Logan Lucky

Poznajcie braci Logan, którzy mieszkają w jakimś wygwizdowie gdzieś w Zachodniej Wirginii. I nie są oni spokrewnieni z TYM Logan aka Wolverine. Jimmy pracuje jako górnik w robotach fizycznych, kuleje na jedną nogę oraz próbuje utrzymać kontakt z córką, którą wychowuje jego była żona. Poza tym został zwolniony z pracy.  Z kolei Clyde walczył na wojnie, co przyniosło mu stratę dłoni i obecnie pracuje jako barman w knajpie. Dodatkowo ich cała rodzina jest „naznaczona” klątwą. Ale w końcu Jimmy ma plan na poprawę sytuacji – skok na tor wyścigowy NASCAR. Trzeba tylko zebrać zespół i zrealizować każdy element układanki.

lucky_logan1

Pamiętacie, jak Steven Soderbergh pięć lat temu się zarzekał, że nie nakręci więcej filmów i skupi się na pracy dla telewizji? Skłamał albo po prostu nie wytrzymał i musiał wrócić. „Lucky Logan” wydaje się takim typowym heist movie, gdzie mamy grupę ludzi przygotowujących duży skok na wielką kasę. Czuć tutaj mocno ducha „Ocean’s Eleven”, co jest na pewno zasługą pewnej i stylowej realizacji oraz eleganckiej muzyki jakby żywcem wziętej z lat 60. i 70. Z nieśmiertelnym Johnem Denverem oraz Credence Clearwater Revival na czele. Ale reżyser jest troszkę za sprytny, by skupić się tylko na kryminalne intrydze. Bo próbuje się skupić także na pokazaniu życia na prowincji oraz portrecie bohaterów, których marzenia nigdy nie miały zostać spełnione. Pozornie takie scenki poboczne (konkurs na Mała Miss Virginii, spotkania z córką czy wyścig NASCAR) mogą wydawać się odciągające od całej intrygi. Jednak to wszystko jest bardzo sprawnie poprowadzoną układanką, gdzie każdy detal ma znaczenie.

lucky_logan2

Jestem pod dużym wrażeniem pracy kamery – pozornie statycznej, opartej na długich kadrach oraz bardzo dobrym montażu, podbijającego rytm całych wydarzeń. Klimatyczna muzyka współgra idealnie ze sposobem realizacji, jakby żywcem wziętej z lat 70. Nie mogło zabraknąć pewnych drobnych komplikacji, finałowej wolty pokazującej skąd dochodzi do zmiany, bez zgrzytu, fałszu, ale za to z humorem (bomba czy bunt w więzieniu oraz reakcje naczelnika – perełki) czy nawet wzruszeniem (występ córeczki podczas konkursu).

lucky_logan3

Za to Soderbergh ma dobrą rękę do obsady, która daje z siebie wiele. Kolejny raz zaskakuje Channing Tatum (może to zasługa tej brody) jako Jimmy – prosty facet z dobrym sercem, zmuszony do przejścia na ciemną stronę życia. Trudno nie polubić takiego prostego faceta. Partneruje mu Adam Driver jako brat i czuć chemię oraz silne więzi między nimi. I jeszcze ten akcent, co brzmi cudnie. Ale i tak film bezczelnie kradnie Daniel Craig jako spec od eksplozji Joe Bang. Sam widok aktora w tlenionych włosach, lekko przypakowany i mający dużo luzu wobec całej reszty daje ogromną frajdę. Nawet drobne epizody Katherine Waterston (lekarka), Sebastiana Stana (kierowca rajdowy)  czy Hilary Swank (agentka FBI) są małymi wisienkami na torcie.

lucky_logan4

Czy „Lucky Logan” może mierzyć się z „Ocean’s Eleven” oraz jego sequelami? Myślę, że tak. To najbardziej komercyjny film Soderbergha jaki widziałem, ale jednocześnie posiadający jego własny styl wizualny. Inteligentnie poprowadzony, wodzący za nos daje nie tylko świetną rozrywkę, ale i pokazuje troszkę inne oblicze Ameryki.

