Pierwszorzędne cięcie

Michael Ritchie debiutanckim „Szaleńczym zjazdem” zaimponował w owym czasie krytykom. To także była pierwsza kolaboracja reżysera z Genem Hackmanem. Panom się tak dobrze pracowało, że reżyser zatrudnił aktora do kolejnego filmu – sensacyjnego „Pierwszorzędnego cięcia”.

Tutaj Hackman gra „Mary Ann” – lokalnego gangstera z Kansas City i właściciela sporej trzody bydła. Prowadzi dobry biznes, ale… jest winien chicagowskiej mafii kupę kasy. Do tej pory ci, co próbowali watażkę „naprostować” kończyli nieciekawie. Albo zabijani, albo przerobieni na mięso. Teraz ludzie z miasta tracą cierpliwość i wysyłają swojego cyngla, Nicka Devlina (Lee Marvin) z paroma ludźmi do pomocy.

Sama fabuła nie brzmi jakoś powalająco czy oryginalnie. Jednak filmowi bliżej do porządnie wykonanego kina klasy B czy wręcz komiksowej opowiastki. Sama intryga prowadzona jest prosto i bezpośrednio, dialogi są pełne one-linerów, zaś klimat jest… rednecki. Lokalsi nie traktują naszych gości z szacunkiem, większość to chłopy ze strzelbami, a poza handlem bydłem jest też prostytucja dziewczyn z sierocińca (mocna scena licytacji), widok mięsa robionego z krów. Całość jest zaskakująco krótka, bo ma niecałe półtorej godziny i mija bardzo szybko. A jednocześnie Ritchie potrafi budować napięcie oraz zwyczajnie zaszaleć: jest ucieczka przez pole pszenicy przed ścigającymi redneckami oraz… kombajnem, wjazd ciężarówką w szklarnię (zakończony całkowitą destrukcją) czy finałowa konfrontacja w stodole.

A wszystko na swoich barkach (niemal) trzyma Lee Marvin, będący w trybie znanym choćby z „parszywej dwunastki”. Czyli jest szorstki, małomówny człowiek czynu. Może i bandzior, ale ma zasady – jak Franz z „Psów”. Hackman pojawia się rzadko, jednak nadal robi wrażenie. Jest dość ekscentryczny, bywa prostacki, lecz jest bardzo pewny siebie. Zderzenie tej dwójki jest nieuniknione. Trzeba też wspomnieć o debiutującej na ekranie Sissy Spacek w roli jednej z dziewczyn, Poppy. Ma wielkie… oczy (nie wiem, o czym myśleliście), rude włosy i wygląda pięknie.

Ritchie bawi się tu w pulpową sensację/komiks, który całkiem nieźle znosi próbę czasu. Jest bardzo kreatywny, dzieją się rzeczy nie do uwierzenia, a prosta opowieść wciąga. Dzięki aktorstwu Marvina i Hackmana całość wchodzi na wyższy poziom.

7/10

Radosław Ostrowski

Polowanie

Kiedy pod koniec lat 60. i 70. powstało wiele westernów, mocno inspirujących się dokonaniami z Włoch. I nie chodzi tylko o filmy Sama Peckinpaha, lecz mniejsze, czasem zapomniane tytuły. Takim jest właśnie „Polowanie” z 1971 roku – jeden z najbardziej przygnębiających i mroczniejszych opowieści z Dzikiego Zachodu.

Tytułowe polowanie nie dotyczy jednak jakiejś zwierzyny, lecz gangu wyjętych spod prawa pod wodzą Franka Caldera (Oliver Reed). Zadarli oni z bardzo zamożnym ranczerem, Brandtem Rugerem (Gene Hackman). Co mu takiego zrobili? Napadli na niego? Zabrali część jego bydła? Gorzej, porwali jego żonę (Candice Bergen), biorąc ją za nauczycielkę. Dlaczego? Bo szef gangu chce… nauczyć się czytać. Jakkolwiek brzmi to idiotycznie, jednak najgorsze dopiero przed nami. Ruger jest brutalem, traktujący swoją żonę jak własność. Do tego jeszcze jest uzbrojony w karabin z lunetą, dający zasięg do kilkuset metrów. Więc razem z przyjaciółmi, co polują na zwierzynę, wyrusza dorwać gang.

