Czerwony żółw

Wszystko zaczyna się bardzo mocnym hukiem, gdyż widzimy mężczyznę gdzieś podczas sztormu. W końcu trafia do wyspy pełnej drzew, krabów oraz wód. Ale nasz śmiałek próbuje zrobić wszystko, by się stąd wydostać. Kolejne tratwy są jednak coraz bardziej brutalnie niszczone, a każda próba ucieczki kończy się klęską i kolejną, kolejną. A wszystko przez tytułowego czerwonego żółwia.

czerwony_zolw2

Dziwnie brzmi historia w animacji Michaela Dudoka de Wita. Holenderski filmowiec wsparty przez japońskie studio Ghibli, stworzył pod względem technicznym prostą, wręcz ręcznie rysowaną historię, w której nie pada ani jedno słowo. Opowieść pełna tajemnicy, minimalizmu w formie (całość była rysowana na… tablecie) oraz pewnej wolty, która wywraca wszystko do góry nogami. Emocje, poza chrząknięciami są przedstawione za pomocą cudownej muzyki, podkreślającej niezwykłe doświadczenie. Nie ważne czy mówimy o sennych marach bohatera (lot nad drewnianym mostem), próbie ujarzmienia natury (tsunami), będącej obojętnej wobec naszego losu. Reżyser pokazuje losy naszego bohatera, który – wskutek pewnego wydarzenia – zostaje na tej wyspie, pokazując jego drogę aż do śmierci oraz jego relacje z przyrodą. Nawet pojawia się lekki humor w postaci sympatycznych małych krabów.

czerwony_zolw3

Dla mnie największą zagadką pozostaje znaczenie tytułowego żółwia. Czy jest on symbolem Matki Natury, kobiety, partnerki? Nie wiem, a brak jednej odpowiedzi na to pytanie, jest najważniejszym kluczem. Każdy na swój własny sposób może zinterpretować całą historię, co jest zdecydowanie ogromna zaletą.

czerwony_zolw1

Nie jest to jednak film dla dzieci, chociaż tak wygląda, a wszystko zostaje bardzo mocno w głowie. Ten film jest jak tomik wierszy, do którego za jakiś czas się sięgnie, poczyta, a potem zastanowić się nad tekstem. To dzieło daje wiele do myślenia, a każdy sam wyciągnie to, co chce.

Radosław Ostrowski

Opiekunka

Cole jest młodym chłopcem, lat 12. Mieszka z rodzicami, jest ogólnie pojmowanym loserem, który ma bardzo duże kompleksy: boi się praktycznie wszystkiego, jest szykanowany, nieśmiały, chociaż ma szeroką wiedzę. Że nie jest dojrzały może wskazywać fakt, że ma… opiekunkę. Bee jest taką laską, z którą udaje mu się nawiązać silną więź (poza koleżanką ze szkoły, która jest jego sąsiadką). Pewnego wieczora, gdy jego rodzice jadą za miasto, chce z ciekawości zobaczyć, co robi jego opiekunka, gdy śpi. To, co zobaczy przejdzie jego najśmielsze oczekiwania.

opiekunka1

McG – Joseph McGinty Niccol – reżyser, który filmy robił albo złe, albo ch***we, więc nie spodziewałem się po jego nowym filmie niczego specjalnego. Muszę jednak przyznać, ze ten horror na wesoło bardzo mnie zaskoczył. Sama historia nie jest jakaś super skomplikowana oraz pełna klisz, tylko że wszystko zostało wzięty w duży nawias. Mamy tutaj grupkę ludzi potrzebujących krwi do zawarcia paktu z diabłem, ścieżkę dźwiękową inspirowaną klasycznymi horrorami i elektroniką oraz sporą dawkę kiczu zmieszaną z humorem. Żartem są pojawiające się napisy w trakcie, nadmiar (celowy) krwi oraz makabrycznych zgonów (akcja z policjantami), czyniąc ten film bardziej podkręconą wersją „Kevina samego w domu” w reżyserii Sama Raimi w latach 80.

