Elio

Coś ostatnio Pixar ze swoimi animacjami nie porywa. Jasne, są imponujące wizualnie oraz technicznie na najwyższym poziomie, jednak same opowieści wydają się nieangażujące emocjonalnie, a także zbyt znajome. Dlatego rzadko pojawiam się w kinowej sali na nowym dziele ekipy z Emeryville. Taki też los spotkał „Elio”, kosztujący ponad 200 milionów dolarów animacja SF, która poniosła komercyjną porażkę. Czy zasłużenie?

Tytułowy Elio to młody chłopak, który po śmierci rodziców, jest wychowywany przez ciotkę z armii. Delikatnie mówiąc, oboje pochodzą z różnych planet. Dzieciak porozumiewał się z rodzicami specyficznym językiem oraz ma ogromną obsesję na punkcie kosmitów. Do tego stopnia, że chce nawiązać z nimi kontakt i wyrwać się z Ziemi. Tak bardzo samotność go dobija. Przypadkiem udaje się znaleźć połączenie z przybyszami z innych planet, którzy uznają go za… ziemskiego przywódcę. A ci przybysze to reprezentanci międzyplanetarnej wersji ONZ, mającej łączyć wszystkich liderów kosmosu. W tym czasie pojawia się pewien zdesperowany, wojowniczy lord Grigon, który chce dołączyć do organizacji – dobrowolnie lub siłowo.

„Elio” brzmi jak zlepek znajomych wątków oraz motywów – pierwszy kontakt, poczucie samotności, niezbyt udane więzy rodzinne i szukanie nowego domu. Przy okazji jeszcze dostajemy „ziemskiego” klona, przerażającego złola oraz – poznanego przypadkiem – jego syna, będącego kompletnym przeciwieństwem. To ostatnie zaowocuje nieoczywistą przyjaźnią, choć fundamentem (także pobytu w kosmosie) jest kłamstwo. Po drodze nie zabraknie masy slapstickowego humoru, olśniewającej animacji (sam wygląd przybyszy jest bardzo zróżnicowany), imponujących efektów specjalnych oraz niegłupiego przesłania. Ale mam z tym dwa problemy. Po pierwsze, środek troszkę gubi rytm oraz skupienie, co wywołało we mnie pewne znużenie. Po drugie, historia jest przewidywalna niczym kolejność dni w tygodniu. Widziałem to zbyt wiele razy, lepiej zrobione i bardziej angażujące. Przez co nie mogę pozbyć się wrażenia, że „Elio” powstał dla bardziej młodszego widza.

Technicznie, jak to Pixar, jest to bardzo wysoka półeczka. Animacja jest dopieszczona, design kosmitów bardzo unikatowy (choć jednocześnie bardzo znajomy), zaś wszelkie efekty z rozpuszczaniem klona czy płynów cieszą oko. Także głosy brzmią solidnie i nie wybijają z seansu.

Ale w „Elio” brakuje dla mnie czegoś świeżego, kreatywnego i oryginalnego. To jest zbyt znajome dla bardziej doświadczonego widza, zaś Pixar w porównaniu do konkurencji dostaje zadyszki. Pozostaje mieć nadzieję, że „Hopnięci” – ich najnowszy oryginalny film – będzie zwyżką formy.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Zima pod znakiem Wrony

Stan wojenny to był ten okres w polskiej historii, który przerwał karnawał Solidarności i uczyniła lata 80. jednym z najbardziej depresyjnych okresów naszego kraju. Nasi filmowcy podejmowali opowieści osadzonych w tych realiach: od bardziej komediowych („Rozmowy kontrolowane”, „Chrzciny”) przez biografię („Wałęsa. Człowiek z nadziei”) aż po bardziej ambitne pokazanie funkcjonowania systemu („Żeby nie było śladów”). Teraz dostajemy koprodukcję polsko-brytyjską opartą na opowiadaniu Olgi Tokarczuk, pokazującą ten okres z perspektywy osoby z zewnątrz.

Bohaterką „Zimy…” jest Joan Andrews (Lesley Manville), mieszkająca w Londynie profesor psychiatrii. Przybywa do Warszawy 12 grudnia 1981 roku w celu przeprowadzenia wykładów na konferencji naukowej. Na lotnisku zostaje odebrana przez studentkę Alinę (Zofia Wichłacz), pełniącą rolę przewodnika. Co może pójść nie tak? Poza zniknięciem walizki, jej wykład w Pałacu Kultury zostaje przerwany przez studencką manifestację, a dodatkowo uniwersytet nie opłacił naukowczyni hotelu. Podłość ludzka zaiste nie zna granic. Zamiast tego zamieszkuje w domu dziewczyny w bloku, a następnego dnia ma odebrać ją jej brat. Problem w tym, że Alina się nie zjawa, telefon nie działa, zaś pod domem pojawia się czołg. Zostaje wprowadzony stan wojenny, a profesor utknęła bez możliwości powrotu.

