Kobieta z…

Mój stosunek do Małgorzaty Szumowskiej przez lata można określić jako… skomplikowany. Najbardziej w jej filmografii spodobały mi się tylko dwa tytuły: „33 sceny z życia” i „Śniegu już nigdy nie będzie”. Szczególnie ten drugi tytuł okazał się dla mnie ogromnym zaskoczeniem, dając reżyserce u mnie kredyt zaufania. Zaprocentowało to solidnym „Infinite Storm”, a teraz wspólnie z Michałem Englertem stworzyli pierwszy polski film fabularny o postaci transpłciowej.

Wszystko zaczyna się jeszcze w PRL-u roku, kiedy Andrzej jeszcze jako dziecko mocno wyróżniał się z otoczenia. Od uciekania z welonem na głowie, odrzucenie przez komisję wojskową z powodu… pomalowanych paznokci. W tajemnicy zaczął wykradać matce hormony, przebierać się w damskie ubrania i czuć się innym od reszty otoczenia. Nikt z jego rodziny (wliczają w to żonę) nie zna jego tajemnicy, do tego jeszcze jesteśmy w małym miasteczku, gdzie plotki rozchodzą się szybciej. Czyżby Andrzej/Aniela nie miałby jakiejkolwiek szansy na życie w zgodzie ze sobą?

kobieta z1

Szumowska z Englertem skupiają się cały czas na głównym bohaterze i towarzyszymy mu przez ponad 40 (!!!) lat. Z oczywistych powodów narracja jest skokowa, pełna syntez oraz wielu wątków pobocznych. Ale zawsze w centrum tego wszystkiego znajduje się Andrzej – czyli kobieta urodzona w ciele mężczyzny. Próby pomocy lekarskiej na przestrzeni lat (od endokrynologa w lat 80., przez psychiatrę w latach 90. aż po psychologa w latach 2000.), szukania wsparcia i informacji, próba dopasowania się do życia rodzinnego. A im dalej w las, tym dziwniejsze sytuacje są potrzebne do przeprowadzenia operacji zmiany płci (scena u adwokata, tłumaczącego procedury – mocna). Wszystko to pokazane bez szukania na siłę sensacji czy kontrowersji, co należy pochwalić.

kobieta z2

Co mnie najbardziej zaskoczyło to jak wiele wsparcia dostaje nasza bohaterka z najmniej spodziewanych grup: kolegów z pracy, sióstr zakonnych (u nich zamieszkuje przez pewien czas) czy – choć bardzo powoli i nie od razu – rodziny. „Kobieta z…” pod tym względem może stanowić materiał edukacyjny dla osób, co próbują zrozumieć osoby transpłciowe. Nieważne, czy mówimy o rozmowach podczas grupy wsparcia (tutaj wypowiada się m.in. Anna Grodzka) czy wizycie o doktora Bardo (solidna rola Mikołaja Grabowskiego). Nie brakuje pięknych momentów (zakochanie się Andrzeja w Izie – cudownie sfilmowana i zmontowana), czy delikatnych momentów intymnych. Problem w tym, że czasami duet reżyserski gubi rytm i tempo, parę wątków jest zbędnych (kiedy dorosły Andrzej/Aniela trafia do więzienia) czy jest zbyt wiele uproszczeń.

kobieta z4

Wszystko to jednak ratują zarówno świetne zdjęcia Michała Englerta jak też świetne aktorstwo. Główną rolę grają Mateusz Więcławek (młody Andrzej) i Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, tworząc absolutnie rewelacyjną kreację. Bez popadania w przerysowanie, bardzo delikatnie, opierając się na spojrzeniach oraz mowie ciała. Równie świetna jest Joanna Kulig oraz Bogumiła Bajor, wcielające się w postać żony Andrzeja, Izy. Dynamika tej pary to były dla mnie jedne z mocniejszych scen tego filmu. Na drugim i trzecim planie jest masa znajomych twarzy (m. in. Jacek Braciak, Wojciech Mecwaldowski, Jerzy Bończak czy Tomasz Schuchardt), zaś każdy tworzy co najmniej solidną rolę.

kobieta z3

Kobieta z…” dla mnie jest potwierdzeniem formy reżyserskiej Szumowskiej, skupiającej się na człowieku i szanując go zamiast eksploatować. Jest szczerze, uczciwie, kapitalnie zagrane i – co mnie zaskoczyło – emocjonalnie angażujące do samego końca.

7/10

Radosław Ostrowski

Za duży na bajki 2

Pamiętacie Waldiego Mocarnego I? Chłopak razem z dwójką przyjaciół stworzył team graczy, choć łatwo nie było. Ale o tym pewnie wiecie, jeśli oglądaliście film „Za duży na bajki”. Dzieło Kristoffera Rusa z 2022 roku okazało się sporą niespodzianką oraz ciepło odebranym przez krytyków i publiczność filmem familijnym. Nie powinno być więc zaskoczeniem, że powstała część druga.