opiekunka2

Pojawiają się ograne chwyty w postaci pojawienia się znikąd przeciwnika, ukrywanie się przed uzbrojoną opiekunką w przedpokoju, ale to wszystko zostaje ograne czy to za pomocą dowcipnej gatki (starcie z ranną cheerleaderką, którą może da się słowem przekonać) albo wykorzystaniem piosenki (wjazd na chatę w rytm nieśmiertelnego „We Are The Champions”) czy pomysłową inscenizacją (ucieczka pokazana z perspektywy twarzy bohatera czy konfrontacja na fundamentach). I to wszystko działa aż do samego końca, gdy bohater zyskuje szacunek dawnych wrogów, poznaje fajną dziewuchę i – mówiąc najprościej – staje się dorosły.

opiekunka3

Poza zaskakującym wyczuciem konwencji, reżyser też pewnie prowadzi aktorów, choć tak naprawdę liczy się tylko dwoje z nich: Judah Lewis oraz bardzo apetyczna Samara Weaving. Pierwszy bardzo dobrze przedstawia typowego zakompleksionego, niepewnego siebie chłopaka. Niby takich było na ekranie wielu, ale i temu kibicowałem do końca. Z kolei Weaving to diaboliczna mieszanka uroku, seksapilu oraz bezwzględnej determinacji. Wodzi za nos swoim niewinnym spojrzeniem, by później wbić noże w łeb. I jak tu przejść obok niej obojętnie? Drugi plan też jest zaskakująco bogaty, a aktorzy wczuli się w tą poważną-niepoważną historię.

opiekunka4

Nie spodziewałem się, że kiedyś to powiem, ale McG zrobił naprawdę dobry film. „Opiekunka” to kolejny przykład udanych, ostrych i krwawych jaj z horroru. Przyspieszony kurs dojrzewania oraz zgrywa z gatunku, dodatkowo z klimatem oraz napięciem, dodatkowo zrobione w bezpretensjonalny, lekki sposób. Panie McG, zwracam honor i mam nadzieję, ze następne filmy będą przynajmniej na tym poziomie.

7/10

Radosław Ostrowski

Kortez – Mój dom

moj-dom-w-iext51497298

Łukasz Federkiewicz swoim debiutanckim albumem “Bumerang” zrobił ogromne zamieszanie dwa lata temu. Od tej pory muzyk i wokalista musiał zmierzyć się z dużą presją oraz ogromnymi oczekiwaniami. Pytanie, czy “Mój dom” będzie tak imponującym sukcesem jak debiut?

Drugie wydawnictwo Korteza to concept-album opowiadający o związku, który się rozpada, a całość jest znacznie bogatsza aranżacyjnie. Zaczyna się od fortepianowego rozpędu w postaci “Pierwszej”, gdzie pod koniec wchodzi delikatna gitara elektryczna. Bardziej popowo i gitarowo brzmi “Dobrze, że Cię mam”, chociaż to “papapapara” pod koniec można było sobie darować. Fortepian jeszcze wróci w żwawym “We dwoje” czy singlowym “Dobrym momencie”, ale mnie najbardziej zaskoczyła obecność elektroniki niemal żywcem wzięte z lat 80. (“We dwoje” czy organowe “Nic tu po mnie”). Swoje także ma do zrobienia pulsująca perkusja (“Film przed snem”), wręcz metaliczny bas (“Nic tu po mnie”), a nawet akordeon w mrocznym “Trudnym wieku”. Wszystko trzyma wysoki poziom, każdy dźwięk chwyta za serce, ale na sam koniec dostajemy synthpopowe “Wyjdź ze mną na deszcz”, które bardzo mocno odstaje od reszty.

Teksty bardzo osobiste, refleksyjne, pokazujące etapy związku aż do rozstania i dalszego życia. Kortez nadal ze swoim niskim głosem potrafi zagrać na wszystkich możliwych strunach wrażliwości, co nie chce się w żaden sposób zmienić. Tak się właśnie robi ambitny mainstream, który ma coś więcej do powiedzenia, grając też mocno na emocjach.