8/10

Radosław Ostrowski

I tak cię kocham

Chicago to małe miasto, gdzie jakoś trwa życie i to tutaj przyszło żyć niejakiemu Kumailowi. To młody chłopak z Pakistanu, która za dnia pracuje dla Ubera, a wieczorami występuje jako komik. Jest w tym nawet niezły, chociaż żyje w cieniu rodziny trzymającej się tradycji: aranżowane małżeństwa, modlitwy do Allaha. Wtedy na jego drodze pojawia się Emily – młoda, śliczna, ale biała kobieta. Tylko jak się odnaleźć w tym wszystkim. Ostatecznie dochodzi do rozstania, a dziewczyna trafia do szpitala.

i_tak_cie_kocham1

Ten opis, jak i zwiastuny mogły sugerować, że dzieło Michaela Showaltera byłoby remakiem „Ja cię kocham, a ty śpisz”. Nie jest to też – co sugerowałoby polskie tłumaczenie – banalna, naiwna i głupiutka komedia romantyczna. Twórcy serwują takie słodko-gorzkie spojrzenie na świat (i to lubię), gdzie humor miesza się z dramatem. Dodatkowym smaczkiem jest tutaj zderzenie dwóch kultur: amerykańskiej oraz islamskiej, z jednym małym detalem. Rodzina Kumala trzyma się tradycji, ale nie są to religijny fanatycy ani fundamentaliści. A całość jest polana lekkim, komediowym sosem, co nie osłabia bardziej dramatycznych fragmentów. Niby jest to film o miłości, ale dla mnie to opowieść o dojrzewaniu do odpowiedzialności oraz odnalezieniu swojej własnej tożsamości i życiowej drogi. Chociaż pozornie akceptacja od dziewczyny (oraz przyszłych teściów) oraz spełnienie oczekiwań rodziców wydaje się nie do pogodzenia. I te bardziej dramatyczne wydarzenia (niemal połowa filmu) nie jest pozbawiona emocjonalnego kopa aż do finału (w żadnym wypadku nie przesłodzonego). Po drodze będzie wiele faków, wnikliwej obserwacji świata, związków oraz byciu prawdziwym sobą.

i_tak_cie_kocham2

Ta miejscami gorzka, miejscami poważna i zabawna komedia nie miałaby siły ognia, gdyby nie świetne aktorstwo. Nie jestem w stanie wyrazić pełnego zachwytu nad Kumailem Naijanim (film jest oparty na jego własnych doświadczeniach) w pełni oddając jego strach przed odrzuceniem, lawirowanie oraz próbę usamodzielnienia się. To wszystko jest wygrane bez cienia fałszu, a sceny stand-upowe brzmią tak naturalnie. Partneruje mu Zoe Kazan (którą uwielbiam od lat), która w środku filmu jest ograniczona do leżenia, mocno zapada się w pamięć jako lekko postrzelona kobieta z paroma przejściami. Też boi się zranienia (ostra scena rozstania) i szuka związku, chociaż mówi co innego. Ale i tak film kradnie bezczelnie niezawodna oraz charakterna Holly Hunter (matka Emily) w duecie z wycofanym Rayem Romano, tworząc prawdziwą hekatombę.

i_tak_cie_kocham3

„I tak cię kocham” nie jest stricte filmem walentynkowym, gdzie jest od cholery słodzenia, happy endu oraz życia długo i szczęśliwie. Daje wiele poważnych refleksji, wnosi wiele lekkiego humoru oraz zgrabnie miesza romans, komedię z dramatem. Ładny ten związek wyszedł.

i_tak_cie_kocham4

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bar

Madryt, zwykły bar, gdzie ludzie wchodzą i wychodzą, coś zamawiają, jedzą, piją. I tutaj trafia grupka naszych bohaterów, którzy przyszli na chwilkę, by zjeść, zapłacić i wyjść. Ale co zrobić, kiedy wyjście jednego z klientów kończy się strzałem w głowę? A jak przyjdziesz mu z pomocą, to oberwiesz? Ulica nagle pustoszeje, a klienci oraz obsługa czuje się przerażona. Co teraz?

el_bar1

Alex de la Iglesia robi thriller, który pozornie wydaje się jednym z wielu opartym na pomyśle zamkniętej przestrzeni oraz coraz bardziej widocznego obłędu. I znowu pytanie: co zrobisz by przetrwać? Wzajemne podejrzenia, próba rozgryzienia co jest grane, nieufność, paranoja, brak kontaktu z otoczeniem. A kogo tutaj nie mamy: emerytowany gliniarz, dziewczyna umówiona na randkę, obłąkany menel, pracownik firmy reklamowej, hazardzistka oraz sprzedawca bielizny. Wszystko to jeszcze polane groteskowym sosem, dającym przykład zdrowo pokręconego poczucia humoru. Muzyka jeszcze bardziej podkręca poczucie niepokoju oraz nieufności. Nie brakuje strzałów, przerażenia, bójek, wrzasków oraz… śmierdzącego kanału, gdzie ludzie będą walczyć ze sobą. Całość ogląda się naprawdę nieźle, chociaż wnioski wyciągane przez reżysera nie są odkrywcze: człowiek człowiekowi wilkiem, wspólne działanie daje efekty itp. Można się przyczepić ostatnich 20-30 minut, gdy jesteśmy w ściekach, a całość zmierza w kierunku survivalowego klimatu.

