Wichrowe wzgórza

Przenoszenie na ekran klasyki literatury jest w zasadzie sprawdzonym sposobem na zarobienie kupę kasy. Nawet po kilkanaście razy – od nieśmiertelnej Biblii po dokonania Mary Shelley. Nie inaczej jest z „Wichrowymi wzgórzami” Emily Bronte, przenoszonej już 13 razy na duży i mały ekran. Żadnej ekranizacji nie widziałem, a książki też nie czytałem, ale chyba reżyserka Emerald Fennell też nie czytała.

Akcja dzieje się gdzieś na przełomie XVIII i XIX wieku na wrzosowiskach Yorkshire, w którym znajduje się tytułowy majątek Wichrowe Wzgórza. Właścicielem jest podupadający lord Earnshaw (Martin Clunes), co lubi ostro chlać i grać w karty. Także samodzielnie wychowuje córkę Catherine. Pewnego dnia mężczyzna przyjmuje pod swój dach przybłędę, którego córka nazywa Heathcliffem. Chłopak zostaje parobkiem, a także zaczyna przyjaźnić się – przynajmniej na początku – z dziewczyną. I tak to trwa przez kilkanaście lat, aż oboje dorastają, co wzmacnia iskry. Wszystko zmienia się, kiedy w okolicy pojawiają się nowi sąsiedzi – pan Lipton (Shazad Latif) ze swoją siostrą, Isabellą (Alison Oliver). A że Earnshawowie potrzebują pieniędzy, Catherine (Margot Robbie) zapoznaje się z sąsiadami i… decyduje się poślubić Liptona. Reakcji Heathcliffa można się domyślić.

Reżyserka ewidentnie chce nam pokazać „Wichrowe wzgórza” jako gotycką historię niespełnionej miłości wskutek okoliczności, przy okazji pokazując jedną z najbardziej toksycznych par od czasu „50 twarzy Greya”. W efekcie powstał dziwny twór. Z jednej strony wizualnie wręcz olśniewający – od przepięknych krajobrazów (Linus Sandgren nie zawodzi jako autor zdjęć) po pełne mocnych kolorów kostiumy i scenografię. Szczególnie druga połowa filmu (dom Liptona) imponuje kompozycjami kadrów, które chciałoby się przerobić na tapetę. Ale z drugiej coś tu się nie zgadza w tej historii. Oboje wychowywani w izolacji, z mocno podpitym i przemocowym patriarchą stają się naznaczeni: Heathcliff fizycznie (rany od bicza), zaś Catherine psychicznie. Bliskość przez traumę? To daje pewne możliwości do prowadzenia historii.

Jednak im dalej w las, tym bardziej oboje zaczynają działać mocno irytująco. Podejrzewam, że to ma pokazać obsesyjne oblicze przywiązania do drugiej osoby, ale czuć tu mocno fałsz. Catherine niby wydaje się rozdarta między sercem a potrzebą utrzymania się (poznać to można po łzach z jej twarzy oraz nieobecnym, pustym, wręcz apatycznym wyrazie twarzy), ale potrafi być bardzo narcystyczną, wywyższającą się oraz uważającą się za lepszą pindą – powiedziałbym mocniej, ale to byłoby obrazą dla pind. Ale nasz Heathcliff wcale nie jest lepszy: nie dość, że cierpi w milczeniu i jest niedouczony (z własnej woli), to potem znika odmieniony oraz nadziany – niczym hrabia Monte Christo. Tutaj nagle robi się mroczniej i potencjalnie mogło skręcić w kierunku zemsty (uwiedzenie Izabeli oraz upokarzanie jej), jednak Fennell wycofuje się jakby bała się przekroczyć pewnej granicy. Niby całość próbuje być bardziej „pieprzna”, nęci potencjalnie seksualnym napięciem, tylko że nie jest ani porno, ani duszno. Za to jest bardzo infantylnie, kiczowato oraz… durnie, jak ze słabego harlekina.

Jeszcze bardziej nie pomaga fakt, że Margot Robbie i Jacob Elordi w swoich rolach wypadają słabo, wręcz karykaturalnie oraz nieprzekonująco. Do tego nie ma między nimi ŻADNEJ chemii (więcej chemii widziałem w chińskiej zupce w proszku) ani napięcia, oboje stają się bardzo nieznośni, irytujący, odpychający. Ich rzekoma miłość jest tylko deklaracją bez pokrycia oraz kompletnie irracjonalna, przez co totalnie niewiarygodna. Aktorzy nie bardzo mają tutaj, co grać i dlatego nie zapadają w pamięć. Wyjątkiem od tej reguły jest bardzo opanowana Hong Chau (służąca Nelly), zaskakujący Martin Clunes (pan Earnshaw) oraz intrygująca Alison Oliver (Isabella).

Ku mojemu rozczarowaniu „Wichrowe wzgórza” od Emerald Fennell są pięknie wyglądającym pustakiem, który najlepiej by się sprawdził jako niemy film albo krótka rolka pod social media (tak jest zmontowany). Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak często ziewałem w kinie, wyczekując napisów końcowych niczym zbawienia i ulgi, że już mam to za sobą.

