Reżyser, scenarzysta i producent filmowy.
Urodzony 3 marca 1945 roku w małym miasteczku Chinchillia w Australii. Syn greckich imigrantów (naprawdę nazywa się Miliotis), którzy uciekli w 1923 roku z Antiochii. Po ukończeniu szkoły średniej zapisał się na Uniwersytet Nowej Południowej Walii razem z bratem bliźniakiem Johnem na medycynę.
Po jej ukończeniu w 1971 pracował jako lekarz w St. Vincent’s Hospital w Melbourne. W tym samym roku zapisuje się na warsztaty filmowe organizowane przez uniwersytet w Melbourne. Tam zaprzyjaźnia się z Byronem Kennedym, z którym założył firmę producencką Kennedy Miller Production. I z zaoszczędzonych wspólnie pieniędzy udaje się zrealizować debiut, który otworzył mu furtkę na cały świat, czyli Mad Maxa (1979).
Od tej pory Miller rzadko, ale kręcił kino gatunkowe, zostając w pamięci przede wszystkim twórcą post-apokaliptycznego kina. Jednak zawsze potrafi zelektryzować publiczność oraz krytykę i warto czekać na każdy jego film.
Najczęściej Miller współpracuje z: producentem Dougiem Mitchellem oraz Byronem Kennedym (aż do śmierci w 1984), montażystą Richardem Francisem-Brucem i Margaret Sixel, kompozytorem Johnem Powellem i Brianem Mayem (nie mylić z gitarzystą Queen), a także z Melem Gibsonem.
Do tej pory filmowiec ma na koncie Oscara (i pięć nominacji), nominację do Złotego Globu, nagrodę BAFTA (i dwie nominacje), nominację do Złotego Lwa w Wenecji, siedem nominacji do Saturna i nominację od Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych.
Miejsce 8. – Mad Max pod Kopułą Gromu (1985) – 5/10
Trzecie spotkanie z Szalonym Gibsonem w roli wędrowca pustynnego. Tym razem Max Rochatansky trafia do miasta Bordertown, gdzie rządzi niejaka ciotka Enity (udany debiut Tiny Turner). Czuć bardziej klimat post-apokaliptyczny, jednak w połowie wszystko skręca ku ładnemu i grzecznemu kinu familijnemu. Nie o takiego Maxa tu chodziło. Końcówka strasznie nudna, mimo zdynamizowania akcji. Recenzja tutaj.
Miejsce 7. – Happy Feet: Tupot małych stóp II (2011) – 6,5/10
Sequel zaskakująco dobrze przyjętej animacji o tańczących pingwinach. Tym razem nasz Mambo ma rodzinę i zaczyna tracić kontakt ze swoim synem, dla którego idolem staje się kolorowy pingwin Eryk. Dodatkowo cała osada zostaje uwięziona przez bryłę lodu i tylko naszemu bohaterowi udaje się wyjść z tarapatów, ale trzeba odbić pobratymców. Film potwierdza tezę, ze sequele bez słów Mad Max w wykonaniu Millera nie powinny powstawać. Owszem całość wygląda ładnie, ale brakuje mocy i emocji poprzednika (swszelkie taneczno-piosenkowe fragmenty wycięto). Jedynie porządny dubbing oraz zabawny duet kryli ratuje przed porażką. Recenzja tutaj.
Miejsce 6. – Mad Max (1979) – 7/10
Dla wielu film-legenda, który stworzył ikonicznego bohatera i dla wielu tak niskie miejsce może doprowadzić do chęci wysłania mnie do krainy wiecznych łowów. Tutaj świat znajduje się na krawędzi zagłady i jeszcze jako tako funkcjonuje, ale sama postać Maxa (Mel Gibson) wpisuje się do panteonu popkultury. Surowa realizacja, brudny klimat, ale to dopiero rozgrzewka przed kolejnymi szalony zdarzeniami. Po prostu sequel przebił oryginał na łeb. Recenzja tutaj.
