Przeznaczenie

Co było pierwsze – jajko czy kura? To jedno z odwiecznych pytań, które dręczą nie tylko filozofów, ale także pisarzy czy filmowców. W szczególności tych wykorzystujących konwencję fantastyki naukowej. Szczególnie te dotyczące podróży w czasie oraz reperkusji tych działań. Jeśli kojarzycie takie filmy jak trylogia „Powrót do przyszłości” czy „12 małp”, to prawdopodobnie podejdzie wam australijskie niskobudżetowe „Przeznaczenie”.

Akcja skupia się wokół Agenta Czasu, który wykonuje skoki w czasie, żeby powstrzymać ataki terrorystyczne, zamachy oraz inne tragedie. To alternatywna rzeczywistość w retro wydaniu, gdzie podróżnicy mają dwa rewolwery oraz wehikuły w kształcie futerału na skrzypce czy inną gitarę. Bohaterem jest protagonista (Ethan Hawke), który ma obsesję na punkcie dopadnięcia terrorysty o ksywie Fizzle Bomber. Człowiek ten w marcu 1975 roku podłoży ładunek, który zabije ponad 10 tysięcy osób, więc sprawa jest bardzo poważna. Wszystkie próby kończyły się niepowodzeniem, jednak agent ma pewien plan. I szybko trafiamy do 1970 roku w jakimś barze, gdzie podróżnik działa jako barman pod przykrywką. Tam pojawia się pewien szorstki mężczyzna (Sarah Snook) opowiadający pokręconą historię swojego życia.

I w tym momencie muszę zatrzymać opowiadanie fabuły, bo jedno czy dwa zdania za dużo mogą zepsuć odkrywanie tajemnicy. A dzieło braci Spierig – doświadczonych gości od tworzenia efektów specjalnych – jest jednym z największych mózgotrzepów jaki widziałem od dawna. Próbując połączyć kto, co, jak i kiedy może doprowadzić komórki mózgowe do intensywnego myślenia. Ale przez większość czasu jesteśmy w nowojorskim barze AD 1970, słuchając rozmowy dwójki ludzi. Z masą retrospekcji, osadzonymi w przedziale 1945-70, mocno osadzonymi w znanej nam rzeczywistości. Efektów specjalnych oraz wizualnych bajerów tu nie znajdziecie, akcja w zasadzie dzieje się w kilku lokacjach, co wynika z ograniczeń budżetowych.

Ale reżyserzy umieją to ugrać w atut. „Przeznaczenie” ładnie wygląda wizualnie, scenografia i kostiumy z epoki świetnie budują klimat (zwłaszcza siedziby SpaceCorp), zaś świetne dialogi wpadają w ucho oraz wypadają naturalnie. To ostatnie jest także zasługą opowiadania Roberta Heinleina – jednego z klasyków literatury SF lat 50. i 60., zaś wszelkie nitki, kroki oraz twisty zawstydziłyby samego M. Nighta Shyamalana. Przeznaczenie, transgresja, podróże w czasie, tożsamość i czas – za pierwszym razem nie ogarnąłem. Czuję, że jeszcze tu wrócę. Sama akcja jest bardzo dobrze pokazana, choć jest jej zaskakująco mało, a ostatnie pół godziny to prawdziwy rollercoaster oraz rozgardiasz, próbujący spiąć wszystko w gigantycznym suple. A wszystko to jest rewelacyjnie zagrane przez dominujący duet Ethan Hawke/Sarah Snook, szczególnie ta ostatnia magnetyzuje wcielając się zarówno w mężczyznę oraz kobietę, bez popadania w sztuczność. Karkołomna, skomplikowana i niezapomniana rola.

Nie będzie raczej niespodzianką nazwanie „Przeznaczenia” najlepszym filmem braci Spierig. Intrygujący, tajemniczy, bardzo stylowy wizualne, świetnie zagrany oraz napisany. Skomplikowana układanka, do której będzie się chciało wracać, by poszukać kolejnych tropów w sklejeniu całego obrazu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Prognoza pogody

Jeden film mocno potrafi zaważyć na karierze swojego twórcy. Na dobre i na złe. W przypadku zmarłego w 2018 roku Antoniego Krauzego był to jego ostatni tytuł, czyli niesławny „Smoleńsk”. Produkcja tak zjechana oraz zniszczona przez krytykę, że niejako naznaczyła całą jego filmografię. I szkoda, bo jest tam o wiele lepszych, ciekawszych tytułów jak – uznawany za najlepszy w dorobku twórcy „Palca Bożego” – film „Prognoza pogody”.

Akcja osadzona jest jesienią 1981 roku w domu rencisty gdzieś na Lubelszczyźnie (przynajmniej tak wywnioskowałem po rejestracji jednego z aut). To inne określenie na dom spokojnej starości, gdzie przebywają już niemłodzi ludzie, z różnych środowisk. Jednak wszyscy są samotni, zmęczeni i nie mają już na co czekać. Zaś oglądana prognoza pogody w telewizji nie daje pola na optymizm. Jeszcze większe przerażenie czują, gdy widzą przywożone do domu… trumny. Obawiając się, że mają zostać zlikwidowani, staruszkowie decydują się na ucieczkę. Następnego dnia kierownik ośrodka (Witold Pyrkosz) wyrusza na poszukiwania, w których towarzyszy mu najpierw szef firmy pogrzebowej, a następnie milicja.