el_bar2

Wszystko staje się wtedy bardziej mroczne, brutalniejsze i czuć stawkę tej gry. Tylko, ze rozegranie tego ostatniego aktu ze szczepionką oraz walką (bo jest o jedną za mało) z ucieczką, rozwiązaniem z deus ex machina (nie powiem co – sami się przekonacie). Do tego mamy bardzo wyraziste postacie, dające mocne charaktery, zagrane przez nieznanych aktorów. Początkowo wydaje się, kim kto jest, ale z czasem wszystko nabiera barw, warstw oraz oblicz. Od opanowania przez nerwowość i strach do obłędu, szaleństwa i morderstwa.

el_bar3

To wszystko podbija ten wariacki styl. „El bar” ma czasem nierówne tempo, końcówka mocno przegięta i przerysowana, a czasem poczucie humoru nie trafi do wszystkich. Niemniej jest to smakowita pozycja dla fanów kina klasy B.

6/10

Radosław Ostrowski

Zaginione miasto Z

Jest rok 1906. Wielka Brytania nadal jest potężnym imperium, posiadającym multum kolonii, armię itp. Ale tak naprawdę tutaj liczy się tylko jedna postać – major Percy Fawcett. Wojskowy z dużym doświadczeniem, lecz bez żadnych odznaczeń oraz sławy. Ale dostaje szansę od Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, które prosi go o pomoc w sprawie zażegnania konfliktu między Brazylią a Boliwią. A dokładniej o odmierzeniu granicy, znajdującej się na rzece Amazonce. Trzeba znaleźć jej źródło. Ale podczas tej wyprawy major znajduje ślady dawnej cywilizacji.

zaginione_miasto_z1

James Gray to filmowiec w gruncie rzeczy niszowy, próbujący iść własną ścieżką niż bezsensownie kopiować gatunkowe klisze. I dla wielu hasło kino przygodowe będzie kojarzyć się z mutacją Indiany Jonesa, gdzie akcja zasuwa na złamanie karku, będą jakieś łamigłówki do rozgryzienia. Ale tego w „Zaginionym mieście Z” nie znajdziecie – tutaj reżyser stawia na eksplorację kompletnie nieznanego rejonu, konsekwentnym budowaniu aury tajemnicy oraz próbie psychologicznego portretu człowieka. Człowieka, który marzył o osiągnięciu wielkich czynów i dla którego dżungla stała się pewnego rodzaju obsesją, stanowiącą sens jego egzystencji. Dlatego to wszystko jest takie wręcz surowe, pozbawione jakichkolwiek fajerwerków wizualnych, a tempo jest bardzo spokojne. Czasami wręcz za spokojne, co dla wielu może być trudną barierą do pokonania. Nawet kolorystyka wydaje się taka zgaszona. Ale jednocześnie reżyser potrafi zahipnotyzować tym czekaniem na odnalezienie tytułowego złotego miasta, fascynuje wejście do tego innego świata – „dzikusów”, wodzów czy handlarzy niewolników.

zaginione_miasto_z2

Przez chwilę czułem wrażeniem, jakbym wchodząc do tej dżungli trafił do „Czasu Apokalipsy”. Nie potrafię tego doprecyzować, ale takie wrażenie odniosłem. A jeszcze bardziej zaskakujący jest fakt, że całość oparto na prawdziwych wydarzeniach i nie widzimy tylko jednej wyprawy, ale aż trzy (z przerwą na I wojnę światową). Determinacja Fawcetta (którego rewelacje o innych cywilizacjach traktowano z drwiną) jest godna podziwu, a zakończenie wydaje się dość prawdopodobne.

zaginione_miasto_z3

Że daje się wytrzymać przy tym filmie jest zasługą świetnej gry aktorskiej. Bardzo dobre wrażenie roli Charlie Hunnam w roli Percy’ego. W scenach, gdy musi oprzeć swoją grę na charyzmie, pokazać determinację oraz siłę woli, robi imponujące wrażenie. Ale kiedy musi poradzić sobie w trudnej sytuacji domowej, wtedy troszkę słabnie jego moc, zdominowany przez Siennę Miller w roli żony. Dla mnie największym zaskoczeniem był za to Robert Pattinson jako adiutant Costin z brodą oraz okularach, kompletnie zrywając z wizerunkiem wampira ze „Zmierzchu”. Pozwalający na lekki humor adiutant okazuje się lojalnym, oddanym i godnym zaufania człowiekiem. A swoje pięć minut ma Tom Holland jako dojrzewający syn Percy’ego, Jack.

zaginione_miasto_z4

„Zaginione miasto Z” ma w sobie ducha kina przygodowego sprzed 40 lat. Zapomnijcie o akcji, pogoniach, strzelaninach czy dynamice. To bardzo surowe, spokojne, wręcz wyciszone kino, zmuszające do skupienia, ale dające w zamian spotkanie z nieznanym światem. Może i jest troszkę staroświeckie, jednak warto ulec urokowi tego dzieła.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zagubieni

