Dzień patriotów

15 kwietnia 2013 roku w Bostonie miał być świętem dla miasta, Dniem Patriotów. Podczas tego dnia wydarzeniem jest odbywający się od ponad stu lat maraton. Wielu zawodników, bieg – brzmi to jak świetna zabawa, prawda? Tylko, że w trakcie tego biegu dochodzi do eksplozji – jedna po drugiej. Słychać krzyki, ból, jest mnóstwo rannych, a policja i federalni zaczynają prowadzić śledztwo. Kto to zrobił? Terroryści? Szaleniec? A może było ich kilku?

dzien_patriotow1

Wydawałoby się, że z tej historii, o której każdy słyszał i tak świeżej nie da się zrobić dobrego filmu. Ale Peter Berg dokonuje tutaj prawdziwego cudu. Choć sam początek i ekspozycja postaci jest prowadzona bardzo spokojnie, a nadmiar bohaterów może wywołać dezorientację. Ale wszystko się zmienia w momencie scen zamachu. Wtedy bardzo sugestywnie pokazany jest chaos, zamieszanie, wszędzie lejącą się krew, rozrywaną skórę i poczucie bezsilności. Te momenty chwytały za serce i od tego momentu zmieniło się tempo. Akcja niejako prowadzona jest dwutorowo: z perspektywy braci Carnajew oraz tropiących go gliniarzy, ze szczególnym wskazaniem na sierżanta Saundersa.

dzien_patriotow2

Nie mogę nie powiedzieć, że jest to film zrobiony z patosem (amerykańskie flagi, te piękne mundury i ten widoki na Boston), jednak nie jest to ciężkostrawna dawka a’la Michael Bay. To jest hołd złożony przede wszystkim dla miasta, które nie daje się łatwo zastraszyć i złamać. Niemal paradokumentalna realizacja tylko podkręca klimat. Wrażenie robią sceny rekonstrukcji szlaku za pomocą zapisów kamer oraz dwie rewelacyjne sceny. Pierwsza to przesłuchanie żony jednego z podejrzanych, gdzie każde słowo ma dużą siłę rażenia, a druga to strzelanina terrorystów z policją, zrealizowana tak, jakby to zrobił sam Michael Mann. Dużo strzałów, wybuchów i nerwów – i to lubię. Całość ogląda się znakomicie, a finałowe sceny, gdzie mamy materiały z prawdziwymi uczestnikami tych dni robią mocne wrażenie.

dzien_patriotow3

Także trzeba pochwalić aktorów, którzy zrobili wiele, by dać charakter swoim postaciom, o których można powiedzieć jedno: to profesjonaliści, znający się na swoim fachu. Może nie są to bardzo rozbudowane i głębokie postacie, jednak zapadają w pamięć. Zarówno John Goodman, Kevin Bacon czy J.K. Simmons prezentują bardzo solidny poziom. Zaskoczył mnie za to Mark Wahlberg (sierżant Saunders), którego poznajemy troszkę bliżej, a aktor idealnie pasuje do ról everymanów.

dzien_patriotow4

Ktoś powie, że Peter Berg nie jest wielkim reżyserem. Może i tak, ale takie historie są dla niego idealne. Proste opowieści o ludziach w ekstremalnych sytuacjach, zrobione po amerykańsku (czyli świetnie technicznie i odpowiednio dawkowanym patosem), potrafiąc poruszyć oraz trzymać w napięciu. To najlepszy film Berga i teraz będę czekał na kolejne dokonania.

dzien_patriotow5

8/10

Radosław Ostrowski

Ghost in the Shell

Tokio w przyszłości wygląda tak jak Los Angeles w „Blade Runnerze” – wali po oczach neonami, a granica między ludźmi a rozwiniętymi maszynami zatarła się dawno temu. W tym świecie przyszło żyć Major – ludzki mózg w mechanicznym ciele. Idealna broń i maszyna mająca być ślepo posłuszna i zdolna do zabijania. Ale czy aby na pewno? Major tym razem dostaje zadanie schwytania pewnego hakera, który jest odpowiedzialny za śmierć trzech pracowników korporacji, co stworzyła Major. Razem z kolegami Sekcji 9 (tacy futurystyczni gliniarze) ruszają jego tropem.