Dla reżysera Dona Medforda to był jeden z trzech kinowych filmów zrobionych w jego karierze. Ale „Polowanie” to jeden z krwawszych, wręcz szorstkich opowieści, pozbawionych oczywistego podziału na dobro i zło. Tutaj ranczer jest przemocowcem, traktujący swoją żonę niemal jak rekwizyt, bandzior okazuje się o wiele bardziej sympatyczny niż się wydaje. Więc nic dziwnego, że kobieta o wiele bardziej woli być z tym złym. Choć początkowo wydaje się to nie iść w tą stronę. Jednak im dalej w las, film wydaje się skręcać w niemal thrillerowe, wręcz slasherowe miejsca. Bo atak może pójść z każdej strony dzięki tej broni z dalekim zasięgiem i buduje napięcie. Wszystko z ładnymi krajobrazami (całość kręcona w Hiszpanii) oraz świetną muzyką Riza Ortolaniego (nawet jeśli troszkę przypominała dokonania Ennio Morricone).

O dziwo całość nie wygląda tak tanio, jak mogłoby się wydawać. Lokacje są różnorodne – od kanionów przez las i meksykańskie domy aż po pustynię – nawet jeśli są opustoszałe. Nawet mamy pociąg, więc budżet był. Ale najbardziej elektryzujące jest aktorstwo. Gene Hackman sprawdza się jako szorstki twardziel, napędzany przez upokorzenie i żądzę zemsty. Z kolei Oliver Reed może wygląda dziwnie z wąsem, ale jest bardzo przekonujący w roli niby bandyty. Pozornie opanowany i bardziej szczery niż się wydaje. Pozornie najmniej do roboty ma Candice Bergen, która wygląda przepięknie (w tym samym roku pojawiła się w „Porozmawiajmy o kobietach”) i może wydawać się damą w opresji. Na drugim planie jest masa charakterystycznych twarzy jak L.Q. Jones, Mitchell Ryan czy Simon Oakland.

Kolejna zapomniana produkcja z początku lat 70-tych, o wiele surowsza, brutalna niczym u Peckinpaha. Zaś zakończenie jest tak mocne, że aż przytłaczające. Ostatnia scena zostanie z wami na długo.

7/10

Radosław Ostrowski

Apetyt na więcej. La Cocina

Tytułowa „la cocina” to hiszpańskie określenie na kuchnię. I nie chodzi tutaj o kuchnię domową, lecz o restaurację z rodzaju tych prestiżowych. Choć nazwa niczego takiego nie sugeruje – The Grill w Nowym Jorku na Times Square. To tutaj dzieje się większość akcji „La cocina” (polskiego podtytułu nie będę tu podawał), czyli nowego filmu meksykańskiego reżysera Alonso Ruizpalaciosa.

Do tej kuchni trafiamy wraz z nową pracownicą – Estelą (Anna Diaz), kuzynką pracującego tu od 3 lat kucharza Pedro (Raul Briones). Ten ostatnio poszedł na noże z jednym z kucharzy o dłuższym stażu, Maxie (Spencer Granese) i marzy o osiedleniu się tu na stałe. Nawet ma już dziewczynę, kelnerkę Julię (Rooney Mara), z która ma mieć dziecko. Znaczy, on chce mieć, ona niekoniecznie. Jest jednak inna komplikacja: z jednej z kas zniknęły pieniądze. Nieco ponad 800 dolarów, więc szefostwo postanawia przeprowadzić własne dochodzenie.

Z samego tego opisu można stwierdzić, że „La cocina” to gatunkowa hybryda. Bo jest tu i melodramat, odrobina thrillera, dramat psychologiczny, a jest nawet miejsce na humor. Sama kuchnia jest dla twórcy mikrokosmosem, niczym w „Zaklętych rewirach”, tutaj zdominowanym przez imigrantów. Głównie z Ameryki Południowej, co szukają pracy i szeroko rozumianego „lepszego życia” w krainie możliwości. Zostają jednak zderzeni z kapitalizmem oraz bardzo ciężką pracą, co czasami potrafi mieć na nich większy wpływ niż się wydaje. Kamera niemal całkowicie ignoruje jedzenie i skupianie się na wyglądzie potraw, zaś czarno-białe zdjęcia jeszcze bardziej potęgują poczucie niepewności, podskórnej nerwowości. Sporo tutaj ujęć podąża za postaciami (przygotowywanie zamówień, Estela pierwszy raz wchodząca do środka, ostry wyciek coli z zepsutego automatu), pokazując cały ten tumult oraz chaos, z jakim mamy tu do czynienia. I te chwile bardziej trzymały mnie w napięciu niż cała sprawa z zaginionymi pieniędzmi.

Jednak na pierwszy plan wybija się relacja Pedro z Julią i to jest prawdziwe serce tego filmu. Briones bardzo przekonująco pokazuje człowieka pragnącego stabilizacji i szczęścia z kobietą, jednak kolejne ciosy oraz okoliczności pokazują jego frustracje, wściekłość. Czekałem na moment, w którym dojdzie do ostatecznej eksplozji, a ta robi piorunujące wrażenie. Mara wydaje się być kontrastem: pozornie delikatna, jednak o wiele mocniej stąpa po ziemi i… skrywa pewną tajemnicę. Chemia między nimi jest mocna, przez co mnie obchodził ich los. Jednak dla mnie film skradł Motell Foster w roli Nonzo, kucharza odpowiedzialnego za desery i jego monolog o swoim marzeniu oraz Lee Sellars jako niemal ciągle wkurzony szef kuchni.

