Lot

Whip Whitaker jest kapitanem lotnictwa, który na sterowaniu samolotem wie wiele, naprawdę wiele. Po trzech dniach pod rząd, ma kolejny lot. Ale w jego trakcie dochodzi do turbulencji i awarii samolotu, Whitaker wykonuje niebezpieczny manewr i cudem ratuje pasażerów przed tragedią. Nie wszystkich, a podczas śledztwa prowadzonego przez komisję okazuje się, że kapitan w trakcie lotu był pijany.

lot1_400x400

Robert Zemeckis był jednym z najzdolniejszych reżyserów amerykańskich, którego śmiało można nazwać uczniem i następcą Stevena Spielberga. Po realizacji filmów animowanych wraca do „żywych” aktorów po 12 latach. I choć w tle jest katastrofa lotnicza (świetnie zrealizowana), tak naprawdę jest to film o walce z nałogiem, tutaj alkoholem. To jak niszczy i jak wiele trzeba, by uświadomić sobie, że jest się uzależnionym. Co w przypadku osoby, która nie ma z tym problemu nie jest łatwe. Choć reżyser czasem serwuje banały i pewnej przewidywalności, to potrafi to bardzo przekonująco opowiedzieć, bo emocje aż kipią i ogląda się tą walkę z dużym zaciekawieniem. To duży plus, choć trochę patetyczne zakończenie może zaszkodzić.

lot2_400x400

Zresztą Whitakerowi wierzymy na słowo, bo gra go Denzel Washington i jest świetny w roli nałogowego pijaka, którego otoczenie częściowo tuszuje jego zachowanie. On nie widzi problemu w piciu (wszelkie sceny, gdy jest pod wpływem są świetne), zaś jego przemiana pokazana jest stopniowo i bardzo subtelnie. Mieszanka pewności siebie i bycia żałosnym udają się bardzo przekonująco. Druga kluczową postacią jest narkomanka Nicole (w tej roli równie wyborna Kelly Reilly), którą Whitaker poznaje w szpitalu. Jest to kobieta z przeszłością, jednak świadoma swojego nałogu i za wszelką cenę próbująca z nim zerwać. Poza tym duetem, nie brakuje wyrazistych postaci drugoplanowych. Tutaj błyszczy pojawiający się krótko John Goodman w roli dealera Harlinga Mays, wprowadzając odrobinę humoru. Poza nim dobrze wypadają Bruce Greenwood (Charlie Anderson, przyjaciel Whitakera) oraz Don Cheadle (adwokat Hugh Lang), którzy potwierdzają swój talent.

lot3_400x400

Zemeckis może i Ameryki nie odkrywa, jednak historia z „Lotu” zostaje w pamięci. Choć są pewne wady (schematyzm, zakończenie), to ten lot reżyserowi się udał.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sesje

Mark O’Brien jest 38-letnim poetą, który bardzo chciałby przeżyć swój pierwszy raz z kobietą. To w czym problem? – zapytacie. No jest, bo Mark chorował na polio i jest sparaliżowany (może ruszać tylko głową), poza tym jest bardzo wierzącym człowiekiem, co nie ułatwia sprawy. Skoro próby załatwienia tego w nazwijmy to konwencjonalny sposób zawodzą, Mark korzysta z usług seks terapeutki, która pomaga mu pokonać fizyczne bariery.

sesje1_300x300

Temat tego niezależnego filmu jest dość śliski i bardzo niebezpieczny. Seks + niepełnosprawność – nawet nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić sobie takiego połączenia, a łatwo można było przekroczyć granice dobrego smaku albo wulgarności. Jednak historia pokazana w filmie Bena Levina wydarzyła się naprawdę (bazą był artykuł Marka O’Briena) i pokazuje, że tak naprawdę problemem Marka były jego własne lęki i obawy, a także akceptacja innych ludzi. Cała ta historia opowiedziana jest w bardzo delikatny, a nawet lekko dowcipny sposób (autoironia Marka), zaś golizna nie jest ani wulgarna czy odpychająca, całość jest pełna empatii i ogląda się to bardzo przyjemnie przypominając o tym, że wobec seksu wszyscy jesteśmy równi.