ghost_in_the_shell1

Odbiór filmu Ruperta Sandersa zależy od dwóch decydujących czynników: znajomości japońskiego pierwowzoru (anime – serial i filmy) oraz stosunku do tego materiału. W moim przypadku sprawa jest bardzo prosta, bo oryginału nigdy nie widziałem. Remake mocno przypomina pod względem treści wspomniane dzieło Ridleya Scotta, pokazując wizję świata z jednej strony technologicznego rozwoju. Ludzie mogą się tak upgrade’ować swoją fizyczną powłokę i udoskonalać, a w zamian mają być tylko lojalni i posłuszni, a z drugiej strony jest ciągle nędza oraz bieda. Jak w tym wszystkim znaleźć człowieczeństwo? Zwłaszcza, że można przecież przeszczepić czyjeś wspomnienia oraz odebrać tożsamość (mocno to przypomina dzieła Dicka), gdzie nie wiadomo kim jesteś, kim byłeś. Ta przyszłość potrafi przerazić, mimo mocno święcących reklam różnych towarów, jest tak naprawdę pusty, przygnębiający i brudny. Brakuje jeszcze tylko ciągle padającego deszczu, bo jest tak źle. Za to mamy wszelkiego rodzaju glitche, czyli obrazy jakby wrzucone przypadkiem i szybko znikające (coś w rodzaju zaburzenia percepcji).

ghost_in_the_shell3

Scenografia robi piorunujące wrażenie (może nie tak, jak ostatni „Blade Runner”, ale trudno przejść obojętnie), tak samo jak pulsująca, elektroniczna muzyka niemal żywcem wzięta z którejś części „Deus Exa”. Tajemnica jest tutaj odkrywana bardzo powoli, chociaż parę razy dialogi są łopatologiczne, ale intryga wciąga. Poczucie osaczenia jest budowane wielokrotnie (starcie w piwnicy, pierwsze spotkanie antagonistów), a sceny akcji są po prostu świetne – nawet slow-motion nie było problemem. Kilka kadrów jest wręcz przepięknych (narodziny Major, gdzie dochodzi do złączenia mózgu z nowym ciałem). I ciągłe pytanie: komu możemy zaufać? Dość szybko się domyśliłem, kto pociąga za sznurki, ale dałem się wciągnąć w opowieść, a kilka scen (przeszłość Major – ta prawdziwa) potrafiło poruszyć. Wrażenie też psuje przemoc, a właściwie jej umowność, która troszkę nie pasuje do tego brudnego i bezwzględnego świata. Zakończenie zaś sugeruje ciąg dalszy (nie miałbym nic przeciwko), chociaż w box office nie namieszał ten tytuł.

ghost_in_the_shell4

A jak to jest zagrane? Lepiej niż spodziewali się hejterzy, chociaż były dwa zgrzyty. Pierwszym była Juliette Binoche wcielająca się w dr Oulet, czyli twórczynię Major, a jej wątek był dość mocno wykorzystujący łopatę w przekazywaniu informacji. Drugim kiksem jest niejaki Peter Ferdinando jako szef korporacji, Cutter. Rola tak stereotypowa jak na tego typu postać, że łatwo domyślić się jego motywacji. Reszta nie zawodzi, a największe wrażenie robi Pilou Asbaek jako twardy Batou oraz sam Takeshi Kitano jako szef Sekcji Aramaki (końcówka zdecydowanie należy do niego), samą obecnością kradnący każdą scenę. A jak poradziła sobie Scarlett Johansson w roli głównej? Powiem krótko: jest rewelacyjna. Z jednej strony bezwzględna zabójczyni, ale z drugiej osoba prześladowana przez szczątki wspomnień. Aktorka znakomicie pokazuje siłę (pięści), lecz także zagubienie, niepewność, poszukiwanie swojego ja i wierzyłem jej (jej oczy mówią więcej).

