Toy Story 5

Kiedy kilka lat temu ogłoszono, że powstaje piąta część „Toy Story” nie miałem zbyt wielkiego entuzjazmu. I nawet nie chodziło o jakość poprzedniej części (dla mnie zaskakująco udanej), ale czuć było ze strony Disneya pazerność oraz zarabianie na nostalgii. Nie uspokoił też fakt, że tą część serii wyreżyserował Andrew Stanton – związany z cyklem jako scenarzysta od samego początku. Bo też ostatnie dokonania jako reżysera (w szczególności „W okamgnieniu”) nie były zbyt ciepło odebrane. I jak w ostateczności wyszło?

Wracamy do zabawek tym razem pod wodzą kowbojki Jessie, z którymi nadal bawi się Bonnie. Poprzedni lider, czyli szeryf Chudy stał się „dziką” zabawką, prowadzącą własne życie. Jednak spokój w relacji zabawki-Bonnie zostaje zaburzony. I to nie dlatego, że dziewczynka jest starsza od ostatniej wizyty, ale z powodu nowego cacka. Mianowicie… tableta w kształcie żabki zwana Lillypad, która ma rzekomo pomóc w budowaniu relacji z rówieśniczkami. Efekt jednak jest łatwy do przewidzenia: dziewczynka spędza przy ekranie więcej czasu, doprowadzając do odstawienia zabawek do garażu. Jessie idzie na konfrontację z komputerkiem i ściąga do pomocy Chudego.

Reżyser do spółki z wspierająca go McKenną Harris wydaje się iść w pozornie oczywistym kierunku. Czyli konfrontacji tradycyjnych zabawek ze współczesną technologią, którą bardzo łatwo uczynić antagonistą oraz wskazać jako główną przyczynę nieszczęść. Początkowo wydaje się to zmierzać w tym kierunku, ale twórcy są o wiele mądrzejsi i sprytniejsi. Tu nie ma łatwego demonizowania technologii, a sama Lily chce tego samego, co zabawki – dać swojej właścicielce szczęście. Tylko czym to szczęście jest? Stanton nie boi się pokazać społecznego wykluczenia z powodu niedopasowania oraz innych zainteresowań, ale też pokazuje inne zabawki „technologiczne” jak cyfrowy aparat czy pomagająca w załatwianiu się Pierre Papier. Czyli w zasadzie znowu wracamy do kwestii przemijania oraz potencjalnego bycia opuszczonym.

A propos, pamiętacie jak Jessie została porzucona przez swoją pierwszą właścicielkę Emily? Ten wątek powraca ze zwielokrotnioną siłą, wskutek trafienia kowbojki na dawne miejsce. A przeniesienie ciężaru właśnie na nią działa bardzo odświeżająco. Sam Chudy i Buzz zostają zepchnięci na dalszy plan (pierwszy z brzuszkiem oraz łysinką, która – jak głowa jest pod słońcem – odbija się mocno; drugi robi tutaj bardziej za comic reliefa, niepotrafiącego wyznać miłości Jessie), zaś reszta ferajny tak naprawdę robi tutaj tylko za tło. I jeszcze zostaje wrzucony wątek armii Buzzów – ale takich bardziej podrasowanych – zmierzających do… no właśnie, czego? Te przebitki początkowo wydają się przerywnikiem dającym odrobinę oddechu, ale potem się wszystko łączy.

Za to muszę pochwalić fantastycznie pokazane segmenty zabawy pokazaną w formie pastelowych rysunków. Sama animacja wygląda pięknie – w końcu to Pixar – z kolei finałowy pościg jest bardzo dynamiczny, a zakończenie jest bardzo, bardzo satysfakcjonujące. I nie mówię tego jako stary pierdziel, który widział poprzednie części, ale czuć tu zaangażowanie oraz pasję twórców. Swoje także robi polski dubbing, za który tym razem odpowiada reżyser Grzegorz Pawlak (wcześniej pracował przy części trzeciej) i dialogista Kuba Wecsile. A także role głosowe wypadają świetnie. Wracają starzy znajomi w głównych rolach, czyli Izabella Bukowska (Jessie), Łukasz Nowicki (Buzz) i Robert Czebotar (Chudy), którzy nie zawodzą, wchodząc w skóry postaci z taką łatwością jakby między tymi częściami była bardzo krótka przerwa. Z nowych postaci wybijają się wspomniane Lillypad z pozornie ciepłym głosem Anny Cieślak i lekko neurotyczny Pierre Papier w cudownym wykonaniu Piotra Polaka.

Nie będzie zaskoczeniem, że „Toy Story 5” jest lepszy filmem od poprzedniej części i zdecydowanie odstaje od oryginalnej trylogii. Nadal to jednak jest fantastyczne kino nie tylko dla całej rodziny, po którego seansie można będzie porozmawiać. Co dla mnie jest jedną z największych wartości.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zaproszenie

Sąsiad to istota ludzka, która potrafi być nieobliczalna i ma kilka odmian. Podsłuchujący, plotkujący, czasem skrywający mroczne tajemnice, ale też są bardziej otwarci i serdeczni. A przynajmniej tak słyszałem. Nigdy nie wiadomo, czego się po nim spodziewać. Właśnie wokół relacji sąsiedzkich skupia się „Zaproszenie” – jedna z inteligentniejszych i błyskotliwszych komedii ostatnich lat.