Za kamerą stanęła Kasia Adamik, która postanowiła ugryźć stan wojenny w niemal surrealistycznej formie. Reżyserka bardzo przekonująco pokazuje atmosferę beznadziei życia w brutalistycznej architekturze, na zewnątrz opustoszałej i pozbawionej kolorów. Wszystko toczy się dość powolnym tempem, co może wielu zniechęcić, a jednocześnie wywołać poczucie dezorientacji oraz pytań, dokąd to wszystko zmierza. Z jednej strony kolejka po karpia i patrole milicji oraz wojska, z drugiej aresztowania przez UB/milicję, a także… wplątanie się w nielegalne drukowanie zakonspirowanej opozycji. Pojawiają się sceny ucieczki przed milicją (niezły pościg samochodowy nocą czy piesza pogoń po sfotografowaniu zabójstwa przez wypchnięcie z okna), próba zabicia przez UB czy ukrywanie się nocą w akademiku. Innymi słowy, jest intensywnie, z suspensem godnym thrillera i film mnie zaangażował. Bardziej niż się tego spodziewałem, pokazując przekonująco mentalność homo sovieticusa.

Jedyny poważny zgrzyt pojawia się w trzecim akcie, a dokładnie podczas sceny w ambasadzie. Tutaj dość jasno zostaje przedstawiona (dla mnie zbyt jasno) sytuacja geopolityczna oraz stosunek świata zachodniego. A także ostatnie sceny związane z nielegalną audycją na dachu jednego z bloków. Niemniej udaje się Adamik bardzo przekonująco pokazać atmosferę życia w tej rzeczywistości, bardziej przypominającej wielki dom wariatów.

Wszystko to jeszcze wygrywa bardzo dobra obsada. Nie zawodzi Lesley Manville w roli profesor Andrews – początkowo wycofana i zdystansowana, a także bardzo zagubiona w obcej rzeczywistości, marząca tylko o jak najszybszym wydostaniu się stąd. Pod tym wszystkim jednak kryje się ktoś z mocno zakonserwowaną empatią oraz własnymi demonami (reprezentowane przez oniryczne sceny snów). Swoje też robią niezawodni Andrzej Konopka (wuj Aliny, Henryk z cudnym wąsem) oraz Tom Burke (brytyjski ambasador). Ale największą niespodzianką była dla mnie Zofia Wichłacz, której fanem nigdy specjalnie nie byłem. I to od czasu debiutu w „Mieście 44” (może poza serialową „Warszawianką”), tutaj jednak jest przekonująca w roli studentki pozornie nierzucającej się w oczy, a tak naprawdę mocno zaangażowanej w działalność „Solidarności” idealistki. Zwłaszcza wspólne sceny z Manville należą do jednych z najjaśniejszych w dorobku Polki.

Nawet jeśli wiele dzieje się na granicy prawdopodobieństwa, to „Zima pod znakiem Wrony” pozostaje mocnym dramatem okraszonym elementami thrillera. Świetnie zagrana i wyglądająca (bardzo atmosferyczne zdjęcia Tomka Naumiuka) wizja stanu wojennego, która jeszcze nigdy nie wyglądała jak koszmar na jawie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Pojedynek

Kolejna polska produkcja w realiach II wojny światowej? – takie pytanie zakłębiło się w mojej głowie i pewnie nie tylko. Bo to tło historyczne było wałkowane i przedstawiane w setkach, jeśli nie tysiącach produkcji. A teraz mamy kolejną opowieść, ale tym razem dotyczącej tych, co trafili w ręce Sowietów na początku 1939 roku (niczym w „Katyniu”). Jak sobie z tym radzi „Pojedynek”?

Bohaterem nowego filmu Łukasza Palkowskiego jest Karol Grabowski (Jakub Gierszał) – młody porucznik, schwytany przez Sowietów. Razem z innymi oficerami trafia do dawnego klasztoru, pełniącego rolę obozu jenieckiego. Tam przykuwa uwagę pełniącego rolę komendanta, majora NKWD Wasilija Zarubina (Aiden Gillen). Jego zadaniem jest indoktrynacja oraz przekonanie oficerów do przejścia na swoją stronę. Tym bardziej, że większość z nich to inteligencja, zaś Grabowski jest cenionym i znanym pianistą.

Palkowski zaczyna mocnym uderzeniem, czyli ucieczką Grabowskiego przed atakiem lotniczym (w sporej części nakręcona na jednym ujęciu) i to mnie złapało. Ale esencją tutaj jest pobyt w obozie jenieckim, gdzie pozornie niewiele się dzieje, a całość oparta jest głównie na dialogach. Wszystko w celu przekabacenia Polaków, by stali się obywatelami nowego porządku. Co miałoby ogromny wydźwięk propagandowy i obie strony wydają się być tego świadome. Stąd mamy próby manipulacji (groźby śmierci wobec rodziny, przechwytywanie korespondencji) i przemoc, co przez większość czasu działa. Jest też nawet odrobina akcji w postaci próby ucieczki, ale w większości to znajoma opowieść obozowa. Prowadzona bardzo powoli, w szaro-burych kolorach, niepozbawiona odrobiny humoru (ironizujący Sztein w wykonaniu Wojciecha Mecwaldowskiego kradnie ekran), jednak angażująca i z poczuciem nieubłagalnie uciekającego czasu.