Tym razem Waldek razem ze swoją drużyną wyrusza do Zakopanego odwiedzić ciotkę Mariolę (Dorota Kolak). Grupę tworzą: Staszek i Delfina, matka (Karolina Gruszka) oraz… jej nowy chłopak, Piotr (Paweł Domagała). Ten ostatni próbuje być taki spoko i kumający współczesny slang młodzieżowy, lecz nie za bardzo mu to idzie. Tak samo jak zdobycie sympatii pozostałych członków rodziny. Chłopiec przypadkowo dowiaduje się, że w okolicy znajduje się jego ojciec, który porzucił ich. Więc Waldek razem ze Staszkiem decydują się nocą wymknąć i spotkać się z nieobecnym w jego życiu mężczyzną. Co może pójść nie tak?

Druga część kontynuuje drogę dojrzewania Waldka z chłopca w młodego mężczyznę. Tym razem mierzy się z dziurą po nieobecności ojca i zastąpieniu go przez nowego partnera matki. A wszystko ciągle mieszając tony: od powagi (i nawet grozy) po humor i przygodę. Reżyserowi udaje się cały czas zachować balans i (jak w pierwszej części) nie traktuje widza jak dziecko. Humoru jest tu całkiem sporo, nawet jeśli nie wywołuje aż takich ataków śmiechu jak poprzednio. Przeniesienie akcji z miasta do Zakopanego i górskich krajobrazów oraz rozbicie ekipy na mniejsze grupki daje odrobinę świeżości, zmieniając dynamikę. Z drugiej strony te przeskoki osłabiają tempo, czasami dialogi brzmią nie za dobrze i brakuje jakiś zaskoczeń. Niemniej jest tu parę fajnych scen (ucieczka przed niedźwiedziem) oraz dwie postacie drugoplanowe, co kradną ten film: góral z miasta (Grzegorz Małecki) oraz ojciec Waldka, Krzysiek (Michał Żurawski).

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić. Ładnie te krajobrazy wyglądają, w tle gra bardzo sympatyczna muzyka z lekko góralską nutą, nawet dialogi brzmią wyraźnie. Jest to zrobione kompetentnie i naprawdę dobrze zagrane. Nadal fason trzyma Maciej Karaś w roli Waldka, tak samo Patryk Siemek i Amelia Fijałkowska jako reszta e-sportowej drużyny. Choć więcej czasu ze sobą spędzają chłopaki, czuć cały czas chemię między grupą. Szoł kradnie dla siebie jak zawsze energiczna Dorota Kolak, której przez sporą cześć czasu partneruje Paweł Domagała. A on radzi sobie naprawdę solidnie, dodając odrobinę iskier i humoru. Swoją cegiełkę dodają też Małecki i Żurawski – pierwszy jest nieporadnie uroczy jako samotny góral, drugi wydaje się takim bardzo zafascynowanym Japonią gamerem i taki cool. ALE jest w nim coś jeszcze, lecz tego nie zdradzę.

Więc czy druga część „Za dużego na bajki” jest warta obejrzenia? Choć nie jest tak dobra jak poprzednik, nadal ma w sobie wiele uroku, szczerości i pasji. Jestem więcej niż pewny, że wielu dzieciakom spodoba się i ma też dobre przesłanie, które będzie rezonować.

6/10

Radosław Ostrowski

Pokój nauczycielski

Kolejny film o szkole i nauczycielach – co jeszcze można nowego opowiedzieć na ten temat? O tej dość trudnej relacji między tymi dwoma różnymi „plemionami”. Jak się okazuje można, co pokazuje przykład naszych sąsiadów zza Odry. Czyli nominowany do Oscara za film międzynarodowy „Pokój nauczycielski” w reżyserii Ilkera Cataka.

Akcja dzieje się w szkole podstawowej, a wszystko widzimy z perspektywy Carli Nowak (Leonie Benesch) – nauczycielki matematyki. Nauczyciele mają pewien poważny problem: w szkole dochodzi do kradzieży i nie wiadomo kto za tym stoi. Ciało pedagogiczne próbuje wybadać uczniów, jednak brakuje jakiś jednoznacznych dowodów. Pani Nowak w końcu próbuje ustalić na własną rękę i to doprowadza do bardzo poważnych reperkusji.

