ZAZ – Effet miroir

effet-miroir-w-iext53587182

Podobno w Polsce muzyka francuska nie należy do zbyt popularnych. Ale od każdej reguły zawsze jest jakiś wyjątek i taki jest casus Isabelli Geffroy, znanej jak Zaz. Każdy jej album w Polsce osiągał status przynajmniej platyny, co świadczy raczej o sporej popularności. Czy tak też będzie ze studyjnym albumem numer 4? Wydaje mi się, że tak, ale po kolei.

Początek to wręcz wyciszona, grana tylko przez fortepian i smyczki „Demain c’est toi” . Oszczędny, ale piękny utwór, który nagle się kończy, zanim się zorientujecie. Zaskoczeniem za to było niemal ocierające się o dźwięki słonecznej Hiszpanii czy Karaibów singlowe „Que vendra”. Jest gitarka, trąbka i bębenki, co daje kopa. Ale to tak naprawdę dopiero początek, bo dalej nasza Francuzka idzie kompletnie w inne rewiry niż zazwyczaj. Tutaj ku mojemu zaskoczeniu, dominuje stylistyka retro: od niemal roztańczonego, pachnącego latami 80. „On s’en remet jamais” z metalicznym basem oraz żywszą, tnącą gitarą elektryczną w refrenie przez niemal klasyczny pop (wyciszony „Me souveniers de toi”) po rock’n’rolla z lat 60. („Toute ma vie” z cudnym Hammondem czy troszkę pobrudzone „Je parle”), a nawet bluesa („Resigne-moi” z nakręcającą się gitarą). I ten stylistyczny rozrzut to największa niespodzianka, jaką serwuje Zaz, opuszczając lekko jazzowe korzenie. Nie brakuje też nastrojowych ballad jak pianistyczny „Ma valse”, który staje się coraz intensywniejszy czy rytmicznego, niemal funkowego „Si c’etait a refaire”. Znalazło się też miejsce dla reggae (niezłe „Plume”), co też mnie zdziwiło. Jedynym dla mnie zgrzytem (może to złe, ale dziwnie to brzmiało) był niemal dyskotekowy „Pourquoi tu joues faux” i troszkę plastikowe „Nos vies” (ta perkusja drażni), jednak to są na szczęście drobiazgi.

Sama Zaz jest znakomita, choć czasami potrafi pędzić swoim wokalem bardzo szybko, jednak dominuje delikatność (w finałowej „Laponii” po prostu mówi, ale tak, że można się zanurzyć w tym głosie). Jej sam głos wystarczyłby do zwrócenia uwagi wszystkich słuchaczy oraz stanowi element spajający całość do jednego worka. Do tego mamy naprawdę solidne teksty w pięknym języku francuskim, by stworzyć najbardziej barwny album w dorobku Zaz. Nie wiem, jaka będzie następna płyta, ale jestem jej strasznie ciekawy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zaz – Sur la route (live 2015)

sur la route

Ta Francuzka od kilku lat zdobywa serca ludzi na całym świecie, nawet tych nieznających jej języka ojczystego. Do tej pory wydała trzy płyty studyjne oraz jedną koncertową. W zeszłym roku, po wydaniu płyty „Paris” ze szlagierami o tym mieście, Zaz ruszyła w trasę koncertową po całym świecie i wydając album będący zapisem tego wydarzenia.