To, co jest najmocniejsze jest opisane w słownej grze między Grabowskim a Zarubinem i jest to zasługa świetnie zagranych ról. Jakub Gierszał oraz Aiden Gillan tworzą bardzo mocne postacie. Pierwszy od początku działa jako pełen sprytu (przed schwytaniem niszczy swoją książeczkę wojskową), skupiony na ucieczce i trzymający dystans wokół „swoich”, bardzo podejrzliwy, mocno trzymając swoje myśli. Z kolei Gillan operujący angielskim, rosyjskim i francuskim językiem (a także polskim „Na zdrowie”) bardzo płynnie, zachowując opanowanie oraz spokój, mówiąc bardzo delikatnym głosem jest równie wyrazisty. Reszta obsady też wypada solidnie: poza w/w wspomnianym Mecwaldowskim nie zawodzi porządny Antoni Pawlicki (Antoni Tucholski), niezły Mateusz Kościukiewicz (narwany Artymowski), świetny Grisza Gorobuczuk (syn Zarubina) oraz mocny epizod Tomasza Kota (Ławrentij Beria).

Czy są tutaj wady? W zasadzie dla mnie trzy, które wywołują pewne niejasności. Po pierwsze, jakim cudem w obozie jenieckim trafia kobieta (przykuwająca uwagę Julia Pietrucha), wokół samych mężczyzn? Drugi dotyczy ucieczki Grabowskiego, który – kompletnie nagi – jest przemycony w beczce pełnej łajna. A w następnym ujęciu po wyjściu z niej jest kompletnie ubrany. Tylko skąd pojawiły się te ciuchy? Coś tu zostało wycięte przy montażu albo zapomniano nakręcić. Po trzecie, jakim cudem nikt z jeńców nie rozpoznaje Grabowskiego do momentu, kiedy nie zostaje zmuszony do publicznego zagrania na fortepianie? Mógłbym to wyjaśnić ignorancją oraz skupieniem się na sobie, ale to nie do końca jest dla mnie jasne.

„Pojedynek” to jeden z lepszych dramatów wojennych w ostatnich latach oraz powrót Palkowskiego do kina po latach tworzenia seriali na podstawie powieści Remigiusza Mroza. Zgrabnie nakręcony i napisany, z mocnym zakończeniem wywołującym ciszę, która zostaje bardzo długo. W czasach, kiedy Rosja znowu zaczyna szaleć i siać dezinformację, takie ostrzeżenie pozostaje aktualne oraz warte przypomnienia.

7/10

Radosław Ostrowski

Wielka mała koza

Gdzie dwa studia animowane się biją, tam trzecie korzysta. Disney/Pixar i DreamWorks ostatnio rozkręcają swoje dzieła, zdobywające uznanie widowni oraz krytyki, co jakiś czas daje o sobie przypomnieć Sony. Nie dość, że parę lat temu wywrócili reguły „Spider-Man: Uniwersum”, którego styl potem naśladowali inni („Kot w butach: Ostatnie życzenie”, „To nie wypanda”), to jeszcze sami się nim bawili. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego dzieła, czyli „Wielka mała koza” (w oryginale „GOAT”).

Akcja dzieje się w Pnączowie – jednym z miast, gdzie żyją antropomorficzne zwierzęta (niczym w „Zwierzogrodzie”). Tutaj powstała bardzo popularna gra zwana rykokoszem. Taka wariacja koszykówki, gdzie grają wielcy (dosłownie i w przenośni) zwierzęta, stanowiąc inspirację dla innych. Dla takich jak Will Harris – zwykła koza, pracujący w knajpie jako dostawca żarcia na wynos. Marzył, by być wielkim zawodnikiem jak jego idolka, Jett Fillmore z jego lokalnej drużyny Kolce. Problem w tym, że ekipa od lat nie wygrała żadnego meczu, zaś zawodniczka robi się coraz starsza. Wskutek niezwykłego zbiegu okoliczności (gra Willa z najlepszym graczem – koniem Main Attraction na skromnym boisku, która trafia do Internetu) zostaje zauważony przez właścicielkę klubu oraz dodany jako szósty zawodnik.

Nowe dzieło Sony od reżyserów Tyree Dillihay/Adam Rosette to w zasadzie klasyczne kino sportowe w stylu „Rocky’ego” czy innych opowieści o underdogach. Czyli tych, co nie mają zbyt wielkich predyspozycji (tutaj jest to wzrost) do zwycięstwa i dlatego im się kibicuje, a jednak to oni wygrywają. Droga zawsze jest wyboista i pełna zakrętów – egoistyczna, podstarzała gwiazda; niedopasowana drużyna (nosorożec, strusia, żyrafa, kameleon); zagubiony trener; o przeciwnikach wielkich jak King Kong nie muszę wspominać – co podbija stawkę i pomaga zaangażować. To sprawdzona formuła, która – jeśli jest dobrze wykonana oraz wyegzekwowana – działa cuda. Ale to także opowieść o lokalnym patriotyzmie (co z tego, że mówimy o kibicach), scalającym społeczności.

Sama animacja bardzo przypomina zarówno „Spider-Mana”, a także ostatni hit studia – „K-popowe łowczynie demonów”. Tła wyglądają niczym malowane sprajem od graffiti, dodając pewnej własnej tożsamości, mieszając to z hip-hopową muzyką. Sceny gry w kosza są bardzo efektowne, niepozbawione slow-motion czy szybkiego montażu, dodając mi odpowiednią dawkę adrenaliny. Wszystko w różnorodnych boiskach (od wiszących stalaktytów przez lód aż po niemal spaloną ziemię), a same postaci poruszają się bardzo płynnie i wyglądają bardzo porządnie. Nie było tu miejsca na nudę i kibicowałem do samego końca. A o to tu chodzi.