8/10

Radosław Ostrowski

Lindsey Stirling – Warmer in the Winter

Warmer_in_the_Winter_-_Lindsey_Stirling

Ta amerykańska skrzypaczka znana jest z tego, że łączy klasyczne brzmienie smyków z bardziej współczesnymi bitami, co dla wielu uszu może być barierą nie do przeskoczenia. Ale fanów musi być więcej, gdyż nie bez powodu zrealizowała do tej pory trzy płyty. Ale nawet pani Stirling uległa modzie, więc jej nowa płyta to album zimowo-świąteczny. Czy zima będzie w tym roku ciepła, dzięki tej muzyce?

Na początek dostajemy przemielonego Czajkowskiego w postaci “Dance of The Sugar Plum Farry”, gdzie poza cudownym solo skrzypiec, zmieszano elektronikę, harfę oraz różnej maści cykacze. A im dalej w las, tym mamy miks muzyki klasycznej z rozrywkową. Od bardziej jazzowego “You’re a Mean One, Mr. Grinch” z czarującym głosem Sabriny Carpenter przez cudny oraz bardzo delikatny “Christmas C’mon” (przynajmniej na początku) oraz cudnie operujace dzwonkami “Carol of the Bells” aż po sztandarowe “Let It Snow” (retro jazz zawsze w cenie, dodatkowo zmieszany z utworem o pewnym reniferze) i “Silent Night”. Prawdziwy szwedzki stół.

Ale w połowie zdarzają się utwory bez takich “współczesnych” dodatków jak w przyadku “Angels We Have Heard on High” z delikatnym fortepianem, perkusjonaliami oraz chórem czy mocno “irlandzkie” w duchu “I Saw Three Ships”. Stirling nie boi się też wplatać innych kompozycji do jednego utworu, co jest sporą zaletą, którą docenią bardziej wyrobieni melomani, kochający muzykę klasyczną i rozrywkową.

Strasznie przyjemnie buja ten album, gdzie wszyscy wokaliści (poza wspomnianą Carpenter są tu Becky G, Thrombone Shorty i Alex Gashkard z zespołu All Time Low) sprawdzają sie bez zarzutu, premierowe kompozycje brzmią świetnie, podobnie jak nowe aranżacje starszych dzieł. Także sama gra skrzypiec brzmi po prostu pięknie. Rzeczywiście ta zima może być cieplejsza.

8/10

Radosław Ostrowski

Barry Seal: Król przemytu

Słyszeliście o Barrym Sealu? Pozornie zwykły pilot linii lotniczych, który jest znudzony swoją rutyną dnia codziennego. Więc na boku zajmuje się przemytem cygar, ale zostaje przyłapany przez pewnego rudzielca. Facet okazuje się agentem CIA i składa Barry’emu propozycję nie do odrzucenia. Chodzi o zrobienie fotek komunistom. Ale potem nasz pilot dostaje propozycję od handlarzy narkotyków z Kolumbii. I zaczyna się szalona, wręcz nieprawdopodobna historia.

barry_seal1

O Barrym Sealu wspomniano w jednym z odcinków „Narcos”, więc fani serialu mogą poznać całą tą historię z perspektywy naszego pilota, który nagrywa swoją historię na VHS-ie. A tą szaloną historię postanowił opowiedzieć Doug Liman, czyli twórca „Na skraju jutra” oraz „Tożsamości Bourne’a”. i tak jak w „Narcos” wygląda to wręcz nieprawdopodobnie. Akcja czasami pędzi na złamanie karku, nasz pilot lawiruje między wywiadem, kartelem narkotykowym, pomaga przerzucać broń i… bojówki Contras, mające przejąć władze w Nikaragui, dostarcza informacje od Noriegi, przy okazji zgarniając tyle kasy, że nawet nie ma specjalnie miejsca do jej trzymania. Ogląda się to niczym teledysk: szybki montaż (pierwsze loty Seala), chwytliwa muzyka z epoki, mocne kolory niczym z kaset video, ucieczki przed Strażą Graniczną, a w tle ciągle zmieniająca się sytuacja polityczna (pokazana za pomocą archiwalnych zdjęć oraz animacji).

