Opowieści z Narnii: Lew, czarownica i stara szafa

Narnia to kraina powstała przez brytyjskiego pisarza Clive’a Staplesa Lewisa w siedmiotomowym cyklu „Opowieści z Narnii”. Po sukcesach adaptacji „Władcy Pierścieni” oraz „Harry’ego Pottera” producenci wyczuli dużą kasę i szukali kolejnych marek nurtu fantasy. Zaczęły pojawiać się na pęczki filmy w rodzaju „Serii niefortunnych zdarzeń” czy „Mostu do Terabitii”. Jednak mało co było w stanie zmierzyć się z ekranizacjami dzieł Tolkiena i Rowling. Jednak w 2005 roku Walden Media do spółki z Disneyem postanowili zaryzykować i zaczęli produkcję według Narnii.

narnia1-1

Cała historia jednak zaczyna się podczas II wojny światowej i bombardowanego przez Niemców Londynu. Czworo dzieci – Piotr, Edmund, Łucja i Zuzanna – zostają ewakuowani na wieś do domu pewnego profesora. Podczas pewnej zabawy najmłodsza z rodzeństwa ukrywa się w starej szafie. Przechodząc trafia do krainy zwanej Narnią, gdzie trwa długa zima, a krainą rządzi Biała Czarownica. Udaje się siostrzyczce namówić resztę rodzeństwa, by trafiła do szafy. Dzieci zostają wplątane w wojnę, gdzie – tak mówi przeznaczenie (oczywiście) – obalą samozwańczą Królową Narnii i pomóc Aslanowi w zwycięstwie.

narnia1-3

Sama opowieść nie brzmi jakoś skomplikowanie, ale reżyser Andrew Adamson kombinuje jak ożywić tą prostą bajkę. Bo jest to bajka, gdzie mamy klasyczne starcie dobra ze złem, starą przepowiednię i powoli budzący się świat. Pełen baśniowych istot rodzaju faunów, minotaurów, centaurów oraz gadających zwierząt. Jedne jak wilki pomagają Czarownicy, inne w rodzaju bobrów czy lisów są za naszymi bohaterami. Brzmi jak klasyczna opowieść, będąca przy okazji zbiorem nauk o sile rodzinnych więzi, poświęceniu i odwadze? Gdzie nikt nie ginie, gdzie nawet za złe czyny można odpokutować, a zło dostaje łomot. Może i jest to przewidywalne, ale sama opowieść potrafi wciągnąć. Nie brakuje podnoszących napięcia scen pościgów i ucieczek (pogoń przez rozpadającą się krę czy ucieczka przez tunel) oraz pełną rozmachu finałową potyczkę. Mimo 15 lat na karku wygląda ona imponująco, gdzie sytuacja zaczyna zmieniać się z minuty na minutę, a efekty specjalne godnie znoszą próbę czasu.

narnia1-4

Choć dialogi w sporej części to ekspozycja, nie wywołuje tu aż tak wielkiego bólu głowy. Wizualnie też potrafi oczarować, co jest zasługą zarówno zdjęć jak i bardzo szczegółowej scenografii oraz kostiumów. Narnia nawet zimowo wygląda pięknie, chociaż także miejsca bez śniegu potrafią oczarować, zaś w tle gra tworząca magię muzyka.

Aktorsko w zasadzie nie ma tutaj jakichś bardzo wyrazistych kreacji, ale nie oznacza to, że jest złe. Nasza czwórka bohaterów wypada wiarygodnie i potrafią budzić sympatię (nawet dokonujący nieświadomie zdrady Edmund, będący troszkę wrzodem), zaś chemia między nimi jest solidna. Ale drugi plan zawłaszcza dla siebie absolutnie świetna Tilda Swinton jako antagonistka. Bardzo zimna, opanowana władczyni, będąca bardzo dobrą manipulantką, udającą osobę pełną troski. Warto też wspomnieć drobny epizod Jamesa McAvoya jako troszkę niezdarnego fauna oraz wielu aktorach użyczających głosu zwierzętom jak Ray Winstone (pan Bóbr), Rupert Everett (lis) aż po charyzmatycznego Liama Neesona (lew Aslan).

narnia1-2

„Lew, czarownica i stara szafa” pozostają bardzo solidnym i zrobionym z pasji filmem familijno-przygodowym. Może bardziej skierowanym dla młodego widza, ale nie infantylnym czy głupim. Pełen przepychu, ale też skupionym na postaciach i ich interakcjach. Udało się odpalić nową franczyzę, ale już skończyć to niekoniecznie. Ale o tym innym razem.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Mroczne materie – seria 1

Wyobraźcie sobie świat podobny do naszego, ale troszkę inny. Świat, gdzie ludzie posiadają swoje zmaterializowane duszy w postaci dajmonów (zwierząt), zaś światem rządzi potężne Magisterium. Coś na kształt Kościoła, dbającego o to, co nauka może mówić, a co jest uznawane za herezję. W tym świecie funkcjonuje Lyra Belacqua, której rodzice zginęli w katastrofie lotniczej, zaś jedynym opiekunem jest lord Asriel. Dziewczynka trafia do Kolegium Jordana – jednej z uczelni w Oksfordzie, a jej wuj wyrusza na wyprawę na Północ, kontynuując badania zaginionego naukowca. Wszystko zaś dotyczy tajemniczego Pyłu, który budzi przerażenie Magisterium. 12 lat później Lyra trafia pod opiekę badaczki pani Coulter, zaś jej przyjaciel Roger znika bez śladu. I to jest początek poważnych wydarzeń.

