Opowieść wigilijna

Adaptacji powieści Karola Dickensa było setki, jeśli nie tysiące. Z jednej strony to świadczy o ponadczasowości pierwowzoru literackiego, z drugiej wydaje się to pójściem na łatwiznę. Więc kiedy w 2009 roku Robert Zemeckis postanowił zrobić własną wersję tej opowieści, nie było to zaskoczeniem. Ale pójście w stronę animacji 3D z technologią motion capture było czymś zaskakującym. I to mógł być najmocniejszy punkt.

opowiesc_wigilijna1

Reżyser by skupić na sobie uwagę, stawia nie tylko na niesamowite efekty wizualne, ale też bardzo szybką pracę kamery. Najmocniej czuć to w scenach, gdy Scrooge razem z duchami przenosi się z miejsca na miejsce w ekspresowym tempie czy ucieczce bohatera przed ponurą dorożką. Akcja dramatycznie podkręcona, skupiona na detalach (ta animacja błyszczy). Ale najbardziej zaskakuje tutaj takie mroczne tony, gdzie wiele scen jest niemal żywcem wziętych z horroru: pojawienie się Jakuba Marleya czy wychodzące ze stroju Ducha Tegorocznych Świąt dzieci (chłopiec-ciemnota i dziewczynka-nędza). Jest bardziej przerażający niż poprzednie wersje, chociaż próbuje rozładować atmosferę slapstickowymi gagami, co troszkę nie pasują do reszty.

opowiesc_wigilijna2

Sami animacja, gdzie mamy ożywione twarze prawdziwych aktorów, początkowo sprawiają wrażenie niesamowitości. Ale gdy widzimy bliżej twarze, sprawiają wrażenie żywcem wziętych z muzeum figur woskowych, co psuje efekt. Nawet muzyka sprawia wrażenie ogranej i pozbawionej pomysłu. Brakuje jednak w tym wszystkim duszy, zaangażowania, emocji, choć trudno odmówić braku wizji.

Także aktorzy starają się dać z siebie wszystko, a polski dubbing trzyma dobry poziom. Ale nie może być inaczej, jeśli Scrooge (twarz Jima Carreya) mówi głosem Piotra Fronczewskiego, a Bob Crachitt (w oryginale Gary Oldman) ma ciepłe brzmienie Jana Peszka. I co najważniejsze, głos jest dobrze dopasowany do twarzy postaci, bez poczucia zgrzytu oraz żenady.

Zemeckis chciał zrobić własną wersję „Opowieści wigilijna”, ale forma jest dla niej zbyt efekciarska, za bardzo widowiskowa oraz skupiona na technicznych detalach. Na szczęście dla nas wszystkich była to ostatnia animacja w technice motion capture, która była zwyczajnie za droga. Aż chciałoby się aktorską wersję z Carreyem, Oldmanem i Firthem, lecz nie zobaczymy tego.

6/10

Radosław Ostrowski

Family Man

Brett Ratner nie jest najlepszym reżyserem świata. I nawet nie chodzi o te oskarżenia związane z molestowaniem, tylko jego filmy są co najwyżej niezłymi produkcjami, które można obejrzeć i szybko wymazać. Może z wyjątkiem „Czerwonego smoka” z 2002 roku. Czy „Family Man” też będzie godny naszej pamięci?

family_man1

Jest to wariacja na temat filmu „To wspaniałe życie”, tylko że pytanie brzmi: co by było, gdyby George Bailey spełnił swoje marzenia. Teraz nazywa się Jack Campbell i jest samotnym wilkiem z Wall Street, gdzie robi bardzo duże interesy, co jest inna kobieta. Ale Wigilia to taki dzień, ze stają się dziwne rzeczy. A wszystko zaczyna się od pewnego napadu na sklep, gdzie robi interes z właścicielem kuponu. Kładzie się spać i gdy się budzi znajduje się gdzieś w New Jersey, mieszka z żoną (dawną dziewczyną ze studiów) oraz dwójką dzieci. On sprzedaje opony, ona jest prawnikiem działającym pro bono. O co tu chodzi? Dlaczego tak się stało? Przecież miał idealne życie. A może jednak nie?

family_man2

Sam film to remake, tylko uwspółcześniony, gdzie nasz bohater powoli zaczyna odkrywać to, co się zmieniło na przestrzeni 13 lat. Dlaczego nie pracuje w świecie wielkiej finansjery, skąd wzięły się dzieci i dlaczego ma żonę. Chociaż sens tej zmiany życia dostajemy wręcz na samym początku, to potrafi całkiem nieźle zabawić. Przesłanie jest proste oraz łatwe do rozczytania, ale na szczęście nie brakuje odrobiny humoru (przestawienie się Jacka), który nie jest ani prymitywny, ani wulgarny. To nadal kawałek ciepłego kina, chociaż nie aż tak łopatologicznie, jak by się można było spodziewać.