„Prognoza pogody” była kręcona od jesieni 1981 do marca 1982 roku (z przerwą spowodowaną stanem wojennym 13 grudnia), a materiałem źródłowym było opowiadanie Marka Nowakowskiego. Sam film przypomina dokument, gdzie jest sporo skupienia na detalach, twarzach oraz nakładających się na siebie rozmów. Początek w domu rencisty (nakręcony w czerni i bieli) miejscami wręcz ociera się o horror, budując paranoję oraz poczucie niepokoju, co pokazuje scena wywoływania medium oraz odkrycie trumien na poddaszu. Ale od momenty ucieczki całość nabiera barw (dosłownie), pokazując możliwie ostatnią chwilę wolności. Dochodzi do tarć, a także dość zadziwiających interakcji: ucieczki przed myśliwymi, ukrywaniu się w niedokończonej budowie, w motelu, gdzie są ignorowani przez pracowników czy – najbardziej pokręcone – spotkanie z grupą młodych hipisów/ćpunów. To ostatnie wygląda dość absurdalnie, jednak cały czas angażuje.

Problem z tym filmem – jak wiele w przypadków opowieści o bohaterze zbiorowym – jest fakt, że te postacie nie są zbyt głęboko zarysowane. Wybija się kilka z nich jak przedwojenny właściciel ziemski (Włodzimierz Kwaskowski), polityczny idealista (Mieczysław Łoza), wyrzucona z teatru aktorka Pelagia (Lena Wilczyńska), jednak reszta zlewa się w mało wyrazistą masę, która ma czasem jedną scenę dla siebie. Jest jeszcze pojawiający się na drugim planie Witold Pyrkosz w roli kierownika domu starców, którego oszczędność skrywa coś więcej, co eksploduje w finale. Mocno symbolicznym, dającym wiele do myślenia.

Zadziwiające jest, że „Prognoza pogody” czaruje swoim melancholijnym klimatem. Dobrze wyglądającym, z bardzo naturalnie brzmiącymi dialogami oraz świetnym aktorstwem. Jakby czuć tu zbliżający się stan wojenny, niejako podpatrując ostatnie chwile wolności. Bardzo poruszające doświadczenie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dobry chłopiec

W zeszłym roku Jan Komasa nakręcił dwa anglojęzyczne filmy. Amerykańska „Rocznica”, który z perspektywy amerykańskiej rodziny pokazywała przemianę kraju w bardziej totalitarną dystopię, nie spotkała się ze zbyt życzliwym odbiorem. Dlatego tak dużą niespodzianką była polsko-brytyjska koprodukcja „Dobry chłopiec”, zmieniająca ton o 180 stopni.

Bohaterem jest Tommy (Anson Boon) – nastolatek, zachowujący się jak typowy reprezentant swojego pokolenia. Chlanie, ćpanie, imprezowanie, bzykanie. I jeszcze jest typowym rozrabiaką, co robi hałas, chaos oraz atencję. Jednak po ostatnim melanżu pobudka będzie bardziej przerażająca niż sobie może wyobrazić. Po otwarciu oczu zauważa szarą ścianę w jakieś piwnicy, do tego przykuty do ściany z łańcuchem i obrożą niczym pies. Tak chłopak trafia do domu gdzieś na odludziu, zamieszkiwanym przez rodzinę. Bardzo dziwną i specyficzną rodzinę: Chrisa (Stephen Graham), bardzo wycofaną Kathryn (Andrea Riseborough) oraz ich 10-letniego syna, Jonathana (Kit Rakusen). Czego od niego chcą? Dlaczego akurat on? I kim są ci ludzie?

Komasa stworzył jeden z najbardziej kameralnych filmów w swoim dorobku, który (poza początkiem i końcem) dzieje się w jednej przestrzeni. Czyli domu gdzieś w okolicach Yorkshire, znajdujący się z dala od świata, cywilizacji. To przejście z bardzo dynamicznego początku (intensywnie zmontowany) do brutalnego wyciszenia oraz konsternacji, która mnoży pytania. Gdzie jesteśmy? Kim są „porywacze”? Czy to seryjni mordercy, psychopaci, szaleńcy? Co ich motywuje? Albo jakim cudem puszczają filmiki Tommy’ego z social mediów na… kineskopowym telewizorze? Oraz dokąd to wszystko zmierza? Reżyser razem ze scenarzystą Bartoszem Bartosikiem ciągle podpuszczają, mieszając tropy oraz gatunki: od psychologicznego thrillera po czarną komedię. Czuć tu mocno inspirację Yorgosem Lanthimosem (choćby niedawna „Bugonia”) czy Stanleyem Kubrickiem (konkretnie „Mechaniczna pomarańcza”), pokazując bardzo ekstremalne próby wytresowania czy wychowania człowieka. By sprowadzić go na „jasną stronę życia” oraz pokazać jego miałką, płytką egzystencję. Tylko czy to zadziała?