mroczne materie1-1

Trylogia powieści Philipa Pullmana wydaje się być troszkę w cieniu innych serii powieści fantasy w rodzaju serii Tolkiena czy „Opowieści z Narnii”. Tutaj mamy zderzenie nauki z religią, która trzyma wszystko i wszystkich na smyczy. Ta nadbudowa jest jedną z rzeczy, które wyróżniają powieści oraz nowy serial z gatunku fantasy. Wspólny projekt HBO i BBC tworzy bardzo zróżnicowany świat, przypominający dzieła steampunkowe. Bardzo wyraziste kostiumy, wręcz monumentalne budynki czy Zeppeliny niczym z I wojny światowej oraz bronią z czasów II wojny, a także książki wyglądające niczym starodruki. Dziwaczna hybryda przeszłości z przyszłością wygląda imponująco, jednak w tym wszystkim skrywa się mrok, niepokój, terror. Magisterium wydaje się nie przebierać w środkach, mając w rękach policję i wydaje się nie do pokonania.

mroczne materie1-2

Sama historia skupia się na Lyrze, nie odkrywając wszystkich swoich tajemnic. Wiadomo, że dziewczynka może odegrać kluczową rolę w tej historii (tajemnicza przepowiednia), lecz sama nie jest świadoma tego. Twórcy serialu rozbudowują świat, dodając kolejne wątki: zaginięcia dzieci, wygnany niedźwiedź pancerny, czarownice czy przekraczanie równoległych światów. Wszystko dawkowane jest powoli, ale w tym przypadku to jest zaleta. Jaką rolę odegra w tym wszystkim nasza bohaterka? Czas pokaże, a pierwszy sezon troszkę przypomina układanie pionków. Twórcy potrafią utrzymać napięcie w kilku scenach (przeszukiwanie łodzi Gipsanów czy walka dwóch niedźwiedzi o tron), nie boją się pokazać mrocznych momentów (sceny „badań” na dzieciach w obozie jest niemal jak z horroru). I to pokazuje świat, gdzie nie do końca wiadomo komu można zaufać, a bronią okazuje się spryt. Nie ma też tutaj naukowego żargonu i przedstawione jest bardzo czytelnie. Nie brakuje widowiskowych momentów, a efekty specjalne wyglądają bardzo dobrze, jednak liczą się tu postacie oraz ich dylematy.

mroczne materie1-3

Początkowo problemem był jeden wątek, dziejący się w naszym świecie. Bo mamy tutaj chłopaka opiekującego się chorą psychicznie matką. Wydawało mi się to odrębną opowieścią, wybijającą mnie z rytmu oraz niejasną. Z czasem jednak zaczyna wydawać się istotny, a zakończenie sugeruje, że ten chłopiec odegra jeszcze ważną rolę w tej układance. Przecież to dopiero pierwsza z trzech (mam nadzieję) części całego cyklu. Już ogłoszono drugi sezon i nie mogę się doczekać.

mroczne materie1-4

Jak to jest też znakomicie zagrane. Na swoich barkach całość trzyma znana z „Logana” Dafne Keen i jest znakomita jako Lyra. Bardzo nieufna, wplątana w poważną aferę okazuje się bardziej zaradna niż się to wydaje. Wielokrotnie udaje się wyprowadzić przeciwników w pole, zaś gadane oraz sztukę blefowania opanowała do perfekcji. Nieufność, strach zmieszany z pewnością siebie oraz siłą ducha tworzą wyrazistą mieszankę, przez co kibicuje się tej postaci. Równie fenomenalna jest Ruth Wilson jako pani Coulter. Bardzo elegancka, ciepła i opanowana, ale tak naprawdę bardzo mroczna, niepokojąca postać, której przeszłość jest mocno związana z Lyrą. Interesujący czarny charakter, który jest też bardzo głodny wiedzy (inaczej niż jej przełożeni). Drugi plan też jest bardzo interesujący, gdzie nie brakuje Jamesa Cosmo (ojciec Coram, jeden z liderów Gipsanów), opanowanego Ariyona Bakale (lord Boreal), kradnącego każdą scenę Lina-Manuela Mirandę (awanturnik Lee Scoresby) czy chłodnego Jamesa McAvoya (lord Asriel), tutaj jako postać bardziej skupiona na odkrywaniu nauki za wszelką cenę. Także pozostali aktorzy dziecięcy (Amir Wilson, Tyler Howitt czy Lewis Lloyd) wypadają bardzo dobrze, są naturalni i nie irytują.

mroczne materie1-5

Brytyjczycy do spółki z Amerykanami potrafią zrobić niezwykłe rzeczy. dla mnie pierwszy sezon „Mrocznych materii” to jedna z najciekawszych przygód ostatnich lat. Odpowiednio mroczna, wciągająca i mimo poważnych tematów, pełna magii oraz tajemnicy. Udało się twórcom podsycić mój apetyt, więc czekam na ciąg dalszy.