Początkowo „La cocina” może wydawać się dezorientujący i podążać w różnych kierunkach, jednak Ruizpalacios przede wszystkim pokazuje jak łatwo marzenia zostają zderzone z rzeczywistością. O straconych złudzeniach, mogących rozerwać człowieka na strzępy. O wiele mocniejsze dzieło niż może się wydawać.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Fachowiec

Idąc na film z Jasonem Stathamem raczej nie należy się spodziewać kina moralnego niepokoju czy filozoficznych rozkmin na temat ludzkiej kondycji. Ten facet w filmie robił masę profesji: był drobnym cwaniaczkiem („Porachunki”), Transporterem, najemnikiem, konwojentem, ochroniarzem, a ostatnio pszczelarzem. Bo Statham to facet pracujący i żadnej pracy się nie boi. Dlatego w nowym filmie Statham jest… Fachowcem.

Na czym polega jego fach? Tym razem nazywa się Levon Cade (w sumie nie ma to żadnego znaczenia, bo jest Jasonem Stathamem) i pracuje jako kierownik budowy. Przedtem służył w brytyjskim wojsku UK przez ponad 20 lat, córkę wychowuje teść (żona odebrała sobie życie), a sam mieszka w samochodzie. Coś za słaby żołd dają w brytyjskiej armii. Ale nieważne, bo Levon/Jason daje sobie radę. Sytuacja jednak się komplikuje, kiedy nastoletnia córka jego szefa znika. Nasz twardziel musi wrócić do zabijania oraz dotrzeć do sprawcy, czyli… rosyjskich gangsterów. Handel ludźmi dla najbogatszych, dilerka, duże pieniądze – dla Levona to jest kolejny poniedziałek.

„Fachowiec” to druga współpraca Jasona Stathama z reżyserem Davidem Ayerem. Do tego jeszcze współscenarzystą jest sam Sylvester Stallone, opierając się na powieści Chucka Dixona. W zasadzie wiadomo czego się spodziewać. Prostego kina akcji, z satysfakcjonującą dawką mordobicia, strzelania, potencjalnych eksplozji. Niby tak jest tutaj, jednak – w przeciwieństwie do „Pszczelarza” – jest o wiele gorzej wykonane. Sceny akcji są szybko (zbyt szybko) zmontowane, pozbawione kopa adrenaliny, a nasz Statham w zasadzie pozostaje nie do pokonania. Nikt tutaj nie stanowi dla niego wyzwania, tylko są drobnymi przeszkodami, zaś antagoniści to albo przerysowani idioci (bracia Kharczenko wyglądający niczym chłopaki z boysbandu początku lat 2000 – jednego z nich gra… Piotr Witkowski), albo tępi sadyści (dwójka porywaczy), albo kompletnie nieodpowiedzialny ćpuń (Maximilian Osinski). Do tego jest masa pobocznych wątków, co pojawiają się znikąd i… znikają jeszcze szybciej jak gangusy zaczepiające jednego z pracowników na budowie (na szczęście zostają wypędzeni strzelbą – bo każdy kierownik budowy ma gdzieś schowane takie kopyto) czy negatywnie nastawiony teściu, obwiniający o śmierć swojej córki/żony Levona naszego protagonistę. Przez to tempo cierpi okropnie, zaś poczucie stawki w zasadzie nie istnieje.

Jason Statham jak gra, każdy widzi. Jeśli wam to odpowiada, będziecie zadowoleni, jeśli nie, to wasz problem. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że aktor gra na autopilocie i czuć lekkie znudzenie. Poza nim najbardziej wybija się na drugim David Harbour jako niewidomy (dlatego nosi okulary oraz długą brodę – nie dlatego, żeby nikt go nie rozpoznał) kumpel Levona z woja. Tylko jest go zwyczajnie za mało, bo raptem trzy sceny i chciałoby się więcej momentów z tym duetem. Może jeszcze wspomnieć Jasona Flemynga, który wciela się w rosyjskiego gangstera, Wolo. Jednak jego rola jest krótka i dość szybko znika z ekranu, by zrobić wrażenie.

Jakim cudem z połączenia sił Stathama, Ayera i Stallone’a powstał film, który nie miałby szans nawet na bycie hitem wypożyczalni video? Akcyjniak nie wywołujący żadnej ekscytacji, z bardzo średnimi dialogami, takim sobie aktorstwem, masą absurdu i brakiem adrenaliny. Temu fachowcowi podziękujemy.

