

Jest rok 1969. Cztery lata wcześniej wyszedł „Freak Out!” Franka Zappy – eksperymentalna płyta, której brzmienie było inspiracją dla wielu oraz podwaliną pod muzykę rocka progresywnego. Wiele zespołów wtedy zaczęło czerpać z tej konwencji. Jednym z pierwszych były m.in. Jethro Tull, King Crimson, Pink Floyd oraz pewna młoda kapela, tworzona przez pięciu młodych chłopaków: Jon Anderson (wokal i perkusja), Chris Square (bas), Peter Banks (gitara), Tony Kaye (klawisze i pianino) i Bill Bruford (bębny). Tak właśnie powstał zespół Yes, który działa w zasadzie do dnia dzisiejszego, choć z tego pierwotnego składu pozostało niewielu. I w czerwcu 1969 (parę miesięcy przed przełomem) wyszedł debiutancki album tej grupy noszący prosty tytuł „Yes”, który jeszcze mocno odbiegał od progresywnych brzmień.
Za produkcje odpowiada Paul Clay, który potem zniknął z pola widzenia muzyki. I z perspektywy lat jest to bardzo różnorodna mieszanka rocka, psychodelii i jazzu, składająca się w dużej części z cudzych piosenek (m.in. autorstwa duetu Lennon/McCartney czy Leonard Bernstein/Stephen Sodenheim). Jeszcze zespół nie wykształcił swojego stylu, ale stworzył dość ciekawą propozycję. Głównie tutaj popisuje się perkusja, która gra mocno i bardzo szybko. Ale tak naprawdę każdy z muzyków dał wiele od siebie, od organów Kaye’a („Harold Land” czy „Survival”), Bruford i Anderson na bębnach (praktycznie w każdym numerze, ale najmocniej we wstępie do „Every Little Thing” oraz kapitalnym „I See You”), Squaire na basie („Harold Land”), ale przede wszystkim gitara Banka, który potrafił z jednej zagrać naprawdę ostro („Every Little Thing” – rozbudowany cover Beatlesów, który jest bardzo dynamiczny), z drugiej bardziej delikatnie (bardzo liryczny „Yesterday and Today” oraz „Every Little Thing” Bitelsów).
I w zasadzie mógłbym przestać opowiadać o tym albumie, ale w 2003 roku Atlantic Records wydało zremasterowany album z dodatkową płytą. A na niej niepublikowanej wcześniej trzy utwory w dwóch różnych wersjach. Z czego dwa to single strony B z wydania brytyjskiego (bardzo jazzujące „Everyday” oraz „Something’s Coming” z fanastycznym intrem). „Dear Father” jest za to bardzo rozbudowaną i bardzo eleganckim utworem ze świetnymi chórkami.
Ale już wtedy pojawia się największy znak rozpoznawczy tego zespołu – charyzmatyczny i czarujący wokal Jona Andersona, który jest po prostu bardzo dobry i mimo upływu lat słucha się go ze sporą frajdą, razem z niegłupimi tekstami.
Debiut brzmi dość surowo i jeszcze nie przyniósł takiego przebicia jak „Close to the Edge” i nie odmienił tak bardzo muzyki jak debiut King Crimson czy Marillion, ale już wtedy zwrócił uwagę na ten zespół, który jeszcze miał zaskoczyć. Ale jeszcze nie teraz. I nie przy następnej płycie.
7,5/10
Radosław Ostrowski