barry_seal2

Tylko mam jeden poważny problem: to wszystko jest takie powierzchowne, o bohaterach wiemy bardzo niewiele, są ledwo zarysowani, wręcz papierowi. Wszystko to służy podkręceniu akcji, zaserwowaniu kilku zgrabnych gagów (pierwszy kontakt z Contras) oraz poczuciu dobrej zabawy. To może wystarczyć, ale sama historia była na tyle fascynująca, że można (wręcz należało) ją pogłębić, bo kompletnie na Sealu mi nie zależało.

barry_seal3

Chociaż Tom Cruise w roli takiego chciwego cwaniaczka, wykorzystującego każdą nadarzająca się okazję do zebrania własnych profitów sprawdza się dobrze. Ma odpowiednio białe zęby, zręcznie lawiruje między kolejnymi stronami, a jednocześnie nie jest do końca serio („część z tych wydarzeń miała miejsce”), co pozwoli wzbudzić sympatię. Poza Cruisem wybija się tylko Domhall Gleason jako Schafer, czyli agent CIA – pewny siebie, opanowany oraz twardy. Cała reszta (włącznie z kartelem z Medellin) robi tutaj tylko za tło mające uwiarygodnić całą tą szaloną opowieść.

barry_seal4

„Barry Seal” to kolejny przykład kina od zera do bohatera, pokazując przy okazji cenę, jaką trzeba zapłacić za swój wielki sukces. Można odnieść wrażenie, że to klon „Wilka z Wall Street” czy „Rekinów wojny” z powodu realizacji. Ale film Limana jest znacznie lżejszego kalibru, mający na celu dostarczyć rozrywki, nie do końca wykorzystując swój potencjał.

6,5/10 

Radosław Ostrowski

Imperium

Poznajcie Nate’a Fostera – jest to młody agent FBI, pracujący przy biurku oraz pomagający przy przesłuchaniach terrorystów. Ale tym razem otrzymuje szansę wykazania się w terenie. Dochodzi do informacji, że neonaziści planują jakiś zamach w Waszyngtonie. By nie dopuścić mężczyzna musi zinfiltrować grupę, by powstrzymać plany.

imperium1

Film jest rasowym thrillerem, gdzie mamy bohatera powoli wsiąkającego do niebezpiecznego środowiska, pełnego jasno określonych poglądów, ale też bardziej podzielonego niż na pierwszy rzut oka może się wydawać. Jak w każdej grupie, są ludzie na niższym stopniu – prymitywne mięśniaki, którymi bardzo łatwo można zmanipulować, oszukiwać, sterować. Jest też charyzmatyczny radiowiec, robiący za propagandową tubę (Dallas Wolf) oraz niemal fanatyczny fighter (Andrew Sheehan), szukający pretekstu do dużego szoku, konfrontacji. Ale są też bardziej filozoficzni myśliciele (Gerry Conway), bardziej wierzący w słuszność kierunku. Reżyser mocno pokazuje też jak rodzina przekazuje te nacjonalistyczne przekonania, poznane dzięki książkom, obrazom, kulturze, filmom. I to budzi prawdziwe przerażenie, tak jak moment, gdy Nate musiał udowodnić swoje przekonania (scena pierwszego przesłuchania i akcja z dżinsami Levi’s – perła). Jednak w połowie napięcie zaczyna siadać, a film rozłazi się na mniejsze scenki.

imperium2

Nawet samo infiltrowanie przez Nate’a wydaje się jakieś fałszywe. Nawet to, że nie jest dokładnie sprawdzany (na początku jeszcze to rozumiałem) i niemal od razu zdobywa zaufanie wśród ludzi mających – przynajmniej tak twierdzą – wtyki i kontakty wszędzie. Zaś zakończenie pokazuje, że jest szansa na wyrwanie się z tego zaklętego kręgu.