8/10

Radosław Ostrowski

Rock Dog! Pies ma głos

Bono to pies z Tybetu, którego ojciec jest strażnikiem wioski, co chroni ją przed wilkami. Podczas jednego z ataków zostaje dokonany zakaz grania muzyki. Bo ona uśpiła czujność mieszkańców przed zagrożeniem. Więc jest spokojnie, ale jednocześnie strażnik próbuje wprowadzić dyscyplinę oraz stworzyć coś w rodzaju armii. Ale chłopaka kompletnie to nie interesuje, a muzykę kocha nad życie. Zostaje ona spotęgowana przez radio, co spadło z nieba i tam usłyszał Głos. Idol zwał się Angus, a muzyką żył dłużej niż ktokolwiek. Chłopak decyduje się wyruszyć do miasta, by zrobić karierę, ale jeśli się nie uda, wróci do domu.

rock dog1

„Rock Dog” to dziwna hybryda, bo to animacja zrobiona przez Amerykanów, ale na podstawie chińskiego komiksu. Zresztą Chińczycy także współprodukowali film. Sama historia jest prosta jak konstrukcja cepa. Chodzi o młodego, naiwnego chłopaka marzącego o realizowaniu swojej pasji zderzonego z dużym miastem. Tutaj idol okazuje się zblazowanym, pozbawionym weny wypaleńcem, a idealiści łatwo mogą stracić swoją pasję. No i jeszcze grupa wilków, która chce zaatakować wioskę, mają w mieście spelunę oraz noszą garniaki niczym gangsterzy. Lecz oprócz szefa to są bardzo niezdarni kretyni i robią tutaj za akcent humorystyczny.

rock dog3

Ale zderzenie Wschodu z Zachodem (tybetańska wioska na wielkiej górze vs wielkie miasto a’la Nowy Jork) jest bardzo mdłe. Albo inaczej, produkcja jest bardziej skierowana dla młodszego widza. Gdzieś tak w wieku 6-8 lat. Humor jest mocno slapstikowy, opowieść jest bardzo przewidywalna i pozbawiona postmodernistycznych zabaw. Innymi słowy, dorośli wynudzą się jak diabli. Nawet ładna animacja (zwłaszcza początek jest śliczny) oraz parę fajnych piosenek nie przykuły mojej uwagi na dłużej.

rock dog2

Sytuację oraz ocenę podnosi polski dubbing. On dodaje troszkę humoru w dialogach, przez co słucha się tego lepiej. A i same głosy też bardzo dobrze dobrano z niezłym Kubą Molędą jako Bono (świetnie śpiewa, a sam bohater budzi sympatię) oraz niezawodnym Marcinem Dorocińskim jako lekko zblazowany i wypalony gwiazdor rocka Angus.

„Rock Dog” przypomina zapaleńca, który jest bardzo nakręcony i czasami potrafi fajnie zagrać. Ale zapał nie jest w stanie zastąpić umiejętności, jakie z czasem na pewno się pojawią. Niemniej warto kibicować, zaś młodemu widzowi powinien się spodobać.

6/10

Radosław Ostrowski

Paddington 2

Pierwsze spotkanie z misiem Paddingtonem było sporym zaskoczeniem. Inspirowany serią książek Michaela Bonda zarobił na tyle dużo i odebrany był tak ciepło, że musiała powstać kontynuacja. Tym razem reżyser Paul King przeszedł samego siebie i zrobił najlepszy film w swojej karierze.

paddington2-1

Nasz miś został pełnoprawnym członkiem rodziny Brownów. Stara się być po prostu dobrym misiem, nie robiącym żadnych złych rzeczy. Jedyne, o czym teraz myśli, to o odpowiednim prezencie na urodziny swojej cioci Lucy. Antykwariusz, pan Gruber pomaga wybrać i znajduje składaną książeczkę opisującą Londyn. Ale ponieważ jest bardzo droga, miś decyduje się znaleźć pracę, by mieć za co ją kupić. Niestety, sprawy bardzo mocno się komplikują, bo książka zostaje skradziona. A za kradzież zostaje oskarżony… Paddington i skazany. Rodzina jednak próbuje ustalić kto wrobił naszego bohatera, a podejrzanym staje się pewien podstarzały aktor.

paddington2-2

Reżyser tutaj postanowił zaszaleć i opowiada o wiele bardziej skomplikowaną intrygę niż w poprzedniej części. Powoli zaczynamy odkrywać kolejne elementy układanki, a stawka jest o wiele wyższa. Nadal humor w sporej części oparty jest na slapsticku i ciągle to śmieszy, bez popadania w wulgarność czy archaiczność. Ciągle to bardzo ciepłe, familijne kino w dobrym stylu. Ale najbardziej zadziwia tutaj praca kamery i kąty, z jakich filmowana jest historia. Nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to mógłby być film… Wesa Andersona, tylko bez pastelowych kolorów. Co najbardziej widać w scenach, kiedy nasz miś trafia do pierdla, zaś w skutek jego pomyłki, ich ciuchy są… różowe. Cały czas akcja jest popychana do przodu, odkrywając kolejne elementy układanki. Historia potrafi trzymać w napięciu, choć wiemy, kto za tym wszystkim stoi. Ale nie wiemy dlaczego. Jednak dzięki niemu widzimy piękne krajobrazy oraz zabytki miasta. Miasta pełnego kulturowego tygla, gdzie najbardziej niesympatycznym okazuje się rdzenny Anglik o aparycji Petera Capaldiego.