sesje2_300x300

Poza świetnym scenariuszem oraz subtelną reżyserią ten film by się nie udał, gdyby nie świetne aktorstwo. Znakomicie wypadł John Hawkes, który w zasadzie miał do dyspozycji tylko głos i twarz, a jednak stworzył pełnokrwistego bohatera, który chciałby przeżyć swój pierwszy raz, ale boi się i chce wypaść jak najlepiej. Poza tym Mark jest bardzo dowcipny, wierzący, jednak szuka on swojego szczęścia. Kroku dorównuje mu piękna i równie przekonująca Helen Hunt, która w roli terapeutki/sekssurogatki (niepotrzebne skreślić) staje się przewodnikiem w świecie erotyki, a jednocześnie czuć, że może wyjść z tego więcej. Dość kluczową postacią jest ksiądz Brendan, grany przez Williama H. Macy’ego, który jest spowiednikiem i jest dość łagodnym gościem, bardziej kumpel.

Jak widać niepełnosprawność w kinie zaczyna pojawiać się coraz częściej. „Sesje” to kolejny film o tej tematyce. Cieple i sympatyczne, co ze względu na tematykę jest bardzo dużym osiągnięciem.

7/10

Radosław Ostrowski

Les Miserables. Nędznicy

Powieść Victora Hugo „Nędznicy” była parokrotnie przenoszona na ekran, ale wiele lat temu przerobioną książkę również na musical. A teraz jego adaptacji (musicalu) dokonał brytyjski reżyser Tom Hooper, znany głównie dzięki „Jak zostać królem”.

W dużym skrócie jest to opowieść o Jeanie Valjeanie, skazanym na 19 lat w galerach za kradzież chleba, który zostaje zwolniony warunkowo. Jednak ucieka i pod wpływem wielu wydarzeń zmienia się i próbuje pomóc biednym ludziom. Jednak ciągle go tropi inspektor Javert, który nie wierzy w jego przemianę. A wszystko dzieje się na przestrzeni kilkunastu lat zaczynając od 1815 a kończąc na 1832 i nieudaną rewolucją.

Zrobione jest to z rozmachem jakiego nie było od dawna. Zarówno kostiumy, scenografia jak i zdjęcia budują klimat XIX-wiecznego Paryża. Problem jednak jest w tym, że nie czuje się tego konfliktu między Valjeanem i Javertem, poza tym zdarza mu się ciągnąć, a z pewnych postaci jak państwo Thenardier można było ograniczyć do minimum lub zrezygnować. Ale i tak mamy do czynienia z filmem na poziomie, co jest zasługą aktorstwa i wokalu godnej próby.

nedznicy1

Z panów najlepiej prezentuje się Hugh Jackman, która natura obdarzyła naprawdę fascynującym głosem (słucha się go z wielką przyjemnością) i bardzo przekonująco buduje postać człowieka odkupującego swoje winy, ale ciągle uciekającego. Jednak cały film ukradły mu panie, ze szczególnym wskazaniem na Anne Hathaway, która pojawia się dość króciutko, ale rewelacyjnie zaśpiewała „I Dreamed A Dream”, choć jej głos nie jest zbyt dobry, to jednak zabrzmiało to bardzo poruszająco. Troszkę słabiej, ale tylko troszkę zaprezentowały się Amanda Seyfried (Cosette) i Samantha Banks (Epomina). Wracając do panów nie można wspomnieć niezłego Eddiego Redmayne (Marius),  zaś najsłabiej wokalnie poradził sobie Russell Crowe w roli Javerta, nadrabia to jednak dobrą grą oraz ostatnią sceną nad Sekwaną.

nedznicy2

Z góry uprzedzam: to nie jest najlepszy film roku 2012, ale dobrze zrobiony musical w klasycznym stylu i z rozmachem jakiego nie było od wielu lat. Choćby dlatego warto obejrzeć.