Rok 1938 dla czeskiej historii stał się bardzo czarną kartą. Ponieważ wtedy został podpisany pakt monachijski – porozumienie między Niemcami a krajami zachodnimi w sprawie Czechosłowacji, który w kraju naszych sąsiadów został uznany za zdradę narodową. A co by się stało, gdyby żył świadek tych wydarzeń? W 2008 roku francuski MSZ sprowadza do kraju… papugę należącą do francuskiego premiera Daladiera. Zwierzę zostaje skradzione przez dziennikarza Pavla Liema.

zagubieni2

Petr Zelenka tym razem mierzy się z historyczną traumą, która ciąży Czechom do dnia dzisiejszego. Mit „zdrady monachijskiej” jest tak bardzo silny, że stała się wręcz wymówką do bierności oraz traktowania swoich porażek. Czesi czują się jak ofiary, a sama kradzież doprowadza do wybuchu kolejnych animozji. I wtedy reżyser dokonuje totalnej wolty, idąc w kierunku… mockumentary, pokazującego proces realizacji filmu „Zagubieni”. Impulsem jest śmierć francuskiego aktora grającego rolę dyplomaty. Zelenka podkręca absurdalny humor, pokazując jak jeden mit (ciekawa interpretacja wydarzeń z Monachium w ujęciu historyka Jana Tesara) zaczyna tworzyć kolejny, utwierdzając stereotypy. Z jednej strony mamy delikatną satyrę polityczną oraz krzywe spojrzenie na świat mediów. Pytanie, czy to prawdziwa papuga i czy mówi prawdę, zastępuje potem inne: czy w ogóle dojście do prawdy jest możliwe.

zagubieni1

I to bardzo mocno widać w drugiej części filmu, gdzie widzimy pracę na nakręceniem „Zagubionych”. Niby francuscy koproducenci, współpracownicy z kraju Żabojadów i powstaje kolejny mit. Ale coraz bardziej dochodzą dawne animozje, a praca na planie zmienia się w ciąg dziwacznych scen. Mamy aktora z alergią na… układ monachijski, francuskiego asystenta uczącego papużkę czy producenta, który blefował w sprawie udziału Francuzów. Przeszłość z teraźniejszością idą ręka w rękę, co zmusza do stawienia trudnych pytań o prawdę, dojście do niej oraz jak wielką siłę mają mity oraz legendy.

zagubieni3

Choć wielu może się nie spodobać ten wariacki humor Zelenki, trudno „Zagubionym” odmówić świeżości spojrzenia na dawną historię oraz krytyczną obserwację narodowych przywar. Dziwnie aktualnie wybrzmiewają te kwestie w naszym kraju, pokazując jak w punkt trafia czeski reżyser.

7/10

Radosław Ostrowski

Life

Gdzieś w kosmosie znajduje się stacja kosmiczna, mająca za zadanie badać próbki z Marsa. A jedna z próbek zawiera tajemniczego przybysza z planeta, którym zaczynają się interesować naukowcy. Badać go, sprawdzić i w końcu ożywić. To ostatnie będzie dla wszystkich błędem, gdyż Calvin (jak zostaje nazwana istota) zaczyna działać oraz bawić się w mordercę. Załoga kombinuje, żeby nie dopuścić stwora na Ziemię.

life1

Brzmi jak „Obcy”? Nowy film szwedzkiego reżysera Daniela Espinosy zrobiony na amerykańskiej ziemi to sklejka klasyka Ridleya Scotta z „Coś” Johna Carpentera, polane lekkim sosem „Grawitacji”. Początek obiecuje takie klasyczne SF, gdzie mamy element zabawy w Pana Boga, istotę nie z tego świata, mordującą wszystkich dookoła, jednocześnie stając się coraz bardziej inteligentną i próbującą złamać szyki naszym bohaterom. Problem w tym, że te postacie nie są zbyt mocno wyraziste oraz ciekawe, by ich los mógłby mnie całkowicie poruszyć. Jeden jest biologiem, drugi to spec od komputerów, trzeci lekarz, czwarty hydraulik itp. Nie znamy ich charakterów – poza lekarzem, który ma traumę spowodowaną wydarzeniami z wojny. Scenografia wygląda dość sterylnie, co ma budować realizmu tej opowieści, by po 30 minutach mocno skręcić w krwawy horror SF. Muzyka buduje napięcie, a zamknięta przestrzeń nawet sprawdza się w budowaniu klaustrofobicznego klimatu. Tylko jak bać się takiego monstrum jak Calvin, który wygląda jak… cyfrowo zrobiona macka ośmiornicy, z czasem nabierającego coraz większych gabarytów, lecz był mi kompletnie obojętny. Jedynie zakończenie mocno wywróciło wszystko do góry nogami, budząc autentyczne przerażenie.

life2

Parę razy udaje się zbudować napięcie oraz podkręcić adrenalinę, ale sceny między jednym a drugim trupem, gdzie mamy okazję poznać bliżej naszych astronautów, wywoływały we mnie znużenie. Wrażenie na mnie zrobiła za to praca kamery i to już na samym początku, gdzie płynnie przechodzimy z miejsca na miejsce w jednym ujęciu (scena przechwycenia sondy).