paddington2-4

Sam bohater jest tak sympatyczny, że każde miejsce nabiera kolorów i przynosi szczęście. Nawet więzienie, co jest ogromną niespodzianką. Reżyser akcję też potrafi poprowadzić brawurowo, co pokazuje podczas sceny włamania i pościgu, gdzie miś jedzie na… psie niczym na koniu. Nie wspominam o finałowej konfrontacji w pociągu z pogonią na dachu niczym w „Mission: Impossible”, co podkręca tempo oraz adrenalinę. Nawet ucieczka z więzienia wygląda imponująco (w większości kręcona w jednym ujęciu) i trzyma wręcz za gardło. A i nie brakuje momentów wzruszających, zaś stworzony komputerowo miś wygląda cudnie.

paddington2-3

Niektórzy pewnie będą narzekać, że to jest naiwne, zaś morał o tym, iż warto być dobrym, bo ono wraca wydaje się naiwne. Jednak jest to tak przekonująco „sprzedawane”, że nie da się w to nie uwierzyć. Przy okazji reżyser troszkę skomentuje swój stosunek do Brexitu (w końcu nasz bohater to imigrant z Peru) oraz serwuje uniwersalne prawdy. A finał… przekonajcie się sami. I nadal to świetnie zagrane kino. Wracają starzy znajomi (m.in. Hugh Bonneville, Sally Hawkins czy użyczający głosu misiowi Ben Whishaw), ale film kradnie dwójka nowych postaci. Absolutnie rozbrajający jest Hugh Grant w roli antagonisty. Niby czarujący aktor, lecz tak naprawdę egotyczny narcyz pragnący poklasku i splendoru, jednocześnie zmieniający wygląd niczym kameleon. Drugim jest Brendan Gleeson jako szef więziennej kuchni Golonka z twardymi pięściami, lecz dobrym sercem i dodaje pewnej lekkości. Obaj panowie jeszcze bardziej podnoszą poziom całości.

Jak tak dalej pójdzie, to trzecia część będzie arcydziełem w swoim gatunku. Bo drugi „Paddington” przebija oryginał wielokrotnie, a reżyser nie musi się martwić, że nikogo nie będzie obchodził los najbardziej kulturalnego misia. Szalona jazda bez trzymanki, potrafiąca rozbawić i nawet złapać za serce. Można się rozsmakować niczym w marmoladzie.

8/10

Radosław Ostrowski

Mary Poppins

Brytyjczycy mają wiele ikonicznych postaci w historii dziecięcej literatury: Kubuś Puchatek, miś Paddington czy Mary Poppins. Tą ostatnią postać – niani opiekującej się dziećmi – stworzyła P.L. Travers, tworząc serię książek. Jednym z fanów jej twórczości był sam Walt Disney, który zdecydował się przenieść jej opowieść na ekran, choć łatwo nie było (o tym opowiedział film „Ratując pana Banksa”).

Akcja osadzona jest w Londynie początku XX wieku, kiedy to coraz bardziej rozwijał się ruch sufrażystek. Ale wszystko skupia się na rodzinie Banksów mieszkających w alei Wiśniowej 17. Matka walczy o prawa kobiet, z kolei ojciec jest urzędnikiem bankowym. Jak na rodzinę z wyższych sfer mają służbę oraz nianię do opieki nad dwójką dzieci – Michaela i Jane. Tych dwoje bywa rozrabiakami, a kolejne nianie nie dają z nimi rady. Ale w końcu pojawia się pewna dama latająca na chmurze, z parasolką i nieodzowną torbą.

mary poppins1-1

Już możemy spokojnie założyć, że „Mary Poppins” bliżej jest do baśni czy bajki niż trzymającej się ziemi opowieści. Jest to hybryda kina familijnego z klasycznym (przynajmniej z dzisiejszej perspektywy) musicalem i nawet animacją. A to wszystko w połowie lat 60., kiedy jeszcze nikomu nie śnił się królik Roger, co robi jeszcze większe wrażenie. Ale o czym tak naprawdę jest ten film? O zderzeniu konserwatywnego wychowania z bardziej rozwijającym wyobraźnię, o zdyscyplinowaniu dzieci czy może chodzi o to, żeby rodzice spędzali z dziećmi więcej czasu i skupiali się na nich? Że praca, choć ważna i istotna, nie powinna być najważniejsza. Że wszystko, co robimy, powinno być przyjemnością, że liczą się drobiazgi. Brzmi może i banalnie, ale sposób w jaki to jest podane od banału jest daleki. I to wszystko ma taki bardzo staroświecki urok, którego ciężko dziś odnaleźć.