7/10

Życie Pi

Ang Lee jest bardzo znanym reżyserem, który mierzy się z każdą konwencją i gatunkiem – od melodramatu po western, co w przypadku azjatyckiego twórcy mieszkającego w Hollywood jest sporym osiągnięciem. Tym razem opowiada dość niezwykłą opowieść o rozbitku, który opowiada ją pisarzowi. Pi Patel był młodym chłopakiem, mieszkającym w Indiach, jego rodzice prowadzą zoo. Ale bieda zmusza ich i zwierzęta do opuszczenia Indii i wypłynięcia do Kanady. Jednak podczas podróży dochodzi do sztormu, na skutek którego Pi wpada do szalupy ratunkowej i jako jedyny ocalał. Poza nim jest jeszcze niejaki Richard Parker – tygrys bengalski.

pi1_400x400

Jednak cała historia opowiedziana przez Patela (dorosły – Irrfan Khan; młody – Suraj Sharma; obydwaj świetni) brzmi dość nieprawdopodobnie (wyspa pożerająca ludzi, której nikt nie widział czy relacja z tygrysem), a jednak wydawała mi się przekonująca. Sam nie jestem w stanie powiedzieć o tym tak, byście uwierzyli. Tresura tygrysa, który poza nim jest jedynym ocalałym i tak samo jak Pi walczy o przetrwanie. Sama opowieść jest dla reżysera pretekstem do pokazania wiary w Boga jako pewnej siły napędowej. Nasz bohater wierzący w trzech bogów (Krisznę, Chrystusa i Allaha), dostrzega ich praktycznie we wszystkim co się dzieje, wzywa ich w momentach kompletnego zwątpienia. Czy dzięki niemu przeżył? A może mu się to przewidziało z powodu wyczerpania i zmęczenia? Czy druga historia opowiedziana Japończykom z zabijaniem i okrucieństwem w tle jest bardziej prawdziwa? Na te pytania poszukajcie odpowiedzi w kinie.

Poza samą otoczką, nie można zwrócić uwagi na rewelacyjne wręcz zdjęcia Claudio Mirandy, który tu wspina się na wyżyny swoich możliwości – niepozbawione szerokich planów (ujęcia łódki pokazane z góry), pięknych wizualnie ujęć (pokazanie ławicy latających ryb czy burza to mistrzostwo świata) z dyskretnymi efektami specjalnymi (chmury) i bardzo precyzyjnie zmontowane. To najlepszy wizualnie film jaki widziałem w tym roku, w dodatku świetnie zmontowany z bardzo klimatyczną muzyką Mychaela Danny. A wszystko to reżyser trzyma w ryzach i w pełni kontroluje całość. I tak się powinno robić kino.

8/10

pi2_400x400

Radosław Ostrowski

Wróg numer jeden

Nie będę się zbyt rozpisywał, bo wiadomo o czym jest ten film. Kathryn Bigelow próbuje zrekonstruować schwytanie samego Osamy bin Ladena, choć na początku miało być o nieudanych próbach. Jednak kiedy bin Laden przeniósł się na ten świat, film zmienił się w opowieść o zemście.

Reżyserka zaczyna swoją opowieść od rozmów telefonicznych w Lot 93  w WTC w trakcie ataku, zaś akcja cofa się do 2003 roku, do momentu przesłuchania terrorysty podejrzanego o kontakty z Al-Kaidą. Tam pojawia się młoda agentka Maya, która pomaga w przesłuchaniu. I tak zaczyna się polowanie, zrealizowane i opowiedziane w niemal paradokumentalnej stylistyce. Jest bardzo surowo, bez ozdobników pokazująca niełatwą prace agentów w obcym terenie, gdzie nie mogą do końca ufać innym (Pakistan), gdzie trzeba sprawdzać masę poszlak i nic nie jest pewne. Mimo dość spokojnego tempa, Bigelow potrafi zaciekawić, choć zdarzają się dość wolne momenty (sceny od namierzenia kuriera Osamy). Nie brakuje scen słynnych tortur psychicznych, tajnych więzień CIA na świecie (jedno z nich podobno jest w Gdańsku) i pokazania kilku zamachów (m.in. w hotelu w Islamabadzie czy w tajnej bazie CIA w Afganistanie), zaś fabuła oparta na relacjach świadków (znów skrypt autorstwa Marka Boala) brzmi przekonująco – scena ataku i zabicia Osamy jest zrobiona świetnie.