Mamy też całkiem nieźle grających aktorów, z których najbardziej wybija się Jake Gyllenhaal jako bardzo wycofany medyk z traumą w tle. Troszkę humoru dodaje Ryan Reynolds, ale szkoda, że pojawia się tak krótko (aktor w tym czasie pracował nad „Bodyguardem Zawodowcem”), a najwięcej sympatii wzbudził grający Sho Hiroyuki Sanada.

life3

„Life” miało być w założeniu nowym klonem legendarnego „Obcego”, tylko że oryginał Scotta jest nie do przeskoczenia. Niezłe, rozluźniające kino rozrywkowe, gdzie pojawiają się pewne bzdury oraz suspens, mimo schematyczności oraz sporej ilości klisz. Paradoksalne połączenie.

6/10

Radosław Ostrowski

Bright

Pomysł na ten film był po prostu kozacki, bo połączyć film sensacyjno-policyjny z elementami fantasy, dziejący się współcześnie. Coś takiego postanowił skleić Netflix, a dokładniej David Ayer, opromieniony „sukcesem” głośnego „Legionu samobójców”.

Bohaterami tej wariackiej historii jest para policjantów. Daryl Ward jest już niemłodym, czarnoskórym facetem z żoną, córką oraz długami. Nick Jacoby jest orkiem nie czystej krwi, który zawsze chciał być gliniarzem. Panowie delikatnie mówiąc, nie przepadając za sobą, ale są skazani na siebie, zwłaszcza że z Wardem nikt nie chce pracować, odkąd został postrzelony. Ale obaj panowie pakują się w kompletną kabałę z powodu pewnego cacka – Magicznej Różdżki oraz pilnującej jej elfki. Każdy, kto ją zdobędzie, będzie mógł spełnić swoje życzenia. Tylko jest jeden mały szkopuł: dotknąć jej mogą tylko nieliczni zwani Świetlistymi, bo inaczej może się to skończyć śmiercią. Cacuszka chcą wszyscy, dosłownie wszyscy – gliniarze, gangsterzy, orkowie oraz elficka wersja Iluminatich, która chce sprowadzić Władcę Ciemności i doprowadzić do potężnej rozpierduchy.

bright1

Sam początek jest typowy dla policyjnych filmów Ayera, czyli mamy widok na ulice, graffiti, orkowe gangusy w dresach z łańcuchami oraz bandanami. Są jeszcze elfy – piękne, inteligentne, bogate oraz rządzące światem. No i w tym wszystkim jeszcze ludzie ze swoimi rasistowskimi problemami. I ten tygiel żyje, dodając sporo kolorytu oraz świeżości w tym dziwacznym miksie. Nawet te graffiti oraz wyciągane z dialogów dawne wydarzenia pomagają zbudować tło. Aż chciałoby się głębiej wejść w ten świat. Po drodze strzelaniny, ucieczki, knajpa ze striptizem, gangsterów, orków – dzieje się, oj dzieje. Choć wszystko kręcone jest w dość statyczny sposób, to kilka scen jest pomysłowo wykonanych jak strzelanina w slow-motion czy podczas każdego wejścia antagonistów, którzy akrobatykę oraz kung-fu mają w małym paluszku.

bright2

Problemem dla mnie jest w wielu miejscach obecny patos, szczególnie w scenach, gdy nasi protagoniści zaczynają mówić o sobie, swoich problemach oraz trudnej przeszłości. Wtedy robi się lekko nudnawo, zaś przewidywalne zakończenie (mimo spektakularnych popisów gości od efektów specjalnych) troszkę osłabia siłę. Za to należy pochwalić zarówno charakteryzację orków, dobrą muzykę oraz trzymającą fason pracę kamery. Czuć rozmach, ale czułem ogromny niedosyt – chciałoby się lepiej poznać tą wizję świata, który jest ledwo liźnięty (może to poprawi część druga, zamówiona przez Netflixa).