Ale im dalej w las, tym bardziej ta relacja staje się coraz bardziej toksyczna, oparta na pełnej kontroli oraz – co nie widać na pierwszy rzut oka – okrucieństwie. Rodzina niby wydaje się normalna, bardzo opanowana, unikająca przekleństw i wyzwisk, jednak czuć w tym pewien fałsz. Widać, że ci ludzie są naznaczeni przez jakąś tragedię, która nie została przepracowana. Ale nigdy nie poznajemy ich przeszłości, co dla wielu może być frustrujące. Cały czas film trzyma w napięciu, ciągle myląc tropy i prowokując do myślenia. A wszystko sprowadza się do mocnego, szokującego finału.

A to wszystko jest fantastycznie zagrane. Na pierwszy plan wysuwa się Anson Boon w roli Tommy’ego, który jest pełen agresji, przemocy oraz wściekłości. Początkowo chce się go omijać szerokim łukiem, jednak z czasem zaczynamy widzieć odkrywane nowe emocje. Ale na ile to prawdziwa przemiana, a na ile tylko sposób na ucieczkę? Sprytnie tu lawiruje, dość łatwo budząc sympatię, nawet jeśli nie akceptujemy jego zachowania. Jednak najlepiej prezentują się Stephen Graham oraz Andrea Riseborough w roli rodziców. On – bardzo opanowany, z tupecikiem na głowie, sprawiający wrażenie empatycznego, ciepłego człowieka (szczególnie w relacji z synem), jednak w sytuacji zagrożenia nie zawaha się przed przemocą. Ona – strasznie blada, wręcz nieobecna niczym duch, rzadko się odzywająca. Widać, że skrywa się za tym pewien nieopisany ból. Dwoje razem tworzą niezapomniany duet, który zostanie na długo po seansie. Jest jeszcze niezawodny młody Kit Rakusen oraz świetna Monika Frajczyk w roli sprzątaczki Reni, która dopełnia całości.

Że „Dobry chłopiec” będzie lepszym anglojęzycznym filmem Komasy od „Rocznicy”, to podejrzewałem. Jednak jakość wykonania przeszła moje największe oczekiwania. Precyzyjna reżyseria i scenariusz, świetne zdjęcia oraz kapitalne aktorstwo czynią tą produkcję jedną z bardziej prowokujących, inteligentnych opowieści o przemocy, rodzinie oraz kreowaniu tożsamości.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Z zaciśniętymi zębami

W latach 70. westerny już nie były tak popularne jak w latach 50. czy 60., ale nie oznaczało to całkowitego zniknięcia tego gatunku. Powstawały rewizjonistyczne spojrzenia w rodzaju „Małego Wielkiego Człowieka” Arthura Penna czy „McCabe i pani Miller” Roberta Altmana albo surrealistyczne skręty jak „Mściciel” Clinta Eastwooda. Próbowano też pójść w bardziej klasyczne, staroświeckie spojrzenie na najbardziej amerykański gatunek, lecz wiele z nich zostało zapomniane. Takim przypadkiem jest „Z zaciśniętymi zębami” z 1975 roku.

Akcja dzieła weterana Richarda Brooksa rozgrywa się w roku 1906, czyli dość późno jak na ten gatunek i skupia się wokół… wyścigu konnego. Ma on trwać 9 dni, zaś trasa wynosi tysiąc kilometrów z 2 tysiącami dolarów do wygrania. Jak na tamte czasy to ogromny majątek, więc śmiałków nie brakuje. Chętni po wygraną to: dwaj weterani wojenni – opanowany Sam Clayton (Gene Hackman) i hazardzista Luke Matthews (James Coburn), panna Jones (Candice Bergen), narwany Carbo (Jan-Michael Vincent), stary kowboj ze słabym zdrowiem (Ben Johnson), brytyjski dżentelmen sir Norfolk (Ian Bannen), Meksykanin z bólem zęba (Mario Arteaga) oraz bardzo dziany Jack Parker (Dabney Coleman).

Nie można nazwać tego filmu klasycznym westernem, ale bardziej kinem przygodowo-sportowym. Przez większość czasu podążamy za kowbojami (i kowbojką) w zróżnicowanych krajobrazach: od lasów przez góry aż po pustynię. Do tego przy punktach kontrolnych – tak, brzmi to jak z jakieś gry komputerowej – gdzie można dać pić sobie oraz koniowi albo skorzystać z kąpieli, panienek, alkoholu. A także przyjmowane są zakłady – z całego kraju. Także sam wyścig będzie testem charakterów, pokaże prawdziwe oblicza oraz motywacje wielu z uczestników, a także będzie dla wielu lekcją. Pokory, szacunku do zwierząt (tu jest jedna bardzo mocna scena śmierci konia z wyczerpania – w slow-motion) oraz pewnego pogodzenia się ze starym porządkiem.