ghost_in_the_shell2

Jaki jest ten nowy „Ghost in the Shell”? To zależy od waszego stosunku do oryginału. Czy może zachęcić do zapoznania z pierwowzorem? Myślę, że tak, broniąc się klimatem, pesymistyczną wizją świata, tajemnicą i więcej niż porządnym aktorstwem. Można z było z tego wycisnąć więcej, a pewne wątki i postacie lepiej zarysować, lecz całość i tak daje radę. Warto dać szansę i wejść w świat bez ducha.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Wyklęty

Kiedy usłyszałem o kolejnym filmie dotyczącym żołnierzy wyklętych przeraziłem się strasznie, pamiętając koszmarek jakim była „Historia Roja”. Bo spodziewałem się kompletnego dziadostwa, niechlujnie zrealizowanego, z prostym podziałem na dobro i zło (jak w komiksie) oraz tak skażona ideologią, że będzie to niestrawne. Dodatkowo całość robił debiutant Konrad Łęcki, wspierany przez producenta Michała Kondrata, co nie wróżyło niczego dobrego. Efekt jest dość zaskakujący.

Nie, „Wyklęty” to nie jest dobry film, ale ma spore ambicje pokazania czegoś więcej. Cała historia skupia się na Franciszku Józefczaku „Lolo” – młodym żołnierzu podziemia. Zdecydował się ujawnić, lecz władza ludowa nie przyjęła go dość ciepło. Bicie, tortury, przesłuchania – amnestia obiecywała coś zupełnie innego. Kiedy zostaje odbity z transportu przez partyzantów „Wiktora”, dołącza do grupy i walczy, aż w końcu wpada, ginąc. Niby nic niezwykłego w tego typu historii, ale czasami udaje się Łęckiemu coś, czego nie było wcześniej: dodane odrobiny szarości.

wyklty1

Reżyser nie unika patosu, jednak nie jest to irytujące, niestrawne, po amerykańsku wręcz. Do tego pokazuje żołnierzy wyklętych nie tylko jako walczących wojowników, czystych i nieskalanych. W przeciwieństwie do poprzedników, „Wyklęty” pokazuje ich jako ludzi wątpiących w sens walki, podatnych na głód i choroby. Ukrywanie się wywołuje zmęczenie, bezsilność, co z jednej strony dodaje realizmu, a z drugiej spowalnia tempo. Dodatkowo jeszcze wiele postaci pobocznych rysuje ciekawe tło, chociaż to tylko epizody (lekarz, więziony komendant AK czy chłop przyłapujący Lola na kradzieży). Jest też nawet delikatny wątek miłosny, zrobiony bez zadęcia i nadęcia. Także wszelkie sceny akcji są świetnie zrealizowane. Także stylowe zdjęcia (głównie te przyrodnicze z mgłą i lasem) zasługują na szczególne wyróżnienie.

wyklty2

Tylko co poszło nie tak? Dwie poważne sprawy. Po pierwsze, nadal jest ten duży podział na dobrych, prawych żołnierzy wyklętych oraz ubecką hołotę, rzucającą kurwami, chujami, bandytami i zajmującymi się mordowaniem, chlaniem. Po drugie, dorzucono wątek współczesny, gdzie zostaje oddany hołd tym wojakom, przez obecną władzę (wyjątkiem jest pani poseł z telewizji). Tutaj stosowanie łopaty przez reżysera jest wręcz szkodliwe.