family_man3

Ale najmocniejszym atutem jest zaskakująca i świetna rola Nicolasa Cage’a, który jest bardziej powściągliwy niż zwykle. Owszem, potrafi eksplodować (śpiewanie włoskiej opery na początku czy kolejne spotkanie z tajemniczym Cashem), to jednak dodaje więcej efektu komicznego. Za to piorunująca jest Tea Leoni jako pozornie zwykła żona, która potrafi emanować seksapilem (kąpiel pod prysznicem) połączonym z dużą dawką empatii, ciepła, ale też (na szczęście rzadko) zmęczenia. Swoje robi też drobny epizod Dona Cheadle (Cash) oraz Jeremy Piven jako najlepszy przyjaciel, Arnie.

„Family Man” jest bardziej wariacją „To wspaniałe życie”, serwując podobne przesłanie, że szczęście daje tylko druga osoba, poczucie bliskości oraz należy brać z życia ile się da. Ratner może nie ma tyle wdzięku co Capra, a fabuła podąża w przewidywalnym kierunku, lecz to kawałkiem całkiem sympatycznego kina. Na poprawę nastroju i do przemyśleń nadaje się (zwłaszcza o tej porze roku) idealnie.

6,5/10

Radosław Ostrowski

To wspaniałe życie

Małe miasteczko Bedford Fells, gdzie niemal wszyscy są sterroryzowani przez niejakiego Pottera – chciwego oraz bezwzględnego kapitalisty. Ale tutaj działa mała firma zajmująca się udzielaniem małych pożyczek niezbyt zamożnym ludziom do budowy swoich domów. Prowadzi ją Peter Bailey, mieszkający razem z synami, żoną i służącą (czarnoskórą), ale całą historię poznajemy z perspektywy George’a.

to_wspaniale_zycie1

Ten młody chłopak miał własne plany na życie – podróże, praca jako inżyniera, zdobycie wykształcenia i wyjazd z miasteczka. Ale jak wszyscy wiemy, los lubi weryfikować swoje plany. Najpierw ma na 4 lata poprowadzić rodzinny interes, a potem miał go zastąpić jego młodszy brat. Później pojawiła się pewna dziewczyna zadurzona w nim. Później ojciec dostaje wylewu i zostaje zmuszony zostać w miasteczku, by postawić się Potterowi. Ale cała historia opiera się na wigilijnym dniu, gdy problemy coraz bardziej George’a pogrążają i decyduje się na ostateczne rozstanie z tym światem. Ale Najwyższy ma inne zdanie i wysyła anioła Clarence’a, by powstrzymać Baileya.

to_wspaniale_zycie2

Nakręcony ponad 70 lat temu film Franka Capry jest zaskakująco świeży, energiczny oraz mówiący bardziej obrazem. Na pierwszy rzut oka wydaje się on troszkę sentymentalny, ale ciągle ciepły, mieszający powagę z żartem. Chociaż wnioski i przesłanie może wydawać się banalne: dobre uczynki wracają do Ciebie, a rodzina + przyjaciele to prawdziwe bogactwo tego świata. Ale to wszystko reżyser opowiada w taki bezpretensjonalny sposób, czyniąc bez poczucia fałszu, co nie jest wcale takie proste. Nie brakuje poważnych słów (pierwsza słowna konfrontacja George’a z Potterem w zarządzie, zaginięcie 8 tysięcy dolarów), ale wszystko jest okraszone taką pozytywną dawką humoru (pierwszy powrót do podniszczonego domu, taniec na balu maturalnym zakończony… wpadnięciem do wody), że czyni to ten tytuł dziełem ponadczasowym. Jeszcze bardziej to czuć w scenach, gdy George widzi świat bez siebie, mając uświadomić jego wartość jego życia.

to_wspaniale_zycie3

Co jeszcze bardziej zaskakujące, Capra unika cynizmu, złośliwości oraz ironii. Dzisiaj wydaje się to nie do pomyślenia, ale wtedy takie troszkę sentymentalne, ale bardzo szczere i zrobione z sercem. Dziwna kombinacja, z dość prostymi, sympatycznymi postaciami, bogatym drugim planem (taksówkarz i policjant). Ale tak naprawdę liczy się tylko jeden aktor – James Stewart jako George. Bardzo sugestywnie zostają pokazane dwie twarze tego bohatera: niepoprawnego marzyciela, człowieka sukcesu oraz przygniecionego problemami społecznika, poświęcającego czas innym. Trudno nie polubić tej postaci, by móc jej kibicować aż do samego końca, tak samo jak łatwo znienawidzić Pottera (świetny Lionel Barrymore) – starego, zgorzkniałego starca na wózku. Kontrastem dla Baileya jest przeurocza Donna Reed, czyli Mary, będąca silnym oparciem oraz pełną dobrej energii.