Więcej wam nie chcę zdradzać, bo to może zepsuć to jak ten film działa. Albowiem „Pokój nauczycielski” wręcz jest thrillerem, gdzie bardzo powoli, lecz konsekwentnie budowane jest napięcie. Razem z nauczycielką próbujemy ogarnąć tą sytuację, lawirując między nauczycielami, rodzicami i uczniami. Zaś odpowiedź na pytanie „kto za tym stoi” przestaje mieć znaczenie. Bliżej temu filmowi klimatem do… „Wątpliwości” Johna Patricka Shanleya czy niedawno widzianej „Anatomii upadku”, nie dając jednoznacznej odpowiedzi na pytanie: jak zareagować w tej sytuacji? Tu nie ma łatwych odpowiedzi, a jedno działanie może doprowadzić do brutalnych konsekwencji: ostracyzmu, wrogości, frustracji, nawet przemocy. Poczucie tej atmosfery oraz klaustrofobii jeszcze potęguje bardzo oszczędna muzyka oraz zdjęcia w formacie 4:3.

Wszystko na swoich barkach trzyma Leonie Benesch, grająca bardzo stonowanie, a jednocześnie cały czas napięta jak struna. Bardzo drobnymi spojrzeniami wyraża bardzo skrajne emocji: od empatii przez wątpliwości (kapitalna scena na korytarzu) po silną, nie dającą wejść dzieciakom na głowę nauczycielką. Świetnie wypada także Leonard Stettnisch w roli jednego z uczniów, Oscara. Uczeń bardzo inteligentny, jednak wskutek pewnych wydarzeń zmienia się na gorsze. Wspólne sceny tej dwójki są mocne i intensywne w najbardziej zaskakujący sposób.

Dawno nie było tak mocnego i prowokującego do myślenia dramatu z Niemiec. Catak bardzo pewną ręką buduje poczucie niepokoju oraz napięcia godnego rasowego dreszczowca, pozostawiając z masą pytań po seansie. A to nie pozwala go tak łatwo wymazać z pamięci.

8/10

Radosław Ostrowski

Bękart

Duński film kostiumowy może nie brzmieć jak coś zachęcającego. Jednak gdy główną rolę gra sam Mads Mikkelsen, sprawa staje się bardzo interesująca. Do tego jeśli współscenarzystą jest absolutnie szalony Anders Thomas Jensen (reżyser m.in. „Jabłek Adama” czy „Jeźdźców sprawiedliwości”), seans „Bękarta” dla mnie stał się wręcz obowiązkową. Ale o co tu naprawdę chodzi?

Jest druga połowa XVIII wieku i jesteśmy w Kopenhadze, gdzie poznajemy weterana wojennego, kapitana Ludwiga Kahlena (Mikkelsen). Mężczyzna postanawia podjąć się szalonej misji, czyli osiedlenia Jutlandii w zamian za otrzymanie tytułu szlacheckiego. W czym jest problem? Po pierwsze, Jutlandia to wrzosowiska i ta ziemia nie nadaje się do uprawy czegokolwiek. Po drugie, na terenie krążą różne bandy. I po trzecie, najważniejsze, okolicę zamieszkuje lokalny magnat, baron de Schinkel (Simon Bennebjerg), który traktuje tą ziemię jako własną. I robi wszystko, by Kahlena wykurzyć z tamtej ziemi. Konfrontacja wydaje się nieunikniona.

Reżyser Nikolaj Arcel pozornie wydaje się kinem kostiumowym, bo osadzony jest w przeszłości. Tylko że większość czasu spędzamy na tych nieurodzajnych wrzosowiskach, gdzie Kahlen ma przeciwko sobie wszystko i wszystkich. Naturę, wędrownych Cyganów, przekonanego o swojej sile barona, deszcz, śnieg, wilki jakieś. Aż chce się zadać pytanie: czy w ogóle warto podjąć to zadanie? Po swojej stronie nasz bohater ma tylko pastora (Gustav Lindh), zbiegłego z majątku barona zarządcy Johannesa (Morten Hee Andersen) i jego żonę, Ann Barbarę (Amanda Collin). Szanse nie są zbyt wyrównane, ale nasz bohater ma swoją wunderwaffe. Jaką? To jednak zostaje zdradzone dopiero w połowie filmu, a ja wam nie chcę tego psuć. Wszystko jest takie powolne, a jednocześnie bardzo namacalne, brutalne i bezwzględne, jakby Kahlen cały czas był poddawany próbom. Zmuszony jest do podejmowania decyzji, co najmniej wątpliwych moralnie, zmuszając do najważniejszych pytań o to, co jest w życiu najważniejsze. Odpowiedź nie jest jednak rzucona wprost, zaś finał okazał się dla mnie ogromną i satysfakcjonującą niespodzianką.