imperium3

„Imperium” poza niezłymi przebitkami montażowymi ma jeszcze jeden mocny punkt: fantastycznego Daniela Radcliffa. Aktor bardzo przekonująco pokazuje determinację i jego walkę o naprawienie tego świata, ale jak musi wcielić się w skinheada, to daje z siebie wszystko. Nie tylko pod względem fizycznym, ale i mentalnym, przez co czasami mocno balansuje. Z drugiego planu wybija się najmocniej Toni Collette jako agentka prowadząca naszego bohatera.

„Imperium” jest kawałkiem niezłego dramatu i dreszczowca, który przypomina o brutalnej i niebezpiecznej sile nacjonalizmu. Tej lekcji nigdy nie należy zapomnieć, nawet jeśli jest to jedyna mocna wartość tego filmu.

6/10

Radosław Ostrowski

M jak morderca

Pamiętacie na czym polega gra w wisielca? Jedno słowo do zgadnięcia, a za pomyłkę dostajesz rysunek wiszącego człowieka. Taką grę podjął pewien morderca z policją. Kiedy detektyw Will Ruiney, były profiler FBI, znajduje na terenie szkoły podstawowej zwłoki z rysunkiem wisielca oraz literką nie wiem, że zaczyna się bardzo trudna zabawa. Poza tym, jeszcze na ławce znajduje numery odznaki swojej oraz emerytowanego detektywa Archera. Obaj panowie podejmują wyzwanie, ale mają trzecią wspólniczkę: dziennikarkę z Nowego Jorku, która ma obserwować ich pracę oraz opisać ją.

wisielec1

„Hangman” (polskie tłumaczenie tego tytułu to są jakieś jaja) może się wydawać jednym z wielu thrillerów o seryjnym mordercy oraz tropiącej go policji. Znamy te filmy od czasu „Siedem” Finchera, czyniąc ten schemat strasznie popularnym. Inspiracje thrillerem z 1995 roku czuć już w czołówce oraz dużej ilości mroku (bardzo ciemne kadry), ale to wszystko w tym temacie. Sama intryga i łamigłówka jest bardzo mocno naciągane, bo już po dwóch minutach wiemy, kto zabija, zanim poznajemy całą intrygę.

wisielec2

Brakuje tutaj jakiegokolwiek napięcia, sama intryga, sposób zabijania oraz miejsca kolejnych ciał (masarnia, kościół) brzmi kompletnie bez sensu, zaś parę rozwiązań (uśpienie faceta, by ukraść… jego krew – WTF?) wywołuje we mnie poczucie zażenowania oraz facepalm. Do tego jeszcze dialogi miejscami brzmią bardzo słabo, muzyka nieźle brzmiała, ale rozwiązanie jest jednym wielkim rozczarowaniem, jadącym po wszelkich kliszach. A kilka momentów (przesłuchanie rodziny pierwszej ofiary, rozmowa o powrocie Archera) zostało wyrzuconych przy montażu i to widać. Jakby tego było mało, zakończenie serwuje ciąg dalszy.

wisielec4

Aktorzy próbują coś wygrać, jednak ani reżyser, ani scenariusz nie pozwalają im rozwinąć skrzydeł. Tym większa szkoda, że zatrudniono samego Ala Pacino, próbującego wejść z pewnym dystansem oraz bardziej sztywnego Karla Urbana jako śledczego z tajemnicą, poczuciem winy. Obaj panowie radzą sobie nieźle, choć nie mogłem pozbyć się wrażenia niewykorzystania w pełni swoich możliwości. Z kolei Brittany Snow jako dziennikarka sprawia wrażenie kwiatka do kożucha, zaś główny antagonista jest bardzo przerysowany.

wisielec3

„M jak morderca” brzmi niczym niezły pomysł na thriller z seryjnym mordercą w tle. Problem w tym, że reżyser Johnny Martin kompletnie się nie przyłożył, jakby od niechcenia. Zabrakło serca, podejścia, sensu, rzemiosła. Absolutnie nie warto marnować czasu.