Co znajdujemy na „Sur la route”? Od razu słychać, że jest to album live, bo udział publiczności jest mocno i wyraźnie odczuwalny. Słyszymy klaskanie, gwizdy oraz krzyki (a nawet wspólne śpiewanie), a mimo to dźwięk instrumentów jest czysty, przestrzenny. Rzuca się też w oczy troszkę inne aranżacja niż w wersjach płytowych, co zdecydowanie jest zaletą. „On ira” zaczyna się od poruszających wokaliz, a potem dołącza akordeon, gitara akustyczna, smyczki i perkusja. Skoczność zachowało „Le long de la route”, gdzie dołączyła harmonijka ustna, przez co czułem się troszkę jakbym słuchał przy ognisku. Do tego jeszcze te solówki trąbki, harmonijki oraz gitary od koniec – rewelacja. Podobnie jest w „Comme ci, comme ca”, które dostało wsparcie trąbek i przecudnej urody solówkę gitary pod koniec. Uwodzi też łagodnie jazzujące „Cette journee”, a „Eblouie par la nuit” zmieniło się w wyciszoną, liryczną balladę z organami w tle oraz reggae’ową gitarą czy wyciszone „Si”. „Si je perds” zaskakuje środkiem idącym w stronę mroku (przesterowana gitara, szybka gra fortepianu, mocne uderzenia perkusji).

Zaz potwierdza swoją klasę jako wokalistka – magnetyzuje swoją barwą głosu, improwizowanymi wokalizami, delikatnością zmieszaną z ekspresją. A na sam koniec dostajemy premierowy utwór – „Si jamais j’oublie”, który wywołał furorę na listach przebojów. Prosta (ale nie prostacka) piosenka na gitarę akustyczną, perkusję i klawisze czaruje swoimi dźwiękami oraz melancholijną aurą.

A jeśli wam będzie mało wrażeń, to do płyty CD jest dołączone koncertowe DVD, a im bardziej słucham, tym coraz bardziej podoba mi się dorobek Francuzki. I czekam na nową płytę, jakakolwiek ona będzie.

8/10

Radosław Ostrowski

ZAZ – Paris

Paris

Paryż – miasto, które jest tak znane dzięki zabytkom, turystom oraz… muzyce. Kolejną osoba, które chce nas przekonać o miłości do Paryża jest francuska wokalistka Zaz, która pochodzi z Bordeaux. Znana z dwóch dobrze przyjętych (także przeze mnie) płyt tym razem nagrała pierwszy w swojej karierze cover album.

Album ten składa się z utworów m.in. Maurice’a Chevalier, Edith Piaf, Joe Dassina czy Cole’a Portera, a za produkcję odpowiadał sam Quincy Jones. Nie brakuje tu typowej dla tej pani szybkiego grania z charakterystycznymi instrumentami tego kraju (akordeon i klarnet w „Paris sera toujours Paris”), ale przede wszystkim jest to album jazzowy. Wiec nie mogło zabraknąć tutaj fortepianu (lekko rapowany „Paris canaille” z rytmicznym kontrabasem oraz harmonijką ustną), ale są też skręty w stronę śpiewu a capella („A Paris” z męskimi wokalami) oraz bardziej ulicznego grania (gitara akustyczna, skrzypce), które jest znakiem rozpoznawczym Francuzki. Ale zdarza się usłyszeć bogatsze aranżacje (pachnące troszkę latami 60. nieśmiertelne „Champs Elysées” grane przez jazzband, z mocnymi dęciakami) czy bardziej stonowane (wyciszone „Sous le ciel de Paris” ze smutnym akordeonem oraz delikatną gitara akustyczną, które nabiera przyśpieszeniu). Jest w czym wybierać jak zawsze.

Ale po raz pierwszy pojawiają się duety  aż trzy: jazzowe „La Romance De Paris” z Nikki Yanofsky (dęciaki szaleją), zwiewne i lekkie „La romance de Paris” (pięknie jazzująca gitara) oraz nagrany z legendarnym Charlesem Aznavourem „J’aime Paris Au Mois De Mai”. I wszystkie są zrobione bez zarzutu.

Nie do końca jestem fanem cover albumów, ale muszę przyznać, że ten bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Zaz śpiewa bez zarzutu, pozwalając sobie na frazowanie i podśpiewywanie rożnych drobiazgów. „Paris” słucha się znakomicie. Nie wierzycie, to przekonajcie się sami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

 

ZAZ – Recto Verso

Recto_Verso

Mówi się, że trudno jest nagrać drugą płytę, które byłaby w stanie dorównać poziomem debiutowi. Czy w przypadku Francuzki ZAZ się udała ta sztuka?