Wizualnie „Bękart” wygląda pięknie. Imponujące wizualnie krajobrazy umieszczają film Arcela jako… western. Choć scen zbiorowych jest tutaj jak na lekarstwo, a scenografia i kostiumy nie wydają się być najważniejszym elementem, reżyser nie robi tutaj taniego teatrzyku. Wszystko wygląda wiarygodnie, budując realia epoki. Jednak zaskakujący jest fakt, że historia „Bękarta” wydaje się o wiele bardziej uniwersalna niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Do tego jest to świetnie napisane oraz zagrane. Mads Mikkelsen kolejny raz potwierdza jak wiele jest w stanie pokazać samą mimiką: od pogardy, nienawiści i gniewu po wręcz ośli upór oraz… zaskakujące momenty wrażliwości. Na zewnątrz szorstki, bardziej pragmatyczny, jednak w środku gotuje się masa skrajnych emocji. Kolejna fenomenalna kreacja warta uwagi. Równie znakomita jest Amanda Collin, też operująca na sprzecznych emocjach co Mikkelsen. Jej Ann Barbara też potrafi być szorstką, twardą kobietą, co życie dobrze zna i bardziej pragmatyczna. Razem tworzą zadziwiająco mocny duet, pełen silnej chemii. W kontrze do nich stoi balansujący na granicy przerysowania Simon Bennebjerg jako pyszałkowaty baron de Schinkel. Rozkapryszony, pełen władzy i jednocześnie sadystycznych bydlak, którego będziecie nienawidzić z całego serca, chcąc od niego brutalnej kary. Tylko to są takie czasy, że tacy ludzie decydowali o życiu i śmierci wszystkich, sami wychodząc bez żadnego zadrapania. Reszta mniej znanych twarzy wypada bardzo solidnie, ze szczególnym wskazaniem na Laurę Bilgrau Eskild-Jensen w roli cygańskiej dziewczyny, Anmai Mus.

„Bękart” kolejny raz potwierdza, że kino skandynawskie w Europie jest najbardziej interesujące do obserwowania i potrafiące cały czas zaskoczyć. Idziesz na film kostiumowy, a dostajesz western z pełnokrwistymi postaciami, charyzmatycznym Mikkelsenem na czele oraz pięknymi zdjęciami. Nie dziwię się, że Dania wystawiła ten film do wyścigu po Oscara za film międzynarodowy.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Gdy rodzi się zło

Argentyna może kojarzyć się z wieloma rzeczami – z Leo Messim, z ukrywaniem nazistów po wojnie (trochę wstyd), z Evitą Perron. A jak filmowo? Cóż, nie wiele filmów z tego kraju trafia do nas („Dziewięć królowych”, „Dzikie historie”). Jednak jak już się pojawia, to jest to interesujące kino. Nie inaczej jest w przypadku filmu „Gdy rodzi się zło” – niskobudżetowego horroru od debiutanta Demiana Rugny.

Akcja toczy się gdzieś na dalekim zadupiu, poza cywilizacją, gdzie diabeł mówi dobranoc. Tutaj właśnie mieszka dwóch braci – Pablo (Ezequiel Rodriguez) i Jaime (Demian Salomon), próbując spokojnie żyć. Wszystko jednak się komplikuje, kiedy panowie znajdują coś, co kiedyś było człowiekiem – przynajmniej w połowie. Na podstawie znalezionych koło ciała przedmiotów udaje im się ustalić, że ofiara jest „sprzątaczem”, czyli wysłanym przez ministerstwo urzędnikiem, mającym zabić tzw. gnijącego. Kim on jest? Człowiekiem opętanym przez demona, którego ciało zaczyna umierać od środka. Sprawy komplikują się, kiedy bracia za namową właściciela ziemi, Ruiza (Luiz Ziembrowski) pozbywają się zgniłka z domu.

Historia na pierwszy rzut oka nie brzmi jakoś oryginalnie, jednak wszystko zależy od sposobu podejścia. Reżyser dość szybko pokazuje świat, gdzie od pewnego czasu panuje ta dziwna epidemia, zaś pozbycie się „złego” wymaga pewnych konkretnych zasad (niczym w „Coś za mną chodzi”). Problem w tym, że ludzie albo uznają to za totalną bujdę, albo są bardzo łatwo podatni na manipulację. Tutaj walka wydaje się być z góry skazana na przegraną, bo każda próba ogarnięcia sytuacji doprowadza do eskalacji. I tutaj zło się nie patyczkuje z nikim i niczym: to opętanie może dosięgnąć dzieci, zwierzęta oraz zaraża całe otoczenie. Znikają zwierzęta (nawet te mogą być opętane), a wszystko zdradzane jest bardzo powoli, bez walenia ekspozycją w twarz.

Jest krwawo, brutalnie, wręcz szokująco (praktyczne efekty specjalne robią piorunujące wrażenie!!!), z konsekwentnie budowaną atmosferą grozy. Ten film naprawdę przeraża: od pierwszego zobaczenia zgniłka przez atak psa na dziecko aż po bardzo nerwową scenę w szkole. Tu dzieciaki mogą być ofiarami, a także same zabijają. Wszystko bez stosowania jump-scare’ów, żadnych zabaw w egzorcyzmy czy głupich zachowań ludzi. I broń Boże nie oglądajcie tego przy jedzeniu. Cały czas Rugna trzyma w napięciu aż do bardzo mocnego, brutalnego zakończenia.