to_wspaniale_zycie4

Do tej pory zastanawiam się jakim cudem ten wiekowy film Capry ma nadal w sobie tyle energii, ciepła i ciągle potrafi poruszyć. Powinienem to dzieło zmieszać z błotem, bo jest zbyt naiwne, sentymentalne, ale jest w tym wszystkim tyle ciepła, spokoju kontrastującego z tym rozpędzonym, szalonym, materialistycznym światem, że się nie da. Pytanie o sens życia, czy należy podążać za marzeniami, czy zmierzyć się z tym, co dostajemy, nadal pozostaje aktualne, a wartości serwowane przez twórców są w sposób nienachalny. Świetnie zrobiony, fantastycznie zagrany (niewiarygodne) oraz posiadający prawdziwą magię. Ale o takie filmy coraz trudniej.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kevin sam w domu

Dziś nastał taki dzień, w którym po raz pierwszy (!!!) obejrzałem Kevina, co sam w domu został. Nie, nie jest to film opowiadający o ostatnich zdarzeniach z życia Kevina Spacey, ale pewnego chłopaka. Kevin McCallister jest prawdziwym wrzodem na dupie całej rodziny, choć ma dopiero 8 lat. Cała familia wyrusza na święta do Paryża, jednak wskutek awarii prądu wszyscy muszą wziąć tyłki w troki i pospieszyć się na lotnisko. Tylko Kevin, co został za karę, ostał się sam w domu. Zwłaszcza, że tylko on jest w stanie powstrzymać dwóch złodziejaszków.

kevin1

Nakręcony w 1991 roku przez Chrisa Columbusa w oparciu o scenariusz Johna Hughesa „Kevin sam w domu” stał się klasykiem, bez którego Święta w Polsce nie istnieją. Sama historia może wydawać się błaha, lecz reżyser ogrywa to bardzo zgrabnymi gagami, mieszając humor z powagą. Pod pozorem komedii o chłopaku spędzającym święta w domu, tak naprawdę dostajemy to samo przesłanie, że święta powinno się spędzać z najbliższymi. Nawet jeśli nie jesteśmy z nimi w najlepszych relacjach. To przesłanie mocno akcentuje postać tajemniczego Marleya, o którym krążą mroczne i krwawe opowieści. On sam jest filmowy jakby był postacią z horroru, podobnie jak piecyk z piwnicy.

kevin2

Reżyser zgrabnie bawi się slapstickiem (użycie wody do golenia, ucieczka przed policjantem), wnosząc sporo lekkości. Ale poza próbami powrotu matki do domu, tak naprawdę w pamięci pozostaje ostatni akt, czyli rozprawa Kevina ze złodziejami. Tutaj nasz chłopak okazuje się niebezpiecznym połączeniem MacGyvera z prawdziwym psychopatą. Palnik, klej, samochodziki, puszki, strzelba – wszystko idzie w ruch, dając prawdziwą adrenalinę oraz kupę śmiechu, co jest także zasługą brawurowego duetu Joe Pesci/Daniel Stern. I jest jeszcze Macaulay Culkin jako troszkę bezczelny Kevin, czyniący spustoszenie w pustym domu.

kevin3

Po latach rozumiem, czemu film cieszy się aż taką renomą, lecz dla mnie to „tylko” dobre kino familijne. Gdybym obejrzał je jako dziecko i miał ogromny sentyment, może bardziej życzliwie przyjąłbym losy młodego McCallistera. Ale u mnie nadal wygrywa John McClane.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Szklana pułapka

Święta to nie tylko czas, w którym spędzamy ten dzień z najbliższymi. Także próbujemy zabliźnić pewne rany oraz wyjaśnić kilka spraw. Kimś takim jest niejaki John McClane – nowojorski glina, który przyjeżdża do Los Angeles, gdzie zawsze świeci słońce. W tym mieście pracuje jego żona, mieszkająca z dwójką dzieci. John w końcu spotyka kobieta swego życia w budynku korporacji Nakatomi, ale rozmowa kończy się ostrą wymianą zdań. Chwila na złapanie oddechu, ona idzie przemówić do grupy. Ale plan pogodzenia się szybko bierze w łeb z powodu 12 (niczym Apostołów z Nowego Testamentu) nieproszonych gości. To nie był św. Mikołaj z bandą elfów, tylko niemieccy terroryści pod wodzą Hansa Grubera, mającego pewien konkretny plan na ten wieczór.

