Charlotte Gainsbourg – Rest

Rest_%28Charlotte_Gainsbourg%29

Tą francuską aktorkę znam głównie z powodu… muzyki oraz wydanej 6 lat temu płyty “Stage Whisper”. Charlotte  miała pisane życie artystyczne, skoro była córką wokalisty Serge’a Gainsbourga oraz aktorki Jane Birkin. Długo trzeba było czekać na nowy, piąty album. Ale chyba było warto, choć prowokacyjny tytuł “Rest” może sugerować coś innego.

Tym razem za produkcję odpowiada niejaki SebastiAn – francuski muzyk i DJ, specjalizujący się w muzyce elektronicznej, współpracujący m.in. z Daft Punk, Kavinsky czy Woodkidem. I rzeczywiście obecność elektroniki, czerpiącej z dokonań nowofalowych twórców, mocno się odczuwa. Początek to niemal oniryczny “Ring-A-Ring O’Roses”, gdzie syntezator imituje przestrzennie grający klawesyn, w tle monotonnie uderza perkusja, co której potem dołączają smyczki. Francuskie zwrotki oraz angielski refren – niczym ogień i woda, ale to się nie gryzie, dając prawdziwy odlot w stylu Air. Dochodzi czasem do rozpędzenia tego wozu (mroczne, ale pełne ozdobników “Lying with You”), polania dziwacznymi eksperymentami w postaci obijającego się niczym echo dźwięku fortepianu na początku “Kate”, gdzie jest zgrany duet fortepian-smyczki czy pełnym nerwowego, elektronicznego tła oraz funkowego basu “Deadly Valentine”. Nawet klawesyn będzie się wydawał mocno surrealistyczny, pełniąc role wspierającą dla cymbałków w “I’m a Lie”, ale to ciekawie się zgrywa. Potem wchodzi tytułowy, bardzo rozmarzony utwór współtworzony przez Guy-Manuela de Homen-Christo, czyli jednej drugiej Daft Punk, a zaraz potem wskakuje taneczna “Sylvia Says” oraz wsparty przez samego Paula McCartneya (muzyka, słowa, perkusja, fortepian – wokalu nie stwierdzono) dziwacznie postrzelony “Songbird in a Cage” oraz mieszający nerwową gitarę elektryczną z akustyczną “Dans vos airs” czy pełnym mocnego bitu “Les Crocodiles” oraz epickiego dyskotekowego łamańca w postaci „Les oxalis”.

Muzycznie więc jest bogato, ze skrętem w kierunku brzmień z lat 70. oraz 80. Gainsbourg nie jest może jakąś technicznie uzdolnioną wokalistką, bardziej szepcząc czy melorecytując, ale ma w sobie coś takiego, że trudno oderwać uszy. Moze to zasługa języka francuskiego, delikatnego frazowania czy spokoju w głosie – nie wiem, ale ja chcę więcej. Mam nadzieję, że po “Rest” artystka nie zrobi sobie długiej przerwy. Bo jest na co czekać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Jazz Band Młynarski-Masecki – Noc w wielkim mieście

noc-w-wielkim-miescie-b-iext51843068

Jazz w Polsce ma bardzo długie tradycje, o czym pamięta niewielu. I do tej, przedwojennej tradycji, postanowił sięgnąć jazz band kierowany przez pianistę Marcina Maseckiego oraz wokalistę Jana Młynarskiego, który postanowił sięgnąć po mniej znane przeboje z lat 20. i 30., poddać jej innym aranżacjom oraz wydać na płycie.