4/10

Radosław Ostrowski

Magda Umer – Kolędy

koledy-b-iext51959051

Zaczął się okres przedświąteczny, a wraz z nim płyty z kolędami, świątecznymi klasykami na nowo granymi, wręczzarzynanymi do znudzenia. Chociaż (dość pobieżnie) znałem dokonania Magdy Umer, to miałem ciągle wątpliwości, co do sensu stworzenia tego albumu świątecznego. Na szczęście bardzo się pomyliłem.

“Kolędy” to zapis koncertu z wrocławskiego Narodowego Forum Muzyki im. Witolda Lutosławskiego z 22 grudnia 2016 roku, zaś wszelkie aranżacje są robotą pianisty Wojciecha Borkowskiego. Każdy utwór poprzedzony jest zapowiedzią (ładnych), zaś dobór piosenek parę razy zaskakuje. Owszem, jest “Oj maluśki, maluśki” (w góralskim duchu, z chórem dziecięcym) oraz “Na całej połaci śnieg”, jednak pojawia się parę mniej znanych – przynajmniej mi – pieśni jak “Na gościńcu egiptowym” (pięknie gra fortepiano ze smyczkami), “Kolęda dla nieobecnych”, śpiewana tylko przez chłopaków zwiewni “My też pastuszkowie” czy nagrana rok temu z Grzegorzem Turnauem “Kolęda dla tęczowego Boga”. Nie mogę odmówić uroku, co jest także zasługą tekstów, niepozbawionych ważkich refleksji nad światem, bliskimi, co odeszli, dając też miejsce na serdeczny humor.

To także jest zasługą bardzo ciepłego głosu samej Magdy Umer, sprawdzającej się zarówno jako wodzirej całej imprezy, ale dodaje w tych interpretacji pewną lekkość (finałowa “Zimy żal”), elegancję oraz klasę. Jestem bardzo pozytywnie zaskoczony tym wydawnictwem, które dodaje barw nawet tym znanym utworom. A to jest wielka sztuka, którą potrafią tylko wielcy twórcy.

Radosław Ostrowski

U2 – Songs of Experience

U2_Songs_of_Experience_cover

Trudno mi wyobrazić sobie kogokolwiek, kto interesuje się muzyką, by nie słyszał o zespole U2. Dziarski kwartet z Irlandii trzy lata temu wydał “Songs of Innocence”, inspirowane poematami Williama Blake’a. album został zapamiętany główne z tego powodu przymusowego umieszczenia na iTunes. A teraz wychodzi (już nie wciskana siłowo) kontynuacja poprzednika, czyli “Songs of Experience”, także inspirowane utworami Blake’a. czy warto było czekać?

Tak jak poprzednio, zatrudniono sztab producentów (m.in. Steve’a Lilywhite’a, Paula Epfwortha i Danger Mouse’a), zaś efektem jest zbiór tego, co ostatnio dają Irlandczycy: melodyjny, miejscami patetyczny, lecz przyjemne granie. Tak obiecuje dość krótki (niecałe 3 minuty) “Love Is All We Have Left” z bardzo oszczędną aranżacją. Tylko, że w połowie Bono postanawia skorzystać z autotune’a, co nie może się w żaden sposób skończyć dobrze. Lepiej się dzieje w utrzymującym średnie tempo “Lights of Home” z leciutko przesterowaną gitarą (środkowy riff jest smakowity) oraz wręcz chóralnym zaśpiewem na końcu. Już po tym atakują dwa single – niczym nie wybijający się (poza smyczkami w tle) “You’re The Best Thing About Me” oraz będący w zasadzie lekko zmodyfikowanym “Beautiful Day” “Get Out of Your Own Way”. Ale woltę wykonuje w soulowym “American Soul” z przeterem na riffie oraz wplecionym we wstępie… Kendricku Lamarze oraz bardzo ładnie brzmiącym “Summer of Love”, troszkę przypominającym stylem Red Hot Chili Peppers oraz szybki w tym zestawie “Red Flag Day”, przypominający dawne U2. Nieźle wypada miejscami rozkrzyczany “The Showman”, ale później Bono doprowadza do stanów sennych swoim balladami “The Little Things That Give You Away” oraz “Love Is Bigger Than Anything In Its Way”, by zaatakować wręcz tanecznym i dzikim “The Blackout”.