4/10

Radosław Ostrowski

Szaleńczy zjazd

Każdy znał Michaela Ritchie jako reżysera dwóch części „Fletcha” oraz komedii „Złote dziecko”, czyli dzieł z lat 80. Dorobek Amerykanina jest jednak o wiele bogatszy, choć pod koniec bardziej skupiał się na telewizji. Niemniej realizował także kino sportowe, co pokazał już w swoim debiucie z 1969 roku.

„Szaleńczy zjazd” skupia się wokół amerykańskiej reprezentacji narciarstwa alpejskiego pod wodzą Eugene’a Claire’a (Gene Hackman). Grupka działa od paru lat, biorąc udział w różnych zawodach po Europie. Wskutek wypadku jednego z zawodników zwalnia się miejsce. Pojawia się w kadrze niejaki Dave Chappellet (Robert Redford). Cholernie uzdolniony zawodnik, co pokazuje na pierwszych zawodach. Zajmuje czwarte miejsce, jednak nie należy do zespołowych graczy. To zaczyna wywoływać poważne spięcia w drużynie, a jego forma bywa… niestabilna.

Sam film jest w zasadzie pełen różnych wątków, ale skupia się głównie na Chappelecie. I wierzcie mi, to nie jest facet budzący sympatię. To raczej prosty facet z bardzo dużym ego, dla którego liczy się tylko jazda. Nie ważne, czy sprowokuje kolegę do durnego ścigania się, niemal doprowadzając do zderzenia ze ścianą; będzie się wymądrzał czy próbował podrywać Carol (przepiękna Camilla Sparv). Nawet wracając do domu wydaje się jakby myślami gdzieś zupełnie indziej. Zupełnie jakby chcąc desperacko wyrwać się z małomiasteczkowego środowiska oraz rodzinnej farmy. Ale mamy po drodze jeszcze inne rzeczy: rywalizację z innymi zawodnikami, propozycja wsparcia nowych nart, obiecujący romans. Jakby debiutant chciał złapać kilka srok za ogon i chciał podążyć we wszystkie kierunki.

Trzeba jednak przyznać, że sceny zjazdów narciarskich nadal potrafią robić wrażenie. Ritchie sięga po niemal dokumentalną formę: kamera czasami wręcz nie nadąża za zawodnikiem, z dwa razy obraz jest przyspieszany. Jednak najbardziej imponujące są ujęcia zjazdów pokazane „z oczu”. Wtedy słychać tylko szuranie nart (a przy pierwszym zjeździe Dave’a nawet słychać jego dyszenie i łapanie oddechu), obraz jest niestabilny, zaś adrenalina potrafi podskoczyć w górę. Dorzućmy do tego kreatywny montaż (pokazanie ostatniego momentu zjazdu przez ekrany telewizorów), a dostajemy zapadające w pamięć momenty.

Wszystko to trzyma na swoich barkach jeszcze młody Robert Redford. Już rozpoznawalny aktor bardzo przekonująco pokazuje swojego zbyt pewnego siebie Dave’a, choć wiele swoich emocji nie wyraża słowami. Sporo tutaj w jego wykonaniu milczenia, co mówi więcej niż jakiekolwiek słowo. Najdobitniej to czuć przy rozmowie z Carol czy w szpitalu. Z drugiego planu najbardziej wybija się tutaj Gene Hackman w roli trenera, choć jest ona zaskakująco drobna. Niemniej on też ma swoje momenty jak konfrontacja z Dave’m po wypadku jednego z zawodników. Mocna i soczysta kreacja.

Z dzisiejszej perspektywy „Szaleńczy zjazd” może wydawać się zagubiony w tym, co chce opowiedzieć. Z tego powodu tempo jest bardzo nierówne, wątki pojawiają się i znikają, przez co czasem ciężko się skupić. Niemniej wygląda świetnie, jest dobrze zagrany, zaś sceny narciarskie nadal mają potężną dawkę energii. Ciekawe, czy byłby lepszy, gdyby nakręcił go – jak początkowo planowano – Roman Polański, ale na to pytanie odpowiedzi nie poznamy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Komora

Chyba żaden inny pisarz nie był tak popularny w latach 90. jak John Grisham. Pisarz specjalizujący się w thrillerach prawniczych stanowił źródło dla takich filmowców w rodzaju Alana J. Pakuli („Raport Pelikana”), Sydneya Pollacka („Firma”), Joela Schumachera („Czas zabijania”) czy Francisa Forda Coppoli („Zaklinacz deszczu”). Nie oznacza to jednak, że każda jego filmowa adaptacja jest udana. Właśnie taki jest przykład filmu „Komora” z 1996 roku.