wrog1_400x400

Ale najbardziej w tym filmie od polowania na Osamy, bardziej przyciągnęła mnie łowczyni, grana przez Jessicę Chastain. Jest to krucha agentka, która pod opanowaniem skrywa strach, a sukces polowania zawdzięcza swojej obsesji i determinacji (scena, gdy szefowi wpisuje na drzwiach dni bezczynności odkąd namierzono kryjówkę Osamy), jednak cena okazuje się dość wysoka – utrata wiary, przyjaciół. Ale poza nią jest tu dość mocny i solidny drugi plan. Nie brakuje twardych agentów(Jaon Clarke jako Dan), rozsądnych szefów (Joseph Bradley Kyle’a Chandlera czy dyrektor CIA Jamesa Gandolfiniego), aż po agentów specjalnych (tu należy wyróżnić role Edgara Ramireza i Jennifer Ehle). Tu nie ma się do czego przyczepić, a parę epizodów (w tym Mark Strong) zapada w pamięć.

wrog2_400x400

Mimo pewnego znużenia (to nie film akcji), „Wróg numer jeden” to mocne kino, które jednak serwuje słodko-gorzki finał. Bo choć główny wróg nie żyje, to nadal terroryści działają. Ciekawa refleksja tego filmu.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Poradnik pozytywnego myślenia

Patrick Solitano Jr. był zastępcą nauczyciela historii w szkole w Filadelfii. Ale kiedy zastał żonę po powrocie z kochankiem, coś w nim pęka. Bije go, zostaje aresztowany i trafia do szpitala psychiatrycznego, gdzie zdiagnozowana zostaje choroba dwubiegunowa. Po 8 miesiącach leczenia zabiera go matka do domu. Tam rodzice próbują go wesprzeć i pomóc mu. Patrick planuje pozbierać się i odzyskać swoją żonę. Jednak jego plan może wziąć w łeb, gdy poznaje pewną kobietę – Tiffany Maxwell.

poradnik_400x400

Sama historia wydaje się dość prosta, ale niezbyt oczywista historia. Reżyser David O. Russell, który pewnie czuje się w obyczajowych filmach (m. in. „Fighter”) tym razem opowiada opowieść o próbie ponownego powrotu do społeczeństwa, nie łatwego, gdyż przeszkodą jest choroba, wywołująca obsesje i lęki oraz niezabliźnione jeszcze rany. Choć temat wydaje się dość mocno poważny, udaje się to opowiedzieć w dość lekki i niepozbawiony humoru sposób, a jednocześnie wszystko to jest opowiedziane bardzo przekonująco, humor nie osłabia siły tego filmu i nie jest on wrzucony na siłę, a to potrafi naprawdę niewielu reżyserów. Technicznie jest na solidnym poziomie – umówmy się, to jest skromne kino, jednak w paru miejscach wybija się montaż (m. in. w scenie ataku furii Pata, przeplatającymi się ze sceną zdrady i jej konsekwencjami czy pojawienie się oficera Brady’ego). A wszystko to zrobione w ciepły i subtelny sposób.

poradnik2_400x400

Jeśli zaś chodzi o obsadę, to tutaj mamy bardzo mocną ekipę. Brawurową główną role zagrał Bradley Cooper. Gwiazdor „Kac Vegas” tym razem wcielił się w Pata, świetnie oddając jego lęki oraz paranoję (nocna dyskusja wywołana „Pożegnaniem z bronią” czy furia spowodowana niemożnością znalezienia kasety z wesela), zaś jego determinacja do osiągnięcia nierealnego celu i wiara w pozytywną energię jest godna uznania. Na zbliżonym poziomie grana partnerująca mu Jennifer Lawrence, grająca dość zbliżoną charakterem postać. Tiffany nie może pogodzić się ze stratą męża i stopniowo próbuje wrócić do normalności. A między nimi powoli zaczyna iskrzyć i kibicujemy im aż do końca. Na drugim planie najbardziej wybija się wracający do formy Robert De Niro jako ojciec Pata, który również ma swoje obsesje, zaś w scenie, gdy wyznaje synowi, że chciałby z nim spędzić więcej czasu jest rozczulająca. Ale poza nim warto zwrócić uwagę na Jacki Weaver (matka Pata), Anupama Khera (dr Patel, terapeuta), Chrisa Tuckera (Danny, kolega Pata z terapii) czy Johna Ortiza (Ramon).

poradnik3_400x400

Ciepłe, słodko-gorzkie kino, które coraz bardziej zaczynam doceniam. Czy film powalczy o Oscary – zobaczymy, ale to kolejny warty uwagi tytuł. Dający dużą dawkę pozytywnej energii.