Pierwsze, co rzuca się w uszy to brzmienie. Dźwięki każdego instrument, od fortepianu przez dęciaki (głównie saksofony), zachowują klimat dawnej epoki. Zupełnie jakby ktoś wygrzebał nagrania z ocalałych vinyli, zrekonstruował je oraz puścił, jakby nigdy nic. A wszystko tak zwiewne, eleganckie oraz fantastycznie zagrane. A wiecie jak trudno było osiągnąć taki efekt? Muzycy dostają w każdym utworze spore pole do popisu (głównie Masecki), zaś wokal pojawia się bardzo rzadko, puentując bardzo dowcipne teksty. Zarówno żywiołowy “How Do You Do Mr. Brown?, jak I bardziej spokojny (chociaż pod koniec przyspieszający) “Czy Ty wiesz, Mała Miss?” pokazują wszelkie predyspozycje bandu. A im dalej, tym ciekawiej: nerwowa gra fortepianu na początku “Czarnej kawy”, przechodząca w bardziej delikatne tony przez niemal “tańczące” saksofony, rozpędzony i zabarwiony orientalnymi dźwiękami “Abduł Bey”, bardzo romantyczny “Kącik marzeń” oraz “New York Baby”. A jeśli dodamy do tego cudnego “Nikodema” z cudownym refrenem oraz “strzelającą” perkusję w środku, bardziej spokojny walczyk “Jadzia”, to mamy piękny zestaw.

Młynarski może wokalnie nie pojawia się długo, ale jego głos idealnie pasuje oraz imituje wokal z tamtej epoki. Jest trochę nonszalancki, ale jednocześnie romantyczny, delikatny. I to dziwne połączenie retro doprowadza do prawdziwej ekscytacji. Jestem absolutnie pewny, że na sylwestrową noc sprawdzi się świetnie.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Piotr Bukartyk – Ja, wolny człowiek. Z czwartku na piątek vol. 2

BukartykJaWolnyCzlowiek

Wszyscy fani radiowej Trójki znają Piotra Bukartyka – młodego duchem muzyka, zapraszanego w piątkowe poranki z gitarą, gdzie prezentuje swój nowy utwór, odnoszący się do obecnych wydarzeń. I właśnie zbiór kilkunastu wybranych piosenek z tego bloku zostało wydanych na najnowszej płycie tego gitarzysty, wokalisty oraz kompozytora. I to po raz drugi w jego dorobku.

Wszystko jest zdominowane przez akustyczne gitary Bukartyka oraz Krzysztofa Kawałki, dodając czasem żwawego tempa (“Przed premierą”), czasem dopełniając bardziej ekspresyjne wejścia wokalu (“Ja, wolny człowiek”), pozwala sobie na chwilę spokoju (“W srodku miasta”, “Rząd nie ciąża”). można powiedzieć, ze jest to trochę grane na jedno kopyto, lecz niektóre solówki potrafią ubarwić podobne tempo całości. Ale siła Bukartyka zawsze były teksty, niepozbawione ironii oraz bardzo wnikliwego spojrzenia. Zarówno pośrednio dotykając obecnej sytuacji politycznej (“Trudno wytłumaczyć”), rozczarowaniem polityką (“Ci czy ci”), pokazując nasze społeczeństwo w krzywym zwierciadle (“Independens dej” czy “Miasto Kostrzyń”), ale też przestrzega, że “W życiu trzeba być czujnym”. Jednocześnie złośliwie pokazuje działalność propagandową (“Tu w San Escobar”), ale też potrafi poruszyć dramatycznym “W środku miasta”.

Sam Bukartyk jakimś wielkim wokalistą nigdy nie był, ale zawsze dawał radę. Nie inaczej jest tutaj, gdzie swoim głosem dodaje emocjonalnej siły poszczególnym utworom. W połączeniu z bardzo trafnymi tekstami, pełnymi (czasami gorzkiego) humoru oraz zaskakująco trafnej obserwacji. Prawdziwa bomba.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Lunatic Soul – Fractured

Fractured

Solowy project Mariusza Dudy, czyli jednego z najbardziej wyrazistych postaci polskiej sceny progresywnej. Po ostatnich dokonaniach macierzystego Riverside oraz powołanej supergrupy Meller Gołyźniak Duda, basista oraz wokalista wraca ze swoim samodzielnym przedsięwzięciem, mieszającym progrockowe dźwięki z ambientem. Tym razem będzie osiem utworów. A jak jakościowo?