Film skupia się na parze małżeńskiej z dłuższym stażem, która coraz bardziej rdzewieje przez rutynę. Jeff (Seth Rogen) uczy muzyki w liceum, jednak wydaje się być kompletnie nieobecny. Jego żona Angela (Olivia Wilde) to wręcz wulkan energii, dbający o dom. Oboje wychowują 12-letnią córkę, która – dla wygody całej fabuły – nocuje u koleżanki. Postanowili (a tak dokładnie to Angela) postanowiła zaprosić na kolację swoich sąsiadów, którzy chcieliby zobaczyć ich chatę. I bardzo lubią po nocy hałasować, co naszej parce troszkę przeszkadza. Pina (Penelope Cruz) to pochodząca z Hiszpanii psychoterapeutka, zaś Hank (Edward Norton) – emerytowany strażak. Ale kolacja skręci nagle w zadziwiające rewiry.

Najnowszy film w reżyserii Olivii Wilde od razu nasunął mi dwa skojarzenia – „Kto się boi Virginii Woolf” Mike’a Nicholsa oraz „Rzeź” Romana Polańskiego. Obydwa to bardzo kameralne, ograniczone (w większości) do jednej przestrzeni, skupiona na czwórce postaci oraz słowach, słowach i jeszcze raz słowach. To jednocześnie komedia niepozbawiona ironii, ciętych ripost i złośliwości, a jednocześnie to psychodrama na temat związków, bliskości oraz sposobach na ciągłą „żywotność”. Więcej nie chcę więcej zdradzić, bo w połowie – mniej więcej – dochodzi do kompletnie nieoczekiwanego skrętu, dodając zarówno dodatkowego ciężaru oraz nagłych spazmów śmiechu. Reżyserka bardzo płynnie przeskakuje między powagą a żartem, jednak bez osądzania postaci oraz walenia morałami wprost. Nawet jeśli tematyka wydaje się dość znajoma, udaje się utrzymać zaangażowanie oraz tempo aż do bardzo wyciszonego finału.

A wszystko opiera się na absolutnie rewelacyjnym kwartecie aktorskim. Kolejny raz zaskakuje Seth Rogen jako sfrustrowany, niespełniony artysta, który coraz bardziej zamyka się w skorupie sarkastycznego egoisty. Jest to o wiele bardziej poważna, wręcz pozbawiona komediowych sztuczek (poza charakterystycznym śmiechem) kreacja. W kontrze do niego stoi sama Wilde, której postać też poświęciła zbyt wiele dla związku i jeszcze próbuje o niego zawalczyć. Jest bardziej żywiołowa i ekspresyjna (szczególnie jej oczy), próbując zachowanie opanowanie w coraz większym chaosie. A jak jeszcze rzucimy do miksu elektryzującą Penelope Cruz oraz odrobinę ekscentrycznego Nortona, to już klękajcie narody. Tutaj nie ma słabych punktów i każdy ma swoje pięć minut na zabłyśnięcie.

Rzadko mi się zdarza iść na film niemal w ciemno, ale „Zaproszenie” okazało się kolejną niespodzianką tego roku. Pozornie teatralny w formie, jednak jest to spektakl z najwyższej półki: świetnie napisany, kapitalnie zagrany oraz wyreżyserowany. Pełen pulsującej energii, niemal wiszącej w powietrzu atmosfery, jednocześnie potrafi rozbawić i skłonić do zastanowienia. Takie zaproszenie warto przyjąć.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zabójcy

Pamiętacie jeszcze Wachowskich, zanim stali się siostrami? I jeszcze zanim nakręcili swoje opus magnum w postaci „Matrixa”? Andy i Larry wtedy tworzyli komiksy dla Marvela (głównie oparta na dorobku Clive’a Barkera), a na początku lat 90. zaczęli swoje pierwsze próby jako scenarzyści, sprzedając dwa swoje skrypty dla Warner Bros.: „Brudne pieniądze” (ich debiut reżyserski) oraz „Zabójcy”. Ten drugi trafił na biurko weterana i częstego współpracownika studia Richarda Donnera, ale efekt był bardzo daleki od satysfakcji. Do tego stopnia, że bracia chcieli wycofać swoje nazwiska z filmu przez „mocno przepisany” scenariusz.

Punkt wyjścia jest dość obiecujący, bo mamy do czynienia z rywalizacją dwóch zawodowych cyngli do wynajęcia. Którzy wydają się mieć kontrakty na tą samą fuchę, o czym nie mają pojęcia. Doświadczony Robert Rath (Sylvester Stallone) coraz bardziej myśli o wycofaniu się z interesu, zaś młody i narwany Miguel Bain (Antonio Banderas), który chętnie zostałby najlepszym w swoim fachu. Robert nie potrafi rozgryźć kto za tym stoi, ale następne zlecenia ma być jego ostatnim. Suma: 2 miliony. Cele: duńscy kupcy i próbująca sprzedać im dane hakerka. Problem? Nie wiadomo jak ona wygląda. Drugi problem? Bain też pojawia się na miejscu, co podkręca atmosferę.