Film jest u nas pokazywany z polskim dubbingiem, za który odpowiada Bartosz Wierzbięta (reżyseria i dialogi). Tłumaczenie nie wywołuje jakiś zgrzytów językowych, a dobrane głosy pasują. Mocno reklamowany jest ten film udziałem koszykarza Marcina Gortata, który użyczył głosu żyrafie Lenny’emu i wypada solidnie. Dla mnie jednak najmocniejszym punktem było trio: Karol Jankiewicz (Will), Monika Dryl (Jett Fillmore) oraz – kradnący ekran – Jan Kulczycki (trener Dennis z bardzo brawurową i pełną pasji mową motywacyjną!!!). Słuchałem tego z dużą przyjemnością oraz bez poważnych zgrzytów.

Jedyne, co mi przeszkadza to polski tytuł tego filmu. Aż prosiło się, by „Kozę” przerobić na „Kozaka”, ale dystrybutor uznał inaczej. Nie będę owijał w bawełnę, że ten film odmienił ten gatunek. Ja jednak lubię takie historię, która ma drobne niespodzianki, wyrazisty styl wizualny oraz złożone, sympatyczne postacie. Wyczuwam tu kolejny klasyk w dorobku Sony Pictures Animation.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Cry Macho

Clint Eastwood – dwa słowa, które dla kinomana mówią wszystko. Imponujący dorobek aktorski oraz (znacznie bogatszy) reżyserski trwający ponad 50 lat – nawet jeśli nie zawsze są na wysokim poziomie – musi budzić. Swój ostatni film jako reżyser stworzył w wieku 94 lat (co jest rzadkim osiągnięciem), ale to nie o nim chcę opowiedzieć. Tylko o poprzednim tytule, czyli lekko westernowym „Cry Macho” – jak na razie ostatnim filmie, gdzie Eastwood także zagrał.

Akcja toczy się pod koniec lat 70. i skupia się wokół Mike’a Milo (Eastwood) – starym kowbojem, który kiedyś był mistrzem rodeo. Teraz jest stary, schorowany, mocno pijący i samotny. A teraz zostaje zwolniony przez Howarda Polka (Dwight Yoakam), bo już nie jest potrzebny. Jednak jego dawny szef, co kiedyś wyciągnął go z dołka prosi go o przysługę. Chodzi o jego syna Rafo (Eduardo Minett), którego ma z byłą żoną. Problem w tym, że chłopak jest w Meksyku, ma 13 lat i mamusia ewidentnie chce go mieć przy sobie, zaś Howard – z powodu problemów prawnych – nie może wyruszyć. Dlatego chce pomocy Mike’a do ściągnięcia chłopaka do siebie.

„Cry Macho” to mieszanka westernu i kina drogi, idąca swoim niespiesznym rytmem. Gdzieś są tutaj echa „Przemytnika”, bo znowu w tle jest Meksyk, znowu mamy Eastwooda w roli głównej, a nawet jakieś gangsterów (matka chłopaka ma jakieś koneksje z półświatkiem). Jednak przede wszystkim to jest historia spotkania dwójki ludzi z różnych światów, zmuszonych do wspólnej podróży. Rafo jest drobnym cwaniaczkiem z ulicy, bardzo nieufnym i podejrzliwym, którego jedynym przyjacielem jest kogut Macho. Z drugiej strony mamy bardziej doświadczonego Mike’a, dla którego dostarczenie chłopaka staje się szansą na wyleczenie dawnych ran i win. Brzmi jak znajomy schemat kumpelskiego kina, prawda?

I muszę przyznać, że początek filmu, w szczególności dziejące się w Mexico City niespecjalnie na mnie działały. Ale kiedy opuszczamy wielkie miasto, trafiając na prowincję i małe miasteczka, wszystko zaczyna nabierać troszkę cieplejszych barw. Zarówno dynamika staje się ciekawsza, powoli poznajemy prawdziwą motywację Howarda, a także jest tu sporo humoru i lekkości. Szczególnie, kiedy nasza para z powodu awarii auta trafia do małego miasteczka, zaprzyjaźniając się z właścicielką knajpy, Martą (urocza Natalia Traven). Reżyser daje tu sporo przestrzeni na oddech, zachwycenie się krajobrazami czy końmi. Przy okazji polemizuje z wizerunkiem macho, przypominając, iż łagodność i wrażliwość nie jest słabością. Dlatego zakończenie potrafiło mnie złapać.

A wszystko na swoich barkach dźwiga duet Eastwood/Minett. Clint już nie musi nikomu nic udowadniać, a sama obecność daje czystą przyjemność. Zaś debiutujący chłopak jest bardzo przekonujący i nie odstaje Clintowi na krok. Czuć między nimi powoli budującą się przyjaźń, jak chłopak zaczyna dojrzewać i być kowbojem (także z jazdą konną), zaś Mike powoli zaczyna się otwierać, wręcz staje się… radosny. Na tyle, na ile może być szorstki twardziel. Reszta postaci zagrana jest porządnie i nikt tu nie wybijał z seansu. Fakt, że Meksykanie mówią po hiszpańsku (a ich wypowiedzi nie zawsze są tłumaczone napisami) także dodaje realizmu.

„Cry Macho” nie jest może największym dokonaniem w reżyserskim dorobku Eastwooda, ale ma w sobie pewien niewymuszony urok. Staroświecki, bardzo przesiąknięty melancholią western, pełen zadziwiającej lekkości oraz paru mądrych słów na temat męskości. Zawsze warto posłuchać takiego weterana jak Clint.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Odlot

Po nakręceniu „Pali się, moja panno” film Milośa Formana nie trafił do kinowej dystrybucji w Czechosłowacji i kariera tego twórcy wydawała się chylić ku końcowi. Jednak reżyser otrzymał propozycję nakręcenia filmu w Stanach Zjednoczonych, gdzie poprzednie jego filmy (szczególnie „Miłość blondynki”) dały pewną rozpoznawalność. W czasie prac doszło do „praskiej wiosny”, co zmusiło Formana do pozostania w Ameryce. A jaka była jego pierwsza produkcja amerykańska?

„Odlot” ma w sobie tego ducha znanego z „czeskiego okresu”, czyli utrzymaną w dokumentalnym stylu komedią o… różnicach pokoleniowych, gdzie jedni nie są w stanie zrozumieć drugich. Punktem wyjścia jest zniknięcie nastoletniej Jeannie Tyne (Linnea Heacock), co wyszła z domu i tyle ją widziano. Jej rodzice, Larry (Buck Henry) i Lynn (Lynn Carlin) próbują ją znaleźć – ona zostaje pod telefonem, on wyrusza na miasta. Kończy się to popijawą w barze, a dziewczyna wraca. Jednak po podejrzeniach o zażycie narkotyków… znowu znika. I zaczynają się poszukiwania.

Forman kontynuuje eksperymenty ze swoich poprzednich dzieł z dość pozornie niepowiązaną fabułą. Cały czas przeplatana są tu piosenki z castingu do… no właśnie, nie wiadomo czego. Z ciągle śpiewającymi dziewczynami (wśród nich m. in. bardzo młoda Kathy Bates czy Carly Simon) – czy to z własnymi utworami, czy z coverami. Wszystko mocno okraszone bardzo absurdalnym humorem, który ciągle łapie z zaskoczenia. Wizyta u terapeuty, który za pomocą hipnozy leczy z palenia papierosów; popijawa w knajpie panów z rozmowami pań o… seksie (choć nie wprost); znalezienie innej zaginionej nastolatki. Ale kompletnie nie byłem gotowy na spotkanie Stowarzyszenia Rodziców Zaginionych Dzieci (tak, pojawia się tu coś takiego), gdzie – by zrozumieć dlaczego biorą narkotyki – wszyscy… palą jointy oraz rozbieranego pokera. Całość jest absolutnie nieobliczalna, szalona i anarchistyczna, pełna cholernie dobrych dialogów i genialnie zmontowana.

Znowu mamy mało znane twarze w obsadzie (poza scenarzystą Buckiem Henrym w roli „rozsądnego” ojca oraz charakterystyczną twarzą Vincenta Schiavelliego), które dodają autentyzmu do całości. Dzięki temu „Odlot” pozostaje najbardziej czeskim filmem na amerykańskiej ziemi i ostatnim szaleństwem Formana w kierunku absurdu. Najbardziej zapomniany oraz niedoceniony film w dorobku Czecha.

8/10

Radosław Ostrowski

Kill Bill: The Whole Bloody Affair

Nawet w największych snach się nie spodziewałem, że będę miał kiedykolwiek obejrzeć „Kill Billa” na dużym ekranie. Żeby jednak było jeszcze bardziej ekscytująco, Tarantino sklei obydwie części w jeden długi film. Ponad 4-godzinny epos (z 15-minutową przerwą) o zemście może brzmieć przytłaczająco, ale już od pierwszych scen wszystko staje się jasne.

Jak wszyscy pamiętamy historia skupia się wokół ciężarnej Panny Młodej (Uma Thurman), która pada ofiarą rzezi przed ślubem. Giną w niej wszyscy uczestnicy (w tym pastor, pan młody, świadkowie i organista). Mimo postrzału w głowę nie ginie, tylko zapada w śpiączkę. Po czterech latach w końcu się wybudza, przekonana o śmierci dziecka, planując jeden cel i jeden cel tylko: zemścić się na swoich zabójcach. A byli to jej dawni znajomi, należący do grupy Zabójczego oddziału Żmij pod wodzą Billa (David Carradine). Poza nim celami są: O-Ren Ishii (Lucy Liu) – obecna szefowa Yakuzy, brat Billa Budd (Michael Madsen), jednooka Elle Driver (Daryl Hannah) oraz Vernita Green (Vivica A. Fox).

Tarantino, jak to w swoim stylu, bawi się konwencją, chronologią oraz estetykami. W kolejnych rozdziałach poznajemy historię panny młodej (na początku jej imię jest ocenzurowane), pozostałych członków barwnych zabijaków oraz ich sprzymierzeńców. Zderzenie wschodnich sztuk walki, amerykańskich gangsterów, Yakuzy, mieczy samurajskich, kung-fu, westernowej muzyki od Luisa Bacalova i Ennio Morricone tworzy jedną z najbardziej zwariowanej, nieoczywistej mieszanki. Okraszonej jak zawsze świetnymi dialogami, niepozbawionymi humoru i odniesień do popkultury, niemal ciągle zmieniając rytm i tempo. O ile pierwsza połowa jest brutalna, krwawa oraz (ciągle) szokująco makabryczna – krew leje się wiadrami niczym w slasherze, o tyle druga bardziej skupia się na dialogach, włącznie z finałową konfrontacją z Billem.

Całość jest świetnie sfotografowana – to była pierwsza współpraca reżysera z Robertem Richardsonem, znanym ze współpracy m. in. z Oliverem Stonem i Martinem Scorsese – oraz bardzo efektownie zmontowana. Nie brakuje tu długich ujęć (akcja w japońskiej knajpie przed jatką), przejść z koloru na czarno-białą taśmę (chwila przed zabójstwem Panny Młodej czy zakopanie kobiety żywcem), a nawet dłuższej sekwencji anime (przeszłość O-Ren i jej krwawa droga zemsty – kapitalny moment, który sprawdziłby się jako krótki metraż), więc nie ma tu miejsca na nudę. Sama akcja jest bardzo intensywna, bardzo szybko (choć czytelnie) zmontowana: wielka rozpierducha z Obłędem 88 – tym razem pokazana w kolorze, pełnej okazałości – pełna szaleństwa i nadal imponujących popisów kaskaderskich z lataniem niczym w filmach wuxia, bardzo ciasna walka w kamperze z Elle czy intensywny trening u szorstkiego Pai Mei. Te momenty zostają na długo w pamięci.

Jedynym dla mnie zgrzytem tej wersji „Kill Billa” jest dodany na końcu (dłuuuuuuuuuuuuuuugim końcu z ilością napisów końcówki dłuższą niż we „Władcy Pierścieni”) zagubiony rozdział. Czyli animowana sekwencja osadzona w świecie… gry „Fortnite”. Kreska w stylu growym wypada ok, głosy brzmią nieźle (włącznie z samym Tarantino), ale tak naprawdę jest zwyczajnie zbędna i niepotrzebna.

Nie zmienia to jednak faktu, że „Kill Bill: The Whole Bloody Affair” jest fenomenalnym doświadczeniem, który całkowicie pochłania. Od absolutnie kapitalnego aktorstwa (dla mnie to najlepszy występ Umy Thurman, ale także rewelacyjny są David Carradine, Lucy Liu, Michael Madsen czy w podwójnej roli Michael Parks) przez oszałamiającą zabawę warstwą audio-wizualną aż po rewelacyjnie napisany scenariusz. Absolutnie nie spodziewałem się, że produkcja z 2003 roku będzie najbardziej elektryzującym filmem obejrzanym w tym roku. Wstyd nie znać.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Wichrowe wzgórza

Przenoszenie na ekran klasyki literatury jest w zasadzie sprawdzonym sposobem na zarobienie kupę kasy. Nawet po kilkanaście razy – od nieśmiertelnej Biblii po dokonania Mary Shelley. Nie inaczej jest z „Wichrowymi wzgórzami” Emily Bronte, przenoszonej już 13 razy na duży i mały ekran. Żadnej ekranizacji nie widziałem, a książki też nie czytałem, ale chyba reżyserka Emerald Fennell też nie czytała.

Akcja dzieje się gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku na wrzosowiskach Yorkshire, w którym znajduje się tytułowy majątek Wichrowe Wzgórza. Właścicielem jest podupadający lord Earnshaw (Martin Clunes), co lubi ostro chlać i grać w karty. Także samodzielnie wychowuje córkę Catherine. Pewnego dnia mężczyzna przyjmuje pod swój dach przybłędę, którego córka nazywa Heathcliffem. Chłopak zostaje parobkiem, a także zaczyna przyjaźnić się – przynajmniej na początku – z dziewczyną. I tak to trwa przez kilkanaście lat, aż oboje dorastają, co wzmacnia iskry. Wszystko zmienia się, kiedy w okolicy pojawiają się nowi sąsiedzi – pan Lipton (Shazad Latif) ze swoją siostrą, Isabellą (Alison Oliver). A że Earnshawowie potrzebują pieniędzy, Catherine (Margot Robbie) zapoznaje się z sąsiadami i… decyduje się poślubić Liptona. Reakcji Heathcliffa można się domyślić.

Reżyserka ewidentnie chce nam pokazać „Wichrowe wzgórza” jako gotycką historię niespełnionej miłości wskutek okoliczności, przy okazji pokazując jedną z najbardziej toksycznych par od czasu „50 twarzy Greya”. W efekcie powstał dziwny twór. Z jednej strony wizualnie wręcz olśniewający – od przepięknych krajobrazów (Linus Sandgren nie zawodzi jako autor zdjęć) po pełne mocnych kolorów kostiumy i scenografię. Szczególnie druga połowa filmu (dom Liptona) imponuje kompozycjami kadrów, które chciałoby się przerobić na tapetę. Ale z drugiej coś tu się nie zgadza w tej historii. Oboje wychowywani w izolacji, z mocno podpitym i przemocowym patriarchą stają się naznaczeni: Heathcliff fizycznie (rany od bicza), zaś Catherine psychicznie. Bliskość przez traumę? To daje pewne możliwości do prowadzenia historii.