Bohaterem filmu jest Adam Hill (Chris O’Donnell) – młody adwokat, działający w sporej kancelarii. W zasadzie nie prowadził jeszcze poważnej sprawy, aż do teraz. Bardzo naciska na swojego szefa, by poprowadzić sprawę Sama Cayhilla (Gene Hackman) – skazanego na karę śmierci za zamach bombowy w 1967 roku na kancelarię prawniczą. Zginęło wtedy dwoje dzieci, zaś ich ojciec został sparaliżowany. Wyrok (komora gazowa) ma zostać wykonany za 28 dni, ale Hill ma jeszcze osobisty motyw. Oskarżony jest jego… dziadkiem, o którego istnieniu nie miał pojęcia przez dłuższy czas. Młodzik ma w zasadzie wszystkich przeciwko sobie, wyrok niejako zapadł, a wina wydaje się oczywista. Do tego sam oskarżony nie pomaga i jest bardzo oporny we współpracy.

„Komora” teoretycznie powinna zadziałać. Za kamerą stanął James Foley, który parę lat wcześniej stworzył znakomite „Glengarry Glen Ross” według sztuki Davida Mameta, przy scenariuszu maczał palce legendarny William Goldman („Butch Cassidy i Sundance Kid”, „Wszyscy ludzie prezydenta”, „Misery”), zaś w obsadzie mamy m.in. Gene’a Hackmana oraz Faye Dunaway. Jednak efekt końcowy jest mocno rozczarowujący. Z jednej strony mamy kolejne spojrzenie na Południe USA, gdzie rasizm i nienawiść są na porządku dziennym. Z drugiej jest tutaj masa pogrzebanych tajemnic oraz zagadek, rzutujących na przyszłość. W zasadzie poza naszym protagonistą w zasadzie nikomu nie zależy na wyjaśnieniu tej tajemnicy: od polityków przez mieszkańców aż po samego oskarżonego.

Problem jednak mam jeden, ale bardzo konkretny: KOMPLETNY BRAK NAPIĘCIA, jakiegokolwiek. Rozwiązywanie zagadki kompletnie nie angażuje, pewne sceny w zasadzie nic nie wnoszą (Adam w siedzibie Klanu), pojawiają się sceny z przeszłości rodziny Cayhill. Niby ma to wzbudzić poczucie w sprawie antypatycznego oskarżonego i podjąć kwestię kary śmierci, tylko brakuje tu świeższego spojrzenia. Że nawet największy złoczyńca może być człowiekiem, pokazał wcześniej film „Przed egzekucją”. Że kara śmierci może być odbierana jako zbrodnia w majestacie prawa, to też nic nowego.

W zasadzie z całej obsady najbardziej wybija się świetny Gene Hackman w roli Cayhilla. Rasista, członek Klanu, facet absolutnie szorstki, cyniczny i nie mizdrzący się do widza. A jednocześnie widać coś więcej w tej postaci, co aktor pokazuje drobnymi spojrzeniami i elektryzuje do samego końca. Przy nim cała reszta wypada bardziej blado niż świeżo malowana deska. Zwłaszcza Chris O’Donnell w roli protagonisty prezentuje wyższy poziom drewna niż Keanu Reeves w tym czasie. Mówi strasznie płasko i bez emocji, że Adam Jensen z serii „Deus Ex” przy nim to choleryk. O reszcie mi się nawet nie chce mówić, bo nie ma specjalnie o czym.

Chciałbym coś dobrego powiedzieć o „Komorze”, ale nie jestem w stanie znaleźć zbyt wiele pozytywów. Te dwie godziny może i mijają bezboleśnie, jednak nie angażuje emocjonalnie, udaje głębię, zaś scenariusz oraz aktorstwo woła o pomstę do nieba. Absolutna strata czasu oraz esencja przeciętności, lepiej zobaczyć „Czas zabijania” z tego samego roku.

5/10

Radosław Ostrowski

Operacja Maldoror

Ta sprawa wstrząsnęła Belgią w latach 90., pokazując niekompetencje podzielonej na trzy służby policji – policją lokalną, sądową i żandarmerię. W trakcie reformy wymiaru sprawiedliwości, gdzie wszystkie te jednostki nie komunikowały się ze sobą, co jeszcze bardziej pokazywało paraliż biurokratyczny. O tym mrocznym okresie opowiada „Operacja Maldoror”.