Jeśli ktoś spodziewałby się popisów strzeleckich oraz mocno podkręconych scen akcji, to należy szukać gdzie indziej. Donner ewidentnie chciał czegoś bardziej eleganckiego niż ciągłej rzezi oraz masakry, tworząc psychologiczny thriller. Coś, czego raczej fani Sylwka raczej się nie spodziewali. Tempo jest dość powolne i bardziej spokojne, z nagłymi strzałami akcji (gdzie nasi przeciwnicy używają broni z tłumikiem) oraz budowaniem napięcia. Ale problem w tym, że reżyser podejmuje pewne decyzje, które torpedują ten film. Wiele scen akcji jest na granicy przerysowania jak pościg taksówką, szaloną eksplozją w mieszkaniu czy ucieczką z radiowozu po schwytaniu Baina. Aczkolwiek muszę przyznać, że strzelaniny z punktu widzenia Latynosa są bardziej dynamicznie nakręcone, młodzik niemal jest ciągle w ruchu, a z dwoma giwerami w dłoniach wygląda jakby się urwał z kina Johna Woo. Ale próba zrobienia romansu między Rathem a naszym celem o twarzy młodej Julianne Moore kompletnie tu nie działa z powodu braku chemii.

Sama intryga może początkowo intrygować, jednak dalej wydaje się to kompletnie naciągana. Wrzucone są nakręcone w czerni i bieli retrospekcje, które dodają stylu, w tle gra świetna (choć mocno w stylu lat 90.) muzyka Marka Manciny, zaś w ostatnie pół godziny udaje się zbudować napięcie. O idiotycznych zachowaniach postaci (głównie naszej hakerki, która ewidentnie jest aspołeczna) nawet nie chce mówić. A sytuację próbują ratować skontrastowani Stallone i Banderas. Pierwszy jest bardzo wycofany, opanowany oraz odchodzący od wizerunku twardziela, z kolei drugi to chaotyczna, wręcz dzika energia, która wydaje się niepowstrzymana. Julianne Moore prezentuje się nieźle, ale zostaje mocno w cieniu.

Pozornie wszystko wydaje się na miejscu, ale w przypadku „Zabójców” coś nie do końca gra. Technicznie jest porządnie zrobiony oraz zagrany, ale brakuje mu mocniejszego pazura. Aż szkoda, że sami Wachowscy nie spróbowali sami spróbować swoich sił jako reżyserzy i może byłby z tego lepszy film.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Backrooms. Bez wyjścia

Przy okazji „Obsesji” Curry’ego Barkera wspominałem, że jest jeszcze drugi horror wywołujący zamieszanie w box office. I także stworzony przez bardzo młodego debiutanta (lat 20), który wcześniej robił filmiki na YouTube. Lecz stworzone dla A24 „Backrooms” to inny rodzaj grozy, bardziej skupiony na aspekcie psychologicznym niż krwawej jatce i makabrze.

Akcja dzieje się w roku 1990 i skupia się na niejakim Clarku (Chiwetel Eljofor). Mężczyzna jest właścicielem sklepu meblowego, który nie przynosi zysków, lubi sobie popić, został wyrzucony z domu. Mówiąc krótko, lekko nie jest. Do tego stopnia, że zaczął chodzić na terapię do dr Mary Klein (Renate Reinsve), ale ta wydaje się też prowadzić donikąd. Jego pozbawione jakiejkolwiek nadziei zmienia się, kiedy odkrywa na niższym piętrze dziwną szczelinę w ścianie. Cieńszą niż kartka papieru, przez co bardzo łatwo są przegapić. A za tą ścianą jest… ukryte pomieszczenie, wyglądające niczym z jakiegoś biura. Żółte ściany, jarzeniówki na górze, ściany oraz różne przedmioty i ludzie jakby wessani w podłogę. Co to jest? Kto tu przebywa?

Parsons wcześniej przedstawiał „Backrooms” w formie filmików na YouTube jako creepypasta. Nie znam tych dzieł, ale w przypadku pełnometrażowej wersji nie jest to konieczne. Bo „Backrooms” od samego początku zarzuca swoje sieci. Pierwsza scena przy użyciu kamery z ręki stawia masę pytań. Kim jest ten człowiek? Gdzie my jesteśmy? Co to za pomieszczenia? Skąd ta mewa? Czemu kolejne szczeliny są coraz mniejsze, ciaśniejsze? Jakby ta przestrzeń przechodziła kolejne zniekształcenia, metamorfozy, ciągnąc się w zasadzie bez końca. I tutaj reżyser absolutnie rewelacyjnie buduje atmosferę Tajemnicy, która bardzo mi się skojarzyła z „Cube” oraz kinem Davida Lyncha. Scenografia jest tutaj najmocniejszą stroną filmu, pomagającą w budowaniu klimatu. Do tego jeszcze mamy wrzucone przebitki z dzieciństwa pani doktor, pokazując pewne mroczne traumy.