4/10

Radosław Ostrowski

Figurant

Kolejny odcinek polskiego kina historycznego, skupionego wokół religii. Czyli znowu mamy prosty podział na „dobry” Kościół i „zły” system, próbujący ich złamać? A jeśli dodamy do tego równania nazwisko Roberta Glińskiego, należy spodziewać się sporego rozczarowania. Po biograficznym „Ziei” teraz przyszedł czas na bardziej fikcyjnego „Figurant”.

Samo słowo figurant oznacza osobę rozpracowywaną przez służby specjalne, w tym przypadku Służbę Bezpieczeństwa. Wziętym pod obserwację jest młody krakowski biskup Karol Wojtyła. Jednak nie on jest głównym bohaterem filmu, tylko Bronisław Budny (Mateusz Więcławek) – młody chłopak, który wstępuje do SB. Zdolny, inteligentny, a także utalentowany fotograf. Do inwigilacji nowego duchownego przydziela go pułkownik Wojnar (Zbigniew Stryj). W trakcie pracy mężczyzna poznaje Martę (Marianna Zydek) – studentkę ASP, do której zaczyna czuć coś więcej. Do tego stopnia, że zawierają małżeństwo.

Gliński zaczyna intrygująco za pomocą pięknych czarno-białych zdjęć Adama Bajerskiego (kto widział „Pana T.”, wie czego się spodziewać) sklejając je z archiwalnymi materiałami. Dzięki temu zabiegowi „Figurant” sprawia wrażenie niemal dokumentu. W tle gra bardzo elegancka muzyka, a reżyser sprawnie oddaje realia czasów Gomułki. Pod tym względem najbardziej zapadają w pamięć sceny z występów Piwnicy pod Baranami czy krwawa pacyfikacja protestu pod krzyżem w Nowej Hucie. W przypadku Wojtyły widzimy go albo przez obiektyw aparatu fotograficznego, kamery filmowej czy gdzieś daleko w tle. A jednak jego wpływ na innych jest namacalny i odczuwalny, co prowadzi do – niestety, przewidywalnego – przebiegu wypadków. A reżyser próbuje dodać pewnej odrobiny szarzyzny. Czy to pokazując destrukcyjną siłę obsesji i oddaniu swojej pracy (to jednak ostatecznie sprowadza do przewidywalnego finału), czy księży-informatorów, przekazujących meldunki bezpiece. Najmocniej jednak wypada tu kwestia werbunku księdza Macieja (świetny Adrian Brząkała) za pomocą szantażu oraz podszywania się pod przyjaciela. Tutaj pojawiają się bardziej „ludzkie” odruchy naszego ubeka. Problem w tym, że to wszystko tylko okruchy, dające potencjał na coś o wiele głębszego, mocniejszego, bardziej złożonego. Przez to dzieło Glińskiego nie angażuje.

Sytuację ratuje dobra obsada, ze szczególnym wskazaniem na Mateusza Więcławka. Dzięki niemu Bronek, choć niezbyt rozbudowany scenariuszowo, staje się bardziej ludzki. To nie tępy, brutalny osiłek, ale zdeterminowany, pełen sprytu człowiek, używający inteligencji, podstępu i nawet szantażu. Ale to w momentach rozmów z księdzem Maciejem zaczynamy zauważać jego zagubienie, bezsilność i może nawet coś więcej. Brząkała w roli (nieświadomego) informatora wypada równie przekonująco, próbując dostrzec bardziej ludzką twarz systemu totalitarnego. Reszta wypada solidnie (od budzącego respekt Zbigniewa Stryja przez solidną Mariannę Zydek aż po drobne epizody Juliusza Chrząstowskiego i Andrzeja Mastalerza).

W porównaniu do ostatnich filmów Glińskiego (średnich „Kamieni na szaniec”, fatalnego „Czuwaj” i rozczarowującego „Ziei”) „Figurant” prezentuje się o wiele lepiej, ale to nadal wyższe rejony stanu średniego. Zbyt czarno-biały w portrecie rzeczywistości, która miała w sobie o wiele więcej odcieni szarości, będące zaledwie liźnięte. A była szansa na o wiele mocniejsze i odważniejsze kino.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Kopnęłabym Cię, gdybym mogła

Dawno nie widziałem filmu, który byłby taką emocjonalną jazdą bez trzymanki jak „Kopnęłabym Cię, gdybym mogła”. Film Mary Bronstein jest złożonym portretem psychologicznym kobiety coraz bardziej zmierzającej ku załamaniu nerwowemu oraz coraz większym kłodom rzuconym pod nogami.

Taki jest przypadek Lindy (Rose Byrne) – terapeutki, która wychowuje chorującą córkę (Delaney Quinn), która ma problemy z przyjmowaniem pokarmu, dlatego je przez rurkę wszytą do żołądka. Mąż (Christian Slater) jest kapitanem statku i większość czasu jest poza domem, kolega z pracy i przełożony (Conan O’Brien) nie wydaje się wspierać podczas sesji, a do tego dosłownie zawala się sufit w mieszkaniu, przez co kobieta zmuszona jest zamieszkać w hotelu. Z córką oraz jej aparaturą, która jest strasznie głośna i nie pozwala spać.