bright3

Aktorsko jest dość nierówno, chociaż jest kilka mocnych punktów. Takim atutem jest zdecydowanie Will Smith, wnoszący sporo luzu, dystansu i humoru, co zawsze jest największą frajdę. Ale to wszystko nie było tak mocno zgrane, gdyby nie partner. Tutaj jest Joel Edgerton w roli orka Jakoby’ego, który jest świetny – bardzo stanowczy, uparty, konsekwentnie dążący do celu gliniarz. Powoli zaczyna się tworzyć chemia między tym duetem oraz respekt między sobą nawzajem. Dla mnie słabym punktem jest Noomi Rapace w roli antagonistki, której rola jest ograniczona do groźnych min, mówienia nieprzyjemnych słów oraz siania spustoszenia. Brakuje charakteru oraz charyzmy, a to jest błąd niewybaczalny, co boli.

bright4

„Bright” ma ogromny potencjał na bardzo bogate uniwersum oraz ogromny potencjał, który by się sprawdził w formie serialu. Bo dwie godziny to troszkę mało, by wejść głębiej w ten pokręcony świat, gdzie ludzie, orkowie i elfy żyją ze sobą obok siebie. To brzmiało superfajnie, ale nie wszystko tutaj zagrało.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Najgorsze filmy roku 2017

Była beczka miodu, teraz pora na bardzo ostrą łyżkę dziegciu. Zejdziemy na samo dno piekła kinematografii, gdzie znajdują się filmy nieudane, rozczarowujące, nudne czy – jakby to powiedział Boguś L. – ze scenariuszem, co był chujowy. Albo miały ogromny potencjał, który został brutalnie zniszczony. Niektóre były tak koszmarne, że nawet nie chciało mi się o nich pisać. Chciałbym je wymazać, ale czasami aż za mocno weszły w głowę. Oto, moim skromnym zdaniem, piekło roku 2017, w kolejności chronologicznej, bez komentarzy oraz zbędnych tekstów:

1. Baby bump, reż. Kuba Czekaj (2015)
2. Kebab i horoskop, reż. Grzegorz Jaroszuk (2014)
3. Sekrety i grzeszki, reż. Ron Howard (2011)
4. Czterdzieści rewolwerów, reż. Samuel Fuller (1957)
5. W spirali, reż. Konrad Aksinowicz (2015)
6. Wszystkie nieprzespane noce, reż. Michał Marczak (2016)
7. Pitbull: Nowe porządki, reż. Patryk Vega (2016)
8. Jackie, reż. Pablo Larrain (2016)
9. Amerykańska sielanka, reż. Ewan McGregor (2016)
10. Ludojad, reż. Samuel Fuller (1969)
11. Dwaj panowie „N”, reż. Tadeusz Chmielewski (1961)
12. Dom, reż. Tim Johnson (2015)
13. Minionki, reż. Kyla Barda, Pierre Coffin
14. Ostatni smok świata, reż. Depoyan Mamuk (2016)
15. Dobry dinozaur, reż. Peter Sohn (2015)
16. Sekretne życie zwierząt domowych, reż. Chris Renaud, Yarrow Cheney (2015)
17. The Meanest Man in the West, reż. Samuel Fuller (1978)
18. Zdarzenie, reż. M. Night Shyamalan (2008)
19. Kobieta w błękitnej wodzie, reż. M. Night Shyamalan (2006)
20. Ostatni Władca Wiatru, reż. M. Night Shyamalan (2010)
21. Rejs w nieznane, reż. Guy Ritchie (2002)
22. Obcy: Przymierze, reż. Ridley Scott (2017)
23. Pitbull: Niebezpieczne kobiety, reż. Patryk Vega (2016)
24. Zaćma, reż. Ryszard Bugajski (2016)
25. Las, 4 rano, reż. Jan Jakub Kolski (2016)
26. Git, reż. Kamil Szymański (2015)
27. Ojciec, reż. Artur Urbański (2016)
28. Sługi boże, reż. Mariusz Gawryś (2016)
29. Historia Roja, reż. Jerzy Zalewski (2016)
30. Bikini Blue, reż. Jarosław Marszewski (2017)
31. Kolekcja sukienek, reż. Marzena Więcek (2016)
32. Szatan kazał tańczyć, reż. Katarzyna Rosłaniec (2017)
33. Gwiazdy, reż. Jan Kidawa-Błoński (2017)
34. PolandJa, reż. Cyprian T. Olendzki (2017)
35. Wyklęty, reż. Konrad Łęcki (2017)
36. The Circle. Krąg, reż. James Ponsoldt (2017)
37. Kryptonim HHhH, reż. Cedric Jimenez (2017)
38. Bez snu, reż. Baran bo Odar (2017)
39. Jak dogryźć mafii, reż. Mark Cullen (2017)
40. Na pokuszenie, reż. Sofia Coppola (2017)
41. Volta, reż. Juliusz Machulski (2017)
42. M jak morderca, reż. Johnny Martin (2017)

Jak widać, także w zeszłym roku zdarzały się niewypały. Co bardziej przerażające w tym zestawieniu, większość to filmy polskie. To tylko pokazuje dwoistość naszej krajowej kinematografii i mogę mieć tylko nadzieję, że takich gniotów będzie mniej niż w 2017. A co was doprowadziło do szału, zawiodło, wkurzyło i zdenerwowało? Piszcie chętnie w komentarzach i oby 2018 rok był lepszy.