Nawet jeśli pod koniec dostajemy pewne odpowiedzi, to jednak nie wszystko pozostaje jasne. Parsons nie idzie w kierunku gore czy rzucania jump-scare’ów, ale buduje atmosferę ciągłego niepokoju oraz nerwowości. Co się czai za kolejną ścianą, kto wydaje te dźwięki, czym jest tajemnicza firma Async? Do tego świetnie mamy grający duet Eljofor/Reinsve, stanowiący emocjonalny łańcuch tego dzieła. On nie potrafiący wziąć odpowiedzialność za swoje czyny, ona wydaje się bardziej racjonalna, jednocześnie skrywająca pewną tajemnicę.

Powiem wam, że „Backrooms” okazało się sprytnym horrorem psychologicznym, który mnoży pytania, kusi atmosferą i nie daje zbyt wielu odpowiedzi. Jestem strasznie zaintrygowany kolejnymi produkcjami, jakie w przyszłości przygotuje Kane Parsons.

8/10

Radosław Ostrowski

Chłopiec na krańcach świata

Polskie kino animowane – sama ta zbitka brzmi mocno abstrakcyjnie, ale w ostatnich latach coraz śmielej pojawia się na naszych ekranach. Seria „Niesamowitych przygód skarpetek”, „Smok Diplodok” czy „Orzełek Iggy” sprzed kilku miesięcy pokazują, że jest miejsce i na takie kino dla młodego widza. Teraz do tego grona dołącza polsko-hiszpańsko-turecki „Chłopiec na krańcu świata”. Co z tego wyszło?

Historia dzieje się w miasteczku na wyspie, gdzie większość ludzi utrzymuje się z rybołówstwa. Jednym z mieszkańców jest Omul – młody chłopak, pełen empatii oraz rozumiejący zwierzęta bardziej niż swoją rodzinę (w szczególności starszego brata, Micro). Poza nim i rodzicami jest jeszcze jego siostra, Kimi – troszkę pyskata i nie posiadająca w swoim słowniku słowa „posłuszeństwo”. Oboje próbują pomóc psu, któremu noga utknęła w kamieniu. Choć to się udaje, to wskutek okoliczności zostają pochłonięci przez wzbierającą falę, zaś dziewczynie zostaje zabrana dusza przez mityczną istotę zwaną Sadumeą. W konsekwencji Kimi zapada w śpiączkę, zaś Omul jest obwiniany przez brata za tą sytuację. Młodzian – za pomocą magicznego medalionu – słyszy mowę zwierząt i razem z bratem oraz wcześniej ocalałym psem Telą wyruszają odzyskać duszę Kimi.

Za „Chłopca” odpowiadają debiutujący na stołku reżyserskim nietypowy duet Grzegorz Wacławek/Marta Szymańska. On jest producentem filmów animowanych i współzałożycielem studia Animoon, ona jest rysowniczką oraz animatorką. Wyszedł z tego ręcznie rysowany film, który mocno inspiruje się dziełami japońskiego studia Ghibli (nie tylko ze względu na elementy fantastyczne). A we wszystkim chodzi tu o trudne relacje braterskie: od niezrozumienia i wrogości po powolne przełamywanie swoich strachów oraz bestii.

Choć sama kreska jest prosta i może niezbyt szczegółowa, to jednak ma w sobie sporo uroku. Szczególnie tła są po prostu ładne: od lasu przez mokradła aż po górę. Animacja i wygląd postaci – ze szczególnym wskazaniem na wilczycę oraz drewnianego pająka (nie, nie ćpałem nic) – też są niczego sobie. Ale brakuje tutaj czegoś bardziej wyrazistego, co zapadłoby w pamięci na dłużej. Zdarza się też, że dialogi wyrażają pewne lekcje zbyt bezpośrednio, niemniej sama historia jest zgrabnie poprowadzona, ma przepiękną muzykę Mikołaja Stroińskiego (bardzo w klimacie dzieł Hisaishiego) oraz dobry dubbing (ze szczególnym wskazaniem na fantastyczną Magdalena Herman-Urbańska w roli psa Teli).

Nie powiem, że „Chłopiec na krańcu świata” jest najlepszą polską animacją ostatnich lat – ten tytuł nadal nosi „Smok Diplodok”. Choć nie imponuje na poziomie technicznym (nawet w kategorii ręcznie rysowanych), to jednak ma on w sobie masę serducha oraz pouczający morał, który docenią głównie najmłodsi. Na pierwszy wypad do kina z dzieckiem to na pewno lepszy wybór niż choćby kolejna część Minionków.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Kongo

Michael Crichton był jednym z najbardziej popularnych pisarzy thrillerów i SF lat od lat 70. i 90. Także próbował (całkiem udanie) swoich sił jako reżyser, jednak kojarzony jest z takimi dziełami jak „Park Jurajski”, „Andromeda znaczy śmierć” oraz jako twórca serialu „Ostry dyżur”. Jednak filmowe adaptacje dzieł Crichtona są niczym pudełko czekoladek – nie wiadomo, na co się trafi. A jak wyszło w przypadku „Konga”?