Akcja zaczyna się w roku 1995 i skupia się wokół Paula Chartiera (Anthony Bajon) – młodego żandarma, planującego ślub z Giną (Alba Gaia Belluci). W tym czasie zaginęły dwie dziewczynki, zaś służby mundurowe dopiero po paru dniach zaczęły poszukiwania. Jego przełożony, brygadier Hickel (Laurent Lucas), decyduje się stworzyć małą grupkę operacją do operacji Maldoror. Grupa ma obserwować podejrzanego Marcel Dedieu (Sergi Lopez) i złapać go na gorącym uczynku. Co brzmi jak coś łatwego, jednak tropy i poszlaki, a także chaos służb nie powaga wyjaśnić sprawy. Zaś Chartier coraz bardziej staje się sfrustrowany, co prowadzi do jednego finału.

Belgijski reżyser Fabrice du Welz tworzy bardzo złożony thriller, który równie dobrze mógłby być mini-serialem. Filmowiec bardziej skupia się na naszym bohaterze (świetny Anthony Bajon) – gliniarzu z kryminalną przeszłością (ojciec należał do mafii), troszkę pulchnym, z drobnym wąsem. Choć zdarza mu się kierować bardziej intuicją niż literą prawa, przez co bywa w konflikcie ze swoimi współpracownikami. Musi grać w grę, gdzie niekompetencja służb, brak komunikacji między jednostkami oraz korupcja są na porządku dziennym. Dość szybko poznajemy i odkrywamy kto jest zamieszany, a także siatkę handlarzy dziećmi/pedofilami, zaś samych scen brutalnych, krwawych oraz szokujących jest tu jak na lekarstwo (na szczęście).

Co jeszcze bardziej zaskakujące, większość scen dzieje się za dnia. Reżyser bardzo rzadko korzysta z nocnych ujęć, stanowiąc odświeżające doświadczenie. Nie oznacza to jednak, że nie ma tu napięcia czy budowania niepokojącej atmosfery. Tylko Du Welz sięga po inne środki wyrazu: od sporej ilości momentów wyciszenia przez elektroniczno-westernową muzykę po wręcz szorstkie zdjęcia. Bliżej temu dziełu do „Zodiaka” Davida Finchera, pokazującego destrukcyjny wymiar obsesji. Jak łatwo można przejść na ciemną stronę. Wielu może znużyć tempo oraz większe skupienie na policjanta niż na śledztwie. Niemniej jest to o wiele bardziej interesujące kino gatunkowe, bardzo odległe od hollywoodzkich schematów i szablonów.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Niewygodny świadek

Ta randka w ciemno miała się zakończyć inaczej dla Carol Hunnicut (Anne Archer). Rozwódka została namówiona przez swoją przyjaciółkę. Umówiła się w hotelowym pokoju, a poznany Michael (J.T. Walsh) wydawał się sympatycznym gościem. A wtedy pojawili się goście, ale ona akurat była wtedy w toalecie. Okazało się, że nowy przyszły chłopak podwędził pewnemu mafiozo kupę pieniędzy, a takie rzeczy nie uchodzą płazem. Więc musiał zginąć, zaś kobieta uciekła i schowała się z dala od ludzi. Myślała, że będzie bezpieczna. Ale przypałętał się taki jeden patafian, któremu bardzo zależało na dopadnięciu gangstera. Nazywał się Robert Caulfield (Gene Hackman) i jest zastępcą prokuratora generalnego, a także jest zdeterminowany w osiągnięciu celu. Wtedy cały spokój szlag jasny trafił, zaś w ślad za tą dwójką ruszają zabójcy. Oboje w ostatniej chwili wsiadają w pociąg do Vancouver, ale czy wyjdą z tego żywi?

Tym filmem zaczął lata 90. reżyser Peter Hyams – wówczas znany z „Odległego lądu”, sequela do „2001: Odysei kosmicznej” oraz sporej ilości thrillerów/filmów akcji. „Niewygodny świadek” jest jedną z takich produkcji, do tego remake dreszczowca z lat 50.. Punkt wyjścia jest banalnie prosty, gdzie mamy bohaterów w bardzo zamkniętej przestrzeni i w każdej chwili może pojawić się zagrożenie. Cały myk polega na tym, że ci źli nie znają wyglądu świadka, więc ona musi być schowana. Pociąg do długich nie należy, ale na szczęście zbiry nie są przedstawicielami homo sapiens o wysokim IQ. Trzeba przyznać, że Hyams powoli, lecz efektywnie buduje nerwową atmosferę i napięcie. Nawet wcześniejsza ucieczka samochodem przed helikopterem jest świetnie zmontowana oraz pełna werwy.