Początek to dziwacznie przemielony odgłos paszczy z elektroniką w “Blood on the Tightrope”, do którego dołączają bardzo mroczne pomruki, bardzo szybkie uderzenia perkusji, oniryczny fortepian oraz rozpędzone gitary (pod koniec niemal żywcem wzięte z Riverside). A jednocześnie mimo dużej ilości mroku, pozostaje to bardzo melodyjnym oraz chwytliwym numerem, co jest także zasługą falowo przychodzących instrumentów. Równie w tym kierunku podąża pulsujący ambientem “Anymore” wybrany na pierwszego singla. O dziwo więcej miejsca ma tutaj gitara akustyczna, co czuć zarówno w niepokojącym, troszkę przypominającym Mike’a Oldfielda “Crumbling Teeth and the Owl Eyes” oraz najdłuższym – ponad 12-minutowym “A Thousand Shards of Heaven”, gdzie jeszcze mamy przepięknie grające w tle smyczki oraz trip-hopowy środek z saksofonem. Bardziej przestrzenne, wręcz nowofalowe “Red Light Escape” potrafi utrzymać w poczuciu niepokoju, potęgowanym przez pulsujący sygnał w tle oraz solo saksofonu. Tytułowy utwór miesza elektroniczne pasaże, rytmiczną perkusję z ostrymi riffami oraz przestrzennym, nasilającym się wokalem. Bardziej agresywny jest “Battlefield”, gdzie od początku jesteśmy atakowani minimalistyczną perkusją oraz przemieloną gitarą elektryczną, które coraz bardziej nabierają intensywności. Zaś finałowe “Moving On” mogliby stworzyć Depeche Mode gdzieś na początku lat 90.

Duda konsekwentnie śpiewa po angielsku i jest znacznie bardziej delikatny, refleksyjny niż w swojej macierzystej kompanii. I to działa do tych bardzo rozbudowanych kompozycji, pełnych różnych dźwięków, progresywnych zmian tempa oraz bardzo niepokojącego klimatu. “Fractured” bardzo mocno pokazuje, że Lunatic Soul trzyma się dobrze i coraz bardziej magnetyzuje, chociaż sam ambient pojawia się rzadziej niż ostatnio. Ale mimo to pozostaje w pamięci na długo.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

a-ha – MTV Unplugged – Summer Solstice

A-ha_MTV_Unplugged_Summer_Solstice

To sympatyczne trio z Norwegii próbowało (po raz drugi) zakończyć działalność, lecz ciągnie wilka do studia. Po wydanym dwa lata temu “Cast in Steel” tym razem grupa wydała album z serii MTV Unplugged. Jak sama nazwa wskazuje jest to akustyczny koncert, który został zarejestrowany w The Harbour Hall przy Ocean Sound Recording na wyspie Giske 22 i 23 czerwca 2017.

Muzykom towarzyszy mały zespół wykorzystujący smyczki, fortepian, perkusjonalia oraz saksofon. Najbardziej zaskakuje fakt, ze na początek dostajemy… premierowy utwór “This Is Our Home”. Piękna, bardzo delikatna piosenka z chwytliwą melodią grana na fortepian, później na klawesynie. I robi się wtedy tak spokojnie, sielsko, wręcz bajecznie.. I co najważniejsze, słychać publiczność, nie tylko podczas klaskania. Dalej jest jeszcze jeden nowy utwór (a co chłopaki mają sobie żałować), czyli “A Break in the Clouds” z większym udziałem gitar pojawiające się w dalszej części. Po drodze spotkamy się z masa niezapomnianych hitów jak pięknie wzbogacone smyczkami “Lifelines” (chociaż wolę te z oryginałem) oraz śpiewanym wręcz a capella refrenem, cudne “Foot on the Mountains” ze zgrabnym chórkiem w środku, czy pojawiające się na finał nieśmiertelne “Take On Me” w zupełnie zaskakującej aranżacji.

Pojawiają się też utwory troszkę mniej znane od wyżej wymienionych hitów. Takimi mniej znanymi (przynajmniej mnie) były autocover “Sox of the Fox” z marszową perkusją i fletami w środku, pełne gitar szybkie “Over the Treetops”, bardziej mroczne “Forever Not Yours”, mimo wykorzystaniu dzwonków, delikatne niczym podmuch wiatru “Living a Boys Adventure Tale” czy “Manhattan Skyline”.