8/10

Radosław Ostrowski

Operacja Argo

Ben Affleck – aktor, który jest uważany za największe beztalencie ostatnio zmienił kierunek zainteresować i postanowił zająć się reżyserią. I o dziwo wychodzi mu to z dobrym skutkiem, zyskując opinię solidnego rzemieślnika. Zarówno „Gdzie jesteś, Amando?” i „Miasto złodziei” były przykładami dobrych, sensacyjno-kryminalnych opowieści, ale teraz podjął się najtrudniejszego zadania – nakręcenia thrillera politycznego. Choć Affleck otrzymał mocne wsparcie (producentem jest sam George Clooney, historia była oparta na faktach) było ryzyko wpadki. Ale reżyser wyszedł z konfrontacji obronna ręką. Ale po kolei.

W 1979 roku w Iranie doszło do obalenia, wspieranego przez Amerykanów szacha. Doszło do zamieszek, w trakcie których rewolucjoniści zaatakowali amerykańska ambasadę. Jednak szóstce pracowników udało się zwiać i ukrywają się w domu kanadyjskiego ambasadora. Parę miesięcy później Biały Dom chce wyciągnąć ich stamtąd. Agent CIA Tony Mendez wpada na dość szalony i karkołomny pomysł – Amerykanie mają odlecieć jako… członkowie kanadyjskiej ekipy filmowej.

argo2_400x400

Powiem szczerze, byłem absolutnie przekonany, że cała historia to wymysł hollywoodzkich scenarzystów – to brzmiało aż tak nieprawdopodobnie. Jednak Affleck dokonał niemożliwego i zrobił bardzo przekonującą i wciągająca historię, choć finał jest znany. Jak to zrobić? Już sam scenariusz jest świetny i można podzielić na 3 części jak w rasowym kryminale: planowanie, przygotowanie i realizacja. Choć sprawa jest poważna, nie zabrakło odrobiny dowcipu (sceny organizowania przykrywki w Hollywood – gdzie twórcy pozwalają sobie na odrobinę kpin z Hollywood), ale gdy akcja przenosi się do Iranu, napięcie jest podnoszone bardzo wysoko, zwłaszcza od scen ucieczki aż do samego finału (genialne zrobione sceny na lotnisku – montaż równoległy zasługuje na uznanie). Jednocześnie wiernie odtworzono realia i atmosferę tego okresu (przełom 79/80), za co należy się uznanie. Ale jest jedna wada: dość jednostronnie pokazano Irańczyków jako fanatyków z gnatami mordującymi wszystko, co z USA.

Także od strony aktorskiej jest to wyższa szkoła jazdy. Bardzo przyzwoicie wypadł sam Affleck w roli głównej. Agent Mendez to specjalista od organizacji ucieczek, który rozdarty między zadaniem a odpowiedzialnością wybiera to drugie, a jednocześnie samotnik utrzymujący kontakt z synem. Za to na drugim planie bryluje dwóch speców od humoru, czyli John Goodman (charakteryzator John Chambers) oraz Alan Arkin (producent Lester Siegel – serwujący najdowcipniejsze teksty) kradnący całe show. Nie sposób nie wspomnieć Bryana Cranstona. Gwiazdor „Breaking Bad” przekonująco wypadł jako przełożony Mendeza, zaś w finale wybija się na wyższy poziom.

argo_400x400

Gdyby parę lat ktoś mi powiedział, że film wyreżyserowany przez słabego aktora, będzie walczył o najważniejsze nagrody, obśmiałbym go. A jednak. „Operacja Argo” to przykład na to, jak należy serwować kino rozrywkowe z najwyższej półki. Brawo, Mr Affleck, czekam na więcej.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Lincoln

Steven Spielberg – filmowiec, którego bardzo cenię i szanuję, choć jego niektórych posunięć jako producenta nie rozumiem („Tranformers” – Steven, stać cię na więcej). Zgrabnie balansuje między ambitnymi i poważnymi produkcjami („Lista Schindlera”, „Szeregowie Ryan”) a lekkimi, kasowymi hitami („Szczęki”, seria „Indiana Jones”, „Przygody Tintina”). Tym razem Spielberg podjął się bardzo ryzykownego zadania opowiedzenia o najbardziej amerykańskim z prezydentów, najbardziej lubianym i traktowanym niemal jak wzór – Abrahamie Lincolnie.