Muszą pojawić się (dość krótkie) chwile na złapanie oddechu, ale kreatywność naszego adwokata w wychodzeniu z sytuacji budzi respekt. Od mylenia przedziału przez chowanie się aż po… zabranie dziecku pistoletu-zabawki. I co najważniejsze, ani razu nie używa on broni palnej w walce. Hyams stara się trzymać się realizmu, choć parę razy przebijają się szablony i klisze (propozycja „układu” między Caulfieldem a cynglem; osoby nie będące tym, na kogo wyglądają). To może wywołać pewne drapanie się po głowie, ale jednak całość trzyma w napięciu. Po części jest to zasługa cholernie dobrych zdjęć (za to odpowiada sam Hyams) oraz oszczędnej, opartej głównie na fortepianie, muzyce Bruce’a Broughtona.

Do tego dodatkową kartą jest duet Gene Hackman/Anne Archer. On jest bardzo zdeterminowany, choć bywa narwany, ale budzi sympatię. Ona jest bardziej poddenerowana (ale nie histeryczna), chcąca ukryć się i nie ściubać nosa, o składaniu zeznań nie ma mowy. Może i jest ona wsadzona jako dama w opałach, ale jej los mnie obchodził. Razem tworzą niezły duet.

Trzeba przyznać, że „Niewygodny świadek” to solidny kawałek kina w starym stylu. Z niezłymi dialogami, sprawnie wyreżyserowany i ładnie sfotografowany oraz sporą ilością suspensu. Nie jest to może thriller na poziomie Hitchcocka, będącego inspiracją dla tej produkcji, jednak jest zbyt dobrze wykonany, by go przeoczyć.

7/10

Radosław Ostrowski

Cyrk straceńców

Na pierwszy rzut oka w przypadku filmu o skoczkach spadochronowych można spodziewać się dzieła skupionego na popisach kaskaderskich. Ale „Cyrk straceńców” okazuje się zupełnie innym doświadczeniem niż oczekiwania. Czy to dobrze czy źle – musicie się sami przekonać, postaram się pokazać swoje spojrzenie.

Było ich trzech, w każdym z nich inna krew… – tak można opisać naszych bohaterów. Weterana Mike’a Rettiga (Burt Lancaster), bardzo rozgadanego Joe Browdy’ego (Gene Hackman) oraz młodego Malcolma (Scott Wilson). Razem występują jako skoczkowie, wykonujący powietrzne popisy kaskaderskie i z tego zarabiają. Kasa nie jest jednak duża, sława też niekoniecznie, więc dlaczego to robią? Teraz trafiają do małego miasteczka, skąd pochodzi najmłodszy członek ekipy. Jednak chłopak od dawna nie czuje się związany z tą okolicą. Wszyscy trzej zamieszkują u wujostwa Malcolma, Elizabeth (Deborah Kerr) i Allena (William Windon) Brandonów. Kobieta wpada w oko Mike’owi, co wywołuje pewne komplikacje.

Za kamera stanął John Frankenheimer, który w latach 60. był płodnym twórcą. Zaczynając od politycznych thrillerów („Przeżyliśmy wojnę”, „Siedem dni w maju”) przez więzienny dramat („Ptasznik z Alcatraz”) po kino sportowe („Grand Prix”). Tutaj pozornie jest to opowieść o powietrznych akrobatach, ale tak naprawdę to dramat obyczajowy, który skupia się na psychologicznych portretach. Zderzenie małomiasteczkowej społeczności z pozornie bardziej wyzwolonymi mężczyznami. Jednak każdy z nich jest zupełnie inny – od wrażliwego młodzieńca z bardzo mroczną przeszłością przez bardzo rozgadanego szołmana, żyjącego tu i teraz aż po wyciszonego weterana. Ale mają pewną wspólną cechę (poza pasją) – każdy wydaje się mierzyć ze śmiercią. Czy jest to próba zaspokojenia adrenaliny, a może tylko w ten sposób czują się wolni. A może chodzi o coś zupełnie innego? Reżyser bardzo powoli przygotowuje bohaterów i nas do kaskaderskiego szoł, ale w powietrzu wisi coś jeszcze. W końcu pani domu wydaje się być znudzona swoim monotonnym, niespełnionym życiem, zaś Mike pierwszy raz od dawna zaczyna czuć coś więcej. Tylko czy zaryzykuje?

Bo wydaje się, że o to tak naprawdę chodzi Frankenheimerowi. O pokazanie, co to znaczy podejmować ryzyko oraz jaka może być za to cena. Najdobitniej wybrzmiewa to w trzecim akcie, gdzie widzimy naszą trójką wykonującą kaskaderskie popisy. Lotnicze zdjęcia zrobione m. in. przy użyciu kamer przyklejonych do hełmów potrafią zrobić wrażenie, a jednocześnie czułem, że całe to szoł może skończyć się tragicznie. Jest sporo zbliżeń na twarze i – jako osoba cierpiąca na lęk wysokości – czułem przerażenie. Świetnie zagrana rzecz, gdzie moim faworytem jest Gene Hackman. Pełen energii, niemal ciągle w ruchu, pełniący rolę takiego menadżera. Sprawia wrażenie nieustraszonego, jednak to wszystko fasada. Stonowany Lancaster nawet nie mówiąc wyraża wszystko i ma bardzo silną prezencję, zaś Wilson uzupełnia ten duet.