mary poppins1-4

Realizacyjnie to nadal dobrze się trzyma, ale wszystko wygląda bardzo umownie. Gdzie obok dekoracji nie brakuje rysowanego tła, a nawet animowanych sekwencji. Z tego ostatniego najbardziej wybija się cała scena, gdzie bohaterowie trafiają do narysowanego obrazka. A tam dzieją się rzeczy: karuzela, polowanie na lisa czy wreszcie wyścig konny. Wszystko okraszone bardzo chwytliwymi, melodyjnymi piosenkami oraz kilkoma prostymi, lecz efektywnymi choreografiami. Taniec i śpiew musi być, ale to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Nawet nie trzeba być fanem musicali, by wejść w ten film. Choć finał łatwy jest do przewidzenia, to frajda z oglądania jest wielka.

mary poppins1-3

I to wszystko jest bardzo dobrze zagrane. Z tego grona najbardziej wybija się cudowna Julie Andrews, której urok jest wręcz zabójczy. Rezolutna, a jednocześnie budząca posłuch. Poważna, a jednocześnie bawiąca się jak dziecko (choć wszystkiemu zaprzeczy). Urocza, a rozstawiająca wszystkich po kątach. I te sprzeczności są wygrywane bezbłędnie. A jak cudnie śpiewa!!! To jest dodatkowa frajda, obowiązkowa w tej hydrydzie. Świetnie się też sprawdzają dzieci, co mnie kompletnie zaskoczyło. Dick van Dyke jako Bert ze swoim łamliwym akcentem nawet się broni, dodając odrobinkę humoru. Jednak najciekawszy pozostaje ojciec w wykonaniu Davida Thomlinsona – bardzo konserwatywnego i niby „rządzącego” domem (co jest ogrywane komediowo), a jednocześnie bardzo zdystansowanego wobec rodziny i dzieci. Kocha je, ale okazanie tego jest dla niego problemem, zaś jego przemiana pokazana jest bardzo przekonująco.

mary poppins1-2

„Mary Poppins” ma wszystko to, co klasyczna baśń mieć powinna, jednocześnie unika infantylizacji. Choć troszkę efekty specjalne się postarzały (w paru miejscach widać białe kreski przy sylwetkach), to jednak ten świat potrafi nadal oczarować. I to jest najbardziej niesamowite w tym wszystkim.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Earl i ja, i umierająca dziewczyna

Sam tytuł zapowiada coś w rodzaju romantycznej opowieści z umieraniem w tle. Może nawet z szansą zbudowania trójkąta miłosnego. Jednak debiut Alfonso Gomez-Rejona oparty na powieści Jesse’ego Andrewsa idzie w zupełnie innym kierunku. Ale rozbijmy tytuł na czynniki pierwsze.

Ja ma na imię Greg, jest uczniem ostatniego roku liceum i o studiach nawet nie myśli. Jest w zasadzie samotnikiem, który trzyma się ze wszystkimi, ale jego relacje są bardzo płytkie. Earl to jego najlepszy kumpel, choć go tak nie nazywa. Znają się od dziecka i razem kręcą filmy inspirowane klasyką kina światowego. Życie Grega powoli zostaje wywrócone do góry nogami przez jego matkę. Kobieta chce, by zaczął się spotykać z chorującą na białaczkę córkę sąsiadki. Zostaje do tego zmuszony, co jemu i dziewczynie o imieniu Rachel nie odpowiada. Ale w końcu decydują się na ten jeden raz. Nie trzeba być geniuszem, by odkryć co będzie dalej. Prawda?

earl, ja i dziewczyna1

Nie do końca, bo reżyser skupia całą historię z perspektywy Grega, przez co reszta postaci (w tym również Rachel) sprawia wrażenie niejako statystów na planie filmu. Sam film sprawia wrażenie samoświadomej zabawy z konwencją, gdzie dramat i komedia mieszają się ze sobą niczym w tyglu. A jeśli spodziewacie się komedii romantycznej czy romansidła dla nastolatków z umieraniem w tle, to pomyliliście adresy. Nie ma tutaj ani nadęcia i kiczowatych scen, czy górnolotnych, patetycznych słów, o które się aż tu prosi. Wyznania miłości też tu nie znajdziecie, ale nie jest to aż tak depresyjne jak mogłoby się wydawać.

earl, ja i dziewczyna2

Reżyser wykorzystuje ten ograny motyw, by przedstawić historię dojrzewania naszego protagonisty. Człowieka tak wycofanego, nie znoszącego samego siebie i skupionego na sobie, że dla wielu jest to nie do wytrzymania. I to powoli zaczyna do niego docierać, a widać to najbardziej w jego pasji. Hołdy dla klasyki kina z jednej strony mają charakter parodii i są bardzo zabawne, ale już ostatni film pokazuje zupełnie inną formę, bez masakrowania Kurosawy, Godarda, Lyncha czy Herzoga. To jednak zobaczycie sami. Całej historii pomaga także sposób realizacji z wieloma płynnymi jazdami kamery, szybkim montażem czy drobnymi scenkami z… plasteliny (opowieść o łosiu i wiewiórce). I to wszystko pomaga zaangażować się, serwując kilka mocnych scen. Nawet jeśli wydają się delikatnie zarysowane i bez fajerwerków. A tego się w życiu nie spodziewałem, sądząc po temacie.

earl, ja i dziewczyna3

Jeszcze trudniejsze zadanie mieli aktorzy, którzy – poza głównym bohaterem w wykonaniu Thomasa Manna – wydają się być tłem dla przemiany tej postaci. Nie oznacza to jednak, że nie udaje się z tego wycisnąć coś więcej. Tak jest choćby z Olivią Cooke jako Rachel, której chemia z Mannem jest duża i oboje grają bardzo naturalnie, subtelnie, bez przeszarżowania w kluczowych momentach. Tak samo dobrze wypada CJ Ryler jako Earl, będący jedynym kumplem dla Grega, choć nie widać tego od razu. Z dorosłych największe wrażenie zrobiła na mnie Molly Shannon, czyli matka Rachel, lubiąca sobie troszkę wypić, lekko oderwany ojciec Grega w wykonaniu Nicka Offermana oraz wytatuowany nauczyciel historii o aparycji Jona Bernthala.