Jeśli ktoś spodziewałby się tu sporo akcji czy strzelanin, jest tego jak na lekarstwo. Brooks bardziej skupia się na bohaterach oraz pokazywaniu jazdy konnej z daleka. Z pięknymi i surowymi krajobrazami przyrody, które zapierają dech nawet dziś. Problem w tym, że tempo jest dość powolne – wiem, że czasy były inne – i nie czuć zbyt mocno stawki. Do tego montaż scen zawodów bywa dość chaotyczny, bo ciężko się zorientować kto za kim jedzie oraz na jakiej pozycji w zawodach się znajduje. Brakuje większej energii oraz wigoru, parę drobnych scen można spokojnie wyciąć.

Jedynie finał daje pewną nutkę satysfakcji, a także napędzający całość duet Gene Hackman/James Coburn. Ale to za mało, by uznać „Z zaciśniętymi zębami” za udany film. Choć zagrany solidnie, pięknie wygląda oraz brzmi, jednak baaaaaaaaaaardzo wolne tempo oraz zbyt dużo pobocznych wątków ciągnie całość w dół.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Elio

Coś ostatnio Pixar ze swoimi animacjami nie porywa. Jasne, są imponujące wizualnie oraz technicznie na najwyższym poziomie, jednak same opowieści wydają się nieangażujące emocjonalnie, a także zbyt znajome. Dlatego rzadko pojawiam się w kinowej sali na nowym dziele ekipy z Emeryville. Taki też los spotkał „Elio”, kosztujący ponad 200 milionów dolarów animacja SF, która poniosła komercyjną porażkę. Czy zasłużenie?

Tytułowy Elio to młody chłopak, który po śmierci rodziców, jest wychowywany przez ciotkę z armii. Delikatnie mówiąc, oboje pochodzą z różnych planet. Dzieciak porozumiewał się z rodzicami specyficznym językiem oraz ma ogromną obsesję na punkcie kosmitów. Do tego stopnia, że chce nawiązać z nimi kontakt i wyrwać się z Ziemi. Tak bardzo samotność go dobija. Przypadkiem udaje się znaleźć połączenie z przybyszami z innych planet, którzy uznają go za… ziemskiego przywódcę. A ci przybysze to reprezentanci międzyplanetarnej wersji ONZ, mającej łączyć wszystkich liderów kosmosu. W tym czasie pojawia się pewien zdesperowany, wojowniczy lord Grigon, który chce dołączyć do organizacji – dobrowolnie lub siłowo.

„Elio” brzmi jak zlepek znajomych wątków oraz motywów – pierwszy kontakt, poczucie samotności, niezbyt udane więzy rodzinne i szukanie nowego domu. Przy okazji jeszcze dostajemy „ziemskiego” klona, przerażającego złola oraz – poznanego przypadkiem – jego syna, będącego kompletnym przeciwieństwem. To ostatnie zaowocuje nieoczywistą przyjaźnią, choć fundamentem (także pobytu w kosmosie) jest kłamstwo. Po drodze nie zabraknie masy slapstickowego humoru, olśniewającej animacji (sam wygląd przybyszy jest bardzo zróżnicowany), imponujących efektów specjalnych oraz niegłupiego przesłania. Ale mam z tym dwa problemy. Po pierwsze, środek troszkę gubi rytm oraz skupienie, co wywołało we mnie pewne znużenie. Po drugie, historia jest przewidywalna niczym kolejność dni w tygodniu. Widziałem to zbyt wiele razy, lepiej zrobione i bardziej angażujące. Przez co nie mogę pozbyć się wrażenia, że „Elio” powstał dla bardziej młodszego widza.

Technicznie, jak to Pixar, jest to bardzo wysoka półeczka. Animacja jest dopieszczona, design kosmitów bardzo unikatowy (choć jednocześnie bardzo znajomy), zaś wszelkie efekty z rozpuszczaniem klona czy płynów cieszą oko. Także głosy brzmią solidnie i nie wybijają z seansu.

Ale w „Elio” brakuje dla mnie czegoś świeżego, kreatywnego i oryginalnego. To jest zbyt znajome dla bardziej doświadczonego widza, zaś Pixar w porównaniu do konkurencji dostaje zadyszki. Pozostaje mieć nadzieję, że „Hopnięci” – ich najnowszy oryginalny film – będzie zwyżką formy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zima pod znakiem Wrony

Stan wojenny to był ten okres w polskiej historii, który przerwał karnawał Solidarności i uczyniła lata 80. jednym z najbardziej depresyjnych okresów naszego kraju. Nasi filmowcy podejmowali opowieści osadzonych w tych realiach: od bardziej komediowych („Rozmowy kontrolowane”, „Chrzciny”) przez biografię („Wałęsa. Człowiek z nadziei”) aż po bardziej ambitne pokazanie funkcjonowania systemu („Żeby nie było śladów”). Teraz dostajemy koprodukcję polsko-brytyjską opartą na opowiadaniu Olgi Tokarczuk, pokazującą ten okres z perspektywy osoby z zewnątrz.