Czy ten film ma wady? Parę drobnych, które wynikają ze skromnego budżetu. Niewiele lokacji, miejscami nadekspresyjne aktorstwo czy kilkusekundowe ujęcia z samochodu, gdzie widać, że tło było robione na green screanie. Nie zmienia to jednak faktu, że to jeden ze świeższych i ciekawszych horrorów ostatnich lat. Intensywny, makabryczny i bezkompromisowy w pokazaniu świata, gdzie Bóg dawno umarł, zaś zło czeka na swoją chwilę.

8/10

Radosław Ostrowski

Przyznaj się, Fletch

Finansowa i artystyczna porażka „Fletch żyje” spowodowała, że plany na trzecią część zostały zawieszone. Dopiero w połowie lat 90., gdy prawa do książek McDonalda kupiło Miramax. Chevy Chase miał wrócić, zaś reżyserem miał zostać Kevin Smith. Prace się jednak przedłużały, aktor zrezygnował i zaczęły pojawiać się plany rebootu. Zmieniali się aktorzy, mający zagrać głównego bohatera, reżyserzy i trwało to kilkanaście lat. Dopiero w 2020 roku wszystko zaczęło ruszać z kopyta, kiedy obsadzono w roli Fletcha Jona Hamma, zaś reżyserem został Greg Mottola, czyli twórca „Supersamca”. I ku mojemu zaskoczeniu powstała najlepsza filmowa odsłona cyklu o Irwinie Fletcherze.

Nasz bohater teraz przebywa w Bostonie i gdy go poznajemy, wraca z Rzymu do wynajmowanego mieszkania. Na miejscu w środku znajduje się trup młodej kobiety. Fletch wzywa policję i… staje się głównym podejrzanym w sprawie. Tylko dlaczego Fletch miałby ją zabijać? Tylko, że bohater tak naprawdę ma o wiele poważniejszą sprawę na głowie. Otóż nasz bohater (niezależny dziennikarz) został zatrudniony przez Angelę (Lorenza Izzo), by rozwiązać sprawę kradzieży cennych obrazów z kolekcji włoskiego hrabiego de Grassi. Arystokrata został porwany, zaś sprawcy tego czynu chcą w zamian za wolność… obraz Pablo Picassa. Nawet będąc pod okiem policji Fletcher ma kilka tropów, z których najbardziej obiecujący jest Ronald Horan (Kyle MacLachlan) – handlarz dzieł sztuki, co niedawno sprzedał dwa zaginione obrazy.

„Przyznaj się, Fletch” ma wiele z komedii kryminalnej w starym stylu. Choć akcja jest osadzona współcześnie (tuż po pandemii), bardziej klimatem przypomina poprzednie filmy z Fletchem. Tylko bez elementu charakteryzacji i przebieranek, za to z bardzo piętrową intrygą. Reżyser bardzo powoli odkrywa całą historię, podrzuca kolejne tropy oraz galerię bardzo wyrazistych postaci. A kiedy wydaje się, że sprawa wydaje się jasna, pojawia się kolejna poszlaka i wszystko staje się jeszcze bardziej mętne, pokręcone. Nadal jest tu sporo sarkastycznego humoru oraz ciętych ripost czy sprytnego kombinowania Fletcha, próbującego ogarnąć różne sytuacje (jak choćby pozbycie się nadajnika GPS, śledzenie czy włamanie się do łódki). Cały czas mamy różne niespodzianki, a najlepszą dostajemy na sam koniec. Więcej nie zdradzę, bo to była by większa zbrodnia niż brak oceny dla kierowcy Ubera.

To pomówmy troszkę o obsadzie. Jon Hamm wszedł w rolę Fletcha jak masełko w chlebek, cały czas balansując między powagą a zgrywą. Taki uroczy i zaradny cwaniak, któremu nawijką dorównuje chyba tylko Saul Goodman. Godne zastępstwo za Chase’a, który wydawał się nie do zastąpienia. Wyrazista jest Lorenza Izzo jako Angela de Grassi – jak na Włoszkę jest temperamentna, pełna pasji i jednocześnie skrywa parę tajemnic. Dobrze też wypada duet Roy Wood Jr./Ayden Mayeri, czyli prowadzący śledztwo inspektor policji oraz młoda praktykantka. Dla mnie jednak film skradli Marcia Gay Harden jako bardzo elegancka hrabina de Grassi, co jest mocno przywiązana do luksusu (jak wypowiada „Fletch” – perełka!) oraz John Slattery w roli byłego szefa Fletcha, czyli naczelny z nastawieniem (podkreśla je bardzo często rzucane słowo na „k”).