Radosław Ostrowski

Najlepsze filmy roku 2017

Jak sama nazwa wskazuje są to filmy, które zrobiły na mnie największe wrażenie w mijającym roku. Filmy, które poruszyły, wzruszyły, rozbawiły, stymulowały moje komórki mózgowe. Większość obejrzana po raz pierwszy, inne to powtórki po wielu latach, ale każdy z nich okazał się godzien uwagi. I każdy z nich został oceniony minimum na 8 punktów w dziesięciostopniowej skali. Sam spis, bez opisów, komentarzy, ale z odnośnikiem do recenzji (jeśli takie były) w kolejności chronologicznej. Jeśli nie ma tutaj filmu, który – waszym zdaniem  – powinien trafić, to albo nie widziałem, albo nie zrobił na mnie tak dużego wrażenia jak wam. To zaczynamy:

1. Błękitny Max, reż. John Guillermin (1966)
2. Ciężkie czasy, reż. Walter Hill (1975)
3. Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca (2016)
4. Kubo i dwie strony, reż. Travis Knight (2016)
5. Księga dżungli, reż. Jon Favreau (2016)
6. Manchester by the Sea, reż. Kenneth Lonergan (2016)
7. Młodzi przebojowi, reż. John Carney (2016)
8. Blizny przeszłości, reż. Billy Bob Thornton (1996)
9. Nowy początek, reż. Denis Villeneuve (2016)
10. Wołyń, reż. Wojciech Smarzowski (2016)
11. Okup, reż. Ron Howard (1996)
12. Kradzież na South Street, reż. Samuel Fuller (1953)
13. Pogromcy duchów, reż. Ivan Reitman (1984)
14. Za horyzontem, reż. Ron Howard (1992)
15. Olej Lorenza, reż. George Miller (1992)
16. Bezpłodna kukułka, reż. Alan J. Pakula (1969)
17. Wszyscy ludzie prezydenta, reż. Alan J. Pakula (1976)
18. Zacznijmy od nowa, reż. Alan J. Pakula (1978)
19. Logan: Wolverine, reż. James Mangold (2017)
20. Uznany za niewinnego, reż. Alan J. Pakula (1990)
21. Mały Wielki Człowiek, reż. Arthur Penn (1970)
22. Verboten!, reż. Samuel Fuller (1959)
23. Wśród nocnej ciszy, reż. Tadeusz Chmielewski (1978)
24. Ewa chce spać, reż. Tadeusz Chmielewski (1957)
25. W głowie się nie mieści, reż. Pete Docter (2015)
26. Jak ukraść Księżyc, reż. Chris Renaud, Pierre Coffin (2010)
27. Gdzie jest Nemo?, reż. Andrew Stanton, Lee Unkrich (2003)
28. Droga na drugą stronę, reż. Anca Damian (2011)
29. Kung Fu Panda, reż. Mark Osborne, John Stevenson (2008)
30. Marnie. Przyjaciółka ze snów, reż. Hiromasa Yonebayashi (2014)
31. Król Artur: Legenda miecza, reż. Guy Ritchie (2017)
32. Jeremiah Johnson, reż. Sydney Pollack (1972)
33. LEGO Batman. Film, reż. Chris McKay (2017)
34. White Dog, reż. Samuel Fuller (1982)
35. Wielka Czerwona Jedynka, reż. Samuel Fuller (1980)
36. Niezniszczalny, reż. M. Night Shyamalan (2000)
37. Okja, reż. Joon-ho Bong (2017)
38. Sing, reż. Garth Jennings (2016)
39. Dobrze się kłamie w dobrym towarzystwie, reż. Paolo Genovese (2016)
40. Nazywam się Cukinia, reż. Claude Barras (2016)
41. Kurt Cobain: Montage of Heck, reż. Brett Morgan (2015)
42. Dziadek i ja, reż. M. Night Shyamalan (1998)
43. Rain Man, reż. Barry Levinson (1988)
44. Obcy – decydujące starcie, reż. James Cameron (1986)
45. Chłopcy z ferajny, reż. Martin Scorsese (1990)
46. Porachunki, reż. Guy Ritchie (1998)
47. Ja, Daniel Blake, reż. Ken Loach (2016)
48. Twój Vincent, reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman (2017)
49. Dzień patriotów, reż. Peter Berg (2016)
50. Dzikie łowy, reż. Taita Waititi (2016)
51. Duch, reż. Tobe Hooper (1982)
52. Służąca, reż. Chan-wook Park (2016)
53. Peter Sellers – Życie & Śmierć, reż. Stephen Hopkins (2004)
54. Cube, reż. Vincenzo Natali (1997)
55. Spider-Man: Homecoming, reż. Jon Watts (2017)
56. Beasts of No Nation, reż. Cary Fukunaga (2015)
57. Brawl in Cell Block 99, reż. S. Scott Zahler (2017)
58. Czarownica miłości, reż. Anna Biller (2016)
59. Maudie, reż. Aisling Walsh (2016)
60. To wspaniałe życie, reż. Frank Capra (1946)
61. Cicha noc, reż. Piotr Domalewski (2017)

WYRÓŻNIENIA:

1. 13 godzin: Tajna misja w Benghazi, reż. Michael Bay (2016)
2. Captain Fantastic, reż. Matt Ross (2016)
3. Człowiek z bieguna, reż. Maya Forbes (2014)
4. Christine, reż. Antonio Campos (2016)
5. Doctor Strange, reż. Scott Derrickson (2016)
6. To właśnie seks, reż. Josh Lawson (2014)
7. Atomic Blonde, reż. David Leitch (2017)
8. Zło we mnie, reż. Oz Perkins (2015)
9. Człowiek z magicznym pudełkiem, reż. Bodo Kox (2017)
10. Najlepszy, reż. Łukasz Palkowski (2017)

Jak widać, rok 2017 był dla mnie bardzo bogaty w filmowe doświadczenia. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę, że są tutaj aż DWIE dziesiątki, czyli „Chłopcy z ferajny” oraz „Twój Vincent” oraz CZTERY dziewiątki, czyli filmy ocierające się o wielkość: „Kubo i dwie struny”, „Wołyń”, „W głowie się nie mieści” i „Droga na drugą stronę”. A tyle jeszcze przede mną, co daje bardzo duży impuls do tworzenia. A jakie filmy obejrzane w 2017 roku zrobiły na Was największe wrażenie? Piszcie śmiało w komentarzach. Oby rok 2018 okazał się równie imponujący lub lepszy pod względem obejrzanych filmów.

Radosław Ostrowski

Kuba Badach – Oldschool

kuba-badach-oldschool

Pochodzący z Krasnegostawu wokalista zwiazany jest od lat z zespołem Poluzjanci. Ale w roku 2017 Kuba Badach postanowił wydać trzeci solowy album, tym razem zawierający własny materiał, a nie covery. Chociaż tamte wychodziły mu bardzo dobrze. Czy wyszedł wyszedł z tego oldskulowy materiał?

“Oldschool” wyprodukował przy wsparciu kumpla z zespołu Poluzjanci – klawiszowca Marcina Górnego. I jest to mieszanka popu, soulu i funku (tak jak w macierzystej formacji wokalisty), co czuć już w otwierającym całość “Życiu”, gdzie mamy dęciaki, fortepian oraz delikatną gitarę elektryczną.a pod koniec perkusja odzywa się z całą mocą. Czuć ducha dawnych dźwięków, choć bliżej tutaj do popowych brzmień z lat 90., polanych stylistyką lat 70. Nie ważne, czy to rozpędzony “So sorry” albo bardziej wyciszony, oparty na Hammondach “Będę z Tobą”. Ładnie udaje się płynne “Cześć” z cudnie wywijającym saksofonem czy bardziej taneczne “Jestem kimś” z funkowym basem oraz zgrabnymi klawiszami w tle, prawie (z naciskiem na prawie) w stylu Justina Timberlake’a. Można troszkę odnieść wrażenie, że to grane jest na jedno kopyto (chociaż to może zestaw instrumentów robi taką impresję), ale parę razy Badachowi udaje się zaskoczyć. Choćby takie “Pada”, które brzmi niczym współczesna produkcja r’n’b ze spokojnymi bitem, utrzymane w podobnym tempie “Pusto” z bardziej przestrzennymi, tanecznymi rytmami czy pełne gitarowego tła z klawiszami “Gdyby nie Ty”. Mi najbardziej utkwiło bardzo intymne, grane na klawiszach “Po drugiej stronie” oraz bardziej jazzowe “Wracam do siebie” z prowadzącym fortepianem. W takich utworach Badach sprawdza się najlepiej.

To ogromna zasługa jego głosu – bardzo lekkiego, niezbyt szalejącego z ekspresją, ale mającego duży feeling  oraz tak bardzo zgranego z dźwiękami, stanowiąc silną całość. W połączeniu z niezłymi tekstami tworzy to lekką oraz przyjemną przygodę. Czekam na kolejne albumy.

7/10

Radosław Ostrowski