Bohaterką „Zimy…” jest Joan Andrews (Lesley Manville), mieszkająca w Londynie profesor psychiatrii. Przybywa do Warszawy 12 grudnia 1981 roku w celu przeprowadzenia wykładów na konferencji naukowej. Na lotnisku zostaje odebrana przez studentkę Alinę (Zofia Wichłacz), pełniącą rolę przewodnika. Co może pójść nie tak? Poza zniknięciem walizki, jej wykład w Pałacu Kultury zostaje przerwany przez studencką manifestację, a dodatkowo uniwersytet nie opłacił naukowczyni hotelu. Podłość ludzka zaiste nie zna granic. Zamiast tego zamieszkuje w domu dziewczyny w bloku, a następnego dnia ma odebrać ją jej brat. Problem w tym, że Alina się nie zjawa, telefon nie działa, zaś pod domem pojawia się czołg. Zostaje wprowadzony stan wojenny, a profesor utknęła bez możliwości powrotu.

Za kamerą stanęła Kasia Adamik, która postanowiła ugryźć stan wojenny w niemal surrealistycznej formie. Reżyserka bardzo przekonująco pokazuje atmosferę beznadziei życia w brutalistycznej architekturze, na zewnątrz opustoszałej i pozbawionej kolorów. Wszystko toczy się dość powolnym tempem, co może wielu zniechęcić, a jednocześnie wywołać poczucie dezorientacji oraz pytań, dokąd to wszystko zmierza. Z jednej strony kolejka po karpia i patrole milicji oraz wojska, z drugiej aresztowania przez UB/milicję, a także… wplątanie się w nielegalne drukowanie zakonspirowanej opozycji. Pojawiają się sceny ucieczki przed milicją (niezły pościg samochodowy nocą czy piesza pogoń po sfotografowaniu zabójstwa przez wypchnięcie z okna), próba zabicia przez UB czy ukrywanie się nocą w akademiku. Innymi słowy, jest intensywnie, z suspensem godnym thrillera i film mnie zaangażował. Bardziej niż się tego spodziewałem, pokazując przekonująco mentalność homo sovieticusa.

Jedyny poważny zgrzyt pojawia się w trzecim akcie, a dokładnie podczas sceny w ambasadzie. Tutaj dość jasno zostaje przedstawiona (dla mnie zbyt jasno) sytuacja geopolityczna oraz stosunek świata zachodniego. A także ostatnie sceny związane z nielegalną audycją na dachu jednego z bloków. Niemniej udaje się Adamik bardzo przekonująco pokazać atmosferę życia w tej rzeczywistości, bardziej przypominającej wielki dom wariatów.

Wszystko to jeszcze wygrywa bardzo dobra obsada. Nie zawodzi Lesley Manville w roli profesor Andrews – początkowo wycofana i zdystansowana, a także bardzo zagubiona w obcej rzeczywistości, marząca tylko o jak najszybszym wydostaniu się stąd. Pod tym wszystkim jednak kryje się ktoś z mocno zakonserwowaną empatią oraz własnymi demonami (reprezentowane przez oniryczne sceny snów). Swoje też robią niezawodni Andrzej Konopka (wuj Aliny, Henryk z cudnym wąsem) oraz Tom Burke (brytyjski ambasador). Ale największą niespodzianką była dla mnie Zofia Wichłacz, której fanem nigdy specjalnie nie byłem. I to od czasu debiutu w „Mieście 44” (może poza serialową „Warszawianką”), tutaj jednak jest przekonująca w roli studentki pozornie nierzucającej się w oczy, a tak naprawdę mocno zaangażowanej w działalność „Solidarności” idealistki. Zwłaszcza wspólne sceny z Manville należą do jednych z najjaśniejszych w dorobku Polki.

Nawet jeśli wiele dzieje się na granicy prawdopodobieństwa, to „Zima pod znakiem Wrony” pozostaje mocnym dramatem okraszonym elementami thrillera. Świetnie zagrana i wyglądająca (bardzo atmosferyczne zdjęcia Tomka Naumiuka) wizja stanu wojennego, która jeszcze nigdy nie wyglądała jak koszmar na jawie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pojedynek

Kolejna polska produkcja w realiach II wojny światowej? – takie pytanie zakłębiło się w mojej głowie i pewnie nie tylko. Bo to tło historyczne było wałkowane i przedstawiane w setkach, jeśli nie tysiącach produkcji. A teraz mamy kolejną opowieść, ale tym razem dotyczącej tych, co trafili w ręce Sowietów na początku 1939 roku (niczym w „Katyniu”). Jak sobie z tym radzi „Pojedynek”?

Bohaterem nowego filmu Łukasza Palkowskiego jest Karol Grabowski (Jakub Gierszał) – młody porucznik, schwytany przez Sowietów. Razem z innymi oficerami trafia do dawnego klasztoru, pełniącego rolę obozu jenieckiego. Tam przykuwa uwagę pełniącego rolę komendanta, majora NKWD Wasilija Zarubina (Aiden Gillen). Jego zadaniem jest indoktrynacja oraz przekonanie oficerów do przejścia na swoją stronę. Tym bardziej, że większość z nich to inteligencja, zaś Grabowski jest cenionym i znanym pianistą.