Jeśli ten film ma być początkiem nowej serii przygód Irwina Maurice’a Fletchera, to jestem jak najbardziej za. Wszyscy tęskniący za sarkastycznym, ale dociekliwym i inteligentnym dziennikarzem powinni sięgnąć po „Przyznaj się, Fletch”. Bardzo elegancka, zgrabna oraz dowcipna rozrywka, na którą warto było czekać ponad 30 lat.

8/10

Radosław Ostrowski

Fletch żyje

Sukces kinowego „Fletcha” spowodował, że kontynuacja wydawała się nieunikniona. Ta pojawiła się po czterech latach i – ku zaskoczeniu wielu – nie był oparty na żadnej powieści z cyklu Gregory’ego McDonalda. Nie musiało to oznaczać totalnej katastrofy, bo jest niemal ta sama ekipa realizująca (poza scenarzystą). To sprawdźmy, czy Fletch naprawdę żyje.

Irwin Fletcher (Chevy Chase) nadal pracuje jako dziennikarz brukowca w Los Angeles. Jednak sytuacja może się zmienić, kiedy dowiaduje się o śmierci ciotki z Luizjany. W spadku ma posiadłość Belle Isle i decyduje się… rzucić swoją pracę, zamieszkać tam na stałe. Nowy, wspaniały świat, prawda? Rzeczywistość okazuje się o wiele bardziej paskudna i nieprzyjemna. Domostwo jest mocno wyniszczone, mieszka tam tylko czarnoskóry sprzątacz (Cleavon Little). I jest nie za ciekawie. Do tego stopnia, że zajmująca się testamentem prawniczka zostaje zamordowana, zaś Fletch staje się głównym podejrzanym. Jakby tego było mało, ktoś jest bardzo chętny na tą ziemię. Baaaaaaaardzo.

Reżyser Michael Ritchie próbuje zachować świeżość oryginału, gdzie sarkastyczny humor Fletcha mieszał się z nieźle poprowadzoną i opowiedzianą intrygą. Problem dla mnie w tym, że to wszystko wydawało mi się aż za bardzo znajome. Dziennikarz (w kamuflażu) wchodzi w niedostępne miejsca, by znaleźć potrzebne informacje i wchodzi w interakcje z lokalsami. Nieważne, czy jest to gang bikerów, członkowie Ku Klux Klanu (jeszcze bardziej niezdarni niż ci z „Django”), lokalny adwokat czy pewien wpływowy teleewangelista. Tło niby jest inne, ale wiele gagów i sytuacji jest aż zbyt znajoma. Pościg na motorach, aresztowanie przez policję, upokarzanie prawnika w sprawie alimentów, jest nawet scena snu (lecz mniej zabawna) – brakowało mi tu pewnej klasy i elegancji poprzednika. Nawet muzyka wydaje się powtórką z rozrywki, co było dla mnie męczące.

Nie oznacza to, że „Fletch żyje” jest nieoglądalny czy słaby. Chase nadal jest w dobrej dyspozycji, na drugim planie błyszczy świetny R. Lee Emrey jako teleewangelista Jimmy Lee Farnsworth i trzymający klasę Hal Holbrook w roli adwokata Hamiltona, zaś kilka scen nadal potrafi rozbawić. To nadal zabawna i lekka komedia kryminalna, choć poprzednik stał na wyższym poziomie. Ale wstydu tutaj nie ma, więc seans nie powinien sprawiać przykrości czy bólu.

6/10

Radosław Ostrowski

Biała odwaga

Dotykanie tematów przemilczanych czy niewygodnych nigdy nie jest łatwe. W konsekwencji może on albo doprowadzić do kontrowersji czy skandalu albo oskarżeń o wykorzystywanie tematu do eksploatacji w najbardziej prostacki sposób. Były pewne obawy wobec nowego filmu Marcina Koszałki, gdyż dotyczył on kolaboracji górali z Niemcami podczas II wojny światowej. Kwestia niewygodna, do tej pory stanowiąca spore tabu i mogłaby stanowić mocny akt oskarżenia. Jednak reżyser idzie inną ścieżką.

Jesteśmy w samiuśkich Tatrach, gdzie mieszkają dwie rodziny: Zawratów i Wetulów. Jeden z synów, Jędrek (Filip Pławiak) to taternik i alpinista, kochający się w Bronce (Sandra Drzymalska). Niestety, jej rodzicom nie bardzo to odpowiada, bo jest dla nich bardziej miastowy niż gazda. Dlatego chcą, by ich córkę poślubił Maciej (Julian Świeżewski) albo ślubu nie będzie. Ślub jednak musi się odbyć, bo inaczej ziemia Zawratów zostanie zabrana przez wierzycieli. W końcu nasz góral porzuca swoje strony i zamieszkuje w Krakowie. Tam poznaje niemieckiego alpinistę Wolframa von Kamitza (Jakub Gierszał), który chce wziąć Jędrka jako przewodnika po górach. Jednocześnie Niemiec wierzy, że górale pochodzą ze starogermańskiego plemienia Gotów. Wkrótce wybucha wojna, a Niemcy chcą pozyskać górali jako sojuszników, proponując im wiele korzyści.