Największymi niespodziankami są za to zaproszeni goście. Najpierw pojawia się Lissie w “I’ve Been Losing You”, ładnie się uzupełniając z Mortenem Harketem, by weszła ciepła Ingrid Helene Havik w bajecznie zaaranżowanym “The Sun Always Shines on TV”, zabarwionym melancholia (pianino, dzwonki, klawesyn), ale największe wrażenie zrobił swoim szorstkim głosem Ian McCulloch (frontman zespołu Echo & the Bunnymen) a “Scoroudel Day” i “The Killing Moon” oraz Allison Moyet w “Summer Moved On”. A sam Morten jest w wysokiej dyspozycji wokalnej, nadal zachowując swój urok. Same aranżacje bardzo zaskakują swoim tempem, melodyką oraz instrumentami.

Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony świetną formą Norwegów, więc może będzie jakiś nowy materiał? Nie obraziłbym się.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Seal – Standards

standards-pl-b-iext51397784

Trudno jest przejść obojętnie wobec tego brytyjskiego soulmana, posiadającego jeden z mocniejszych głosów w szeroko rozumianej muzyce pop. Ale ostatnie lata w jego karierze są raczej okresem chudym, przynajmniej z punktu widzenia sprzedaży. Teraz wokalista postanowił nagrać trzeci album z coverami. Po mierzeniu się z klasyką soulu, tym razem oddaje hołd takim klasykom jak Frank Sinatra, Ella Fitzgerald czy Nina Simone. Ale skoro wydawnictwo nazywa się “Standards”, spodziewaliście się czegoś innego?

Tym razem producencko zamiast Trevora Horna mamy Nicka Patricka, który współpracował m.in. z Tiną Turner i Marvinem Gayem. Czyli jest bardzo staroświecko, pozornie z większą energią (pełen “strzałów” dęciaków na początku “Luck By a Lady”) oraz udziałem orkiestry. Problem w tym, że nasz wokalista troszkę idzie na łatwiznę wybierając już ograne do cna utwory jak “Autumn Leaves”, “Smile” czy “I’ve Got You Under My Skin”, pozbawiając ich jakichkolwiek dodatkowych atutów, poza pojedynczymi detalami oraz muzyków. Melancholijny wstęp smyczków w “Autumn Leaves”, agresywniejsze solo trąbki w “I Put a Spell on You”, swingujące dęciaki w “They Can’t Take That Away From Me”, cudne dzwoneczki z chórkiem w “Anyone Who Knows What Love Is”,akustyczna bossanova “Love for Sale” (troszkę przypominająca… “You Only Live Twice” Nancy Sinatry, przynajmniej na początku) czy delikatny fortepiano z kontrabasem w “My Funny Valentine”. Na mnie jednak największe wrażenie robi “I’m Beginning to See the Light”, gdzie wokalistę wsparło (jako chórek) retro trio The Puppini Sisters.

A jak radzi sobie sam gospodarz? Jest bardziej delikatny, romantyczny oraz mniej ekspresyjny niż zwykle. I tutaj leży leży moim zdaniem pies pogrzebany, boa ż chciałoby się częściej usłyszeć ten mocarny wokal, nadający prawdziwej energii. Najbardziej się sprawdza w bardziej melancholijnych utworach jak “Autumn Leaves” czy kończące całość “It Was a Very Good Year”.

Tylko, że po Sealu liczyłem na coś więcej, bo stać na prawdziwy ogień. Warto wspomnieć, że w wersji deluxe są dodatkowe 3 utwory w tym nieśmiertelne “Let It Snow, Let It Snow, Let It Snow” (zgrabnie wpleciono fragment “Jingle Bells”), ale to niewiele pomaga. To niezła płyta, sprawdzająca się jako świąteczny prezent, lecz nie będziecie wracać do niej zbyt chętnie.

6/10

Radosław Ostrowski

Gregory Porter – Nat King Cole & Me

Gregory_Porter__Nat

Jeśli szukalibyście jakiegoś albumu na Święta, najlepiej dać jakiś album ze standardami klasycznego popu z lat 40. i 50. Właśnie w tym kierunku poszedł posiadacz największej ilości kapeluszy wśród jazzmanów – Gregory Porter. Na swojej piatej płycie postanowił oddać hołd swojemu idolowi, czyli legendarnemu klasykowi, Nat King Cole’a.