Palkowski zaczyna mocnym uderzeniem, czyli ucieczką Grabowskiego przed atakiem lotniczym (w sporej części nakręcona na jednym ujęciu) i to mnie złapało. Ale esencją tutaj jest pobyt w obozie jenieckim, gdzie pozornie niewiele się dzieje, a całość oparta jest głównie na dialogach. Wszystko w celu przekabacenia Polaków, by stali się obywatelami nowego porządku. Co miałoby ogromny wydźwięk propagandowy i obie strony wydają się być tego świadome. Stąd mamy próby manipulacji (groźby śmierci wobec rodziny, przechwytywanie korespondencji) i przemoc, co przez większość czasu działa. Jest też nawet odrobina akcji w postaci próby ucieczki, ale w większości to znajoma opowieść obozowa. Prowadzona bardzo powoli, w szaro-burych kolorach, niepozbawiona odrobiny humoru (ironizujący Sztein w wykonaniu Wojciecha Mecwaldowskiego kradnie ekran), jednak angażująca i z poczuciem nieubłagalnie uciekającego czasu.

To, co jest najmocniejsze jest opisane w słownej grze między Grabowskim a Zarubinem i jest to zasługa świetnie zagranych ról. Jakub Gierszał oraz Aiden Gillan tworzą bardzo mocne postacie. Pierwszy od początku działa jako pełen sprytu (przed schwytaniem niszczy swoją książeczkę wojskową), skupiony na ucieczce i trzymający dystans wokół „swoich”, bardzo podejrzliwy, mocno trzymając swoje myśli. Z kolei Gillan operujący angielskim, rosyjskim i francuskim językiem (a także polskim „Na zdrowie”) bardzo płynnie, zachowując opanowanie oraz spokój, mówiąc bardzo delikatnym głosem jest równie wyrazisty. Reszta obsady też wypada solidnie: poza w/w wspomnianym Mecwaldowskim nie zawodzi porządny Antoni Pawlicki (Antoni Tucholski), niezły Mateusz Kościukiewicz (narwany Artymowski), świetny Grisza Gorobuczuk (syn Zarubina) oraz mocny epizod Tomasza Kota (Ławrentij Beria).

Czy są tutaj wady? W zasadzie dla mnie trzy, które wywołują pewne niejasności. Po pierwsze, jakim cudem w obozie jenieckim trafia kobieta (przykuwająca uwagę Julia Pietrucha), wokół samych mężczyzn? Drugi dotyczy ucieczki Grabowskiego, który – kompletnie nagi – jest przemycony w beczce pełnej łajna. A w następnym ujęciu po wyjściu z niej jest kompletnie ubrany. Tylko skąd pojawiły się te ciuchy? Coś tu zostało wycięte przy montażu albo zapomniano nakręcić. Po trzecie, jakim cudem nikt z jeńców nie rozpoznaje Grabowskiego do momentu, kiedy nie zostaje zmuszony do publicznego zagrania na fortepianie? Mógłbym to wyjaśnić ignorancją oraz skupieniem się na sobie, ale to nie do końca jest dla mnie jasne.

„Pojedynek” to jeden z lepszych dramatów wojennych w ostatnich latach oraz powrót Palkowskiego do kina po latach tworzenia seriali na podstawie powieści Remigiusza Mroza. Zgrabnie nakręcony i napisany, z mocnym zakończeniem wywołującym ciszę, która zostaje bardzo długo. W czasach, kiedy Rosja znowu zaczyna szaleć i siać dezinformację, takie ostrzeżenie pozostaje aktualne oraz warte przypomnienia.

7/10

Radosław Ostrowski

Wielka mała koza

Gdzie dwa studia animowane się biją, tam trzecie korzysta. Disney/Pixar i DreamWorks ostatnio rozkręcają swoje dzieła, zdobywające uznanie widowni oraz krytyki, co jakiś czas daje o sobie przypomnieć Sony. Nie dość, że parę lat temu wywrócili reguły „Spider-Man: Uniwersum”, którego styl potem naśladowali inni („Kot w butach: Ostatnie życzenie”, „To nie wypanda”), to jeszcze sami się nim bawili. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła, czyli „Wielka mała koza” (w oryginale „GOAT”).

Akcja dzieje się w Pnączowie – jednym z miast, gdzie żyją antropomorficzne zwierzęta (niczym w „Zwierzogrodzie”). Tutaj powstała bardzo popularna gra zwana rykokoszem. Taka wariacja koszykówki, gdzie grają wielcy (dosłownie i w przenośni) zwierzęta, stanowiąc inspirację dla innych. Dla takich jak Will Harris – zwykła koza, pracujący w knajpie jako dostawca żarcia na wynos. Marzył, by być wielkim zawodnikiem jak jego idolka, Jett Fillmore z jego lokalnej drużyny Kolce. Problem w tym, że ekipa od lat nie wygrała żadnego meczu, zaś zawodniczka robi się coraz starsza. Wskutek niezwykłego zbiegu okoliczności (gra Willa z najlepszym graczem – koniem Main Attraction na skromnym boisku, która trafia do Internetu) zostaje zauważony przez właścicielkę klubu oraz dodany jako szósty zawodnik.