Na pierwszy rzut oka „Biała odwaga” jest melodramatem z historią w tle. Bo niejako kośćcem głównego wątku jest skomplikowany trójkąt miłosny. Teoretycznie, bo im dalej w las, tym bardziej Koszałka próbuje złapać kilka srok za ogon. Kolaboracja górali z Niemcami, przyjaźń Jędrka z von Kamitzem, zwerbowanie (siłą) górali do Wehrmachtu, partyzanci zabijający kolaborantów, wreszcie wkroczenie Armii Czerwonej. Dużo się tu dzieje, oj dużo. Jak na dwie godziny, wręcz za dużo, przez co reżyser bardzo gubi się w tej narracji. Przeskakuje z postaci na postać, a także w czasie, przez co film wydaje się rwany i chaotyczny. Muszę przyznać, że twórcy próbują zrozumieć motywacje postaci, tylko ci bohaterowie są strasznie jednowymiarowi. Choć nie brakuje dramatycznych i mocnych scen (atak partyzantów, rozmowa majora UB czy przywitanie gubernatora), nie mówiąc o zachwycających zdjęciach górskich, „Biała odwaga” wywołała we mnie jedno uczucie: obojętność.

Technicznie nie jestem w stanie się do czegokolwiek przyczepić. Zdjęcia są świetne, co akurat nie dziwi – Koszałka jest przede wszystkim operatorem filmowym. I to widać, nie tylko w pokazywaniu krajobrazów. Scenografia, kostiumy i wszelkie sceny, gdzie wykorzystane są góralskie tradycje, przyśpiewki itp. stoją na wysokim poziomie. Tak samo dialogi pełne gwary (dla takich ceprów jak ja użyto napisów) sprawiają wrażenie wiarygodnych. Tylko sposób przedstawienia tej historii kompletnie mnie nie porwał.

Chciałbym móc wam polecić „Białą odwagę”, bo film ma coś ciekawego do opowiedzenia na temat kwestii przemilczanej przez lata. Problem jednak w tym, że reżyser próbuje upchnąć tyle rzeczy w tej opowieści, że z czasem rozwadnia się i traci jakikolwiek emocjonalny ciężar. Nie mogę pozbyć się wrażenia niewykorzystanego potencjału, co jest szczególnie bolesne. Wielka szkoda.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Fletch

Irwin Maurice Fletcher – bohater cyklu powieści kryminałów autorstwa Gregory’ego McDonalda, czyli pisarza niezbyt znanego w naszym kraju (do tej pory wydano tylko jedną powieść i to bardzo dawno temu). Dziennikarz pracujący w gazecie Los Angeles, gdzie pisze pod pseudonimem Jane Doe. Jeśli jest u nas kojarzony, to dzięki dwóm filmom w reżyserii Michaela Ritchie. Więc pora o jednym z nich opowiedzieć.

fletch1-1

We „Fletchu” z 1985 roku Fletcher (Chevy Chase) pracuje nad tekstem w sprawie handlu narkotyków na plaży, podszywając się pod jednego z lokalsów. Wtedy zostaje zauważony przez lotniczego potentata, Alana Stanwycka (Tim Mathieson), który ma dla niego dość nietypową propozycję: da mu 50 tysięcy dolarów w zamian za… zabicie go. Ale dlaczego miałby to zrobić? Jak zapewnia sam zainteresowany, jest śmiertelnie chory na raka kości i chce oszczędzić sobie cierpienia. Poza tym, w przypadku morderstwa została wypłacona spora polisa ubezpieczeniowa. Fletch niechętnie się zgadza na to, ale podejrzewa, że sprawa ma drugie dno. Powoli zaczyna badać swojego zleceniodawcę i odkrywa tajemnicę. Jak się potem okaże, zarówno sprawa narkotyków oraz „morderstwa” są powiązane.