Bardzo delikatny i niedoceniony film w dorobku Frankenheimera. Choć może wydawać się powolny oraz nudny, to pod powierzchnią kryje się coś o wiele ciekawszego i głębszego. Niemniej wymaga on sporo cierpliwości, by dotrwać do ekscytującego trzeciego aktu, który wynagradza tempo.

7/10

Radosław Ostrowski

Przesyłka

Przez najbliższe dni pojawiają się recenzje filmów z niedawno zmarłym Gene’m Hackmanem. Zarówno już znane dzieła, których nie miałem okazji zobaczyć, jak i te mniej znane produkcje. Na pierwszy ogień pewien mały thriller z roku 1989.

„Przesyłka” zaczyna się w Berlinie, nadal podzielonym na wschodnią i zachodnią strefę. Tutaj odbywają się rozmowy między przywódcami USA i ZSRR dotyczące rozbrojenia nuklearnego. Sprawa wydaje się być ustalona, a podpisanie porozumienia ma się odbyć za kilka dni w siedzibie ONZ. W tym czasie jeden z żołnierzy, sierżant John Gallagher (Gene Hackman) jest jednym z pilnujących porządku w Berlinie. Niedługo po rozmowach, podoficer dostaje zadanie odeskortowania żołnierza do więzienia w USA. Aresztant, niejaki Walter Henke (Tommy Lee Jones) sprawia wrażenie cynicznego i dość krnąbrnego wojaka. Podczas przystanku w lotnisku w Waszyngtonie Gallagher zostaje pobity, a Henke ucieka bez śladu. Wojskowy próbuje znaleźć przesyłkę, w czym próbuje mu pomóc jego była żona (Joanna Cassidy). Oboje pakują się w o wiele grubszą intrygę, mającą na celu doprowadzić do zerwania porozumienia.

To dość skromny i spokojny dreszczowiec szpiegowski, będący reliktem końca zimnej wojny. Reżyser Andrew Davis tutaj dokładnie buduje całą intrygę, gdzie wiemy kto pociąga za sznurki oraz ogólny zarys całego planu. Jednak szczegóły są bardzo oszczędnie dawkowane i razem z bohaterem zaczynamy łączyć kolejne kropki. Oczywiście, mamy tu do czynienia ze spiskiem, w którym obu stronom (amerykańskim i sowieckim wojskowym) zależy na zerwaniu porozumienia oraz ciągłego trwania stanu wojny. Nie wiadomo komu można zaufać, każdy może podawać się za kogoś innego, jedynie starzy przyjaciele mogą dać szansę na przetrwanie. Brzmi znajomo, ale mimo to potrafi zainteresować.

Szczególnie, gdy akcja przenosi się do Chicago. Wszystko zaczyna wtedy (choć niezbyt gwałtownie) przyspieszać, a poczucie wyścigu z czasem jest bardzo namacalne. Samej akcji jest tu zaskakująco niewiele, ale jak się pojawia, jest gwałtowna i intensywna. Zwłaszcza ostatnie pół godziny potrafią trzymać za gardło. Od stonowanego montażu przez absolutnie świetną muzykę Jamesa Newtona Howarda (kompozytor pierwszy raz pracował z orkiestrą symfoniczną i to zaprocentowało) po dobre dialogi.

Aktorzy tutaj nie mieli zbyt dużego pola do popisu, ale wyciskają wszystko z materiału. Gene Hackman jest solidny w roli doświadczonego służbisty, którego intuicja trzyma przy życiu. Jest porządny i ma w sobie na tyle determinacji, by mu kibicować. Jednak o wiele lepszy jest Tommy Lee Jones w roli „Henkego”. Bardzo cyniczny, pozbawiony złudzeń zabójca, który jest zawsze opanowany i małomówny. Wydaje się być świadomy swojej roli w planie, ale mu to nie przeszkadza. Na drugim planie wybija się zarówno solidny Dennis Franz (policjant Milan Delich) oraz mocny John Heard (pułkownik Whitacre).

„Przesyłka” to zapomniany, ale bardzo przyzwoicie zrobiony thriller w starym stylu. Jest tu o wiele więcej momentów spokoju niż dynamicznej akcji i strzelanin, co dla wielu może być wadą. Jednak wiele tu wynagradza dobre aktorstwo, solidny scenariusz oraz reżyseria Davisa.

6,5/10

Radosław Ostrowski