Jednak im dalej w las, tym bardziej oboje zaczynają działać mocno irytująco. Podejrzewam, że to ma pokazać obsesyjne oblicze przywiązania do drugiej osoby, ale czuć tu mocno fałsz. Catherine niby wydaje się rozdarta między sercem a potrzebą utrzymania się (poznać to można po łzach z jej twarzy oraz nieobecnym, pustym, wręcz apatycznym wyrazie twarzy), ale potrafi być bardzo narcystyczną, wywyższającą się oraz uważającą się za lepszą pindą – powiedziałbym mocniej, ale to byłoby obrazą dla pind. Ale nasz Heathcliff wcale nie jest lepszy: nie dość, że cierpi w milczeniu i jest niedouczony (z własnej woli), to potem znika odmieniony oraz nadziany – niczym hrabia Monte Christo. Tutaj nagle robi się mroczniej i potencjalnie mogło skręcić w kierunku zemsty (uwiedzenie Izabeli oraz upokarzanie jej), jednak Fennell wycofuje się jakby bała się przekroczyć pewnej granicy. Niby całość próbuje być bardziej „pieprzna”, nęci potencjalnie seksualnym napięciem, tylko że nie jest ani porno, ani duszno. Za to jest bardzo infantylnie, kiczowato oraz… durnie, jak ze słabego harlekina.

Jeszcze bardziej nie pomaga fakt, że Margot Robbie i Jacob Elordi w swoich rolach wypadają słabo, wręcz karykaturalnie oraz nieprzekonująco. Do tego nie ma między nimi ŻADNEJ chemii (więcej chemii widziałem w chińskiej zupce w proszku) ani napięcia, oboje stają się bardzo nieznośni, irytujący, odpychający. Ich rzekoma miłość jest tylko deklaracją bez pokrycia oraz kompletnie irracjonalna, przez co totalnie niewiarygodna. Aktorzy nie bardzo mają tutaj, co grać i dlatego nie zapadają w pamięć. Wyjątkiem od tej reguły jest bardzo opanowana Hong Chau (służąca Nelly), zaskakujący Martin Clunes (pan Earnshaw) oraz intrygująca Alison Oliver (Isabella).

Ku mojemu rozczarowaniu „Wichrowe wzgórza” od Emerald Fennell są pięknie wyglądającym pustakiem, który najlepiej by się sprawdził jako niemy film albo krótka rolka pod social media (tak jest zmontowany). Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak często ziewałem w kinie, wyczekując napisów końcowych niczym zbawienia i ulgi, że już mam to za sobą.

4/10

Radosław Ostrowski

Figurant

Kolejny odcinek polskiego kina historycznego, skupionego wokół religii. Czyli znowu mamy prosty podział na „dobry” Kościół i „zły” system, próbujący ich złamać? A jeśli dodamy do tego równania nazwisko Roberta Glińskiego, należy spodziewać się sporego rozczarowania. Po biograficznym „Ziei” teraz przyszedł czas na bardziej fikcyjnego „Figurant”.

Samo słowo figurant oznacza osobę rozpracowywaną przez służby specjalne, w tym przypadku Służbę Bezpieczeństwa. Wziętym pod obserwację jest młody krakowski biskup Karol Wojtyła. Jednak nie on jest głównym bohaterem filmu, tylko Bronisław Budny (Mateusz Więcławek) – młody chłopak, który wstępuje do SB. Zdolny, inteligentny, a także utalentowany fotograf. Do inwigilacji nowego duchownego przydziela go pułkownik Wojnar (Zbigniew Stryj). W trakcie pracy mężczyzna poznaje Martę (Marianna Zydek) – studentkę ASP, do której zaczyna czuć coś więcej. Do tego stopnia, że zawierają małżeństwo.

Gliński zaczyna intrygująco za pomocą pięknych czarno-białych zdjęć Adama Bajerskiego (kto widział „Pana T.”, wie czego się spodziewać) sklejając je z archiwalnymi materiałami. Dzięki temu zabiegowi „Figurant” sprawia wrażenie niemal dokumentu. W tle gra bardzo elegancka muzyka, a reżyser sprawnie oddaje realia czasów Gomułki. Pod tym względem najbardziej zapadają w pamięć sceny z występów Piwnicy pod Baranami czy krwawa pacyfikacja protestu pod krzyżem w Nowej Hucie. W przypadku Wojtyły widzimy go albo przez obiektyw aparatu fotograficznego, kamery filmowej czy gdzieś daleko w tle. A jednak jego wpływ na innych jest namacalny i odczuwalny, co prowadzi do – niestety, przewidywalnego – przebiegu wypadków. A reżyser próbuje dodać pewnej odrobiny szarzyzny. Czy to pokazując destrukcyjną siłę obsesji i oddaniu swojej pracy (to jednak ostatecznie sprowadza do przewidywalnego finału), czy księży-informatorów, przekazujących meldunki bezpiece. Najmocniej jednak wypada tu kwestia werbunku księdza Macieja (świetny Adrian Brząkała) za pomocą szantażu oraz podszywania się pod przyjaciela. Tutaj pojawiają się bardziej „ludzkie” odruchy naszego ubeka. Problem w tym, że to wszystko tylko okruchy, dające potencjał na coś o wiele głębszego, mocniejszego, bardziej złożonego. Przez to dzieło Glińskiego nie angażuje.

Sytuację ratuje dobra obsada, ze szczególnym wskazaniem na Mateusza Więcławka. Dzięki niemu Bronek, choć niezbyt rozbudowany scenariuszowo, staje się bardziej ludzki. To nie tępy, brutalny osiłek, ale zdeterminowany, pełen sprytu człowiek, używający inteligencji, podstępu i nawet szantażu. Ale to w momentach rozmów z księdzem Maciejem zaczynamy zauważać jego zagubienie, bezsilność i może nawet coś więcej. Brząkała w roli (nieświadomego) informatora wypada równie przekonująco, próbując dostrzec bardziej ludzką twarz systemu totalitarnego. Reszta wypada solidnie (od budzącego respekt Zbigniewa Stryja przez solidną Mariannę Zydek aż po drobne epizody Juliusza Chrząstowskiego i Andrzeja Mastalerza).

W porównaniu do ostatnich filmów Glińskiego (średnich „Kamieni na szaniec”, fatalnego „Czuwaj” i rozczarowującego „Ziei”) „Figurant” prezentuje się o wiele lepiej, ale to nadal wyższe rejony stanu średniego. Zbyt czarno-biały w portrecie rzeczywistości, która miała w sobie o wiele więcej odcieni szarości, będące zaledwie liźnięte. A była szansa na o wiele mocniejsze i odważniejsze kino.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Kopnęłabym Cię, gdybym mogła

Dawno nie widziałem filmu, który byłby taką emocjonalną jazdą bez trzymanki jak „Kopnęłabym Cię, gdybym mogła”. Film Mary Bronstein jest złożonym portretem psychologicznym kobiety coraz bardziej zmierzającej ku załamaniu nerwowemu oraz coraz większym kłodom rzuconym pod nogami.

Taki jest przypadek Lindy (Rose Byrne) – terapeutki, która wychowuje chorującą córkę (Delaney Quinn), która ma problemy z przyjmowaniem pokarmu, dlatego je przez rurkę wszytą do żołądka. Mąż (Christian Slater) jest kapitanem statku i większość czasu jest poza domem, kolega z pracy i przełożony (Conan O’Brien) nie wydaje się wspierać podczas sesji, a do tego dosłownie zawala się sufit w mieszkaniu, przez co kobieta zmuszona jest zamieszkać w hotelu. Z córką oraz jej aparaturą, która jest strasznie głośna i nie pozwala spać.

Bronstein ewidentnie skupia się na budowaniu portretu psychologicznego oraz kompletnego zdemitologizowania macierzyństwa. Kamera niemal jest przyklejona do Lindy oraz jej twarzy, obserwując jej rutynę: wizyta u lekarza, pracy jako terapeutki, wizyta u szefa, rozmowa telefoniczna z mężem, odwiedzanie mieszkania w celu sprawdzenia postępów naprawy, wreszcie nocne wyjścia na papierosa, alkohol. Bo przez tą maszynę spać się nie da, więc może lepiej wyjść na zewnątrz. Czasem jeszcze będzie wizyta u lekarki, by postawić kolejny cel w leczeniu córki i jeszcze konfrontacja z parkingowym, a także pewne interakcje ze sklepikarką oraz kierownikiem Jamesem (raper A$AP Rocky). Ma to swój rytm i tempo, ale jednocześnie jest to dość chaotyczne. Szczególnie w scenach, gdzie Linda patrzy na dziurę. Jakby tam znajdowały się wszystkie jej demony, lęki, obawy i koszmary. A także poczucie, że to nie tak to miało wszystko wyglądać.

„>Kopnęłabym Cię…” nie jest filmem przyjemnym do oglądania i wręcz czuć to przytłoczenie, poczucie ciągłej duszności, bezsilności oraz całkowitej braki kontroli nad swoim życiem. A najgorszy jest tutaj brak wsparcia kogokolwiek, gdzie w zasadzie jest się zdanym tylko na siebie. Nawet okruszki bardzo czarnego humoru (scena z uciekającym chomikiem) nie są w stanie złagodzić tego tonu. Jest tu parę mocnych scen, które zostaną w głowie – szczególnie lekko oniryczne zakończenie. Z kolei Rose Byrne jest fenomenalna w roli zdesperowanej, przytłuczonej oraz niemal ciągle konfrontującej się ze światem kobiety. Niemal czuć jak niewiele brakuje, by doszło do eksplozji i kompletnego rozpadu.

Ale mimo tego nie byłem w stanie całkowicie zaangażować się w tą historię. To nie jest, że jest to film źle zrealizowany, fatalnie zagrany czy napisany. Wszystko jest tu przemyślane oraz prowadzone z żelazną konsekwencją, jednak – jakby to ująć – nie był ze mną kompatybilny.

7/10

Radosław Ostrowski