Wokalistę wsparł mały zespół oraz orkiestra, dodając bardzo klasycznego uroku słuchania płyty niemal żywcem wziętej sprzed 50 lat. Wybijają się płynnie grające smyczki, pojawiające się w tle flety, harfa czy dęciaki. Czasami to daje utworowi rozmachu (“Mona Lisa” z wyciszonymi zwrotkami czy wręcz mocarny początek “Miss Otis Regrets”), bardziej refleksyjnego charakteru (dość skromne “Smile” z harfą oraz trąbeczkę na początku czy “Nature Boy” z przepiękną partią skrzypiec), ale pojawiają się też utwory brzmiące bardziej kameralnie (szybki “L-OV-E” z sekcją rytmiczną, fortepianem oraz trąbkę grana przez samego Terence’a Blancharda czy zmysłowy “Quezas, Quezas, Quezas” oparty na fletach, zmieniający w połowie skalę uderzenia). Niby nie jest to niczym zaskakującym, ale zarówno aranżacje, jak przede wszystkim bardzo ciepły wokal Portera czynią ten materiał lekką, bezpretensjonalną zabawą. Jest to mały, muzyczny wehikuł czasu, pozwalający się cofnąć 60 lat wstecz, tworząc bardziej eleganckie, choć nie pozbawione odrobiny fantazji i wigoru (“Ballerina”).

“Nat King Cole & Me” to solidna, przyjemna płyta dla osób, które chcą poznać dorobek Cole’a. wersja deluxe zawiera jeszcze dodatkowe cztery utwory w tym “The Christmas Song”.  Ładna muzyka, zrobiona ze smakiem, szacunkiem oraz na dobrym poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Cigarettes After Sex – Cigarettes After Sex

Cigarettes_After_Sex_%28album%29

Drugi debiut jaki w tym roku namieszał pochodzi z El Paso, powstał w 2008 roku i wydał wcześniej EP-kę. Ale dopiero teraz (po drobnych roszadach personalnych) kwartet pod wodzą Grega Gonzaleza (wokal, gitary elektryczna, akustyczna oraz basowa). Wspierają go także perkusista Jacob Tomsky, basista Randall Miller i klawiszowiec Philipp Tubbs. To ten skład nagrał debiut formacji, nazwany po prostu “Cigarettes After Sex”.

Brzmieniowo ociera się o lekko psychodeliczne (bardziej pasowałoby senno-melancholijne) brzmienie oparte na instrumentach (głównie gitarach) brzmiących niczym echo dobijające się zewsząd, tworząc miejscami mroczny, miejscami wręcz oniryczny klimat. Można odnieść wręcz wrażenie, że utwory zlewają się w jedną całość. Bo jak odróżnić otwierający całość “K.” z singlowym “Sweet”? Czasem pojawi się lekko ambientowe tło a’la David Lynch (“Each Time You Fall in Love”), troszkę inaczej zagra perkusja (bardzo lepkie od mroku “Flash”), ale bas brzmiący niczym kontrabas zawsze gra tak samo. Niemniej to wszystko tworzy bardzo spójny, klimatyczny materiał z ogromnym potencjałem na podbój radiowych stacji.

Ale największym zaskoczeniem jest głos Gonzaleza. Byłem kompletnie przekonany, że to kobieta śpiewa te wszystkie utwory swoim delikatnym, zmysłowym wokalem. Jak widać, nie miałem i ciągle się zastanawiam, jak Gonzalez to robi. Nie zmienia to faktu, ze to zaskakująco spójne, konsekwentnie budujące klimat dzieło, które wrzuciłby do swojego filmu sam David Lynch lub jego naśladowca. Piękna, mroczna, melancholijna muzyka dla wrażliwych.

8/10

Radosław Ostrowski

Greta Van Fleet – From the Fires

fromthefires

Aż trudno uwierzyć, że dopiero teraz wychodzi album (za duże słowo, raczej podwójna EP-ka) zespołu działającego od 5 lat. Greta Van Fllet pochodzi z Michigan I tworzą ją bracia Kiszka – dziwnie polsko brzmiące nazwisko – : Josh (wokalista), Sam (gitara basowa) i Jake (gitara elektryczna) oraz perkusista Danny Wagner. Czemu mi trudno uwierzyć? Bo brzmią tak, jakby grali co najmniej 35 lat.