Nowe dzieło Sony od reżyserów Tyree Dillihay/Adam Rosette to w zasadzie klasyczne kino sportowe w stylu „Rocky’ego” czy innych opowieści o underdogach. Czyli tych, co nie mają zbyt wielkich predyspozycji (tutaj jest to wzrost) do zwycięstwa i dlatego im się kibicuje, a jednak to oni wygrywają. Droga zawsze jest wyboista i pełna zakrętów – egoistyczna, podstarzała gwiazda; niedopasowana drużyna (nosorożec, strusia, żyrafa, kameleon); zagubiony trener; o przeciwnikach wielkich jak King Kong nie muszę wspominać – co podbija stawkę i pomaga zaangażować. To sprawdzona formuła, która – jeśli jest dobrze wykonana oraz wyegzekwowana – działa cuda. Ale to także opowieść o lokalnym patriotyzmie (co z tego, że mówimy o kibicach), scalającym społeczności.

Sama animacja bardzo przypomina zarówno „Spider-Mana”, a także ostatni hit studia – „K-popowe łowczynie demonów”. Tła wyglądają niczym malowane sprajem od graffiti, dodając pewnej własnej tożsamości, mieszając to z hip-hopową muzyką. Sceny gry w kosza są bardzo efektowne, niepozbawione slow-motion czy szybkiego montażu, dodając mi odpowiednią dawkę adrenaliny. Wszystko w różnorodnych boiskach (od wiszących stalaktytów przez lód aż po niemal spaloną ziemię), a same postaci poruszają się bardzo płynnie i wyglądają bardzo porządnie. Nie było tu miejsca na nudę i kibicowałem do samego końca. A o to tu chodzi.

Film jest u nas pokazywany z polskim dubbingiem, za który odpowiada Bartosz Wierzbięta (reżyseria i dialogi). Tłumaczenie nie wywołuje jakiś zgrzytów językowych, a dobrane głosy pasują. Mocno reklamowany jest ten film udziałem koszykarza Marcina Gortata, który użyczył głosu żyrafie Lenny’emu i wypada solidnie. Dla mnie jednak najmocniejszym punktem było trio: Karol Jankiewicz (Will), Monika Dryl (Jett Fillmore) oraz – kradnący ekran – Jan Kulczycki (trener Dennis z bardzo brawurową i pełną pasji mową motywacyjną!!!). Słuchałem tego z dużą przyjemnością oraz bez poważnych zgrzytów.

Jedyne, co mi przeszkadza to polski tytuł tego filmu. Aż prosiło się, by „Kozę” przerobić na „Kozaka”, ale dystrybutor uznał inaczej. Nie będę owijał w bawełnę, że ten film odmienił ten gatunek. Ja jednak lubię takie historię, która ma drobne niespodzianki, wyrazisty styl wizualny oraz złożone, sympatyczne postacie. Wyczuwam tu kolejny klasyk w dorobku Sony Pictures Animation.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Cry Macho

Clint Eastwood – dwa słowa, które dla kinomana mówią wszystko. Imponujący dorobek aktorski oraz (znacznie bogatszy) reżyserski trwający ponad 50 lat – nawet jeśli nie zawsze są na wysokim poziomie – musi budzić. Swój ostatni film jako reżyser stworzył w wieku 94 lat (co jest rzadkim osiągnięciem), ale to nie o nim chcę opowiedzieć. Tylko o poprzednim tytule, czyli lekko westernowym „Cry Macho” – jak na razie ostatnim filmie, gdzie Eastwood także zagrał.

Akcja toczy się pod koniec lat 70. i skupia się wokół Mike’a Milo (Eastwood) – starym kowbojem, który kiedyś był mistrzem rodeo. Teraz jest stary, schorowany, mocno pijący i samotny. A teraz zostaje zwolniony przez Howarda Polka (Dwight Yoakam), bo już nie jest potrzebny. Jednak jego dawny szef, co kiedyś wyciągnął go z dołka prosi go o przysługę. Chodzi o jego syna Rafo (Eduardo Minett), którego ma z byłą żoną. Problem w tym, że chłopak jest w Meksyku, ma 13 lat i mamusia ewidentnie chce go mieć przy sobie, zaś Howard – z powodu problemów prawnych – nie może wyruszyć. Dlatego chce pomocy Mike’a do ściągnięcia chłopaka do siebie.

„Cry Macho” to mieszanka westernu i kina drogi, idąca swoim niespiesznym rytmem. Gdzieś są tutaj echa „Przemytnika”, bo znowu w tle jest Meksyk, znowu mamy Eastwooda w roli głównej, a nawet jakieś gangsterów (matka chłopaka ma jakieś koneksje z półświatkiem). Jednak przede wszystkim to jest historia spotkania dwójki ludzi z różnych światów, zmuszonych do wspólnej podróży. Rafo jest drobnym cwaniaczkiem z ulicy, bardzo nieufnym i podejrzliwym, którego jedynym przyjacielem jest kogut Macho. Z drugiej strony mamy bardziej doświadczonego Mike’a, dla którego dostarczenie chłopaka staje się szansą na wyleczenie dawnych ran i win. Brzmi jak znajomy schemat kumpelskiego kina, prawda?