Niezależny film, który wykorzystuje już ograny motyw do opowiedzenia o drodze do dojrzewania i wychodzenia poza czubek swojego nosa. Zaskakująco świeże, kreatywne i lekkie kino, niepozbawione emocji i wzruszeń.

7/10

Radosław Ostrowski

Tajemnica IZBY

Pani Brisby jest myszą, która mieszka na wsi w ludzkim gospodarstwie. Jej mąż zginął w niejasnych dla nich okolicznościach, a najmłodszy syn zachorował. Jakby było mało nieszczęść, wkrótce na polu zaczną się żniwa i trzeba będzie się wyprowadzić. Z chorym dzieckiem będzie to trudne, więc matka będzie musiała dokonać trudnej decyzji. Po drodze będzie musiała spotkać się z Wielkim Puchaczem, której nie przeżył nikt oraz trafić do grupy szczurów pod wodzą Nikodemusa.

tajemnica izby1

Don Bluth przez wiele był rysownikiem Disneya, ale na początku lat 80. podjął bardzo trudną decyzję. Odszedł z korporacji, założył firmę Don Bluth Productions i działał na własny rachunek. Już swoim pierwszym filmem pokazał, że stać go na wiele. „Tajemnica IZBY” zderza ze sobą dwa wątki, splatają je postacią pani Brisby. Jest to bardzo zalękniona, postawiona pod ścianą osoba, który musi wykazać się dużą odwagą oraz poświęceniem. Wątek obyczajowy zostaje zderzony z elementami fantastycznymi i bardzo mrocznym klimatem. To ostatnie może wydawać się zaskakujące, nie brakując kilku niepokojących momentów jak wizyta u Wielkiego Puchacza (ta jaskinia z kośćmi) czy wizyta w siedzibie szczurów. To ostatnie miejsce wygląda imponująco, pełne mrocznych zaułków oraz paru nadprzyrodzonych elementów. W pewnym momencie ich wątek staje się dominującym dla całej historii, co jest kluczowe dla historii męża pani Brisby.

tajemnica izby2

Widać, że to ręcznie rysowana produkcja, ale wygląda ona naprawdę dobrze. Zanimorfizowane zwierzęta poruszają się bardzo naturalnie, a niezbyt szczegółowe tło nie przeszkadza tak bardzo. Za to pozytywnie zaskoczyły mnie efekty świetlne oraz niektóre modele postaci (Wielki Puchacz czy Nikodemus z niemal świecącymi oczami). Tak samo fantastyczną robotę robi muzyka Jerry’ego Goldsmitha, zarówno pełna emocji, jak i epickiego rozmachu godnego superprodukcji. Mrok jest skontrastowany odrobinką humoru (niezdarny kruk Jeremy) oraz odrobiną ciepła, a także momentami suspensu jak podczas próby przeprowadzki. Jak to nadal trzyma za gardło z imponującym finałem.

tajemnica izby3

„Tajemnica IZBY” to pierwsze mocne wejście Blutha do samodzielnego tworzenia animacji. Mimo lat, film nadal wygląda imponująco, historia potrafi zaangażować, a postacie są bardzo wyraziste do samego końca. Jest mrocznie, ale nie na tyle, by sprawić młodemu widzowi koszmarów.

8/10

Radosław Ostrowski

Fotokłopoty

Pecker pozornie wydaje się zwykłym nastolatkiem z Baltimore. Do szkoły już nie chodzi, pracuje w restauracji, ma dziewczynę i kumpla. Ale jego prawdziwą pasją jest fotografowanie, gdzie robi zdjęcia wszystkiemu. I wszystkim, co początkowo traktowane jest jako niegroźne. Życie chłopaka zmienia się, kiedy organizuje wystawę, a jednym z gości jest nowojorska krytyk sztuki.

pecker1

John Waters to reżyser bardzo specyficzny, realizujący świadomie tandetne kino. Nakręcone w 1998 roku “Fotokłopoty” są jednym z bardziej przystępnych filmów tego twórcy. Pozornie jest to znajoma opowieść o wyborze między karierą a najbliższymi. Wszystko to jednak zostaje pokazane w bardzo przerysowany, wręcz groteskowy sposób. Wszystko przez bardzo ekscentryczne postacie, sprawiające wrażenie dziwacznych istot. Jest ojciec-barman, matka sprzedająca bezdomnym ciuchy, siostra lubiąca słodycze czy starsza siostrzyczka w barze ze striptizem dla gejów. Mało wam wrażeń? To jeszcze jest babcia-brzuchomówczyni z podobizną… Maryi czy kumpel-złodziejaszek, a jedyna w miarę normalna osoba to dziewczyna Peckera. Pracuje w pralni i jedynym jej odchyłem jest obsesja na punkcie pracy. Ta cała groteskowa otoczka może odstraszyć, a bardzo specyficzne poczucie humoru reżysera odrzucić. Ja jednak znając “W czym mamy problem” mniej więcej czułem, co może się wydarzyć.