Bronstein ewidentnie skupia się na budowaniu portretu psychologicznego oraz kompletnego zdemitologizowania macierzyństwa. Kamera niemal jest przyklejona do Lindy oraz jej twarzy, obserwując jej rutynę: wizyta u lekarza, pracy jako terapeutki, wizyta u szefa, rozmowa telefoniczna z mężem, odwiedzanie mieszkania w celu sprawdzenia postępów naprawy, wreszcie nocne wyjścia na papierosa, alkohol. Bo przez tą maszynę spać się nie da, więc może lepiej wyjść na zewnątrz. Czasem jeszcze będzie wizyta u lekarki, by postawić kolejny cel w leczeniu córki i jeszcze konfrontacja z parkingowym, a także pewne interakcje ze sklepikarką oraz kierownikiem Jamesem (raper A$AP Rocky). Ma to swój rytm i tempo, ale jednocześnie jest to dość chaotyczne. Szczególnie w scenach, gdzie Linda patrzy na dziurę. Jakby tam znajdowały się wszystkie jej demony, lęki, obawy i koszmary. A także poczucie, że to nie tak to miało wszystko wyglądać.

„>Kopnęłabym Cię…” nie jest filmem przyjemnym do oglądania i wręcz czuć to przytłoczenie, poczucie ciągłej duszności, bezsilności oraz całkowitej braki kontroli nad swoim życiem. A najgorszy jest tutaj brak wsparcia kogokolwiek, gdzie w zasadzie jest się zdanym tylko na siebie. Nawet okruszki bardzo czarnego humoru (scena z uciekającym chomikiem) nie są w stanie złagodzić tego tonu. Jest tu parę mocnych scen, które zostaną w głowie – szczególnie lekko oniryczne zakończenie. Z kolei Rose Byrne jest fenomenalna w roli zdesperowanej, przytłuczonej oraz niemal ciągle konfrontującej się ze światem kobiety. Niemal czuć jak niewiele brakuje, by doszło do eksplozji i kompletnego rozpadu.

Ale mimo tego nie byłem w stanie całkowicie zaangażować się w tą historię. To nie jest, że jest to film źle zrealizowany, fatalnie zagrany czy napisany. Wszystko jest tu przemyślane oraz prowadzone z żelazną konsekwencją, jednak – jakby to ująć – nie był ze mną kompatybilny.

7/10

Radosław Ostrowski

Orzełek Iggy

Czy ktoś jeszcze kojarzy Bartka Kędzierskiego? Twórca kultowych (w pewnych kręgach) „Włatców much” był jednym z fenomenów animacji dla dorosłych do czasu wkroczenia Bartosza Walaszka. Jednak teraz reżyser postanowił wrócić z filmem animowanym (oczywiście) skierowanym do młodszego widza. Ale czy „Orzełek Iggy” poleci niczym nasz orzeł? Tak, o Małysza też chodzi.

Wszystko dzieje się w świecie antropomorfizowanych ptaków, które od bardzo dawna – dzięki technologii – nie latają skrzydłami. Po co same mają latać, skoro mają samoloty wszelkiej maści, także poruszają się autami, motocyklami itp. Tak jak my. I właśnie tutaj pojawia się młody, skrzydlaty chłopiec o imieniu Iggy. Jego rodzice są tak sprzeczni jak tylko możliwe – nadopiekuńcza korpo-pracownica, z telefonem niemal cały czas oraz strażak na wymuszonej emeryturze, który jest trochę bardziej wyluzowany. Chłopak ma jedno marzenie, żeby latać. Tylko niemal wszyscy (od nauczycieli po uczniów) uważają to za nierealne. Ale wszystko zmienia się, kiedy poznaje nową koleżankę Ewę.

Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa i dla doświadczonych kinomanów (do których ewidentnie ten film nie jest adresowany) nie będzie zbyt wielką niespodzianką. Kędzierski prowadzi wszystko w formie narracji z offu przy udziale starej sowy-bibliotekarki. Tematy dotykane tutaj może nie zaskakują (przełamywanie schematów, przyjaźń, zderzeń fantazji z rzeczywistością, uzależnienie od technologii), ale wszystko jest opowiedziane w elegancki, choć bardzo bezpośredni sposób. Jeszcze mamy tutaj rodziców, którzy są jak magnezy z dwóch kierunków, sprytną i inteligentną koleżankę (z tajemnicą), wymyślonego przyjaciela Feliksa oraz… zombie-kuraki, czyli parodia zombie z „Nocy żywych trupów”. Jest tu troszkę humoru, ale bardziej skierowanego dla młodszych widzów.