Reszta utworów po prostu jest, nie przeszkadza, robiąc za delikatne tło. Trudno odmówić ręki do grania czy Bono braku charyzmy w głosie, ale brakuje jakiegoś mocnego kopniaka, czegoś chwytającego za serce oraz mocno wchodzącego w pamięć. Czymś takim może być umieszczony w wersji deluxe “Ordinary Love” w innym mixie, tylko czy komuś się będzie (poza fanami lub fanatykami grupy) sięgnąć po tę edycję?

Innymi słowy wyszła zaledwie niezła płyta, nie zapadająca mocno w pamięć. Po odsłuchaniu zapewne się odłoży na półkę, bez szans na ponowny odsłuch.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Morderstwo w hotelu Hilton

Kair, początek rok 2011. Czasy coraz bardziej nerwowe, powoli czuć ducha rewolucji oraz buntu przeciw władzy prezydenta Mubaraka. W tym mieście dochodzi do morderstwa – ofiarą jest młoda piosenkarka, a miejscem zbrodni jest ekskluzywny hotel Hilton. Trwają poszukiwania świadka, a śledztwo prowadzi porucznik Noredin z policji.

hotel_hilton1

Kino gatunkowe spoza USA i Europy jest czymś rzadko spotykanym, więc dzieło Tarika Saleha wydaje się czymś odświeżającym. W zasadzie mamy tutaj do czynienia ze stylizowanym na kino noir dramatem. Niby gramy na znanych kliszach, czyli zgnilizna świata, cyniczni twardziel na pierwszym planie, korupcja, matactwa i zderzenie świata bogaczy z biedą oraz nędzą. W tym wszystkim lawiruje porucznik Noredin, wobec którego nasze uczucia są mocno ambiwalentne. Bierze w łapę, zgarnia działki z nielegalnego handlu i czasami nagina prawo dla własnych korzyści. Ale to właśnie ten detektyw o aparycji Faresa Feresa (bardzo dobrego zresztą) okazuje się być ostatnim człowiekiem, któremu zależy na prawdzie w tym paskudnym świecie.

hotel_hilton2

Sama intryga rozkręca się bardzo powoli, mocno opisując tło przed wybuchem rewolucji, pokazanej dopiero w finale. Przechodzi przez ubogie, brudne komisariaty aż po dzielnice zamieszkiwane przez imigrantów marzących o lepszym losie, zazwyczaj marnie wykształconych. Choć od razu poznajemy twarz mordercy, od razu wchodzimy w całe to brudne dochodzenie, pełne kłamstw, trupów, szantażu i korupcji. Niby nic nowego w tym gatunku, gdzie równie dobrze mogło by się to dziać w Nowym Jorku, Londynie czy Warszawie, ale osadzenie w konkretnej przestrzeni buduje bardzo specyficzny klimat.

hotel_hilton3

„Morderstwo” jest przykładem ambitnego kina gatunkowego, zgrabnie wykorzystującego ograne i sprawdzone klisze, włącznie z gorzkim finałem. Fakt, że wymaga skupienia przy ułożeniu wszystkich elementów układanki, nie powinien odstraszać. Saleh łączy wiele kawałków, dodaje sporo napięcia, chociaż unika efektownych strzelań czy widowiskowych scen akcji. Do tego stawia na świetnych, kompletnie nie znanych w naszym kraju aktorów. Dobrze wykonana robota oraz rzemiosło z wyższej półki.

7/10

Radosław Ostrowski