I muszę przyznać, że początek filmu, w szczególności dziejące się w Mexico City niespecjalnie na mnie działały. Ale kiedy opuszczamy wielkie miasto, trafiając na prowincję i małe miasteczka, wszystko zaczyna nabierać troszkę cieplejszych barw. Zarówno dynamika staje się ciekawsza, powoli poznajemy prawdziwą motywację Howarda, a także jest tu sporo humoru i lekkości. Szczególnie, kiedy nasza para z powodu awarii auta trafia do małego miasteczka, zaprzyjaźniając się z właścicielką knajpy, Martą (urocza Natalia Traven). Reżyser daje tu sporo przestrzeni na oddech, zachwycenie się krajobrazami czy końmi. Przy okazji polemizuje z wizerunkiem macho, przypominając, iż łagodność i wrażliwość nie jest słabością. Dlatego zakończenie potrafiło mnie złapać.

A wszystko na swoich barkach dźwiga duet Eastwood/Minett. Clint już nie musi nikomu nic udowadniać, a sama obecność daje czystą przyjemność. Zaś debiutujący chłopak jest bardzo przekonujący i nie odstaje Clintowi na krok. Czuć między nimi powoli budującą się przyjaźń, jak chłopak zaczyna dojrzewać i być kowbojem (także z jazdą konną), zaś Mike powoli zaczyna się otwierać, wręcz staje się… radosny. Na tyle, na ile może być szorstki twardziel. Reszta postaci zagrana jest porządnie i nikt tu nie wybijał z seansu. Fakt, że Meksykanie mówią po hiszpańsku (a ich wypowiedzi nie zawsze są tłumaczone napisami) także dodaje realizmu.

„Cry Macho” nie jest może największym dokonaniem w reżyserskim dorobku Eastwooda, ale ma w sobie pewien niewymuszony urok. Staroświecki, bardzo przesiąknięty melancholią western, pełen zadziwiającej lekkości oraz paru mądrych słów na temat męskości. Zawsze warto posłuchać takiego weterana jak Clint.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Odlot

Po nakręceniu „Pali się, moja panno” film Milośa Formana nie trafił do kinowej dystrybucji w Czechosłowacji i kariera tego twórcy wydawała się chylić ku końcowi. Jednak reżyser otrzymał propozycję nakręcenia filmu w Stanach Zjednoczonych, gdzie poprzednie jego filmy (szczególnie „Miłość blondynki”) dały pewną rozpoznawalność. W czasie prac doszło do „praskiej wiosny”, co zmusiło Formana do pozostania w Ameryce. A jaka była jego pierwsza produkcja amerykańska?

„Odlot” ma w sobie tego ducha znanego z „czeskiego okresu”, czyli utrzymaną w dokumentalnym stylu komedią o… różnicach pokoleniowych, gdzie jedni nie są w stanie zrozumieć drugich. Punktem wyjścia jest zniknięcie nastoletniej Jeannie Tyne (Linnea Heacock), co wyszła z domu i tyle ją widziano. Jej rodzice, Larry (Buck Henry) i Lynn (Lynn Carlin) próbują ją znaleźć – ona zostaje pod telefonem, on wyrusza na miasta. Kończy się to popijawą w barze, a dziewczyna wraca. Jednak po podejrzeniach o zażycie narkotyków… znowu znika. I zaczynają się poszukiwania.

Forman kontynuuje eksperymenty ze swoich poprzednich dzieł z dość pozornie niepowiązaną fabułą. Cały czas przeplatana są tu piosenki z castingu do… no właśnie, nie wiadomo czego. Z ciągle śpiewającymi dziewczynami (wśród nich m. in. bardzo młoda Kathy Bates czy Carly Simon) – czy to z własnymi utworami, czy z coverami. Wszystko mocno okraszone bardzo absurdalnym humorem, który ciągle łapie z zaskoczenia. Wizyta u terapeuty, który za pomocą hipnozy leczy z palenia papierosów; popijawa w knajpie panów z rozmowami pań o… seksie (choć nie wprost); znalezienie innej zaginionej nastolatki. Ale kompletnie nie byłem gotowy na spotkanie Stowarzyszenia Rodziców Zaginionych Dzieci (tak, pojawia się tu coś takiego), gdzie – by zrozumieć dlaczego biorą narkotyki – wszyscy… palą jointy oraz rozbieranego pokera. Całość jest absolutnie nieobliczalna, szalona i anarchistyczna, pełna cholernie dobrych dialogów i genialnie zmontowana.

Znowu mamy mało znane twarze w obsadzie (poza scenarzystą Buckiem Henrym w roli „rozsądnego” ojca oraz charakterystyczną twarzą Vincenta Schiavelliego), które dodają autentyzmu do całości. Dzięki temu „Odlot” pozostaje najbardziej czeskim filmem na amerykańskiej ziemi i ostatnim szaleństwem Formana w kierunku absurdu. Najbardziej zapomniany oraz niedoceniony film w dorobku Czecha.

8/10

Radosław Ostrowski