szklana_pulapka_11

Od wielu lat pewna stacja telewizyjna umieszcza ten film w świątecznej ramówce, co wydaje się dość dziwnym pomysłem. Ostre kino akcji w Wigilię, dzielenie się opłatkiem w rytmie wystrzeliwanych pocisków, czerwonej niczym strój św. Mikołaja krwi oraz faków? To jest jakiś powiew świeżości po banalnych, nudnych, przesłodzonych opowieściach ze śniegiem, Mikołajem oraz rodzinach. Chociaż film McTiernana ma niecałe 30 lat na karku, pozostaje wzorcem z Serves dla fanów kina akcji. Sama intryga gmatwa się coraz bardziej, chociaż wydaje się pozornie prosta: chodzi o kradzież. Jednak Gruber ukrywa przed resztą swoje prawdziwe cele oraz ciągle wpuszcza wszystkich w maliny (ogłoszenie żądania, rozmowa z szefem oddziału Nakatomi).

szklana_pulapka_12

A wszystko toczy się w tytułowej pułapce, pełnej sterylnych pomieszczeń, wind, komputerów, niedokończonych pięter oraz szybów wentylacyjnych, budując klaustrofobiczny klimat, przerywany scenami działań policji, FBI oraz telewizji. Poczucie zagrożenia potęgują dodatkowo zdjęcia Jana De Bonta. Holenderski operator, poza dynamiczną pracą kamery, pełną ruchomych zbliżeń, kroczenia za i z postacią, ale też robi jedną prostą sztuczkę czyni całe tło bardzo nieostre, niewyraźne, jakby zamglone. To jeszcze bardziej wywołuje niepokój. Jeśli dodamy do tego równie dynamiczny montaż, kilka bijatyk oraz popisów pirotechnicznych (nadal robiących piorunujące wrażenie), zmieszanych ze smolistym, cynicznym humorem, dostajemy idealny koktajl Mołotowa.

szklana_pulapka_13

Jest jeszcze jedna drobna rzecz, dodająca energii „Szklanej pułapce”: para przeciwników, czyli John McClane i Hans Gruber. Pierwszego gra znany wówczas z telewizji Bruce Willis, który kompletnie zaskoczył wszystkich. Jego bohater to cyniczny, troszkę zmęczony facet, niemal cały film chodzący boso w przepoconym podkoszulku. W porównaniu do takiego Stallone’a czy Schwarzeneggera, aktor wygląda troszkę jak chuchro, więc na bezpośrednią konfrontację nie było szans. Poza tym, nasz heros nie jest niezniszczalnym twardzielem przyjmującym miliony ciosów bez zadrapania, ale z każdą minutą jest coraz bardziej pokiereszowany, osłabiony i tracący jakąkolwiek nadzieję na wyjście z opałów. I to czyni go bardziej ludzkim (scena, gdy przygląda się śmierci pana Takagi czy próbuje odciągnąć Ellisa), przez co łatwiej było mi kibicować. Mając jedynie do dyspozycji spryt, upór oraz determinację John McClane szybko zdobywa sympatię widza. Równie charyzmatyczny jest główny łotr, grany przez debiutującego (!!!) Alana Rickmana. Ten Brytyjczyk znakomicie wszedł w postać diablo inteligentnego przeciwnika w eleganckim garniturze z prostą motywacją, eleganckim akcentem, przygotowanym niemal na każdą okoliczność. Gdzie dzisiaj są tacy dranie?

szklana_pulapka_14

Ale drugi plan też ma wiele do pokazania. Zarówno lekko wredna żona Holly (mocna Bonnie Bedelia), będący wsparciem (przez walkie-talkie) krawężnik Al Powell (niezawodny Reginald VelJohnson) czy będący prawdziwym wrzodem na dupie dziennikarz Richard Thornburg (William Atherton, będący wówczas etatowym dupkiem Hollywood) mocno zapadają w pamięć, fantastycznie wzbogacając film.

Sukces filmu McTiernana polegał nie tylko na kolejnych sequelach, ale przede wszystkim na mutacjach, gdzie mieliśmy samotnego bohatera w zamkniętej przestrzeni mierzącego się z nieznanym przeciwnikiem/kataklizmem („Liberator”, „Tunel”, „Na krawędzi”, „Speed” czy „Olimp w ogniu”). Choć żaden nie zbliżył się poziomem do precyzyjnej roboty reżysera, mieszającego brawurową akcję, napięcie i komedię. Mikołaj po obejrzeniu powiedziałby: Yippie Ka Yay, motherfucker!