Niby jesteśmy stylistycznie w tych samych klimatach, co przy debiucie, choć nie do końca i widać pewne nowe dźwięki i delikatną elektronikę, która mocniej daje o sobie znać. Czy to źle? Nie, bo całość nadal brzmi po prostu uroczo. Jednak jest tu większe zróżnicowanie, choć i nie zabrakło jazzowego zacięcie wsparte gitarą i skrzypcami („Oublie loulou”), skocznych i szybkich melodii („Comme si, comme sa”, „Toujours”), czy stonowanych ballad („Si” z fortepianem czy gitarowe „La lessive”). Ale jak wspomniałem więcej ma do powiedzenia elektronika  jak w singlowym „On ira”, idący w stronę melodii z wesołego miasteczka „J’ai tant escamote” czy „Gamine”), ale jest ona bardzo delikatna i ciepła. Więcej tutaj jest pogodnych i sympatycznych melodii, choć nie jest tu aż tak magicznie jak przy debiucie, który bardziej mi się podobał. Gdzieś od połowy zrobiło się trochę zbyt podobnie i na jedno kopyto.

Co do reszty, tu nie ma się czego przyczepić. Głos nadal jest przyciągający, francuski brzmi ładnie, zaś teksty trzymają poziom. Nie znaczy to, że jest to kompletnie nieudany materiał. „Retro Verso” jest zwyczajnie dobre, choć liczyłem na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski


ZAZ – ZAZ

Zaz

Z czym wam się kojarzy Francja? Ślimaki, wieża Eiffla, Asterix i Obelix, a ostatnio z gejami (dobra, to ostatnie może nie na miejscu). Ale zawsze Francja kojarzyła się też z muzyką francuską. W ostatnim czasie pojawiło się kilka francuskich wokalistek, które całkiem nieźle sobie radzą na świecie. Tak jak Isabelle Geffory, bardziej znana jako Zaz. Po raz pierwszy usłyszałem o niej w Trójce i zwróciła moją uwagę bezpretensjonalnością i urokiem. I dlatego sięgnąłem po jej płyty. Niedawno pojawiła się nowa, ale ja jednak zacznę od debiutu sprzed 3 lat, który osiągnął u nas status podwójnej platyny.

Album noszący prosty i uczciwy tytuł „ZAZ” zawiera 11 piosenek utrzymanych w szeroko pojętej muzyce pop. Ale nie ma tutaj elektroniki czy dyskotekowego bitu, który drażni uszy, a radiowcy mi wmawiają, że to dobre jest. Tu stawia się na żywe instrumenty, choć czasem odezwą się delikatnie klawisze, zaś brzmienie i tempo jest bardzo zróżnicowane. Więc będziemy porwani w jazz („Prends garde a ta lounge” z dęciakami), potem zwiedzimy folk, gdzie będzie czekać na nas gitara („Les passants”, „Port Coton”), czasem podkręcimy tempo w lekki blues („Ni oui ni non” z gitarą i smyczkiem na pierwszym planie czy swing jak w „Je veux”), a nawet jeśli pojawia się gitara elektryczna to robi za tło („J’aime a nouveau”), ale i tak najważniejsza jest gitara. Choć ustępuje ona miejsca innym instrumentom jak fortepian („Dans Ma Rue”).

Zaz ma bardzo delikatny i ciepły głos, choć czasem pozwala sobie na bardziej ekspresyjne momenty („Eblouie par la nuit”), zawsze jest jednak przekonująca i szczera. Także teksty, które choć dotykają odwiecznych tematów większości wokalistów, są napisane naprawdę dobrze i nie pozbawione odrobiny humoru.

Dlaczego ta kobieta zrobiła taką furorę na świecie? Posłuchajcie jej debiutu, a będziecie wiedzieli (a może i nie). Piękny album, który nie zanudza i potrafi parę razy zaskoczyć. Może po prostu mam słabość do śpiewających wokalistek?

8/10

Radosław Ostrowski