fletch1-2

Reżyser musi lawirować między kryminalną intrygą a sarkastyczno-absurdalnym humorem. Pomaga mu w tym będący w szczytowej formie Chevy Chase. Jego Fletcher z jednej strony to bardzo dociekliwy i inteligentny dziennikarz, potrafiący podszyć się praktycznie pod każdego, by znaleźć istotne informacje. Ale z drugiej jest bardzo sarkastycznym, nie traktującym do końca wszystkiego poważnie luzakiem. Jego największym marzeniem jest zostać… koszykarzem Lakersów. Nawet w sytuacjach zagrażających życiu nigdy nie traci opanowania oraz ciętego dowcipu. Nieważne jakie kocopoły opowiada i pod kogo się podszywa (bo jest bardzo kreatywny w nazwiskach: od agenta ubezpieczeniowego Harry’ego Trumana po rzekomego kuzyna, niejakiego… Don Corleone), humor leci ponad poziom sufitu.

fletch1-3

Do tego jeszcze nie brakuje scen pościgu (cudowna ucieczka przed radiowozami), włamywania i pogoni przed psem rasy doberman oraz bardzo powoli odkrywana intryga. Ritchie sprawnie opowiada historię, ale cały czas jest prowadzona lekko, nawet w bardzo dramatycznym finale. I co najważniejsze, cała ta fabuła ma sens, choć pod koniec zacząłem szybko łączyć elementy układanki. Niemniej zakończenie jest bardzo satysfakcjonujące, a o to tu chodzi.

7/10

Radosław Ostrowski

Guillermo del Toro: Pinokio

Historia stworzona przez Carlo Collodiego opowieść o Pinokiu jest dość znana. Przenoszona na ekran też była wielokrotnie, więc co można jeszcze pokazać w tej kwestii? Był Disney, były wersje aktorskie, a nawet aktorsko-animowany remake Disneya. Aż tu cały na biało wjechał Guillermo del Toro do spółki z Markiem Gustafsonem, wsparci przez The Jim Henson Company. Po co? By stworzyć „Pinokia” w formie animacji poklatkowej.

Na pierwszy rzut oka opowieść jest znajoma, opowiedziana przez narrację Sebastiana J. Świerszcza (Ewan McGregor). Akcja dzieje się w małym miasteczku we Włoszech w okresie międzywojennym. Geppetto (David Bradley) – tak jak pamiętamy – jest stolarzem, potrafiącym z drewna zrobić wszystko. Ciągle rozpacza po śmierci syna, zabitego przez spadającą bombę. Coraz bardziej marnieje i pod wpływem pijackiego amoku decyduje się stworzyć drewnianego chłopca. Ten zostaje ożywiony przez Strażniczkę Lasu (Tilda Swinton), która prosi Świerszcza o bycie moralnym przewodnikiem. Tylko jest jedno ALE – jesteśmy w czasach Benito Mussoliniego, gdzie obowiązuje posłuszeństwo władzy, ideologii i Partii.

I ta drobna zmiana historyczna zmienia wszystko w kontekście tej opowieści. Del Toro z Gustafsonem inaczej akcentują opowieść o drewnianym chłopcu, który – jak na dziecko – odkrywa świat. Wszystko jest dla niego nowe, ciekawe i fantastyczne. Tylko czasy faszyzmu, gdzie obowiązuje dyscyplina, posłuszeństwo (wobec władzy) oraz służba dla kraju są najważniejsze. A każde odchylenie od tej normy jest traktowane z dużą nieufnością. Tutaj niejako każdy ma swój pomysł na Pinokia: dla Gepetta ma być kopią zmarłego syna, dla burmistrza (Ron Perlman) superżołnierzem, dla prowadzącego festyn hrabiego Volpi (Christoph Waltz) szansą na duży zarobek. A nasz bohater chłonie wszystko, co widzi jak gąbka. Nawet jak wszystko podąża w znajomym kierunku, twórcy cały czas inaczej kładą akcenty, czyniąc nawet znajome momenty bardzo świeżym.

„Pinokio” bardzo mi się podobał także stylistycznie, bo animacja poklatkowa jest tutaj świetna. Zarówno wygląd Pinokia wypada naprawdę dobrze (choć sam proces tworzenia go ma w sobie coś z horroru), jak i lekko przerysowane postacie antagonistów. Na mnie jednak największe wrażenie robiły dwie postacie fantastyczne: Strażniczka Lasu oraz Śmierć (w kształcie lwa z masą oczu na skrzydłach). Obie też – tak jak Świerszcz – nie ruszają ustami, co tylko podkreśla ich magiczność. Ale najlepsze wizualnie były momenty, gdy Pinokio występował na scenie lub rozmawiał z innymi marionetkami, co wymagało sporego wysiłku. Tak samo imponująca jest (pozornie prosta) scenografia i delikatna przygrywająca muzyka w tle.

Więc czy warto zobaczyć „Pinokio” od Guillermo del Toro? To zdecydowanie najkreatywniejsza inkarnacja klasycznej opowieści Coldoniego, imponujący technicznie i świetnie zagrany. Z chwytliwymi piosenkami, prostym przesłaniem i wieloma niezapomnianymi ujęciami.

7,5/10

Radosław Ostrowski