Tylko, że reżyser nie skupia się na przedstawieniu całego życiorysu, ale skupia się na ostatnich 4 miesiącach urzędowania prezydenta, zaś cała intryga dotyczy przegłosowania poprawki znoszącej niewolnictwo. Czyli jednym słowem jest to bardziej kino polityczne, a biografią jest tak przy okazji. Nie mniej trzeba przyznać, że reżyser poważnie przyłożył się do zadania: technicznie nie ma się do czego przyczepić, zarówno zdjęcia, scenografia, kostiumy i montaż są na poziomie. Muzyka Johna Williamsa lekko zawodzi, rzadko się pojawia i robi tylko za tło. Ale jest dość poważny problem z „Lincolnem” – niby wszystko jest na swoim miejscu, ale historia zwyczajnie nie porywa, nie zaskakuje i brakuje tego słynnego „cosia”, dzięki któremu jesteśmy w stanie usiedzieć 2 i pół godziny przed ekranem.

Lincoln_400x400

Jest jednak pewien facet, który przyciągnął mnie na ten czas i pokazał granie z najwyższej półki. A imię jego Daniel Day-Lewis. O w zasadzie nie gra Lincolna, tylko nim jest i nie chodzi tylko o fizyczny wygląd. Czuć, że jest to mąż stanu, który wierzy w słuszność swoich przekonań i jest w stanie tych słuszności nagiąć prawo.  Ale jest też bardzo bezpośredni wobec ludzi i jest uroczym gawędziarzem. Ale kiedy nie ma Day-Lewisa kradnącego całe show, wtedy pojawia się świetna Sally Field jako jego żona – trochę na granicy załamania nerwowego, bardzo się o niego troszcząca i bojąca się losu jego i ich syna. Zaś drugi i trzeci plan jest tak naszpikowany znanymi twarzami, że nie byłby w stanie wszystkich pomieścić.  Najbardziej zapadł mi w pamięć Tommy Lee Jones w roli Thaddeusa Stevensa – ostrego kongresmena, do końca walczącego o wprowadzenie poprawki, a jego potyczki w kongresie czy rozmowa z Coftrothem są najmocniejszymi w filmie. Poza nim nie wypada wspomnieć takich osobistości jak Davida Strathairna (rozważny William Seward, sekretarz stanu), Josepha Gordona-Levitta (Robert Lincoln, syn prezydenta), dawno niewidzianego Jamesa Spadera (W.N. Bilbo – przekonujący przeciwników do głosowania za) czy Petera McRobbiego (George Pendleton – szef Demokratów).

Lincoln2_400x400

Na pierwszy rzut oka wszystko jest monumentalne, epickie i z rozmachem, ale poza rzemiosłem (z wysokiej półki) niewiele tu zostaje. To po prostu dobre kino, ale żeby aż tyle nominacji, to lekka przesada.

7/10

Radosław Ostrowski

Bestie z południowych krain

Jesteśmy gdzie na zadupiu, gdzie zbliża się powódź. Mieszkańcy miejsca zwanego tu Wanną zachowują się zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i… nie zamierzają się wyprowadzać z tego syfu. A wszystko to widzimy z perspektywy kilkuletniej dziewczynki o imieniu Hushpuppy mieszkającej z ojcem pijusem.

Jeśli chodzi o nominacje do najważniejszych nagród, musi pojawić się przynajmniej jeden niezależny film. I tak jest od kilku lat, a w tym raku padłu na „Bestie…” niejakiego Benha Zeitlina. I szczerze mówiąc, jest to dość dziwny film opowiadający przede wszystkim o relacji ojciec-córka – balansującej między miłością a nienawiścią. Ale tak naprawdę mamy tutaj groch z kapustą: są pewne elementy nie z tego świata (tury pojawiające się w snach), realistycznie pokazano nędzę okolicy zwanej Wanną – podniszczone kontenery, opustoszała okolica, dużo wody. Dlaczego mieszkańcy nie chcą się wprowadzić i boją się bardziej ludzi niż żywiołu? Nie wiadomo, a fabuła jest ledwie naszkicowana. Po jednej scenie, przychodzi kolejna, a po niej kolejna. I gdzieś tak w połowie to wszystko się rozmazuje i w zasadzie przestaje mnie to obchodzić. Niedawno go obejrzałem, ale już niewiele z tego pamiętam i choć całość trwa tylko półtorej godziny, to ten czas wlekł się w nieskończoność. Jedyne czym ten film się broni to zdjęciami (zwłaszcza na początku) oraz muzyką.

bestie_300x300

Drugą najbardziej broniąca się rzeczą jest debiutująca na dużym ekranie Quvenzhane Wallis w roli Hushpuppy. Jest bardzo dojrzała nad swój wiek (narracja z offu), mało mówi i ma silny charakter. Ale nawet ona nie jest w stanie wybronić tego filmu do samego końca.