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Artur ratuje Gwiazdkę

Jaki jest św. Mikołaj, to każdy wie. Gruby, stary, z saniami pełnymi reniferów. Ale kiedy to było: dzisiaj Mikołaj zasuwa statkiem kosmicznym o wyglądzie USS Enterprise ze „Star Treka”, elfy są sprawnie wyszkolonymi komandosami do specjalnych zadań, zaś renifery i sanie odstawiono jako relikt przeszłości. Ma też rodzinę: starego ojca, żonę oraz dwóch synów: odważnego, pewnego siebie Steve’a (dowódca) oraz troszkę niezdarnego, lecz wierzącego w Święta Artura (dział listów). I to on musi dokonać niemożliwego, gdyż jeden prezent zaginął. Dla Steve’a to mały błąd, zaś Mikołaj (Malcolm) jest tylko figurantem. Tylko Arturowi zależy na dostarczeniu prezentu małej Gwen z Konrwalii. W misji postanawia pomóc mu dziadek.

artur_christmas1

Studio Aardman kierowane przez Nicka Parka oraz Petera Lorda znane jest z tworzenia animacji za pomocą plasteliny. Jednak nakręcony w 2011 roku „Artur” powstał za pomocą obecnego standardu, czyli animacji komputerowej, która na szczęście nie oznaczała pogorszenia jakości czy zmiany klimatu. Ta wariacka historia to kolejny przykład tego, co tak naprawdę znaczą święta, a wszystko z perspektywy rodziny Mikołaja, która – jak każda zresztą rodzina – ma swoje żale i pretensje, gdzie dochodzi do zderzenia tradycji z nowoczesnością. Czy prezenty powinny być wręczone za pomocą sani czy za pomocą nowoczesnej technologii? Co jest ważniejsze w profesji Mikołaja: techniczna perfekcja oraz sprawna organizacja czy dobre serca i poczucie odpowiedzialności za każde, KAŻDE dziecko na świecie? No i kto przejmie schedę po starym Mikołaju?

artur_christmas2

Sama animacja jest po prostu świetna, chociaż postacie wyglądają bardziej ludzko niż zwykle, a zwierzęta są przeurocze. Sam początek, czyli akcja dostarczania prezentów wygląda niczym rasowy film akcji z Tomem Cruisem, zaś elfy wykonują różne salta i piruety godne prawdziwych twardzieli, by dostarczyć prezent niezauważeni. Także budynki, dość umowny krajobraz oraz szybkie ruchy zasługują na szczególną uwagę. Wszystko jeszcze płynnie zmontowane, podkreślone świetną militarno-świąteczną muzyką oraz trzymającym mocno w napięciu finałem. Twórcy bardzo mocno przypominają na czym ma polegać magia Świąt, która wydaje się w rozpędzonym świecie zanikać. Chodzi o potrzebę bliskości, silnych więzach oraz wspólnym działaniu. Proste przesłanie, ale nie podane w nachalny, wręcz dosadny sposób. Do tego okraszone odrobinę złośliwym humorem (polskie tłumaczenie trzyma fason), miejscami szalonych sytuacji (Artur i sanie wzięte za… UFO przez rednecka oraz pościg sił ONZ) dodaje tylko uroku.

artur_christmas3

Polska wersja językowa cierpi na jeden poważny błąd: brak tłumaczenia angielskich napisów zarówno opisujących czas i miejsce obecnej akcji, jak i finałowych scen. To duże niedopatrzenie, które dla dzieci (i nie tylko) będzie poważnym utrudnieniem. Za to głosy, to już jest naprawdę wysoka półka. Kapitalny jest Paweł Ciołkosz jako Artur, którego energia, naiwność i nieporadność tworzą dziwaczne połączenie uroczego, lecz zdeterminowanego chłopca, ciągle wierzącego w magię Świąt. Nawet chwila zwątpienia oraz (na szczęście chwilowego) załamania odegrana jest bez cienia fałszu. Także Tomasz Borkowski w roli twardego, pełnego technologicznych gadżetów Steve’a, sprawdza się bardzo dobrze. Ale szoł kradnie Tomasz Grochoczyński w roli lekko starego, konserwatywnego dziadka, próbującego na początku udowodnić swoje racje, z czasem staje się istotnym sojusznikiem Artura w jego misji.

artur_christmas4

W ostatnich latach było wiele filmów okołoświątecznych, lecz żaden nie zbliżył się poziomem do „Artura ratującego Gwiazdkę”. Bardzo ciepłego, zabawnego oraz radosnego filmu pokazującego prawdziwą magię oraz siłę Świat Bożego Narodzenia, gdzie prezenty, dania i choinka powinny być tylko dodatkami dla najbliższych. Cudne, poruszające kino.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Marcin Styczeń – Lubię gadać z Leonardem

lubie-gadac-z-leonardem-b-iext51899530

Ponad rok temu zmarł Leonard Cohen – jeden z tych artystów, bez którego muzyka wydaje się bardzo pusta. Postanowił o tym przypomnieć wykonujący piosenkę poetycką Marcin Styczeń, jednak postanowił nie iść na łatwiznę. Owszem, nagrał płytę z piosenkami barda, lecz wybrał utwory z trzech ostatnich płyt i sam je przetłumaczył.