Nakręcony w 1995 roku film cenionego producenta Franka Marshalla w założeniu jest kinem przygodowym w starym stylu. Historia skupia się na ekspedycji wyruszającej do afrykańskiego Konga, gdzie mamy dwie strony z własnymi motywacjami. Pierwszą stroną jest Peter Elliot (Dylan Walsh), profesor zoologii w towarzystwie gorylicy Amy. Ta małpa nie tylko posługuje się językiem migowym, lecz za pomocą specjalnie zaprojektowanej rękawicy przez ten język może… mówić. Tak, nie zmyślam. Jednak samicę coraz bardziej nawiedzają koszmary (choćby po części rysowane przez nią obrazy z okiem Opatrzności), co składnia Petera, by zabrać ją z powrotem do domu. Wyprawę chce sfinansować tajemniczy rumuński filantrop Herkuler Homolka (Tim Curry z taki akcentem, że aż groteskowym). Do grupy dołącza jeszcze Karen Ross (Laura Linney) – była agentka CIA, obecnie związana z korporacją TravisCom, której ekspedycja odkryła w Afryce diament. Minerał tak mocny, że dałoby się stworzyć nowy laser dla satelity. Problem w tym, że kontakt z grupą się urwał i Ross ma ustalić, co się stało. Przy okazji też zdobyć diament.

Wybaczcie mi aż tak przydługi opis fabuły, ale w przypadku „Konga” chyba się inaczej nie da. Reżyser chciał zrobić coś w stylu współczesnych „Kopalni króla Salomona”, ocierając się o horror. I niby wszystko się tu zgadza: od ładnych krajobrazów przez odpowiednio epicką muzykę Jerry’ego Goldsmitha. Także punkt wyjścia brzmi obiecująco, nawet jeśli są pewne dziwactwa. Problem jednak w tym, że ta przygoda jest mocno dezorientująca oraz… niezbyt angażująca. Zaskoczyło mnie dość ospałe tempo, wręcz śladowe i krótkie momenty akcji (próba zestrzelania samolotu i ucieczka, atak hipopotamów), pozbawione atmosfery oraz napięcia. A kiedy do jednej ze scen akcji zostaje użyty zwolniony montaż, ciężko się to ogląda. Do tego główna para jest całkowicie pozbawiona jakiegokolwiek śladu charakteru. Są odpowiednikami domyślnego trybu postaci w grze i mogliby być zagrani przez kogokolwiek. Nawet w dialogach brakuje jakiegoś błysku czy inteligentnego, gdzie nie do końca mogłem rozgryźć na ile jest to żart, a na ile powaga. Zbyt lekki ton wydaje się nie pasować za bardzo, czyniąc całość pozbawioną stawki i pazura.

Co tu się broni? Cóż, aktorsko całość kradnie niezawodny Tim Curry z dużym przerysowaniem oraz bardzo pewny siebie Ernie Hudson w roli przewodnika Monroe Kelly’ego. Oni czynią ten film żywszym i energicznym. Jest tu jeszcze parę drobnych i zaskakujących epizodów w postaci Joe Pantolianego (Eddie Ventro), Delroya Lindo (kapitan Wanda) czy niezawodnego Bruce’a Campbella (Charles Travis). Swoje robi też niezła scenografia – szczególnie wygląd świątyni – oraz sam wygląd małp znosi próbę czasu. Ale w ogólnym rozrachunku „Kongo” jest dla mnie niewykorzystanym potencjałem do czegoś mocnego kina przygodowego, lecz brakuje tu poczucia stawki, całość jest zbyt lekka oraz zadziwiająco… nudna. Słusznie zapomniana produkcja z lat 90. i jedna ze słabszych adaptacji Crichtona.

5/10

Radosław Ostrowski

Geronimo: Amerykańska legenda

Czas na kolejny zapomniany western z lat 90., tym razem skupiający się na wodzu Apaczów – Geronimo. Jeśli jednak spodziewać się szerokiej biografii, to „Geronimo: Amerykańska legenda” będzie sporym rozczarowaniem. Jednak reżyser Walter Hill do spółki ze scenarzystami Larrym Grossem i Johnem Miliusem tworzą o wiele bardziej złożony portret Dzikiego Zachodu niż się mogło wydawać.

Akcja skupia się w momencie, gdy Geronimo (Wes Studi) postanawia poddać się amerykańskiej armii. W zamian za to plemię ma trafić do wydzielonego rezerwatu. Eskortują go porucznik Gatewood (Jason Patric) oraz podporucznik Davis (Matt Damon) – młody żółtodziób, świeżo po szkole wojskowej. Choć udaje sprowadzić się indiańskiego wojownika przed oczami generała Cooka (Gene Hackman), spokój wydaje się pozorny. Pewien niepokój wśród armii wywołuje jeden z szamanów, który nawołuje do walki. Ale próba wyciszenia go doprowadza do masakry i ucieczki Geronimo. Gatewood z Davisem wyruszają go schwytać.

„Geronimo” opowiada całą historię z perspektywy Davisa, czyli osoby z zewnątrz, taką jak my. Obserwujemy trudne relację między Apaczami a wojskiem, gdzie ci pierwsi czują się oszukiwani przez – reprezentujących rząd – wojsko. Wielu oficerów darzy szacunkiem i są pod wrażeniem Geronimo, może bardziej niż powinni. Z jednej strony to pomaga zrozumieć „przeciwnika”, ale wywołuje pewien dyskomfort wśród najważniejszych osób u władzy. Hill ewidentnie darzy sympatią Indian, przekonująco pokazuje ich środowisko, język i kulturę, co budzi fascynację. Ale sama armia też nie jest pokazywana jako ci źli (może z wyjątkiem nowego dowódcy, generała Milesa), lecz wykonują polecenia nieobecnych tutaj polityków. A wszystko w pustynnych krajobrazach, tak mocno kojarzonych z klasycznymi westernami.

Technicznie trudno się do czegoś przyczepić. Reżyser lubi korzystać zarówno z dużych przestrzeni, umieszczając grupę ludzi w sporych krajobrazach, kręcąc ich z daleka. Choć samej akcji jest tu zadziwiająco niewiele, to jednak potrafi uderzyć nagle i niespodziewanie. Ucieczka Geronimo z rezerwatu czy strzelanina z grupą łowców głów pozostają ekscytujące, lecz zdarza się moment chaosu jak podczas strzelaniny na pustyni, gdzie Apacze są schowani pod piaskiem.

Do tego mamy dość zadziwiającą mieszankę obsadową. Nie zawodzą weterani pokroju Gene’a Hackmana (generał Cook) oraz Roberta Duvalla (tropiciel Al Sieber), a także bardzo charyzmatyczny Wes Studi jako Geronimo. Oni jednak w większości stanowią tło, gdzie w centrum są dwaj młodsi aktorzy. Matt Damon pełniący rolę narratora więcej robi swoją narracją z offu. Więcej do zaoferowania ma Jason Patric jako porucznik Gatewood, który – tak jak generał Cook – próbuje pełnić rolę rozjemcy między Indianami a „resztą” kraju.

„Geronimo” przepadł wśród innych westernowych opowieści w latach 90-tych, kiedy ten gatunek powoli zaczynał umierać. Najambitniejsza produkcja w dorobku Waltera Hilla, przedstawiający wodza Apaczów jako ostatniego wojownika Indian w walce, która była z góry skazana na przegraną. A także niejako portret odchodzącego świata Dzikiego Zachodu przed „normalizacją”.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Robin Hood: Koniec legendy

Znamy wiele opowieści o Robin Hoodzie – wyjętym spod prawa, co okradał bogatych, rozdawał biedocie oraz mieszkał w lesie Sherwood. Filmowych inkarnacji też było: od Douglasa Fairbanksa przez animowanego lisa od Disneya i Kevina Costnera aż po Tarona Egertona sprzed kilku lat. Ale teraz reżyser Michael Sarnoski postanowił zrobić swoją wersję, bardziej opierając się na dawnych tekstach i bardziej trzymająca się ziemi.

Tutaj nasz Robin ma twarz Hugh Jackmana z dłuższymi, siwymi włosami (niczym wiedźmin), bardzo zmęczonym spojrzeniem oraz drogą naznaczoną krwią i masą trupów. Ścigany przez przeszłość oraz krewnych ludzi, których wymordował trafia na Małego Johna (Bill Skarsgard). Ten zmienił tożsamość (podszywając się pod nieboszczyka), poznał kobietę i ustatkował się, ale krewni kobiety go rozpoznali. Prosi Robina o pomoc w walce, ale wskutek jatki żona Johna zostaje zabita, a sam banita zostaje ciężko ranny. Mężczyzna trafia do znajdującego się na wyspie klasztoru znanym z cudownych uzdrowień, prowadzony przez matkę przeoryszę (Jodie Comer).

Jeśli spodziewacie się napędzonego akcją „Logana” w wersji średniowiecznej, to nie jest dobry adres. Sarnoski inspiruje się tutaj mocno „Wikingiem” Roberta Eggersa w przedstawieniu brutalnego, krwawego i bezwzględnego świata. I już pierwsze pół godziny są właśnie takie: szorstkie, wręcz naturalistycznie pokazującą przemoc, która sięga wszystkiego. Włącznie z dziećmi. Ale w momencie trafienia do klasztoru film zmienia całkowicie ton. Czas płynie o wiele wolniej, Sarnoski skupia się na rozmowach i drobnych rzeczach jak polowanie czy opieka nad dziećmi. Szczególnie nad małą Margaret, córką Małego Johna, która trafia na wyspę. A w tle mamy pewne rozważania zarówno wobec siły mitów i legend, które ukrywają o wiele brutalniejszą, niewygodną prawdę, czy da się wyrwać ze spirali przemocy, ale także na temat pokuty oraz odkupienia. Wiem, że dla wielu to wolne tempo może zmęczyć i wystawić wielu na cierpliwość, jednak mnie ta atmosfera złapała.

Jest tutaj parę onirycznych oraz tajemniczych momentów pod koniec, które są dla mnie niejasne (jaskinia, gdzie przeorysza odprawia jakiś rytuał). Ale nawet tam pojawia się kilka niezapomnianych momentów jak ostatnia rozmowa Robina z trędowatym czy przeplatające się sceny dwóch pogrzebów i modlitw. Wszystko to spina się w zadziwiająco delikatnym zakończeniu.

A wszystko niesie fenomenalna obsada. Choć Hugh Jackman w roli Robina może na pierwszy rzut oka wydawać się klonem Wolverine’a (naznaczony krwawą przeszłością samotnik), ale bliżej mu tutaj do Williama Mummy’ego z „Bez przebaczenia”. To brutalny, wręcz psychopatyczny zabijaka, pozbawiony domu i celu w życiu, ale jest to bardzo wyciszona kreacja w dorobku Australijczyka. Przekonujący zarówno na początku podczas scen akcji, jak i w chwilach wyciszenia, gdzie wiele pokazuje samym spojrzeniem. Równie elektryzująca jest Jodie Comer jako siostra Bridget, przeorysza klasztoru, choć pozornie może wydawać się zbyt jednowymiarowa. Czyli pełna empatii i życzliwości, wykształcona, ale też znająca tą ciemną stronę życia. Za to kompletnie zaskakujący oraz wręcz nie do poznania byli zarówno Bill Skarsgard – długa broda oraz zupełnie inny głos robią swoje – oraz Murray Bartlett w roli tajemniczego trędowatego.

Czy w dzisiejszych czasach potrzebowaliśmy zdekonstruowanego Robin Hooda i odartego ze swojej otoczki? Pewnie nie, ale film Sarnoskiego okazał się jedną z niespodzianek w początku rozczarowującego sezonu letniego. O wiele mroczniejszy, bardziej medytacyjny film, ciągle grający z oczekiwaniami widowni.

7/10

Radosław Ostrowski

Obsesja

Renesans kina grozy trwa już od mniej więcej dekady, ale też zaczyna podbijać zarówno kinową frekwencję i wrócił na salony. Co widać także w ostatnich tygodniach, gdzie szaleją aż dwie produkcje, które zostały nakręcone przez młodych youtuberów. O „Backrooms” jeszcze opowiem, ale teraz skupmy się na „Obsesji” nakręconej przez 25-letniego Curry’ego Barkera.

Bardzo kameralna historia skupia się na Baronie Baileyu ksywa Bear (Michael Johnston). To bardzo nieśmiały, wycofany chłopak, który – wbrew imieniu – nie jest arystokratą, mieszka w domu po babci i pracuje w sklepie muzycznym. Przez swój bardzo oszczędny temperament (podobny do mojego) ma problemy ze zdobywaniem serc reprezentantek płci pięknej. Szczególnie w koleżance z pracy, czyli Nikki (Inde Navarrette). Ale naszemu Miśkowi okazje do nawiązania bliższej znajomości wyślizgują się z rąk. Włącznie z podwózką do domu, gdzie sama zainteresowana wręcz sugeruje mu wejście do domu. I wtedy nasz chłopak korzysta z kupionego One Wishi Willow (patyk do spełniania życzeń po jego złamaniu) i życzy, by Nikki zakochała się w nim bez pamięci. Ale jak wiemy z różnych opowieści, życzenia mogą spełnić się niekoniecznie w taki sposób, jaki by się chciało.

„Obsesja” wydaje się początkowo zmierzać w kierunku romansu czy dramatu psychologicznego. Może nawet lekko ocierającej się o żenadę komedię (otwierająca całość rozmowa z przyjaciółmi podczas przerwy) w duchu kina niezależnego. Bardzo kameralne i oszczędne w formie, gdzie prawie wszystkie ujęcia umieszczają postacie w centrum kadru. Ale od momentu wypowiedzenia życzenia (co może wydawać się skrętem z jakiejś baśni) Barker zaczyna przeplatać niejako dwa elementy. Z jednej strony wszystko wydaje się romantyczne, dziewczyna niemal klei się do naszego Miśka, wyznaje mu miłość, zamieszkuje z nim. Ale potem następują niespodziewane odpały z jej strony – ataki złości, gwałtowne zmiany nastroju. I z każdą chwilą robi się coraz bardziej przerażająco, groźnie, niepokojąco. Barker bardzo pewnie (choć prostymi środkami) zmienia nastrój z przerażenia i grozy do spokoju oraz wyciszenia, cały czas trzymając za gardło. A ja wielokrotnie podskakiwałem, namacalnie czując się jakbym wpadł w pułapkę, z której nie da się uciec.

A pod tym wszystkim kryje się opowieść nie tyle o toksycznym związku, co relacji zbudowanej na manipulacji i kłamstwie. Może sam wniosek, że miłości nie da się wymusić i to musi się zakończyć katastrofą jest troszkę podany bardzo bezpośrednio. Ale jednak to działa i z każdą minutą czuć ten ciężar. Szczególnie, jeśli jedna z osób zaczyna dominować nad drugą do tego stopnia, że aż brakuje przestrzeni. A jak dodamy ostre niczym żyleta ostatnie pół godziny, miłosierdzia nie będzie. Do tego całość jest świetnie zagrana przez kompletnie mało znane twarze, ale prawdziwą gwiazdą jest Inde Navarrette. Od czasu Lily-Rose Depp w „Nosferatu” nie widziałem tak mocarnej kreacji osoby „opętanej” oraz nieprzewidywalnej. Z jaką nagłością potrafi przejść ze spokoju i delikatności w absolutną bestię, reagującą krzykiem, niespodziewaną agresją oraz dziwacznymi zachowaniami jest wręcz elektryzujące (przygotowana kanapka do pracy czy recytacja – troszkę mniej znanej wersji – „Jasia i Małgosi”). Wcielający się w protagonistę Michael Johnston jest bardziej złożony i trudny do polubienia. W swojej nieśmiałości i byciu „miękką fają” może wręcz irytować, ale jednak z czasem było mi go żal. Jego postać świetnie pokazuje do czego może pchnąć potrzeba akceptacji i coś, co wydaje się być miłością.

Następna spora niespodzianka tego roku. „Obsesja” to kolejny przykład, że mały budżet (750 tysięcy dolców) i odrobina talentu potrafi napędzić kreatywność oraz pokazać jak głęboko może sięgać gatunek horroru. Imponujący biegłą realizacją, okraszony odrobiną humoru i mocny argument dla osób pozostających singlami.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Tuż po weselu

Co mają takiego filmowcy skandynawscy, że ich kino potrafi tak emocjonalnie dać z liścia? Nie potrafię tego określić, ale w większości przypadków widać jak bardzo to działa. Szczególnie, jeśli główną rolę gra absolutnie fantastyczny Mads Mikkelsen. Nie inaczej jest w przypadku pochodzącego z 2006 roku duńskiego „Tuż po weselu”.

Głównym bohaterem jest grany przez Mikkelsena Jacob Petersen. Mężczyzna mieszka w Indiach, gdzie prowadzi sierociniec dla dzieci i nie jest zbyt łatwo. Ale pojawia się szansa na zdobycie funduszy od bardzo dzianego biznesmena, niejakiego Jorgena Hanssona (Rolf Lassgard). Jest tylko jeden problem: Jacob musiałby przyjechać do Danii, gdzie nie był od bardzo dawna. Na miejscu okazuje się, że zwykły ucisk ręki to za mało. Biznesmen zaprasza mężczyznę na ślub swojej córki i po nim doprowadzi sprawę do końca. Podczas uroczystości Jacob odkrywa dwie rzeczy. Po pierwsza, żona Hanssona (Sidse Babett Knudsen) to była dziewczyna Jacoba, z którym była dawniej związana. Ale jeszcze mocniejszy strzał jest taki, że córka Anna (Stine Fischer Christensen) jest prawdopodobnie biologiczną córką Jacoba. A to uruchamia prawdziwą spiralę wydarzeń.

Reżyserka Susanne Bier do spółki ze scenarzystą Andersem Thomasem Jensenem tworzą kolejny dramat, który powoli i z żelazną konsekwencją prowadzi bohaterów przez bardzo wyboistą drogę. Jedno zdarzenie niczym kamień rzucony w wodę faluje, a z tych fal zaczynają wyławiać kolejne tajemnice oraz dawno pochowane demony. Brzmi jak typowy dramat psychologiczny, prawda? Bier jednak nie bawi się w osądzanie czy umoralnianie, tutaj każdy jest w mniejszych lub większych odcieniach szarości. Reżyserka zderza biedotę Hindusów z bogactwem Duńczyków, ale też niejako padają pytania o siłę więzów krwi i czym jest rodzina. Wszystko toczące się w bardzo powolnym tempie, gdzie niby nic się nie dzieje, ale spojrzenie potrafi czasem wyrazić więcej niż jakiekolwiek słowo. A same dialogi brzmią prosto oraz naturalnie.

Bardzo nietypowa jest realizacja. Całość kręcona na taśmie 35 mm wygląda bardzo surowo, wręcz reportersko. Naturalne oświetlenie i kolory, bez żadnych filtrów, jakby użyto kamery cyfrowej. A jeszcze bardziej mnie zaskoczyło jak dużo jest tutaj zbliżeń na twarze, z dziwacznym fetyszem na punkcie oczu. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałem kamerę aż tak blisko twarzy. Jedyną rzeczą, która mnie wybijała były przebitki na Indie, okraszone orientalną muzyką oraz jeden poboczny wątek, który w zasadzie wydawał mi się zbędny.

Wszystko za to rekompensuje świetna obsada. Jak zwykle nie zawodzi Mikkelsen w roli oddanego swojemu powołaniu Jacobowi, choć daleko mu do ideału. I to nawet nie chodzi o palenie papierosów, lecz dość burzliwą przeszłość oraz dystans od świata. Powoli jednak (wskutek okoliczności) zaczyna się otwierać, co wywołuje niespodziewane rezultaty. Ale całość kradnie mocarny Rolf Lassgard w roli Jorgena. Początkowo może sprawiać wrażenie kapryśnego bogacza oraz człowieka próbującego mieć wszystko pod kontrolą. Potrafi być zadziwiająco czuły (szczególnie wobec dzieci), jednak i on ma pewien ciężki sekret. Bardzo wyrazista kreacja, a już w ostatnich scenach wręcz miażdży. Ten kwartet jeszcze uzupełniają powściągliwa Knudsen, czyli próbująca trzymać wszystko w ryzach Helena oraz cudowna Christensen jako wkraczająca w dorosłość Anna.

„Tuż po weselu” to kolejny dowód jak kino skandynawskie, które wydaje się wyciszone i spokojne potrafi uderzyć takim ładunkiem emocjonalnym, nie dając wymazać go z pamięci. Sporadycznie gubi rytm, ale nic nie traci ze swojego ciężaru.

7,5/10

Radosław Ostrowski