Sama animacja to hybryda ręcznie rysowanych postaci z trójwymiarowymi tłami. I byłem bardzo zaskoczony, bo tła (budynki, wnętrza mieszkań) wyglądały bardzo namacalnie. Jakby postacie zostały dorysowane do naszego świata, co dość mnie zaskoczyła. Kreska może nie jest zbyt szczegółowa – poza sekwencjami sennymi, gdzie tła wyglądają imponująco – ale wygląda przyzwoicie. Szczególnie horrorowe wejścia zombie-kurczaków oraz drobne efekty specjalne. Złego słowa także nie powiem o polskim dubbingu, ze wskazaniem na przekonujące role dziecięce w wykonaniu Tymoteusza Gliszczyńskiego (Iggy), Kosmy Pressa (Feliks) oraz Antoniny Baduchowskiej (Ewa). Wspierani przez bardziej doświadczonych aktorów jak Piotr Adamczyk (Leon, ojciec Iggy’ego), Agnieszka Dygant (Julia, matka Iggy’ego), Anna Seniuk (bibliotekarka) czy Danuta Stenka (dyrektorka – nie do poznania) tworzą bardzo zgraną grupę bez słabego ogniwa.

„Orzełek Iggy” może nie robi aż takiego wrażenia jak niedawny „Smok Diplodok”, ale to kawałek bardzo przyzwoitego kina dla młodego widza. Niedzisiejszy w formie, choć dotyka jak najbardziej współczesnych, jak i bardziej uniwersalnych kwestii. Dorośli mogą poczuć się troszkę znudzeni, ale krótki czas trwania nie pozwala się wiercić w trakcie seansu.

6/10

 

Radosław Ostrowski

Wartość sentymentalna

Raczej nie jest ogromnym zaskoczeniem, że kino skandynawskie znowu jest dostrzegana i doceniane w różnych częściach świata. Od duńskiego wariata Andersa Thomasa Jensena i nieobliczalnego Thomasa Vinterberga przez Szwedów pokroju Johana Rencka czy Rubena Ostlunda aż po Norwegów w rodzaju Mortena Tylduma, Hansa Pettera Molanda oraz Joachima Triera. Część z nich pracowała przy produkcjach anglojęzycznych (z różnych skutkiem), a część została w kraju. Teraz ze swoim nowym dziełem pojawił się Trier (nie mylić z Larsem von Trierem), który znowu wywołał spory ferment oraz ma szansę na zdobycie kilku uznanych przez środowisko nagród. Ale czy szum wokół „Wartości sentymentalnej” jest tego wart?

Historia skupia się na rodzinie artystycznej, naznaczonej przez pokoleniową traumę. Jednak najważniejsza jest tutaj Nora (Renate Reinsve) – aktorka, głównie występująca w teatrze, samotniczka. Jej siostra Agnes (Inga Ibsdotter Lilleas) nie poszła w jej ślady, ukończyła historię, ma męża oraz 8-letniego syna, Eryka. Wydaje się być bardziej spełniona, ale może to tylko pozory. Jest jeszcze ich ojciec, Gustav (Stellan Skarsgard) – kiedyś znany i ceniony reżyser filmowy, ale w rodzinnym domu nieobecny po rozwodzie z żoną. A teraz po ponad 20 latach pojawia się na stypie po śmierci kobiety, co mocno zaskakuje siostry. Szczególnie Norę, zwłaszcza iż następnego dnia proponuje jej główną rolę w swoim nowym filmie. Ale ona nie jest tym zainteresowana. Sytuacja jeszcze bardziej się komplikuje, kiedy reżyser poznaje podczas retrospekcji swoich dzieł aktorkę Racehl Kemp (Elle Fanning) i to ją postanawia zatrudnić do nowej produkcji.

Sama opowieść toczy się niejako dwutorowo (albo i nawet trój-). Cały czas przebijają się retrospekcje dotyczące rodziny Borgów od pradziadka aż do dorastających sióstr, którym towarzyszy narracja z offu. Z drugiej mamy Norę, ale jej pierwsze pojawienie się (podczas spektaklu dostaje tremy i wchodzi po kilku minutach opóźnienia – z każdą sekundą zmienia się w coraz większy kłębek nerwów) przykuwa uwagę. Widzimy jej samotność, stany depresyjne oraz emocjonalne wycofanie. Z trzeciej strony jest Gustav, próbujący a) naprawić swoje relacje z córkami, b) stworzyć pierwszy od kilkunastu lat film. I te trzy wątki przeplatają się ze sobą, tworząc bardzo skomplikowaną mozaikę rodzinną. Dla wielu może działać to dezorientująco, bo do niektórych rzeczy wraca się po dłuższym czasie, jednak niespieszne tempo pomaga wejść w ten film.

Trier tworzy ten złożony portret z zadziwiająco dużą dawką subtelności, gdzie wiele jest tu ukryte między słowami, schowane w twarzach oraz gestach. Dla wiele będzie „Wartość sentymentalną” budzić skojarzenia z dramatami psychologicznymi Bergmana (ja nie widziałem żadnego z jego filmów, więc się nie odniosę do tego), jednak tutaj także unosi się duch… Woody’ego Allena. Neorotyczny główny bohater, środowisko artystyczne oraz siła sztuki filmowej, która potrafi jednocześnie być siłą oczyszczającą i destrukcyjną – to są wspólne elementy. Jeszcze mamy proces tworzenia filmu we współpracy z Netflixem, gdzie dochodzi do mniej chcianych kompromisów (dystrybucja, kwestia języka), rodzinne traumy i tajemnice, piętnujące kolejnych członków rodziny. Wszystko ze świetnymi dialogami, okraszonymi odrobiną humoru (prezent jaki Gustav daje 10-letniemu wnukowi na urodziny – perełka!!!), ale też porusza w sposób najmniej oczywisty sposób, bez stosowania emocjonalnego szantażu. Wizualnie wygląda bardzo naturalnie, z zaskakująco sporymi zbliżeniami na twarze, ale też kapitalnie zmontowany (prolog, pokazujący historię domu oraz wszystkie retrospekcje). Jedynie te przejścia z nagłym pojawieniem się czarnego ekranu mnie wybijały, ale to jedyna poważna skaza.