pecker2

Sam film pokazuje dość wariacką rodzinę, ale jednocześnie jest to bardzo wspierająca się grupka. I zostaje ona zderzona z szołbiznesem – wielkim miastem, które przeżuwa i wypluje. Wystawa jednak wywołuje więcej złego niż dobrego. Sława pokazana jest jako coś, co psuje, niszczy relacje oraz doprowadza do konfliktów z otoczeniem. Włamanie do domu, likwidacja knajpy przez policję czy dość trudna relacja z kuratorką. To wszystko zmusza Peckera do decyzji: rodzina i przyjaciele czy sława. A może jest jeszcze trzecie wyjście? Na to odpowiedź znajduje się w pokręconym finale, którego wam nie zdradzę?

pecker3

Wszystko to na swoich barkach trzyma absolutnie fantastyczny Edward Furlong. Pecker w jego wykonaniu to pełen entuzjazmu i szczerości obserwator, napędzany swoją pasją. Tylko, że nawet ona ma swoją cenę i to odkrywa sam bohater, szczery aż do samego końca. Bardzo dobrze mu partneruje Christina Ricci jako jego dziewucha. Wygląda delikatnie, ale czuć tą chemię między nią z Furlongiem. Wszystko to spuentowane w cudnej scenie podczas głosowania.

“Pecker” to przykład bardzo wywrotowego kina niezależnego z bardzo specyficznym humorem, skrywającym bardzo konserwatywne przesłanie. Naprawdę ciekawe doświadczenie, choć trzeba być fanem Watersa, by się zachwycić.

7/10

Radosław Ostrowski

Playmobil. Film

Klocki Playmobil od momentu powstania (lata 70.) zawsze były w cieniu Lego, choć miały swoje grono fanów. Teraz wielbiciele niemieckiej myśli zabawkowej mają szansę zobaczyć klocuszki w formie animacji, zrobionej przez… Francuzów. I mocno tutaj inspiruje się „Lego Przygodą”, ale samo w sobie nie musi być złe. Ale po kolei.

playmobil1

Cała historia skupia się na rodzeństwie: Marli i Charliem. Ona jest starsza i chciałaby podróżować zamiast iść na studia, zaś młodszy bardzo lubi się bawić. Nie tylko klockami. Niestety, ich spokojnie życie zmienia śmierć rodziców. Dziewczyna zmuszona jest niejako opiekować się swoim bratem, lecz to troszkę za bardzo. To doprowadza do sytuacji, gdzie braciszek ucieka z domu. Siostrzyczka znajduje go na wystawie zabawek Playmobil. Wskutek pewnego zbiegu okoliczności, oboje trafiają do świata z klocków i zostają rozdzieleni.

playmobil2

Sama historia jest bardzo znajoma, wręcz standardowa dla kina familijnego. Reżyser próbuje zapewnić atrakcje i miesza kompletnie konwencje. Western miesza się z SF, kinem szpiegowskim, Wikingowie walczą z piratami, a w cesarstwie wszyscy walczą z potworem-dinozaurem. Jakoś to się trzyma, na cienkiej nitce i domyślam się, czemu jest taki rozgardiasz. Chodziło o pokazanie różnorodności świata i jego bogactwa, tylko że efekt jest odwrotny. Za mało czasu spędzamy w każdym z tych światów, przez co brakuje tutaj czegoś głębszego. I to wszystko pędzi za szybko, przez co ten rollercoaster zwyczajnie zaczyna nudzić. Nawet humoru jest tutaj jak na lekarstwo, bo uśmiałem się ze 3, może 4 razy, zaś odniesienia do wydarzeń w Polsce nie działa za bardzo.

playmobil3

Sama animacja nie jest jakaś strasznie brzydka i jest to wyższa półka europejska. Klocki wyglądają solidnie, tak jak ich ruchy. Stąd moje skojarzenie z „Lego Przygodą”, choć nie ma tutaj stylizacji na animację poklatkową. Nie jest to zbyt szczegółowe na poziomie znanym Pixara, lecz nie ma się czego wstydzić. Nie brakuje kilku fajnie zrobionych scen (włamanie do rosyjskiej bazy wojskowej czy finałowe starcie), jednak to jest troszeczkę za mało.

playmobil4

Sytuację częściowo ratuje polski dubbing, dzięki dobrze dobranym głosom. Zadziorna Julia Kijowska (Marla), bardziej wyluzowany Tomasz Karolak (właściciel wozu z żarciem Del) oraz kradnący całość Marcin Dorociński (agent Rex) dają prawdziwego kopa, sprawiając o wiele więcej frajdy. Tylko, że oryginalny scenariusz nie daje wiele pola do popisu.