Jak już wspomniałem, film mnie rozczarował i nie wkręcił mnie. Trochę szkoda, bo widać, że chodziło o coś głębszego. Ale to był skok na głęboką wodę i prawie się utopiłem.

5/10

Radosław Ostrowski

Django

Łowca głów, dr King Schultz wykupuje czarnego niewolnika imieniem Django, gdyż potrzebuje jego pomocy w wytropieniu zbirów – trzech braci. Ten mu pomaga, a jednocześnie uczy go fachu i obiecuje uczynić go wolnym człowiekiem. Jednak Django prosi łowcę o pomoc w odszukaniu żony, która została sprzedana. Obecnie przebywa w majątku Calvina Candie, a obaj panowie przygotowują dość skomplikowany plan…

django_400x400

Quentin Tarantino – czy jest choć jeden człowiek na świecie, który interesuje się filmem i kojarzył tego nazwiska? Chyba nie. Reżyser bawiący się konwencjami, gatunkami, mistrz pisania dialogów, który bardzo precyzyjnie tworzy historie i ma swój bardzo wyrazisty styl. Tym razem reżyser zmierzył się z najbardziej amerykańskim gatunkiem – westernem. I stworzył film balansujący między pastiszem, a hołdem dla tego gatunku. Tutaj bohaterowie są bardziej pełnokrwiści niż w jakimkolwiek innym filmie Quentina (może poza „Jackie Brown”) – fabuła jak zawsze jest bardzo precyzyjnie opowiedziana (choć ekspozycja trwa około godziny, to jednak jak to jest opowiedziane), okraszone to świetnym montażem oraz zdjęciami Roberta Richardsona, który znów pokazuje klasę, przeestetyzowanej przemocy (jatka w domu Candie’ego to mały majstersztyk czy scena zabicia jednego ze zbirów, gdzie krew spada na białe kwiaty) oraz świadomym puszczaniem oka do widowni (pojawienie się oryginalnego Django granego przez Franco Nero). I jak zawsze świetnie dobraną muzyką, gdzie poza motywami z westernów autorstwa Luisa Bacalova i Ennio Morricone, pojawiają się tzw. czarne brzmienia (od soulu po hip-hop).

django2_400x400

Także aktorzy poradzili sobie więcej niż przyzwoicie. Najbardziej obawiałem się Jamie Foxxa w roli tytułowego Django. Jednak aktor poradził sobie z rolą niepokornego niewolnika, pewnego siebie twardziela, który kulom się nie kłania. Jednak najbardziej popisało się dwóch aktorów: Christoph Waltz oraz Leonardo DiCaprio. Schultz w wykonaniu Waltz to profesjonalista w zabijaniu ludzi za pieniądze, nie popiera niewolnictwa i jest pełnokrwistym dżentelmenem, choć Niemcem. Jednocześnie działa według własnych reguł i poczuwa pewną odpowiedzialność za los czarnych. Jednak prawdziwą klasą jest DiCaprio wcielający się w czarny charakter – dandysowskiego właściciela dużej plantacji przekonany o wyższości białych nad czarnymi (rewelacyjna scena z czaszką czarnego lokaja). Jeśli ktoś nie wierzy w jego talent, to powinien choćby z tego powodu zobaczyć ten film. A jeśli Tarantino, to nie mogło zabraknąć Samuela L. Jacksona, tym razem jako lojalnego lokaja Candiego Stephena. Także w epizodach nie brakuje znanych aktorów jak Don Johnson (plantator Big Daddy), Walton Goggins (Billy Crash) czy James Remar (Butch Pooch – sługus Candiego).

django3_400x400

Tarantino po raz kolejny nie zawiódł i pokazał wielki talent i poziom, do którego wielu reżyserów aspiruje. To najlepszy western od czasów „Bez przebaczenia”.

8,5/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski