzą Bekcetta, z którym decyduje się zrealizować duży skok: kradzież hyperpaliwa.

Więcej nie zdradzę, bo inaczej musiałbym wejść na spojlerową minę, ale Ron Howard stara się skupić uwagę widzów. Początek jest szybki, pełen akcji, by rzucić nas wręcz w prawdziwe pole bitwy niczym z „Szeregowca Ryana”, a dalej mamy wręcz klasyczny heist movie z kryminalno-gangsterskim półświatkiem w tle. I to tło robi dużą różnicę, chociaż nie do końca zostaje wykorzystane. Mafijne porachunki, drobni gangsterzy, przemytnicy działający gdzieś z tyłu Imperium, dodając trochę brudu oraz szarości w świecie z odległej galaktyki. Fabuła skupia się na akcji, wyglądającej bardzo pomysłowo (napad na transport paliwa przypomina niemal westernowy napad na pociąg), z dynamiczną praca kamery, montażem, podkręcając napięcie wręcz do granic możliwości (kulminacyjny skok, gdzie zadyma jest ostra, lecz wszystko pozostaje czytelne). Nie brakuje znajomych postaci i elementów: Chewbacca, Sokół Millennium, Lando, wspominane jest Tatooine oraz pewne zaskakujące cameo, co pozwala osadzić w konkretnych czasach. Nawet muzyka Johna Powella zachowuje ducha franczyzy.

han_solo2

Ale problemy mam dwa z tym tytułem. Po pierwsze przekombinowany finał, gdzie jest masa zaskoczeń, wolt, zmian układów sił, co wywołuje spory zamęt. Do tego film mógł zakończyć się o wiele szybciej, co zadziałałoby na duży plus. Drugim problemem są dla mnie dwie postacie, które nie do końca są wygrane, o czym jeszcze opowiem później.

han_solo3

Jak sobie radzą aktorzy? Alden Eldenreich daje sobie radę jako młody Solo, który jeszcze nie jest aż tak cyniczny, zdystansowany i samotny – to młody chłopak z dobrym sercem, próbujący wygrywać za pomocą mieszanki sprytu, blefu i brawury. I ma w sobie wiele łobuzerskiego uroku, dodając wiarygodności tej postaci, zwłaszcza w relacji z Chewbaccą. Fantastyczny jest Woody Harrelson w roli Becketta, którego można uznać za mentora. Ta postać jest już troszkę zmęczona swoim fachem, jednak ma mnóstwo charyzmy, szelmowskiego sprytu oraz twardego stąpania po ziemi. I kiedy wydawało się, że nic tego nie przebije wchodzi Donald Glover jako młody Lando. To jest castingowy strzał w dziesiątkę – pewny siebie, wyluzowany, elegancki cwaniak i narcyz w jednym, ale czarujący jak nikt. Żeby jednak nie było tak słodko, są dwie wpadki. Po pierwsze, główny złol w wykonaniu Paula Bettany’ego, który jest zwyczajnie nijaki. Pozbawiony charyzmy, demoniczności, jest tylko pionkiem skupionym na realizacji celu. Po drugie Emilia Clarke jako obiekt uczuć Hana – nie czułem tej chemii między nią a Eldenreichem, a sama postać wydaje się jedynie zbiorem istotnych informacji, pomocnych dla przebiegu fabuły.

Ron Howard jest na tyle dobrym rzemieślnikiem, by opanować wszelkie gatunki. „Han Solo” jest porządnym rollercoasterem, pełnym akcji filmem w duchu awanturniczo-przygodowym niczym klasyczna trylogia. Pod koniec zaczyna się potykać, jednak Moc i klimat jest bardzo mocno obecne. Czy chciałbym kolejną część tej historii? Tak, bo jeszcze nasz heros się jeszcze nie ukształtował, ale ponieważ nie zarobił dużo kasy, sprawa stoi pod znakiem zapytania.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

Ebbing w stanie Missouri – spokojne, senne miasteczko, gdzie życie toczy się bardzo swoim rytmem. Niby nie dzieje się nic wielkiego, aż do czasu. Wszystko przez Mildred Hayes – samotnej matki, mieszkającą z dorosłym synem po rozwodzie z gliniarzem oraz damskiego boksera. Jej córkę, Angelę zgwałcono, zabito, zaś ciało podpalono. Policja, mimo prowadzonego dochodzenia, nie jest w stanie schwytać sprawcy. Po siedmiu miesiącach, kobieta ma dość bezczynności i bierze sprawy w swoje ręce: wynajmuje trzy billboardy na rzadko uczęszczanej drodze, w których oskarża policję, a zwłaszcza komendanta o bierność. A że miasteczko bardzo lubi i szanuje komendanta Willoughby’ego, to konfrontacja wydaje się nieunikniona.

billboardy1

Irlandzki reżyser Martin McDonagh, który zaskoczył debiutanckim „In Bruges” powraca i robi wszystko, by nazwać go zaginionym bratem Coen. „Billboardy” to historia, gdzie dramat, bardzo smolisty humor oraz smutek idą ze sobą ręka w rękę. I tak do końca nie wiadomo, czego się spodziewać – mocnego, poruszającego dramatu, brutalnej, gorzkiej komedii, współczesnego westernu z ostatnią sprawiedliwą. Reżyser ciągle podpuszcza i myli tropy, co do gatunkowej tożsamości, ale cały czas skupia się na bohaterach. Początkowo możesz mieć wrażenie, jakie te postacie są po pierwszym spotkaniu, ale są one bardziej złożone i skomplikowane niż się wydaje. Każdy z bohaterów, ze szczególnym wskazaniem na naszą trójkę (Mildred, szeryf i oficer Dixon) mierzą się na swój sposób z bólem, cierpieniem, traumą oraz mroczną przeszłością. Ale jednocześnie bardzo mocno reżyser pokazuje, co czego doprowadza ten gniew, wściekłość oraz te wszystkie inne negatywne emocje. Agresja rodzi tylko agresję, co bardzo dobitnie pokazują sceny spięć Mildred z niemal całym otoczeniem (byłym mężem, policją, dentystą) oraz kulminacją w postaci podpalenia komisariatu, będące odwetem za zniszczenie billboardów. Scenariusz jest zaskakująco precyzyjny, pełen błyskotliwych dialogów, bez żadnego zbędnego słowa, co jest ogromną rzadkością (takie teksty, to tylko Tarantino z Sorkinem piszą, chociaż oba ostatnio obniżyli loty). Nawet postacie pozornie poboczne i nieistotne dla rozwoju całej akcji, mają swoje pięć minut, skupiając swoją uwagę na dłużej.

billboardy2

Humor miejscami jest smolisty i po bandzie (monolog Mildred do księdza), ale niepozbawiony jest bardzo uważnej obserwacji nad tym, jaki jest człowiek – zagubiony, czasem bezsilny, próbujący zrozumieć bezsensowność świata, gdzie sprawiedliwości nie zawsze staje się zadość, sprawcy krążą bezkarnie, a jedyną napędzającą emocją i sensem naszego życia staje się ból, wściekłość oraz zemsta. Tylko, czy to nie jest droga ku wyniszczeniu, samotności, przynosząca tylko większy ból? Zakończenie (dość otwarte) wydaje się sugerować, że wyjściem jest drugi człowiek i miłość do niego, pozwalając w ten sposób rozładować emocje. I to może sprawić, iż życie będzie bardziej znośne.

billboardy3

Ale to wszystko nie miałoby takiego ognia, gdyby nie rewelacyjne aktorstwo. Film zawłaszcza Frances McDormand jako Mildred i robi piorunujące wrażenie. Z jednej strony to kobieta, pełna żalu oraz poczucia niesprawiedliwości, co jest absolutnie zrozumiałe, pokazane bez cienia fałszywej nuty. Ale im dalej w las, tym bardziej jej bezkompromisowa postawa budzi dość mieszane uczucia. Staje się bardzo harda, pyskata, w każdej chwili mogąca eksplodować, a jednocześnie jest w tej postawie coś egoistycznego, pozbawionego logiki. Sama Mildred też ma chwile zwątpienia co do kierunku działań, a ostatnie kadry sugestywnie sugerują pewną zmianę.

billboardy4

Na drugim planie sekundują równie wyborni Woody Harrelson oraz Sam Rockwell. Szeryf niby ma być tym złym, ale to dobry ojciec oraz mąż, naznaczony powoli wykończającą go chorobą i ma w sobie coś z mędrca, który widział wiele i jest pogodzony z tym bajzlem zwanym życiem, co dobitnie pokazują pewne listy. Z kolei Rockwell jako Dixon robi największą woltę – rasista, homofob, bigot i kompletny tępak, naznaczony nienawiścią, ale tak naprawdę skrywa w sobie większą ilość szlachetności, jakiej nikt się po tym człowieku nie spodziewał. Ja też nie. Poza tą trójką nie brakuje bardzo wyrazistego planu, gdzie przewija się m.in. John Hawkes (Charie, były mąż), Lucas Hedges (syn Robbie), Peter Dinklage (karzeł James, podkochujący się w Mildred) czy Clarke Peters (nowy komendant Abercrombie), dając zapadające w pamięć kreacje.

billboardy5

Dawno (czyli od czasu „Manchester by the Sea”) nie widziałem filmu tak mocno trzymającego się życia jak „Billboardy”. McDonagh bardzo inteligentnie, z empatią pokazuje zwykłych ludzi, którzy muszą mierzą się ze stratą oraz cierpieniem, a jednocześnie wszystko idzie w kompletnie nieobliczalnym kierunku. Czuję, że to będzie klasyk kina.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Pojedynek

Małe miasteczko gdzieś na pograniczu Teksasu z Meksykiem. To tutaj rządzi „Kaznodzieja” Abraham Blunt, który jest duchowym przywódcą oraz szeryfem. Ale w okolicznej rzece koło miasteczka znaleziono zwłoki Meksykanów, co budzi pewne podejrzenia. Tam zostaje skierowany (pod przykrywką) Strażnik Teksasu razem ze swoją żoną, Meksykanką.

pojedynek_20161

„Pojedynek”, choć jest ubrany w otoczkę westernu, bardziej jest kryminałem i skupia się na śledztwie niż na pojedynkach jeden na jeden czy akcji. Śledztwo prowadzone jest dość spokojnie i ospale, jednak od początku zachowanie gospodarza (Abrahama) wydaje się bardzo podejrzane. Az zbyt przyjazny, sprawia wrażenie godnego zaufania człowieka z przeszłością. Ale im dalej w las, tym dziwaczniej się dzieje – jakieś elementy magii (dziwaczna modlitwa z wężami) i wszystko musi skończyć się w konfrontacji jeden na jeden. Problem w tym, że cała ta historia kompletnie nie angażuje, chociaż stara się mocno ubarwić portret mieszkańców rządzonych przez charyzmatycznego guru. A wszystko to snuje się bez ładu i składu – czary, tajemnicza choroba, zdrada, wreszcie „polowanie” za pieniądze do porwanych Meksykanów. Brzmi to jak z kina klasy B, tylko ubranego w realia Dzikiego Zachodu. I jak na western przystało, film ma znowu przepiękne plenery oraz klimatyczną muzykę, która pasuje do tych realiów. Jest parę pięknych scen jak otwierająca całość scena pojedynku w deszczu czy finałowa konfrontacja na otwartej przestrzeni, ale to wszystko za mało, by poruszyć do końca.

pojedynek_20163

Sytuację próbują ratować aktorzy i do pewnego stopnia dają radę. Liam Hemsworth (tak bardzo podobny do brata Chrisa, lecz bez tej charyzmy) jest całkiem niezły w roli prawego oraz uczciwego Strażnika Teksasu, ale i tak całość kradnie Woody Harrelson. Blunt ma charyzmę oraz silną osobowość, która jest wręcz nie do zdarcia, chociaż sprawia wrażenie sympatycznego oraz głęboko wierzącego. Ta konfrontacja jest siłą napędową tego filmu i wnosi go na troszkę wyższy poziom, czego nie da się powiedzieć o Alice Braga (Marisol, żona Strażnika), mocno obniżająca poziom, a jej ostatnie zachowanie jest co najmniej dziwaczne.

pojedynek_20162

„Pojedynek” brzmiał dobrze i mógł być fajnym westernem, ale tylko nieco ponad przeciętną się wybija. Spokojne tempo potrafi wielu znudzić, czasami dialogi wydają się wzięte z czapy, a rozwiązanie intrygi wywołuje zdumienie. Ale ma swoje momenty, pokazujące ogromny potencjał.