No cóż, filmowe spotkanie z klockami Playmobil jest średniakiem pozbawionym elementu zaskoczenia. Da się to obejrzeć i jest kilka niezłych scen, jednak dla mnie był zbyt przewidywalny, nudny, nieciekawy. Może młodemu widzowi się spodobać, choć pewności nie mam.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Piramida strachu

Było już wiele inkarnacji Sherlocka Holmesa na ekranie. Mieszkaniec Baker Street 221B miał już twarze Benedicta Cumberbatcha, Roberta Downeya Jra, Christophera Plummera czy Jeremy’ego Bretta. To nie są wszyscy, ale z tego natłoku można parę wariacji tego detektywa przegapić. I chyba takim mniej znanym filmem o Holmesie jest nakręcona w 1985 roku „Piramida strachu”.  To była trzecia kooperacja scenariuszowo-producencka duetu Chris Columbus/Steven Spielberg, zaś za stołkiem reżysera stanął Barry Levinson. I od razu uprzedzę: nie jest to adaptacja jakiegokolwiek utworu Arthura Conan Doyle’a, o czym twórcy informują na początku.

piramida strachu1

Miejsce akcji jest znane: to wiktoriański Londyn, zaś Sherlock jest… uczniem uniwersytetu, który już wtedy zadziwiał wszystkich swoją inteligencją. Wtedy też po raz pierwszy poznaje Johna Watsona, przeniesionego z prowincjonalnej szkoły. Chłopcy zaprzyjaźniają się, ale musieli podjąć się pewnej poważnej sprawy. W mieście dochodzi do dziwnych zgonów, doprowadzając ludzi do samobójstw. Holmes podejrzewa, że to mogą być morderstwa, ale zaczyna brać to osobiście po śmierci swojego mentora i przyjaciela, profesora Waxflattera. Duetowi pomaga siostrzenica zmarłego.

piramida strachu3

Levinsonowi udaje się dokonać niezwykłej rzeczy: osadzić pierwszą przygodę Holmesa w konwencję nurtu Kina Nowej Przygody. W porównaniu do zrealizowanych w tym samym roku „Goonies”, jest to o wiele poważniejsza, a miejscami bardzo mroczna historia. Mamy powoli odkrywaną tajemnicę z przeszłości, grupę kultystów oraz idące ku kino grozy momenty koszmarów (rycerz z witraża czy sekwencja na cmentarzu), które nadal potrafią przestraszyć. Nie brakuje też najbardziej satysfakcjonujących scen pokazujących dedukcję Holmesa. Już od pierwszego wejścia, czyli „rozgryzienia” Watsona oraz szukania zaginionego trofeum czuć, że to jest ten Holmes. Chociaż troszkę inny, mający dość specyficzny urok, ale i wiele empatii.

piramida strachu2

„Piramida” wygląda niesamowicie, co jest zasługą świetnej scenografii oraz kostiumów. Przebywając na uniwersytecie miałem pewne skojarzenia z… Harrym Potterem. Nie chodzi mi o sam wygląd budynku czy fakturę wnętrz, ale raczej pojedyncze sceny. Wspólne spożywanie wieczerzy przez uczniów i nauczycieli, dynamika między Holmesem, Watsonem a Elizabeth czy postać, która mogłaby być inspiracją dla Malfoya oraz Snape’a nie pozwalają inaczej mi spojrzeć na ten tytuł. Z kolei wątek kultystów bardzo przypomina drugą część „Indiany Jonesa”, tylko w bardziej eleganckim wydaniu. I jest to coś na kształt origin story Holmesa, dzięki któremu poznajemy dlaczego stał się taki, jaki jest oraz skąd są te wszystkie atrybuty (fajka, płaszcz oraz czapka). Pojawia się też kilka scen akcji włącznie z finałowym pojedynkiem na szpady, który wykonane są znakomicie. Tym bardziej robi to wrażenie, gdyż reżyser nie miał doświadczenia przy tego typu kinie.

piramida strachu4

Równie imponująca jest obsada, która składa się głównie z mniej znanych aktorów. Debiutujący w roli Holmesa Nicholas Rowe jest absolutnie rewelacyjny, pokazując postać młodego chłopaka z nieprzeciętną inteligencją oraz sporą sprawnością fizyczną. Zaś jego przemiana w naznaczoną mrokiem oraz nieufnego do świata samotnika pokazane jest bardzo delikatnie oraz efektywnie. Równie świetnie partneruje mu Alan Cox w roli Watsona. Troszkę nieśmiały i niezdarny chłopak z nadwagą już pod koniec zmienia się w bardzo odważnego, zdolnego do poświęceń człowieka. Ten duet uzupełnia Sophia Ward, czyli siostrzenica Waxflattera i pierwsza miłość Holmesa. Wszystko to działa niczym bardzo dobrze naoliwiona maszyna, sprawiając masę frajdy podczas seansu. Równie ciekawy jest antagonista, choć przez większość czasu nie wiemy kim on jest.

Powiem krótko: „Piramida strachu” to najciekawsza wariacja na temat Holmesa. Z jednej strony szanuje materiał źródłowy, ale potrafi bardzo sprytnie się nim pobawić. Pozornie połączenie Sherlocka z kinem nowej przygody brzmi dziwacznie, ale Levinson dokonuje niemożliwego i tworzy jeden z bardziej niedocenionych filmów przygodowych lat 80.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski