Sierpień w hrabstwie Osage

Rodzina – każdy z nas posiada jakąś rodzinę, która ma wpływ na całe nasze życie i określa nas. Ale jak każda rodzina posiada nie tylko fajne anegdotki i dobre rzeczy, ale jest parę trupów schowanych w szafie oraz tajemnice, o których lepiej nie mówić. I o tym opowiada film „Sierpień w hrabstwie Osage”.

Poznajcie rodzinę Westonów mieszkającą w hrabstwie Osage gdzieś w Środkowym Zachodzie USA. Tam mieszkają już bardzo stare małżeństwo Violet i Beverly. Ona cierpi na raka krtani, on był pisarzem i wykładowcą. Ale pewnego dnia on znika i opuszcza dom, więc matka zwołuje swoje dwie córki (trzecia mieszka razem z nimi), by wsparły ją. Ale parę dni później wszystko zmienia się w stypę. I wtedy wyjdzie na jaw cała prawda. A nawet i więcej.

sierpien1

Przenoszenie na ekran sztuki teatralnej zawsze jest sporym ryzykiem, jednak reżyser John Wells po części wychodzi z tego starcia obronna ręką. Owszem, rodowód teatralny jest mocno widoczny (90% wydarzeń toczy się w domu), ale to nie przeszkadza. Dialogi są zgrabnie podane, ale jeśli po opisie spodziewacie się sielankowego kina obyczajowego, to poszukajcie lepiej czegoś innego. Tutaj mamy masę ironii i sarkazmu, dawne pretensje nagle eksplodują, wszyscy skrywają mniejsze lub większe tajemnice, każdy jest bardziej rozczarowany i ma żal do każdej ze stron. Nestorka rodu jest mocno rozczarowana swoimi dziećmi i nie wstydzi się im tego powiedzieć wprost, zaś córki najchętniej chciałyby opuścić dom i wrócić do swojego życia. Czy w takiej sytuacji w ogóle jest szansa na wybaczenie? Nie liczyłbym na to. Chociaż nigdy nie mów nigdy. Tempo jest spokojne, fabuła jest raczej pretekstem od odkrywania tajemnic, czasem przerywane jest to ładnym widokiem krajobrazu na zewnątrz. I tyle, tylko że w tym wszystkim czasami brakuje pazura (najmocniejsza scena przy stole w trakcie stypy), ale trzyma się to wszystko kupy.

sierpien2

Jednak najmocniejszym atutem jest także doborowa obsada, która aż imponuje od znanych nazwisk i twarzy. Dominują jednak tutaj dwie panie – Meryl Streep (miejscami mocno balansująca na granicy szarży nestorka-narkomanka) oraz Julia Roberts (ironiczna, ostra i mocno krytyczna Barbara, która mocno przypomina mamusię, a klnie nie gorzej niż Bellfort w „Wilku z Wall Street”), które mocno walczą ze sobą. Wtedy napięcie jest wręcz namacalne i porażające. Ale pozostali członkowie obsady nie są gorsi i jest na kogo popatrzeć: od solidnego Chrisa Coopera i dawno nie widzianą Juliette Lewis przez stonowaną Julianne Nicholson i Ewana McGregora aż po Sama Sheparda i Benedicta Cumberbatcha. Wszyscy mają spore pole do popisu i je w pełni wykorzystują.

sierpien3

„Sierpień…” nie jest niczym nowym o rodzinnych relacjach, zwłaszcza wśród rodziny mocno patologicznej. Ale pozostałem kawałkiem mocnego, obyczajowego dramatu skłaniającego do refleksji.

7/10

Radosław Ostrowski

Blue Jasmine

Jasmine była żoną strasznie dzianego faceta w Nowym Jorku. No właśnie, była. Ponieważ jej mąż okazał się oszustem finansowym (kimś w rodzaju Madoffa), została pozbawiona wszelkich środków i nieruchomości. I co może zrobić? Decyduje się przyjechać do swojej siostry na zadupie (czyli San Francisco), by pozbierać się. A może pojawi się jakiś nowy facet?

jasmine1

Wszyscy znamy Woody’ego Allena jako twórcę błyskotliwych komedii z inteligentnymi dialogami, wnikliwymi obserwacjami damsko-męskimi. Ale jego najnowszy film to zupełnie inna półka. Owszem, nie brakuje odrobiny humoru bazującego na zderzeniu świata bogatego z proletariackim, ale jest to bardzo gorzki dramat z bardzo wiarygodnymi portretami psychologicznymi postaci. Wyraźnie jest tutaj skontrastowane spokojne i bardziej ciepłe San Francisco z pełnym blichtru i bogactwa Nowym Jorkiem – pełnym zakłamania i hipokryzji (to miasto poznajemy tylko w retrospekcjach, przeplatających się z rzeczywistością). Ale tak naprawdę jest to historia o tym, że życie nie jest łatwe ani przyjemne, że szklanka jest do połowy pusta. Zaś postacie to przede wszystkim ludzi pełni buty, pozerstwa i głupoty, ale oni nigdy się nie zmienią. I co wtedy zrobić, żeby żyć dalej. Są dwa wyjścia – albo żyć złudzeniami, że jeszcze będzie lepiej (Jasmine) albo pogodzić się z tym faktem i brać wszystko z dobrodziejstwem inwentarza (Ginger). Owszem, widać elementy charakterystyczne Allena (dialogi, jazzowa muzyka i prosta czołówka), jednak tym razem nabiera to innego wydźwięku. I mimo pewnej zmiany tonu, ogląda się to naprawdę dobrze, choć ta pigułka jest naprawdę mocna i brutalnie szczera.

jasmine2

W dodatku jest to naprawdę porządnie zagrane. Nie brakuje tutaj wyrazistych ról takich aktorów jak Bobby Carnivale (trochę prymitywny, ale szczery Chili), Michael Stuhlberg (dr Flicker, podkochujący się w Jasmine), Alec Baldwin (Hal, mąż Jasmine) czy bardzo atrakcyjny Peter Sarsgaard (Dwight, marzący o karierze polityka).

jasmine3

Jednak tutaj dominują panie. Zacznę od świetnej Sally Hawkins – prostej kobiety, która zazdrościła swojej siostrze bogactwa, elegancji, ale jednocześnie nie znosi w niej dystansu wobec reszty. Mocna i ciekawa postać. Ale cały splendor idzie w stronę Cate Blanchett, która tworzy naprawdę wielka kreację. Jasmine to kobieta, która jest przyzwyczajona do życia na pewnym poziomie (nawet spłukana przylatuje samolotem lecąc pierwszą klasą). Co jeszcze? Neurotyczka mająca napady braku oddechu i gadająca czasem do siebie, uzależniona od leków oraz mocno żyjąca złudzeniami, wręcz naiwna. Blanchett gra ta rolę na granicy przerysowania, wręcz groteski, ale tak naprawdę było mi żal tej kobiety i naznaczając ją pewnym tragicznym rysem, nigdy nie przekraczając granicy przesady.

jasmine4

„Błękitna Jasmine” wprawiła mnie mocno w konsternację, gdyż spodziewałem się trochę innego filmu od Allena. Nie oznacza to, że seans był kompletnie nieudany. To kawał mocnego, poważnego kina, które skłania do refleksji i pokazuje Allena z troszkę innej strony.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Witaj w klubie

HIV – wirus, który spaskudził życie wielu osobom i robi to nadal. Ale w 1985 roku to był naprawdę wredny drań. Uważany za chorobę pedziów i narkomanów, dzisiaj większość zarażonych to heteroseksualni. Jednym z takich zarażonych był elektryk Ron Woodroof, który dorabiał sobie biorąc udział w rodeo i robiąc różne interesy. Desperacko próbuje brać wszelkie dostępne leki, czyli AZT. Przedłużył sobie trochę życie, ale organizm mocno to przeżył. W Meksyku trafia na byłego lekarza, który pomógł mu poskładać się do kupy. I Ron wtedy wpada na pomysł założenia klubu kupców, w którym sprzedawałby lekarstwa chorym na AIDS, zaś jego wspólnikiem jest transwestyta Rayon.

klub1

Reżyser Jean-Marc Valeee pokazuje temat pozornie już wyświechtany przez kino, czyli walka z chorobą śmiertelną. Wówczas czymś takim było AIDS, ale zderzmy chorego na AIDS, wsadźmy go w środowisko kowbojów (czyli męskim i samczym wręcz) i zobaczmy co z tego wyjdzie. Żeby mu jeszcze bardziej utrudnić życie, niech zawalczy z koncernami farmaceutycznymi i agencja zajmująca się zatwierdzaniem leków – to będziemy mieli piękną opowieść o tolerancji i walce z samym sobą. Reżyser z niesamowitą precyzją odtwarza realia epoki oraz ówczesną mentalność („pedalska krew” – homofobia), zaś praca kamery i świetny montaż tworzą naprawdę solidne i bardzo interesujące kino, które może i bazuje na kliszach, jednak ogląda się naprawdę dobrze.

Spora w tym także zasługa aktorów. To, że Matthew McConaughey w ostatnich latach nieprawdopodobnie zaskakuje swoimi rolami oraz wyborami (od przełomowego „Zabójczego Joe”) jest bardzo przyjemne, ale tutaj wspina się wręcz na wyżyny swoich umiejętności. Kim jest w jego wykonaniu Woodrof? Na początku to taki cwaniaczek, który jest strasznie wychudzony, dużo pije i jest jurny, ale jest homofobem. Swój spryt wykorzystuje do zdobycia leków (choć początkowo robi to, by zbić forsę) i nie godzi się po prostu, by czekać na śmierć w szpitalnym łóżku. To po prostu człowiek czynu, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych (m.in. przemyt leków jako ksiądz z Meksyku czy załatwienie interferonu w Japonii – prawie jak Polak). Chyba będzie Oscar dla Matthew. Drugim mocnym zaskoczeniem jest Jared Leto. Wokalista popularnego zespołu 30 Seconds to Mars jako transwestyta Ray zaskakuje, nie tylko wyglądem. Potrafi być uroczy i wredny, ale nigdy nie popada w przerysowanie, a nawet wzrusza (rozmowa z ojcem). Tych dwóch panów trzyma ten film na swoich barkach. Z postaci drugoplanowych najbardziej zapada w pamięć Jennifer Garner (dr Eva – bardzo sympatyczna lekarka, która staje się sprzymierzeńcem Rona).

klub2

Dobry i bardzo interesujący film, który nie jest tylko laurką dla Woodroofa, ale to kawał mięsistego kina. Może i jest ono skrojone pod Oscary, jednak nie należy tego traktować jako wady.

7/10

Radosław Ostrowski

Kapitan Phillips

Rok 2009. Richard Phillips jest kapitanem kontenerowca Alabama, który przewoził ładunek do Somalii. Zapowiadał się zwykły i normalny kurs. Ale tylko do czasu, gdy pojawili się somalijscy piraci i próbują przejąć kontrolę nad okrętem. Wtedy zaczyna się bardzo niebezpieczna gra.

kapitan1

Już wiem jak ten mógłby wyglądać – piraci są źli i chciwi, statek zostanie przejęty, wejdą komandosi, wszystkich piratów zabiją, a na końcu będzie jeszcze łopotać amerykańska flaga. Ale reżyserem jest Paul Greengrass – twórca „Lotu 93”, który jak ognia unika patosu i prostych klisz. Tak samo jest tutaj, pokazując przebieg wydarzeń od najdrobniejszego detalu – normalny dzień naszego bohatera, przygotowania do porwania w końcu sam przebieg do momentu wzięcia kapitana jako zakładnika oraz ostatecznego rozwiązania sytuacji. Wszystko jak w rasowym filmie dokumentalnym (kamera z ręki tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu). Poza tym widzimy to wszystko z każdej możliwej perspektywy – od statku i porywaczy przez okręt Marynarki Wojennej i oddział komandosów, co pozwala na wszystko spojrzeć dokładniej. Greengrass pokazuje nam nie tylko jak niebezpieczne jest podróżowanie po morzach Somalii, ale jak wielka odpowiedzialność ponoszą obaj dowódcy (Phillips i Muse – dowódca piratów) za swoich ludzi. A także, że piractwo nie jest takie jak sobie to wyobrażamy, bo łupy i okup zgarnia starszyzna, która wykorzystuje biedaków do tego, by wypełniali ich polecenia. Taka jest prawda o porwaniach i piratach – jest bardziej złożona niż nam wszystkim się to wydaje, a wszystko to jest ubrany w formę inteligentnego kina rozrywkowego. Kto by pomyślał?

kapitan2

W dodatku reżyser zrezygnował z gwiazd. Aczkolwiek jest jeden wyjątek od tej reguły, a imię jego Tom Hanks. Ten aktor wznosi się tutaj na wyżyny talentu, choć gra bardzo oszczędnie i stonowanie. Phillips to doświadczony dowódca, który do (prawie) samego końca zachowuje zimną krew, wykazuje się sprytem (ukrycie załogi) i działa w zgodzie z samym sobą. Druga mocna postacią jest szef piratów, brawurowo zagrany przez debiutanta Barkhada Abdi. Facet próbuje opanować swoja ekipę, też nie jest idiotą, ale jest bardzo naiwny (wykorzystywany przez szefów, którzy zostawiają ich na pastwę losu).

Greengrass po raz kolejny potwierdza, że jest twórcą mający swój styl oraz konsekwentnie realizuje swoją wizję. Bardzo realistyczne kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Zniewolony

Był kiedyś tacy czas, ze u kraju potocznie zwanym Ju Es Ej, było niewolnictwo. Polegało to na tym, że „czarnucha” zmuszano do pracy w wielkich majątkach ziemskich, gdzie musieli robić wszystko, co im każą. Inaczej zabiją ich. Taki los spotkał Salomona Northropa. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie jeden drobny szczegół: był wolnym człowiekiem, ale został porwany i sprzedany jako niewolnik. Jak to możliwe? Wystarczy go upić.

zniewolony1

Ta prawdziwa historia Salomona posłużyła Steve’owi McQueenowi do stworzenia filmu „Zniewolony”, pokazującego jego 12-letnią niewolę. Pełna okrucieństwa, brutalności oraz grozy, jakiej nie chcielibyście poznać. Tylko ze reżyser nie pokazuje niczego nowego w tym temacie serwując nam dość oczywistą i banalna prawdę – niewolnictwo było i jest złem. Ale tyle już było filmów o tej tematyce (m.in. „Kolor purpury” czy ostatnio „Django” Tarantino, który mocno rozprawił się z tą tematyką), jednak trudno odmówić McQueenowi rzetelności w realizacji, sporej dawki realizmu (ale umówmy się – baty od plantatorów to nic w porównaniu z tym, co robił Hitler i spółka w Europie) oraz subtelnego rozłożenia akcentów (choć nie brakuje tutaj brutalnych) bez specjalnego moralizowania. Wiele scen budowanych jest na kontrastach, jak choćby piwnica z więzionym bohaterem obok Białego Domu czy wiszący Salomon na sznurze, a w tle niewolnicy normalnie zajmują się swoimi sprawami. Tylko, że tak jak mówię – to wszystko jest zaledwie poprawnie i nie pokazuje kompletnie nic nowego (poza sporymi kompleksami Amerykanów na punkcie swojej historii – tylko w ten sposób jestem w stanie wyjaśnić tyle nominacji do Oscara).

zniewolony3

Częściowo sytuację ratują aktorzy, którym udaje się wnieść w życie swoim bohaterom. Najbardziej przykuwa tutaj uwagę nie Salomon, tylko plantator Edwin Epps, grany przez świetnego Michaela Fassbendera. Ten gościu to zło – z jednej strony bardzo ostro traktuje swoich niewolników, z drugiej to hipokryta udający głęboko wierzącego i mający romans z jedna z niewolnic. A wracając do Salomona, to Chiwetel Eljofor wcielający się w tą postać wypada więcej niż przyzwoicie. Ten wykształcony człowiek, który by wytrzymać niewolę, musi ukrywać swoje umiejętności (poza gra na skrzypcach), a wszystkie jego rozterki pokazane są w bardzo subtelny sposób. Nie można też nie wspomnieć o małym epizodzie Brada Pitta (także współproducenta filmu) czy drobnych rolach Paula Dano (Tibeats), Paula Giamattiego (sprzedawca niewolników Freeman) czy Benedicta Cumberbatha (pan Ford).

zniewolony2

Jest to bardzo amerykański film, bo inne nie zdobywają najważniejszych nagród. Ale mimo to jest to naprawdę solidna robota, choć liczyłem na odrobinę więcej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Grawitacja

Raz na kilka miesięcy, a nawet lat pojawia się taki film, ze po jego obejrzeniu po prostu zamykają ci się usta. Chcesz coś powiedzieć, ale słowa wylatują i nie potrafisz ich poskładać w żadne zdanie, wszystko się wymyka kwalifikacji, a każde zdanie jakie dziwacznym sposobem układasz brzmi jak banał. Właśnie czymś takim jest dla mnie „Grawitacja”. Wybaczcie mi ten patos na początku, ale właśnie ja tak się czułem po obejrzeniu.

Fabuła jest tutaj prosta jak konstrukcja cepa – amerykańscy astronauci naprawiają teleskop Hubble’a. Bo jak każdy amerykański przedmiot, lubi się psuć, a w kosmosie to szczególnie. Naprawy dokonuje dr Ryan Stone – na co dzień lekarka oraz dowódca misji – porucznik Matt Kowalski. Wszystko przebiega dość sprawnie, aż tu… JEB!! Odłamki rosyjskiego satelity niszczą bazę i satelitę, a tylko tych dwoje przeżyło. Nie maja kontaktu z Ziemia, tlenu też niewiele zostało, a następne rozbite elementy są w drodze. Innymi słowy – mają przejebane. Chyba, że znajdą sposób, by wrócić do domu.

grawitacja1

Już po tym opisie można stwierdzić, ze najnowszy film Alfonso Cuarona nie jest VII częścią „Gwiezdnych wojen”. Owszem, jest to widowiskowy film, ale nie aż tak jak byście myśleli. Kosmos wygląda tu pięknie, ale jest też bardzo niebezpieczny jak nasza przyroda. Jeden błąd i już nie żyjesz – tu trzeba szczególnie uważać, bo w kosmosie przecież nikt waszych krzyków ani wrzasków nie usłyszy. Bo w przestrzeni kosmicznej nie roznosi się dźwięk, co tu pokazano w scenach, gdzie dochodzi do kompletnych zniszczeń – wtedy słyszymy tylko słowa i ewentualnie bicie serca. To wszystko. I co wtedy zrobisz? Poddasz się czy znajdzie w sobie tyle siły i determinacji, by zawalczyć? Oto jest pytanie.

Całość od strony wizualnej jest po prostu kapitalna, a praca operatora po prostu zapiera dech w piersiach – głównie dlatego, że spora część scen jest pokazywana albo z perspektywy dr Stone (a dokładnie z jej oczu) albo jest to pokazywane wręcz jednym długim ujęciem (patrz: początek filmu – 20 minut aż do katastrofy). O dźwięku tez wspominałem, co dodatkowo buduje poczucie realizmu, choć nie jest to film dokumentalny, zaś bardzo dziwaczna warstwa muzyczna buduje atmosferę samotności. Wszystko robione z żelazną konsekwencją, choć aktorstwo jest tu wręcz minimalistyczne. Ale siła rażenia jest porównywalna z eksplozją bomby. Atomowej.

grawitacja2

A skoro jesteśmy już przy aktorstwie, to ten film trzymają na sobie tylko dwie osoby – Sandra Bullock i przystojny George Clooney. On daje odrobinę humoru i autoironii, co czyni seans lekki. Ale ona – kobieta po przejściach, przeżywająca momenty zwątpienia i bezsilności, jakby wszystko odwróciło się od niej. Ale powoli i stopniowo zachodzi w niej przemiana, nagle znajduje siłę i determinację, by walczyć, nie poddawać się wbrew okolicznościom. Tylko czy to wystarczy?

Na pewno ten film wiele osób podzieli – jedni zachwycą się techniczną biegłością, a innych zniechęci prostota opowieści i brak efekciarskich efektów specjalnych. A jak jest naprawdę, to ocenicie sami, bo ja jestem po prostu skołowany.

Radosław Ostrowski

American Hustle

Jest rok 1979. Irving Rosenfeld jest facetem, który odziedziczył mała firmę po ojcu (naprawa szyb i pralnia). Ale w końcu, zdecydował się zając kantowaniem innych oraz wyłudzaniem pieniędzy od innych, w czym pomaga mu kochanka Sydney. Jednak zrobili o jeden kant za daleko, gdyż ich ofiarą jest agent FBI DiMaso, który zmusza ich do współpracy. Chce wykorzystać ich do schwytania skorumpowanego polityka, burmistrza Carmine’a Polito. Tylko, ze to nie jest takie łatwe.

hustle1

Ile to było filmów o kantach i przekrętach, gdzie obowiązuje zasada „dymu i luster”? David O. Russell nie jest na tym polu nikim oryginalnym czy zaskakującym, bo mamy tutaj łapówki, polityków, a nawet mafię. I tutaj nie ma żadnych niespodzianek i ten wątek (kryminalny) wydaje się najmniej zaskakujący, więc co jest siła tej historii? Reżyser skupia się na postaciach, które kantują nie tylko naiwnych desperatów szukających szybkiej forsy (czy tylko mi się to skojarzyło – na chwilkę – z „Wilkiem z Wall Street”?), ale też oszukują samych siebie. O tym tak naprawdę jest „American Hustle” – o sztuce kłamania i oszukiwania, bo tylko w ten sposób jesteś w stanie osiągnąć sukces społeczny, polityczny i zawodowy. Brzmi ostro i poważnie? To nie jest ostra satyra, choć nie jest pozbawiona ironicznego i ostrego humoru, ale jednocześnie czuć sympatię do bohaterów, którzy nie są tacy jednowymiarowi i oczywiści. Każdy kogoś udaje, tylko kto tu kogo tak naprawdę kantuje? Oto jest pytanie.

hustle2

A wszystko jeszcze osadzone w realiach lat 70-tych (te stroje, te fryzuje, ta muzyka), w dodatku naprawdę ładne wizualnie i z paroma dialogami do przemyślenia. Może przeszkadzać skupienie się na bohaterach niż na sensacyjnej intrydze (z paroma niespodziankami, choć trochę też przekombinowanej i miejscami mocno ocierającej się o granice prawdopodobieństwa), jednak film ogląda się naprawdę dobrze i z niemałą przyjemnością.

hustle3

Russell potwierdza też, że potrafi prowadzić aktorów i robi to w świetny sposób (znowu zgarnięto nominacje do Oscara we wszystkich kategoriach aktorskich – i to drugi raz z rzędu!), że naprawdę trudno się do kogokolwiek przyczepić. Bo tak jest, ale skupię się na najważniejszych dramatae personas. Kolejny raz mocno zaskakuje Christian Bale w roli głównego machera – Irvinga. Łysawy, z brzuszkiem, słabym sercem i sporą dawką uroku osobistego plus spieprzone życie osobiste. Facet wzbudza sympatię, potrafi zachować spokój i wyczuć, gdy robi się niebezpiecznie. To samo można powiedzieć o Amy Adams, która wygląda fantastycznie i jest równie sprytna (a nawet sprytniejsza) niż Irving – niby się kochają, ale czy można im wierzyć na słowo, skoro oboje oszukują, także siebie nawzajem? No właśnie.

hustle4

I w tym momencie pojawia się dwoje, z braku lepszego słowa, popaprańców. On, agent DiMaso (fenomenalny Bradley Cooper) sprawia wrażenie kompletnie nieodpowiedzialnego kolesia, zachowującego się jak dziecko pozbawione zabawek. Megaloman, zapatrzony w siebie, wstydzący się swojej matki i narzeczonej, mocno znerwicowany i przez to niebezpieczny. To samo można powiedzieć o Roselyn (mocna Jennifer Lawrence) – passive-agressive, manipulatorka i strasznie działająca na nerwy kobieta, która nie znosi bycia ignorowaną. Nienawidziłem tą kobietę przez cały seans, a to mi się zdarza rzadko. Wisienką na torcie za to jest Jeremy Renner, czyli burmistrz Polito – może i bierze w łapę, ale mocno wierzy w to, że w ten sposób może zrobić coś dobrego dla miasta oraz kompletnie zaskakujący Robert De Niro.

hustle5

David O. Russell trzyma poziom i tworzy naprawdę dobrze skrojone kino rozrywkowe z dość wiarygodną psychologią bohaterów. Może i nie wszystko jest dopięte do ostatniego guzika, ale jest to zbyt dobre by zignorować. A może po prostu wciskam wam kit? Sami osądźcie.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wilk z Wall Street

Każdy wie, co to jest Wall Street – mekka finansjery, gdzie praktycznie wszystko jest dozwolone w imię największego narkotyku na świecie, czyli forsy. I to właśnie do tej mekki przybywa Jordan Bellfort – młody, bez znajomości i układów facet marzący o jednej konkretnej rzeczy – zbijaniu kabzy w największej możliwej ilości. Ale jego początki jako broker w Wall Street było fatalne – „czarny poniedziałek”, czyli początek kryzysu lat 80. doprowadziły jego firmę do bankructwa i braku fuchy. W końcu razem z grupą kompletnych wariatów bez papierów i kwalifikacji założył firmę Stratton Oakmont. I wtedy dopiero zaczynają się szalone rzeczy. Ale jak wiadomo, nic nie trwa wiecznie, zwłaszcza jak wejdzie FBI.

wilk1

Tak samo każdy kinoman zna dona Martina Scorsese – ojca chrzestnego kina amerykańskiego. Wszyscy wiemy, że to świetny reżyser – pod warunkiem, że kręci kino gangsterskie (choć ja mam na ten temat inne zdanie). Można powiedzieć, że „Wilk…” to tacy „Chłopcy z ferajny” tylko w realiach giełdowych. I nie byłoby to słabe porównanie. Jest podobna konstrukcja narracji (początek kariery, wzlot i wielki upadek), narracja z offu głównego bohatera oraz kompletne szaleństwo. Do tego masa kantów oraz bardzo mocna, ostra satyra na finansjerę (kapitalny monolog mentora Bellforta) pokazujący mechanizmy ekonomii. Wystarczy tylko mieć kilka świetnych pomysłów, zaś kasa sama się kręci. No i najważniejsza rzecz – imprezy w firmie, gdzie panowała naprawdę luźna atmosfera (tak luźna, że wprowadzono zakaz uprawiania seksu od 9 do 16), narkotyki (w ilościach hurtowych), leki, dziwki, nagie dziwki z heroiną między nogami – czyli jak to pisał Kazik „wszędzie ruchawka, zniszczenia i pożoga”). Tak pieprznego filmu, to jeszcze nie widziałem od dawna z taką dziką energią. Humor (scena powrotu do domu na haju z Country Clubu – bezcenne!), napięcie, potężna dawka energii oraz fantastyczne dialogi (z największą ilością faków ever), mistrzowsko zmontowane. A jednocześnie bez moralizatorstwa i dość ironicznym finałem całej sprawy.

wilk3

A jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono kapitalne od drobnych ról po pierwszy plan. Nie jestem w stanie opisać tego, co na ekranie wyprawia Leonardo DiCaprio – to jest po prostu przez większość czasu chodzące ADHD. Jest strasznie ambitny, prawie non stop na haju lub między nogami jakiejś laski, a jednocześnie posiada tyle charyzmy, że ludzie byliby w stanie pójść za nim w ogień. Serio, serio. W jednej chwili potrafi przyciągnąć charyzmą, by potem pokazać się ze strony żałosnego nałogowca. Mam nadzieję, ze Leo dostanie statuetkę Oscara, ale konkurencja jest diablo mocna. Poza nim jeszcze jest tak duży wianuszek gwiazd, że nie jest w stanie tego ogarnąć: od Jona Favreau (adwokat Manny Riskin) i Jeana Dujardina (Saurel – szwajcarski bankier) po Jona Bernthala (potrafiący sprzedać wszystko drobny cwaniak Brad), Roba Reinera (ojciec Bellforta „Mad Max”) i Kyle’a Chandlera (zdeterminowany agent FBI Denham) do apetycznej Margot Robbie (Naomi, druga żona Bellforta) oraz świetnego Jonaha Hilla (nieudacznik Donnie Azoff, który wiedział jak się zabawić).

wilk2

Mi jednak najbardziej utkwił epizod Matthew McConaugheya. Mark Hanna, czyli mentor Bellforta z Wall Street przykuwa uwagę pojawiając się raptem kilka minut, potrafiąc być wygadanym „dzikusem”, który wyjaśnia jak należy działać w Wall Street. Mocny fragment, który zostanie w pamięci na długo.

wilk4

Jak to możliwe, że mający ponad 70 lat Martin Scorsese nakręcił taki dziki, ostry i pieprzny film? Widocznie energia i „jaja” nie odchodzą z wiekiem. Jak mówił Leonardo zgarniając Złoty Glob – „Martin Scorsese jest jak punk rock – nigdy się nie starzeje” Czy trzeba mówić coś więcej?

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kochankowie z Księżyca. Moonrise Kingdom

Rok 1965, New Penzacne w Nowej Anglii. Tam mieszka 12-letni harcerz Sam Shakusky oraz jego rówieśniczka, Suzy Bishop. On – wzorowy harcerz, nie lubiany przez kolegów, ona ma rodziców prawników, którzy dawno stracili ze sobą kontakt. Oboje poznali się podczas szkolnego przedstawienia „Powódź Noego”. I od tej pory piszą do siebie listy, aż w końcu planują wspólną ucieczkę. W ślad za nimi rusza pościg pod wodzą kapitana Sharpa i harcmistrza Warda, który ma ich znaleźć i ukarać. Ale że chłopak jest sierotą, karą dla niego będzie odesłanie go do poprawczaka.

kochankowie2

Opowieści o miłości było naprawdę wiele, ale nikt nie opowiedział tego w taki sposób jak Wes Anderson. Reżyser opowiadający o ekscentrycznych ludziach i rodzinach destrukcyjnych tym razem opowiada o miłości dwójki dzieci, które mają zostać rozdzielone. Z jednej strony mocno osadzone w latach 60-tych (świetna scenografia i kostiumy z epoki), z drugiej reżyser trochę bawi się konwencjami. Bo jest tu i dramat nieakceptowanej miłości, trochę komedię romantyczną, a wszystko to w lekko groteskowy, ale jednocześnie szczery sposób. Anderson opowiada wszystko w bardzo nietypowy sposób za pomocą świetnych zdjęć (kamera posuwa się w bok jak w teatrze) i montażu, genialnej muzyki, ale też i specyficznego humoru oraz pewnej magii, której nie potrafię wyrazić słowami. Zaś postacie są ciekawe. Bo mamy narratora ubranego w czerwony płaszcz, który jest kimś w rodzaju przewodnika po okolicy (zawsze pokazany na pierwszym planie), harcerzy, którzy bardziej przypominają wojsko (mają szukać zagubionego chłopaka, którego nie lubią, choć prędzej by go zabili) oraz Opiekę Społeczną, wyglądającą jak czarownica. Dorośli są tutaj albo smutni (harcmistrz oraz kapitan policji), albo dysfunkcyjni (rodzice Suzy, którzy rozmawiają ze sobą jak adwokaci, zaś matka woła dzieci na obiad używając megafonu). Przy nich dzieci sprawiają wrażenie naturalnych, dojrzałych oraz po prostu mądrzejszych. Zaś ich zachowanie (pierwsze pocałunki, dotykanie czy malowanie aktów) jest czymś normalnym. A to potrafi pokazać tylko Anderson.

kochankowie1

Ale poza pomysłowością wizualną i techniczną, reżyser ma dobrą rękę do obsady. Kompletnym objawieniem dla mnie byli Jared Gilman oraz Kyra Hyward w rolach tytułowych kochanków (autor polskiego tłumaczenia tytułu jest skończonym idiotą, gdyż przekład jest z dupy wzięty, a nazw własnych się nie tłumaczy – chyba). Oboje są naturalni i nie zawaham się tego powiedzieć, to jest ich film. Mam małą nadzieję, że ich jeszcze zobaczę na ekranie. Za to dorośli wypadli równie przekonująco. Bill Murray i Frances McDormand jako rodzice prawnicy są jednym ze źródeł humoru. Oboje już przestali się obchodzić nawzajem, choć się kochają i nadal czują coś do siebie. Z kolei Edward Norton jako harcmistrza Warda stanie się symbolem harcerza, który może nie jest idealny, ale ciągle się stara i wzbudza empatię, jest zaangażowany (to widać m.in. w czasie inspekcji czy nagrywanych „Dziennikach harcmistrza”). Tak samo Bruce Willis w roli policjanta, który nie jest szczęśliwy, jednak też próbuje znaleźć pokojowe rozwiązanie sytuacji. Ich przeciwieństwem jest postać Opieki Społecznej, granej przez Tildę Swinton. Bezduszna, kierująca się przepisami kobieta wzbudza niechęć, a nawet wrogość. Należy też wspomnieć o epizodach Jasona Schwartzmana (kuzyn Ben) oraz Harveya Keitela (dowódca Pierce).

Wydawało mi się, że już nie da się opowiedzieć oryginalnej i niezwyklej historii, ale od czego jest Wes Anderson. Takich filmów nie powinno się opowiadać, tylko samemu obejrzeć i przeżyć je. Do czego was gorąco zachęcam.

8/10

Radosław Ostrowski

Alexandre Desplat – muzyka z filmu:

Sugar Man

Historia, którą teraz usłyszycie mogłaby służyć za historię wymyśloną przez gości z Hollywood czy innego kraju. Bo jak inaczej opisać historię muzyka, któremu wróżono karierę na miarę samego Dylana, nagrał dwie płyty, które zebrały dobre recenzje i… zniknął. Podobno popełnił samobójstwo. I wtedy stał się popularny w… RPA. Jego dwaj zapaleni fani (dziennikarz Craig Bartolomew-Salomon oraz właściciel sklepu płytowego Stephen „Sugar” Segerman podjęli się poprowadzenia śledztwa, którego efekt był bardzo zaskakujący. Bo okazało się, że Rodriguez żyje.

sugar_man2_300x300

Reżyser Malik Bendjelloul opowiada historię tak nieprawdopodobną, że mogła się wydarzyć tylko w filmie. Początek jest naprawdę intrygujący, bo mamy tajemnicę, która przykuwa uwagę i pokazuje jak bardzo przypadek decyduje o naszym losie. Człowiek, który miał wszystko by odnieść sukces i być megagwiazdą, jest robotnikiem budowlanym. Czy może być coś bardziej przewrotnego? Mimo tych przeciwności, Rodriguez pozostaje skromnym, twardo stąpającym po ziemi człowiekiem. Takie połączenie (skromność, wrażliwość, realne spojrzenie na świat) zdarza się bardzo rzadko, a jednocześnie jest bardzo tajemniczym facetem. Co najdziwniejsze, jego muzyka pojawiająca się w filmie nie tylko nie zestarzała się, ale zaskakująco przyjemnie się jej słucha i dodatkowo buduje klimat tego filmu. Zręczne wykorzystanie archiwalnych materiałów (m.in. kręconych kamerą wideo córki Rodrigueza w trakcie pobytu w RPA w 1998 roku) z animowanymi wstawkami (m.in. nagłówki gazet) i rozmowami z producentami płyt, „detektywami” czy samym Rodriguezem.  Miałem uczucie jakbym uczestniczył w wyprawie, której finału tak naprawdę nie znam, a uczucie to trwa dalej.

sugar_man3_300x300

To jest jeden z tych filmów, których obejrzenie powinno być czymś obowiązkowym. Bo takie historie zdarzają się bardzo rzadko.

8/10

Radosław Ostrowski

PS. Krążą słuchy, że Rodriguez nagrywa nowy materiał. I chyba będzie popularny nie tylko w RPA.