“Lubię gadać z Leonardem” to nie tylko tytuł, lecz pierwsze słowa na tym wydawnictwie, zdominowanym przez gitary. Singlowe “Idę tam” (Going Home) zaczyna się od gwizdania, po mocniejsze uderzenia perkusji wsparte delikatnymi klawiszami, dając kopa. Mroczniej się dzieje w “Ciemności” (Darkness) z cięższymi klawiszami, minimalistyczną perkusją, a całość brzmi niczym fragment ścieżki dźwiękowej do filmu Davida Lyncha. Zwłaszcza kobieca wokaliza pod koniec robi mocne wrażenie. Znacznie dynamiczna, pełna “wybuchowej” perkusji “No i co” (Nevermind), ubarwiona krótkimi wejściami gitary, brzmi mocniej od oryginału, podobnie jak gitarowy walc “Nie biorę nic” (Travelling Light) czy bardziej westernowy “Prawie jak ten blues” (Almost Like The Blues) z harmonijką ustną oraz gitarami. Melancholijny “Amen” kompletnie zmienia tempo, chociaż wykorzystuje to samo instrumentarium plus poruszające solo na koniec.

Powrót do mroku serwuje “Lepszą drogą pójść” (It Seems), pełne gitarowych ozdobników,odbijającej się niczym echo perkusji oraz delikatnego chóru w tle. Bardziej elektronicznie zaczyna się dziać w bardziej niepokojącym “Tylko w moim mroku” (You Want It Darker), gdzie gitara bardziej świdruje. Powrót do melancholii spotęgowany przez klawisze następuje przy “Weź swój ster” (Steer your way), by ukołysać folkowym “Każesz mi śpiewać” (You Got Me Singing) z cudnymi smyczkami.

Bardzo męski i twardy głos Stycznia zaskakująco dobrze łączy się z tekstami Cohen, a tłumaczenia są bardzo ciekawe. Nie za dosłowne, zachowujące poetycki charakter, piękno słów i ciągle dając do myślenia. Jestem absolutnie zaskoczony tym albumem, który jeszcze bardziej zachęca do poznania dorobku Cohena.

8,5/10

Radosław Ostrowski

mother!

UWAGA!!!!!!

Tekst może zawierać spojlery. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Sam początek filmu Darrena Aronofsky’ego wprawia w konsternację. Spalony dom zaczyna się powoli odnawiać (tak sam z siebie) i wtedy budzi się Ona. Młoda, atrakcyjna, dbająca o dom. On jest poetą, który przeżywa kryzys twórczy. Do tego spokojnego domostwa nagra wprasza się mężczyzna – już niemłody, lekarz lubiący papierosy. Trafia do pokoju gościnnego, a to doprowadza do pojawienia się kolejnych osób.

mother1

Cała historię reżyser pokazuje z perspektywy kobiety, granej przez Jennifer Lawrence, do której kamera wręcz się przykleja niczym rzep do psiego ogona. Wszystko to służy jednemu celowi: wejścia w jej skórę. Dzięki temu powinniśmy poczuć dezorientację, przytłoczenie i lęk. Kobieta nie rozumie zachowania swojego męża, który bardziej interesuje się przybyszami niż jej potrzebami, poczuciem potrzebną, docenianą. A wtedy reżyser zaczyna atakować swoimi inspiracjami, z której najmocniejsza to Biblia (od Adama i Ewy przez Kaina i Abla aż po Nowy Testament do Apokalipsy). Wszystko ma wymiar metafory, gdzie każda postać, zdarzenie jest symbolem czegoś. Krew na podłodze po bójce braci, otwór w piwnicy czy druga część filmu, gdzie On już tworzy swoje dzieło i daje je ludziom.

mother2

Tylko, ze chyba nie są na to gotowi, nie rozumieją do końca. W tym momencie zaczynają się dziać wręcz dantejskie sceny, a Aronofsky zaczyna piętnować całą ludzkość: że jesteśmy chciwi, podli, nieodpowiedzialni, bezmyślni, skłonni do przemocy, zaś dom zmienia się w plac wojny, fanatyzmu, walki z policją i wojskiem. Wszystko jest tak mocno podkręcone, że aż się naprawdę przeraziłem. Jednak kiedy zacząłem się zastanawiać nad wszystkim, nie mogłem pozbyć się wrażenia, iż Aronofsky serwuje mi efekciarską wydmuszkę. Kamera robi świetna robotę, tak samo jak miejscami bardziej intensywny dźwięk. Tylko, ze ta cała symbolika miejscami była dla mnie za bardzo czytelna (kłótnia braci zakończona zabójstwem czy finał ze śmiercią nowonarodzonego dziecka i… zjadaniem jego ciała), chociaż nie wszystko jest dla mnie jasne (żaba wyskakująca z rozbitego pomieszczenia w piwnicy).

mother3

Aktorstwo też służy tutaj wizji Aronofsky’ego, przez co nie ma postaci z krwi i kości. Jennifer Lawrence i Javier Bardem próbują stworzyć portret związku Mąż/Żona, Mężczyzna/Kobieta. Bardziej przekonało mnie przerażone oblicze Matki, chociaż ta postać przez niemal większość filmu pozostaje bierna, stłamszona, nieporadna. On bardziej interesuje się innymi ludźmi, tak ufny wobec nich niczym dziecko, że aż naiwny. Dziwna ta para, a w ich miłość trzeba wierzyć na słowo.

„mother!” to zachłyśnięcie się Aronofsky’ego swoim talentem i wielkością, że bardzo mocno podzielił widownię. Inni uznają ten film za ogromny, pretensjonalny bełkot, gdzie liczą się symbole niż postacie oraz fabuła, inni za genialne dzieło, pokazujące bezwzględną prawdę o człowieku. Ja jestem gdzieś po środku tego bałaganu, szanując wizję reżysera, ale bez sympatii i podziwu.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Maudie

Sztuka dzisiaj wydaje się i kojarzy się głównie z galeriami, muzeami czy kolekcjonerami. Ale czy są jakieś kryteria osoby, mającej tworzyć coś, co może być uznane za dzieło sztuki? Jedną z takich osób jest skromna, wyglądająca na troszkę upośledzoną Maud. Mieszka z ciotką w jej domu, bo jej rodzinne gniazdo zostało sprzedane przez brata. Próbuje być samodzielna oraz pokazać, że jest w stanie zadbać o siebie. I to właśnie plus pewne ogłoszenie sprowadziło ją do Everetta Lewisa – mieszkającego samotnie na odludziu handlarza ryb. Staje się gosposią i – przy okazji – zaczyna malować.

maudie1

Biograficzny film Aisling Walsh zaskakuje swoją prostotą oraz brakiem kombinowania. Pozornie może się to wydawać brakiem ciągu przyczynowo-skutkowego. Widzimy jak nasza bohaterka próbuje się zaaklimatyzować u boku bardzo szorstkiego, nieufnego mężczyzny oraz jego rutyny codziennego dnia. Sprzątanie, rąbanie drewna, sprzedawanie ryb oraz bardzo powolne docieranie się tej dwójki odmieńców, skrywających pewne tajemnice. A wszystko rozgrywa się w pięknych krajobrazach kanadyjskich prowincji. Przyroda idealnie wpasuje się w nastrój tego niespiesznego filmu, bardziej skupionego na relacji bohaterów niż na sile tworzenia oraz kreacji.

maudie2

Wrażenie robią też same obrazy, które są pozornie proste, wręcz z dziecięcej perspektywy. Mogą one wydawać się zbyt proste, wręcz prymitywne (właściciel sklepu twierdzi: „Mój syn by to lepiej namalował”). Ale jest w nich coś pozytywnego, ciepłego, wręcz łagodnego. Wszystko wynika ze swoich wspomnień, delikatnych obserwacji (portret Maud i Everetta) dnia codziennego. Wszystko to pokazane z prawdziwą delikatnością oraz sympatią wobec bohaterów, co jest bardzo trudne do osiągnięcia. Wszystko spójnie poprowadzone, bez robienia laurki oraz prostych, jednowymiarowych postaci.

maudie3

I to właśnie postacie nakręcają ten film, a właściwie dwie. Tytułową Maudie odtwarza Sally Hawkins i jest rewelacyjna. Pozornie troszkę dziwna (ten chód), ale jest pełna energii, empatii, wręcz nieopisanej radości, takiego wewnętrznego ciepła. Kontrastem dla niej jest znakomity Ethan Hawke, który tworzy jedną z bardziej skomplikowanych postaci. Everett wydaje się początkowo szorstkim, chłodnym człowiekiem. Jego twarz pełna jest grymasów, z ust słychać mruknięcia, chrząknięć, zacięć. Facet skrywa pewną tajemnicę i widać, że przeszedł wiele. Ale pod tym wszystkim skrywa się coś więcej, a aktor pokazuje to znakomicie. Duet pozornie nie pasujący do siebie, lecz nie takie sytuacje widzieliśmy na ekranie.