Gdy usłyszałem wybrany na singla “Highway Tune”, miałem jedną myśl: ktoś reaktywował Led Zeppelin, którzy zostali zamrożeni, olali współczesne trendy, a Josh ma głos niemal żywcem przypominający Roberta Planta. Początek jest soczysty i ognisty, ale czy może być inaczej, jeśli utwór jest o safari? Siarczyste riffy, mocne perkusyjne ciosy oraz charyzmatyczny wokal plus chwytliwa melodia. Pozornie spokojniejszy jest “Edge of Darkness”, ale nadal jest ostro, wręcz grunge’owo (finał jest prawdziwą miazgą). Spokój daje bardziej folkowy “Flower Power” z delikatnymi gitarami oraz nieśmiertelnym Hammondem w tle, pod koniec serwując ostre riffy oraz wolniejszy “A Change Is Gonna Come”, kończący się klawiszami. Średnie tempo utrzymuje także “Meet on the Ledge”, by przyspieszyć w czysto hippisowskim “Talk On The Street”, tylko bardziej podrasowanym dźwiękiem.

Niby niewiele tych piosenek, ale czuć ducha dawnych brzmień z lat 60. i 70. Ja wiem, ze jest już wielu czerpiących mocno z tego stylu jak Scorpion Child, Blues Pills czy Rival Sons, ale czy to oznacza, że Greta Van Fleet jest słaba? Absolutnie nie. Nadal miesza stare brzmienie z nową produkcją, a żaden inny wokalista nie był tak blisko Roberta Planta (i w ogóle tego hipisowskiego stylu) jak John Kiszka. I czekam na longplaya oraz kolejne płyty.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Angus & Julia Stone – Snow

SnowAngusAndJuliaStone

 Śniegu nie ma, ale to nie znaczy, że nie można sięgnąć po album z białym puchem w tytule. Odpowiadają za nią rodzeństwo Angus I Julia Stone z Australii, którzy także wyprodukowali cały materiał, trzymając się kierunku folk-rockowego.

“Snow” mocno czerpie z tego, co już robił duet, jednocześnie idąc w bardziej przystępnej formie. Stąd mamy gitarowo-elektroniczny utwór tytułowy, inspirowany dokonaniami z lat 80. (synthpopowa perkusja). Dalej jest to podtrzymywane przez bardziej dynamiczne “Oakwood”, pełne gitar oraz metalicznego basu. Bardziej stonowane, chociaż równie taneczne jest singlowe “Chateau”, pełne dźwiękowych plumkań, podobnie bardziej melancholijne “Cellar Door” oraz zabarwione fortepianem z szumiącym tłem “Sleep Alone”, gdzie jeszcze jest… śmiesznie zniekształcony głos, jakby śpiewał Alvin, co strasznie psuje efekt. Za to zaskoczenie jest delikatnie plumkające “Make It Out Alive”, będące przyjemną odskocznią I tworzącą wręcz… świąteczny klimat. A potem wchodzi rozkręcający się “Who Do You Think You Are” z bardzo ciepła melodią wygrywaną przez klawisze, gitarę oraz perkusję, by wyciszyć się w delikatnym “Nothing Else” oraz ciepłym, troszkę nostalgicznym “My House Your House”, pod koniec mającym dużego kopa. Odrobina (tylko odrobina) psychodelii towarzyszy w utrzymującym średnie tempo “Bloodhound” oraz pełnego szorstkich, pulsujących klawiszy “Baudelaire’a”, by na koniec dostać pełnego ciepła “Sylvestra Stallone’a”.

Rodzeństwo śpiewa na zasadzie kontrastu: delikatny, wręcz dziecięcy wokal Julii kontrastuje z mocnym Angusem, co bardzo dobrze współgra ze sobą. “Snow” jest bardzo delikatny, ciepły I najlepiej sprawdziłby się do jakiegoś wolnego tańca. Wielu może odrzucić na początku, ale z każdym odsłuchem jest tylko lepiej.

7/10

Radosław Ostrowski