A wszystko fantastyczne zagrane przez aktorski kwartet. Kolejny raz elektryzuje Renate Reinsve w roli mocno zagubionej Nory, dla której granie i występowanie na scenie jest w zasadzie formą ucieczki od siebie samej. Bardzo samotnej, unikającej głębszej więzi, w zasadzie bardzo zdystansowana. Nawet jak jest wśród innych, sprawia wrażenie nieobecnej, mocno naznaczonej trudnymi relacjami z ojcem. A skoro przy nim jesteśmy, nie mogę nachwalić się Stellana Skarsgarda. Nie wiem jak on to robi, ale nawet nic nie mówiąc samą twarzą wyraża masę emocji. Jego Gustav to człowiek porozumiewający się językiem kina, co jest jedną z przyczyń takich relacji z córkami (jest jeszcze picie alkoholu). Jest cholernie inteligentnym scenarzystą, a także jako reżyser jest bardzo cierpliwy, nie nakręcany przez ego. Nie jest świętym, ale budzi sympatię. Troszkę w cieniu znajduje się Inga Ibsdotter Lilleas, która wydaje się być najbardziej poukładana, ustabilizowana i wyszła bez blizn. Najbardziej błyszczy ona we wspólnych scenach z Reinsve, gdzie ona robi za starszą siostrę (szczególnie pod koniec, który mnie poruszył). A do tego skandynawskiego miksu zostaje wrzucona Elle Fanning w roli amerykańskiej aktorki Rachel, która jest fanką kina Borga i zostaje obsadzona w głównej roli. Może wydawać się „obcym” elementem, jednak nie odstępuje od innych na krok.

Będę musiał się wgłębić w norweską kinematografię, bo jest coraz ciekawsza niż się mogłem spodziewać. „Wartość sentymentalna” jest bardzo subtelna w formie opowieści, ma bardzo melancholijny i słodko-gorzki klimat, a także świetnie napisany przez duet Joachim Trier/Eskil Vogt. Nie ma tu zbędnych scen, wymaga cierpliwości i uwagi. Choć początkowo może wydawać się jak kolejny dramat rodzinny, to po seansie zaczyna coraz bardziej rosnąć i rosnąć. Niepozorne, ale bardzo poruszające dzieło.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

W mroku nocy

Lata 70. stanowiły renesans czarnego kryminału i kina noir. Zarówno tego osadzonego w złotym okresie gatunku („Chinatown” Polańskiego), jak i bliżej współczesności („Długie pożegnanie” Altmana). Do tej drugiej grupy wpisuje się jeden z napomnianych tytułów nurtu neo-noir, czyli pochodzący z 1975 roku „W mroku nocy” w reżyserii Arthura Penna.

Głównym bohaterem jest Harry Moseby (Gene Hackman) – prywatny detektyw z Miasta Aniołów, gdzie tych kompletnie nie widać. Proste zlecenia polegające na rozwodach dają pewną satysfakcję, jednak cierpi na tym jego małżeństwo. I teraz dostaje kolejne zlecenie, które nie wydaje się skomplikowana: otóż podstarzała gwiazda kina Arlene Iverson (Janet Ward) prosi o pomoc. Chodzi o znalezienie córki, która uciekła z domu. Nie robi tego jednak bezinteresownie, bo po śmierci męża kobieta została wydziedziczona i cały majątek dał na fundusz powierniczy córki, Delly (debiut Melanie Griffith).

Penn niby bawi się w kryminał, ale tak naprawdę klei tu dwa gatunki w jednym: noirową opowieść detektywistyczną i dramat psychologiczny w jednym. Sama intryga w zasadzie płynie gdzieś w tle (co mi skojarzyło się z „Rozmową” Coppoli), jednak w samym centrum znajduje się nasz detektyw. Facet sprawia wrażenie inteligentnego, niepozbawionego ciętych ripost (jak choćby podsumowanie kina Erica Rohmera) i potrafiącego dość szybko łączyć kropki. Tempo jest bardzo powolne, pozwalając bardziej skupić się na atmosferze. Bardzo nerwowej, zdominowanej przez ciągły mrok nocy, za którą coś może się ukrywać.

Po drodze trafiamy do świata kaskaderów, szołbiznesu i aż do Florydy. Jest tu sporo świetnych dialogów, rzadko pojawiająca się elegancka muzyka jazzowa buduje klimat, a także bardzo charyzmatyczny Hackman w roli zdeterminowanego śledczego. Facet za wszelką cenę chce dotrzeć do prawdy i – jak wielu przed nim i po nim – może za tą cenę zapłacić. Szczególnie, gdy – tak jak Philipowi Marlowe w „Długich pożegnaniach” – wszyscy go okłamują i nawet ja nie wiedziałem, kto mówi prawdę. Oraz jakie są za tym wszystkim ukryte motywy. Drugi plan nie rozczarowuje: od debiutującej, lekko wyzwolonej Melanie Griffth przez bardzo enigmatyczną Jennifer Warren (Paula) i wyrazistą Janet Ward po mocnego Jamesa Woodsa (mechanik Quentin) oraz Susan Clark (żona Moseby’ego). Każdy zapada mocno w pamięć, a i tak nie wspomniałem wszystkich.

Pozornie noirowy kryminał, który idzie w zupełnie innym kierunku niż się można było spodziewać, lecz dzieło Penna oddaje ducha epoki (lata 70. już po aferze Watergate). Gdzie każdy oszukuje i kręci, a dojście do prawdy nie daje satysfakcji. Sam detektyw wydaje się być jeszcze bardziej nieporadny i zagubiony niż przedtem, co dobitnie pokazuje ostatnia scena. Pozornie nudne, lecz gęste kino.

8/10

Radosław Ostrowski

Bracie, gdzie jesteś?

Już w te wakacje pojawi się w kinach „Odyseja” w reżyserii Christophera Nolana. Ale wielkie dzieło Homera było już przenoszone na ekran wielokrotnie. Żadna adaptacja jednak nie była tak nietypowa jak pochodzący z 2000 roku „Bracie, gdzie jesteś?” braci Coen. Jak sami twórcy przyznali, nigdy nie czyli utworu o Odyseuszu, bardziej inspirując się innymi ekranizacjami. Co brzmi jak czyste szaleństwo.

Akcja filmu dzieje się w USA lat 30., parę lat po Wielkim Kryzysie i skupia się wokół trzech zbiegów. Ulysses Everett McGill (George Clooney) jest najbardziej wygadanym z trójki, z twarzy podobny do Clarka Gable’a, strasznie dba o swoje włosy. Pozostali jego wspólnicy są mniej lotni, a nawet dość prości: wierzący w różne dziwności Delmar (Tim Blake Nelson) oraz lekko nerwowy Pete (John Turturro). Cała trójka jest skuta łańcuchem i razem ucieka. Po co? By znaleźć zakopany łup z napadu na ciężarówkę, jakiego dokonał Ulysses. Tylko droga do niego nie będzie wcale łatwa.

Reżyserski duet wrzuca od razu w klimat Południa przy scenie śpiewania więźniów podczas pracy na torach. Skoro jesteśmy na Południu, gdzieś w okolicach Luizjany, Nowego Orleanu czy innego Mississippi, to w tle gra blues, bluegrass oraz szeroko rozumiane country. Jednak sama historia pozornie idzie w znajomym kierunku wobec „Odysei”: jest Odyseusz (Ulisses), jest ślepy prorok (nie jedyny niewidomy), jednooki olbrzym (tutaj sprzedaje Biblię), nawet są śpiewające syreny (a tak naprawdę to praczki) oraz Penelopa (ona jednak ma pewien problem z wiernością). Jednak szczegóły to Coenowie pełną gębą – mieszanka inteligentne dialogi z odrobiną slapsticku, zmieszane z galerią barwnych i ekscentrycznych postaci: niewidomego prowadzącego radio (Stephen Root), tropiącego zbiegów gliniarza w ciemnych okularach z czarnym psem; George „Buźka” Nelson – legendarny gangster, napadający na banki i zdrowo porąbany czy czarnoskóry gitarzysta, co sprzedał duszę diabłu za grę na gitarze. A potem jeszcze mamy „Chłopaków z Mokradeł” czy Ku Klux Klan (ich zebranie oraz próba egzekucji to najjaśniejszy punkt filmu), wywołujące jeszcze większe zamieszanie.

Całość wygląda bardzo pięknie, co jest zasługą niezawodnego Rogera Deakinsa, z mocnym nasyceniem żółci i zieleni. Od mokradeł, lasów po miasteczko i bank – czuć realia lat 30.: od rekwizytów (pomadka) aż po stroje i scenografię. Gdzieś tu czuć troszkę klimat „Bonnie i Clyde”, nawet jeśli skręcamy w sceny kompletnie absurdalne. Coenowie świetnie odnajdują się w tej pokręconej historii o miłości i przyjaźni.

Wszystko na swoich barkach dźwiga fantastyczny George Clooney. Jego Ulysses to złotousty cwaniaczek, z aparycją przystojniaka, próbujący lawirować między różnymi przeciwnościami. Potrafi być zarówno poruszający (modlitwa przed planowaną egzekucją), jak i rozbawić (występ jako lider „Chłopaków z Mokradeł” w przebraniu). Także partnerujący mu Turturro oraz Nelson świetnie się uzupełniają, ze swoimi prostolinijnymi temperamentami. Jednak to wszystko jest ubarwione przez masę drugoplanowych postaci: od niezawodnego Johna Goodmana (Wielki Dan Teague) przez cudownego Michaela Badalucco (gangster George „Buźka” Nelson) i bardzo solidnego Chrisa Thomasa Kinga (Tommy Johnson) aż po Holly Hunter (Penny McGill, żona Ulyssesa) oraz Charlesa Durninga (burmistrz O’Daniel).

Pierwsze dzieło braci Coen stworzone na progu tysiąclecia jest bardzo udaną komedią, okraszoną silną nutą nostalgii. Jeden z najpiękniejszych wizualnie filmów w dorobku rodzeństwa, luźno czerpiące z wielkiego eposu Homera, fantastyczną muzyką i aktorstwem. Może przesłanie o tym, że nie zawsze skarbem jest to, co materialne nie jest czymś zaskakującym, czyni ono całość bardzo satysfakcjonującą.

7,5/10

Radosław Ostrowski

 

 

Głos Hind Rajab

Pojawiają się co jakiś czas filmy, które nazwałbym interwencyjnymi, niejako dotyczące bardzo świeżego, palącego tematu. Zazwyczaj są to filmy dokumentalne jak „20 dni w Mariupolu”, ale są też fabularne dzieła jak „Chciwość” (początki kryzysu ekonomicznego z 2008 roku). Teraz do tego grona trafia francusko-tunezyjski „Głos Hind Rajab”, dotyczący bezustannej wojny między zbrodniczym państwem Izrael a Palestyną. I opartej na faktach.

Jednak nie zobaczymy wojny, będąc na polu bitwy czy oblężonym mieście. Tak naprawdę będziemy w siedzibie Czerwonego Półksiężyca na Zachodnim Brzegu, przyglądając się dyspozytorom-wolontariuszom. Jest 29 stycznia 2024 roku i w sumie dzień jak co dzień. Telefon goni telefon, pracownicy odbierają telefony i próbują jakoś pomóc. Właśnie wtedy pojawia się kolejne połączenie – tym razem dzwoni niejaka Hind Rajab. Dziewczynka, jadąca samochodem z wujostwem, lecz pojazd został ostrzelany przez wojsko w okupowanej Gazie. Przeżyła tylko ona, ma 6 lat i reszta rodziny nie żyje.

Tunezyjska reżyserka Kaouther Ben Hania opowiada historię niby o wojnie, jednak sama wojna jest gdzieś w tle. Jedynie słyszalna podczas rozmowy telefonicznej (użyte zostały prawdziwe nagrania, co zostaje podane na samym początku filmu i – także podczas seansu – widzimy w prawym, górnym rogu nazwę pliku) oraz pewne archiwalia na samym końcu. Ale do tego jeszcze dojdę. Cały czas jesteśmy w siedzibie organizacji, próbując ratować życie innym. Problem w tym, że wiele zależy nie tylko od nich. Sama skomplikowana procedura, w której wiele zależy od okupującego wojska i Czerwonego Krzyża z jednej strony ma sens w tej rzeczywistości, ale z drugiej wywołują frustrację, bezsilność oraz wściekłość.

Momenty rozmowy z coraz bardziej przerażoną Hinb od razu skojarzyły mi się z „Winnymi”. Kamera jest bardzo blisko zarówno dyspozytorów: Omara i Rany. Poza tą dwójką jest jeszcze ich szef Mahdi oraz psycholożka Nisreen. Coraz silniej czuć tą nerwową atmosferę, a także jak bardzo ta bezsilność, wręcz wściekłość wobec tej chorej, niedorzecznej sytuacji. Bezkarności wojska, które zabija wszystkich jak leci (ktoś pamięta, jak rozwalili konwój Polskiego Czerwonego Krzyża?) i dającego zielone światło wobec karetek oraz bezpiecznej drogi. Wszystko to się gotuje w bardzo brutalnym, mocnym zakończeniu. Tutaj reżyserka pokazuje bliżej rodzinę dziewczynki oraz odrobinę prywatnych materiałów, a także finał tej całej sytuacji.

Ciężko jest przejść obojętnie wobec całej tej sytuacji, mimo że jest prezentowana tylko za pomocą dźwięków. „Głos Hind Rajab” jest zdecydowanie filmem ważnym, powstałym pod wpływem gniewu i sprzeciwu wobec niesprawiedliwości, bezradności oraz zbrodni. Zostaje w głowie na bardzo długo.

8/10

Radosław Ostrowski

Pali się, moja panno

„Pali się, moja panno” – ten tytuł kojarzył mi się z piosenką zespołu Buldog. Ale tak też został nazwany ostatni film Milośa Formana nakręcony w Czechosłowacji. Produkcja została zablokowana w kraju, a kiedy zbliżały się wojska Układu Warszawskiego rok później podczas praskiej wiosny, reżyser uciekł do Stanów Zjednoczonych. Poprosił o azyl i tam zaczął tworzyć kolejne filmy. Zanim jednak dojdziemy do tego, skupmy się na ostatnim czeskim dziele.

Akcja dzieje się w małym miasteczku w trakcie balu z okazji Dnia Strażaka. Podczas imprezy ma się odbyć także: konkurs piękności, loteria z fantami do wygrania oraz wręczenie najbardziej zasłużonemu strażakowi prezentu. Komitet organizacyjny jest przygotowany, zwarty i gotowy. Fanty na miejscu i sprawa wydaje się być zaplanowana do najmniejszego szczegółu. Tylko, że… nie. Sprawy dość szybko zaczynają się komplikować, doprowadzając do nieoczekiwanych sytuacji.

Tym razem Forman zrealizował ten film w kolorze, do tego niemal w całości osadzając w jednym miejscu oraz tworząc bardziej zwartą opowieść. Już od samego początku widać, że będzie to bardziej satyryczne spojrzenie na rzeczywistość. Porządek jest pozorny, zaś każda próba utrzymania go się kończy kompletnym chaosem: fanty zostają skradzione, panie nie są zbyt chętnie wziąć udział w konkursie (niektórzy nawet serwują drinki dla komitetu), a komitet próbuje robić dobrą minę do złej gry. Z każdą minutą sytuacja robi się absurdalna, panowie kierujący – dużo starsi i mniej ruchliwi – okazują się bardziej nieporadni, safandułowani. Atmosferę potęguje marszowa muzyka w tle czy niektóre mocne dialogi. Wszystko zostaje spięte bardzo gorzkim finałem, kiedy dochodzi do pożaru w okolicy.

Ze wszystkich „czeskich” filmów w dorobku Formana „Pali się, moja panno” jest najbardziej zwarty i spójny w swojej formie. Świetnie zagrany, mocniej ocierający się w absurd i ostrzej w niedorzeczny, niewydolny system. Jeśli kojarzy wam się z „Rejsem” Marka Piwowskiego, to jest to właściwy adres.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Nowokaina

Chyba żaden film akcji w ostatnich latach nie miał takiego wpływu na gatunek jak „John Wick”. Można stwierdzić to także po ilości (lepszych lub gorszych) naśladowców – od wersji kobiecej („Atomic Blonde”) przez drugowojenną („Sisu”) aż po okraszone humorem („Nikt”). Teraz pojawił się jeszcze bardziej komediowa „Nowokaina”. Z prostym konceptem, który chyba nie do końca został wykorzystany.

Tytułowy „Nowokaina” to ksywa Nathana Caine’a (Jack Quaid) – pozornie 30-letniego faceta, który pracuje w banku w San Diego. I to nie jako szary pracownik, lecz zastępca kierownika. Lubi grać w gry, jest strasznie nieśmiały oraz ma paskudne choróbsko. Otóż Nate kompletnie nie czuje bólu fizycznego, co może brzmieć jak supermoc. Ale nie oznacza to, że nie może się wykrwawić, połamać i nawet stracić kończyny, nie mając o tym pojęcia. Jednak jego życie w kokonie się zmienia, kiedy w końcu umawia się z dziewczyną swoich marzeń – Sherry (Amber Midthunter). I może coś by z tego wyszło, gdyby nie… napad na bank. Nawet nie chodzi o to, że skradziono kasę i zastrzelono kierownika, ale porwano Sherry. I nasz „Nowokaina” postanawia na własną rękę odbić dziewczynę.

I już tutaj widać dokąd zmierza to wszystko. Duet reżyserski Dan Berk/Robert Olsen tworzy niby „Johna Wicka”, ale będącego kompletnie przypadkowym herosem. Skoro może znieść wiele w trybie pierdoła/superman (bicie, pchnięcia, postrzał, kłucia, nawet poparzenie), robiącego rzeczy wbrew sobie. I mającego więcej szczęścia niż przeciętny Kowalski, co postanowił zgrywać twardziela. Problem jednak w tym, że po mocnym uderzeniu oraz dobrze zrobionej pierwszej konfrontacji w kuchni restauracyjnej zaczyna brakować energii. Całość staje się przewidywalna (włącznie z kwestią złodziei/porywaczy), z krótkimi przebłyskami geniuszu (dom jednego ze złoli pełen pułapek), ale nie zapada za mocno w pamięć. Nawet humor też nie do końca trafia, co widać w przypadku duetu policjantów.

Sytuację częściowo ratuje uroczy i rozbrajający Jack Quaid w roli tytułowej, dając sporo frajdy. Same jego reakcje na absurdalne sytuacje, gdzie dokonuje bardzo brutalnych eliminacji, dostając solidny łomot to małe złoto. Może czasem przypomina Hughiego z „The Boys” (szczególnie na lunchu), jednak z czasem to zmienia się w coś własnego. Drugi plan nie ma tu zbyt wyrazistych postaci, choć nikt nie gra tu źle (najbardziej wybija się Amber Midthunder w roli „dziewczyny” oraz w drobnym epizodzie Jacob Balaton jako kumpel growy).

Nowokaina” przypomina granie w grę z wpisanym kodem na nieśmiertelność. Niby daje to frajdę z grania, ale nie czuć kompletnie stawki i po pewnym czasie przestaje angażować. Był tu potencjał na fajne, lekkie kino rozrywkowe, lecz nie do końca to zagrało.

6/10

Radosław Ostrowski