6/10

Radosław Ostrowski

Psy mafii

Atlanta, miasto gdzieś w USA. A jak w każdym mieście działają gliniarze, bandyci i bezprawie szaleje. Całość terroryzuje rosyjsko-żydowska mafia, złośliwie nazywana La Koszer Nostra. I wierzcie mi, to nie są śmieszni kolesie noszący jarmułki oraz pejsy. Kierowani przez Irinę (wygląda jak bardzo wytapetowana burdelmama niż szefowa, ale niech będzie), sieją postrach. Jednym z jej ludzi są członkowie gangu skorumpowanych gliniarzy pod wodzą Michaela Atwooda, którzy wykonują dla niej akcje. I na dzień dobry jesteśmy rzuceni w napad na bank. Akcja się udaje, jednak szefowa ma jeszcze jedno zadanie. By je wykonać ekipa musi zyskać sporo czasu, by odwrócić uwagę od gliniarzy. Najskuteczniejsze byłoby wezwanie kodu 999, czyli zabójstwo policjanta.

psy_mafii1

John Hillcoat postanowił wykorzystać szansę od Hollywood, by dostać świetne kino sensacyjne. Pozornie wydaje się, ze wszystko gra i wydaje się na miejscu. Pierwsze sceny, gdy widzimy skok bankowy – szybko zrobiony, zrealizowany jak trzeba, bez zbędnej gadaniny, zakończony dziką akcją na autostradzie, gdzie wystrzelono kolorowe granaty z łupu (wtedy bandyci wyglądają niemal jak cosplayerzy Deadpoola 😉 ) i padają strzały. Twórcy chcą bardziej skupić się na psychologii bohaterów oraz realistycznym pokazaniu brudu, zgnilizny oraz zepsucia. I to daje nawet efekty – bandyci wyglądają jak notowani z kartotek (tatuaże, ogolone karki, wiązanki słowne itp.), dziwki wyglądają jak dziwki i nie boją pokazać wszystkiego, co mają. Krążymy po spelunach, zaułkach i knajpach wyglądających jak brazylijskie fawele – rządzą się one własnymi prawami, a rozmowy z gliniarzami nie są mile widziane.

psy_mafii2

Klimat niemal jest jak w „Sicario” (są nawet poobcinane głowy) – brud, smród, zgnilizna oraz brak szans na wyjście z tego piekła. Bo jak już raz się sprzedałeś, to zdrajcą już będziesz na zawsze. Nawet jeśli – tak jak główny bohater – robisz to po to, by móc mieć kontakt ze swoją rodziną. Nie brakuje i efektownych scen akcji (nalot na kryjówkę, zakończona dynamiczną strzelaniną), podkręcanych agresywną muzyką elektroniczną. Atmosfera robi się coraz gęstsza, a lojalność, zdrada i podstęp są na porządku dziennym.

psy_mafii4

Tylko jest jeden, a nawet dwa poważne szkopuły. Po pierwsze, bohaterów jest tutaj aż za dużo i nie wiadomo tak naprawdę na kim się skupić. Mamy skorumpowanego Atwooda (dobry, nawet bardzo Chiwetel Eljofor), zmuszonego szantażem do współpracy oraz jego kumpli z policji oraz wojska (mózgowiec Russell, wiecznie nawalony i naćpany Gabe, podstępny i obrotny detektyw Rodriguez i trzęsący okolicą Marcus – kolejno: Norman Reedus, Aaron Paul, Clifton Collins Jr. Oraz Anthony Mackie), jest nowy partner Marcusa – uczciwy i zdeterminowany gliniarz Chris (niezawodny Casey Affleck). No i prowadzący śledztwo wuj Chrisa – ciągle naćpany i nawalony detektyw Jeff Allen (jakby ciągle obecny na planie „Detektywa” Woody Harrelson). Żaden z nich – poza Michaelem – nie zostaje w pełni rozbudowany, nie znamy w pełni motywacji, charakteru, ich tła. Wydają się oklepanymi postaciami z szablonów, parę razy aktorzy sprawiają wrażenie grania na autopilocie (w szczególności Aaron Paul i Harrelson, ale ten drugi ciągle się broni). Jedyną dużą niespodzianką jest Kate Winslet jako „matka chrzestna” Irina – kobieta tak bezwzględna i ostra jak to tylko możliwe.