Miejsce 5. – Czarownice z Eastwick (1987) – 7,5/10
Ich trzy, on jeden. Gdy do małego miasteczka, przybywa diaboliczny Darryl Van Horn, wtedy w panie budzą się piekielne moce. Niby Miller to kręcił, ale realizacja bardzo przypomina kino Tima Burtona – tak samo groteskowe, rozbuchane, z imponującą scenografią i satyrycznym spojrzeniem na małomiasteczkową mentalność. Nadal imponują efekty specjalne, chociaż zakończenie i wolta przed finałem nie do końca dla mnie zrozumiała. Za to mamy świetną intrygę, demonicznego Jacka Nicholsona oraz apetyczne panie: Cher, Michelle Pfeiffer i Susan Sarandon. Żal przegapić. Recenzja tutaj.
Miejsce 4. – Olej Lorenza (1992) – 8/10
Poruszająca historia walki rodziców o lekarstwo dla ciężko chorego syna, chorującego na ALD. Zdani niemal tylko na siebie, szukają rozwiązania przeoczonego przez lekarzy. Klimat bywa miejscami mocno depresyjny (kompozycje Samuela Barbera w tle), a nadrabiane jest świetnymi rolami Susan Sarandon i Nicka Nolte, a także chłopca wcielającego się w Lorenza. Niemal kronikarski zapis, gdzie nie brakuje bólu, cierpienia, ale i determinacji i uporu. Recenzja tutaj.
Miejsce 3. – Happy Feet: Tupot małych stóp (2006) – 8/10
Nagrodzona Oscarem animacja z pingwinami. Bohaterem jest Mambo – przedstawiciel nielotów, co woli bardziej tańczyć niż śpiewać, za co zostaje wygnany z osady, szukając swojego miejsca na ziemi. Przypowieść o akceptacji, satyra na wymagających ślepego posłuszeństwa przywódców, wreszcie proekologiczne przesłanie. Wszystko to znakomicie sfotografowane, zatańczone i zaśpiewane. No i polski dubbing też jest dobry.
Miejsce 2. – Mad Max 2: Wojownik szos (1981) – 8/10
Max błąka się po pustyni, jadąc tylko przed siebie. Trafia na osadę, gdzie znajduje się najcenniejszy kruszec w upadłym świecie – ropa naftowa. Ale miejsce jest atakowane przez terroryzującą okolicę gang Hummongusa. Najbliżej tutaj do westernów, gdzie Max – niczym Clint Eastwood – jest przybyszem znikąd, który wbrew swojej woli decyduje się pomóc grupie mieszkańców dowieźć paliwo. Konsekwentnie budowany klimat, świetnie sfotografowane pościgi i sceny akcji dają masę satysfakcji, a Mel Gibson idealnie pasuje do tego bohatera. Sequel przebijający oryginał po całości. Recenzja tutaj.
Miejsce 1. – Mad Max: Na drodze gniewu (2015) – 9/10
Gdybym miał opisać nową część przygód Rochatansky’ego jednym słowem, byłby to: rozpierdol. Tym razem Max o twarzy małomównego Toma Hardy’ego zostaje wplatany w walkę między Wiecznym Joe, a Imperatorową Furiosą uciekającą z „żonami” Joego. Cały film to jeden, niemal ciągły galop, gdzie mamy bardzo krótkie retrospekcje, jeszcze szybszy montaż oraz pracę kamery, gdzie każda potyczka, cios, strzał wybrzmiewa na długo. Czego tu nie ma: facet z gitarą, co jest także miotaczem ognia, kult samochodów odpicowanych jak tylko się da. Wszystko zrobione po bożemu, bez nadmiernych popisów komputerowców, tylko kaskaderów i pirotechników, a adrenalina wchodzi do łba z prędkością światła. I co z tego, że scenariusz jest szczątkowy, skoro wizja reżysera oraz realizacja jest pierwszorzędna. Tak się robi kino akcji z prawdziwego zdarzenia. Recenzja tutaj.
Nieobejrzane:
Babe – świnka w mieście (1998)
Jak widać, Miller nadal potrafi zrealizować oszałamiające kino, co pokazuje numer jeden. Ale mam też dobre wieści. Reżyser już pracuje nad kolejną częścią „Mad Maxa” i znowu będzie go grał Tom Hardy (mam nadzieję, że tym razem pokaże trochę więcej niż ostatnio. Premiera „Mad Max: The Wasteland” na razie nie jest znana, ale warto czekać.
A jakie są wasze ulubione filmy Millera? Piszcie śmiało w komentarzach.
Radosław Ostrowski