„Maudie” nie jest klasyczną biografią skupioną na trzymaniu się faktów, lecz bardzo poruszająca historia miłosna dwójki outsiderów. Zaskakuje bardzo delikatną realizacją oraz bardzo pogłębionymi portretami postaci, które z czasem nie potrafią bez siebie żyć.

8/10

Radosław Ostrowski

Atomic Blonde

Rok 1989, Berlin jeszcze jest podzielony na dwie części, ale w powietrzu czuć wrzenie. I to właśnie tam dochodzi do zabójstwa. Ofiarą jest brytyjski szpieg, James Gascoigne, zaś cała intryga skupia się wokół tzw. listy. To spis wszystkich działających agentów wywiadu świata, znajdujący się w zegarku. Właśnie tam zostaje wysłana agenta MI6 Lorraine Broughton. Tylko, że od samego początku podążają Ruscy.

atomic_blonde1

Reżyser filmu David Leitch znany stał się dzięki współrealizacji „Johna Wicka”. Więc nie byłoby zdziwieniem, że wiele osób spodziewało się, iż samodzielny debiut reżysera też będzie prostym, nieskomplikowanym kinem akcji w starym, retro stylu. Ale tak naprawdę jest to rasowy film szpiegowski, troszkę inspirowany Jamesem Bondem. Poszukiwania „listy” – będącej obiektem zainteresowania wszystkich służb – łączą się z wytropieniem podwójnego agenta, Satchela. Zabawa w podchody, brak zaufania, zdrady w szeregach wywiadu Królowej: tutaj gra jest ostra, stawką jest własne życie. Tylko, że tutaj nie wiadomo komu do końca możemy zaufać, tak jak Lorraine.

atomic_blonde2

Scen akcji nie ma tutaj zbyt wiele, ale kiedy dochodzi do niej, to jest krwawo, ostro i z mięchem. Jak wszyscy wiemy, dobrze wyszkolony szpieg, potrafi wykorzystać jako broń wszystko. Nie tylko spluwy i pięści. Widać to mocno zarówno w bijatyce z niemiecką polizei, jak i fenomenalnie zrealizowanej scenie walki z małym oddziałem KGB, zrobionej w jednym ujęciu (przynajmniej tak wygląda). Pomysłowa choreografia, niemal tańcząca kamera oraz pewien mały detal – bardzo mocno widoczne ciosy oraz zmęczenie przeciwników. Lorraine to nie jest Neo czy inny superbohater, który wychodzi ze wszystkiego bez zadrapania. To dodaje realizmu tej stylowej historii. Trzeba pochwalić realizację, gdzie czuć klimat lat 80. – neony w spelunach, mocne kolory, zaś w tle największe hity epoki z New Order, Neną i Davidem Bowie na czele.

atomic_blonde3

Dla wielu problemem może być dość nierówne tempo, gdzie trzeba było balansować miedzy skomplikowaną szpiegowską intrygą, a ostrą, krwawą naparzanką. Przez co zdarzają się pewne przestoje, wplecione repetycje, ale nie brakuje tutaj suspensu (wszystko, co związane z przerzutem Spyglassa), ironicznego humoru oraz walącej po oczach oprawie audio-wizualnej.

atomic_blonde4

Jednak film ma jednego mocnego asa – Charlize Theron w roli głównej. Jej ciosy mają siłę bomby atomowej, pozornie sprawia wrażenie chłodnej, wypalonej specjalistki, jednak nie rezygnuje ze swojego seksapilu (te buty na wysokim obcasie, ciuchy, fryzury), przez co nie da się oderwać od niej oczu. Idealnie pasuje do tej kreacji chłodnej, opanowanej, ostrej twardzielki. Jednak film bezczelnie kradnie James McAvoy w roli łącznika Percivala. Wyglądający jak anarchista, w rzeczywistości jest wypalony, zgorzkniały, wręcz cyniczny szpieg, ciągle lawirujący i dbający o własny interes. Poza tym duetem na drugim planie fason trzyma Toby Jones (Eric Gray) oraz John Goodman (Kurzfeld), także Eddie Marsan (Spyglass) potrafi skupić uwagę swoim bezbłędnym akcentem. Nie można też nie wspomnieć równie pociągającej Sofii Boutelli (Lasalle) oraz drobnym epizodzie Tila Schweigera (zegarmistrz).

„Atomic Blonde” to miks krwawego akcyjniaka ze szpiegowskim thrillerem, balansującym między powagą a humorem. Może bywa podkręcony, tempo bywa dość nierówne, ale intryga wciąga, nie brakuje kilku wolt, zaś wizualnie robi niesamowite wrażenie. To dobry prognostyk dla kolejnego filmu Leitcha, czyli drugiego „Deadpoola”.

7,5/10

Radosław Ostrowski