psy_mafii5

Po drugie, w połowie filmu – mimo kilku kopniaków – zaczyna siadać tempo, a finał jest taki skromny i nie daje takiego kopa jak początek. Żadnego wstrząsu, szoku czy niespodzianki, przewidywalne (i kameralnie, co można było wygrać). Brak napięcia, poczucia niepokoju czy pierdolnięcia – tak się kina sensacyjnego nie kończy. W ogóle tak się filmów kończyć nie powinno, jakby cały arsenał środków został gdzieś nagle pochowany. Nie wolno tak łamać obietnicy.

psy_mafii3

Dlatego tak trudno mi jednoznacznie ocenić ten film. „Psy mafii” miały potencjał na to, by być mięsistym sensacyjniakiem, niepozbawionym ambicji sięgnięcia głębiej. Z taką obsadą nie można było tego spieprzyć. A tak mamy niewykorzystany potencjał i produkcję zaledwie niezłą. Ale i tak jest to lepsze od ostatniego „PitBulla”, co jest pewną skromną rekompensatą.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zrodzony w ogniu

Russell Baze pracuje w fabryce jako spawacz, żyjąc dość uczciwie, ale jego brat Rodney (weteran wojny w Iraku) nie potrafi się odnaleźć w miejscu, przez co wpada w długi w gangstera Johna Petty’ego. Podczas jednego wieczora, Russell zderza się z samochodem, zabijając kobietę prowadzącą i jej syna. Po wyjściu z więzienia jego brat ginie bez śladu, co zmusza go do dokonania wyboru.

zrodzony1

Pozornie film może wydawać się kryminałem/thrillerem, jednak najnowsza propozycja od Scotta Coopera (niezłe „Szalone serce”) jest bardziej mocnym dramatem z wątkiem kryminalnym. Z jednej strony jest to opowieść o więzach krwi, które są nierozerwalne, mimo wszystko – błędów, niepowodzeń, porażek. Jednocześnie jest jeszcze tutaj uważny portret drobnego półświatka – narkotyki, nielegalne walki, a w tle bieda, podniszczone i opuszczone fabryki. A w środku są ludzie, którzy muszą dokonywać wyborów, niełatwych zresztą – honor, uczciwość czy kasa i droga na skróty? Pytanie to pozostaje tak naprawdę do samego końca, a wnioski wyciągnijcie sami. Powoli tocząca się akcja i skupienie się przede wszystkich na psychologii bohaterów oraz ich motywacji, ale w paru miejscach napięcie idzie w górę (śmierć Rodneya czy ostateczna konfrontacja między Russellem i Harlanem), montaż sprytnie łączy sceny (polowanie na jelenia i walka) i to wszystko tworzy bardzo specyficzną mieszankę, gdzie emocje są bardzo istotne, ukryte gdzieś między spojrzeniem i słowami.

zrodzony2

Cooper nie tylko nie przynudza, ale też bardzo dobrze prowadzi aktorów. Największą uwagę przykuwa świetny Christian Bale, o którym można powiedzieć, że gra porządnego gościa, biorącego odpowiedzialność za swoje czyny (przez co traci kobietę swojego życia – nietypowa kreacja Zoe Saldany) samotnika, który musi wybrać między wolnością a wymierzeniem sprawiedliwości na własną rękę. Równie przekonujący jest Casey Affleck w roli młodszego, zagubionego brata naznaczonego wojenną traumą. Pełen gniewu, rozładowuje go w nielegalnych walkach (bardzo dobrze zrobionych), uważając je za jedyną szansę wyrwania się. Po drugiej stronie mamy niezawodnego Woody’ego Harrelsona (psychopatyczny Harlan DeGroat) i Willema Dafoe (gangster John Petty, próbujący być dla Rodneya jak ojciec) oraz trzymającego fason Sama Shepharda (wuj Gerald) i Forresta Whitakera (komendant Barnes).

zrodzony3

Gorzki, ponury i mroczny dramat trzymający za gardło. Wielu może wydawać się nudny i przegadany, ale warto dać mu szansę i jest spora szansa, że się przyjmie. Tak Amerykanie tworzą kino moralnego niepokoju.

7,5/10

Radosław Ostrowski