wyklty3

Aktorsko jest tutaj bardzo przyzwoicie, nawet ci przerysowani ubecy (Robert Wrzosek, Janusz Chabior) dają radę. Także wcielający się w dowódcę Wiktora Marcin Kwaśny (także producent filmu) dźwiga postać niezłomnego, bezkompromisowego żołnierza. Ale największym zaskoczeniem był Wojciech Niemczyk w roli głównej. Lolo w jego wykonaniu to bardzo wycofany, powściągliwie poprowadzony, z bardzo smętnym spojrzeniem, jakby złamany. Ale kiedy zaczyna się odzywać, jego bardzo apatyczny głos potrafi odrzucić. Także drobne role Olgierda Łukaszewicza, Marka Siudyma i Leszka Teleszyńskiego dodają realizmu.

wyklty4

„Wyklęty” to kompletne zaskoczenie, chociaż dalekie od ideału. Scenariusz nie wszystko wygrywa (przyjaźń Lolo z Maćkiem czy romans), a kilka wątków można było luźno pozbyć. Spodziewałem się kompletnego gniota, a wyszedł kawałek niezłego kina. Dobry kierunek i mam nadzieję, że następni twórcy pójdą tą drogą.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Po prostu przyjaźń

Wyjaśnijmy sobie od razu jedną rzecz – „Po prostu przyjaźń” to dramat z drobnymi elementami humorystycznymi skupionym na kilku postaciach. Takim głównym motorem są losy paczki przyjaciół i ich wykładowcy z liceum, którzy co roku wyjeżdżają w góry: Julia, Kamil, Grzegorz, Marian i Jadźka. Każde z nich musi się zmierzyć z własnymi problemami oraz kwestiami przyjaźni. Czym ona jest? Czy należy w jej imię oszukiwać, ukrywać czy może należy być bezwzględnie szczerym?

po_prostu_przyjazn1

I tutaj zaczynają się przeskoki także na inne postacie, które będą zmuszone podjąć trudne decyzje. Ukrywanie choroby, wybór sąsiada na dawcę spermy, pomoc koleżance w dorwaniu… guzika znanego celebryty czy duża wygrana w totolotku. Więc jest w czym wybierać, tylko że ten nadmiar postaci i wątków może wprawić w konsternację, bo nie wszystko zostało wygrane do końca, przeskakując z postaci na postać (jak w „Listach do M.”). Ale może po kolei.

po_prostu_przyjazn2

Reżyser nie próbuje na siłę rozśmieszyć, a reklamowanie tej produkcji jako komedii romantycznej to strzał w stopę. Owszem, są piosenki w tle (ale bardzo malutko) i muzyka taka bardziej poważna, a całość próbuje być taka bardziej poważna i dramatyczna, co jest pewnym zaskoczeniem. Bo szczerze spodziewałem się przesłodzonej, lukrowanej smakiem TVN-u z gwiazdkami tej stacji (to akurat jest odczuwalne), z humorem dość niskich lotów opartych na prostych gagach czy słabych dialogach. Tutaj na szczęście tak nie jest, a większy nacisk na dramat (wątek Julii czy Kamila i Grzegorza) daje emocjonalnego kopa. A jeśli chcecie się pośmiać, to najlepiej sprawdza się wątek związany z panem Szymonem i Antkiem (powoli rodząca się przyjaźń spowodowana pewnym wypadkiem) oraz Ivanki, szukającej dawcy nasienia.

po_prostu_przyjazn3

Dla mnie problemem jest przede wszystkim brak głębszego portretu postaci, przez co nie zawsze było łatwo się z nimi zidentyfikować. Ja rozumiem, że to bardziej lżejsze kino, ale pewne tło by się przydało. Drugim mocnym minusem jest bardzo otwarte zakończenie, które zamyka wątki dopiero w napisach końcowych. Czuć tutaj fundamenty pod drugą część (nie obraziłbym się, gdyby powstała).

po_prostu_przyjazn4

Mocnym punktem bywa (nie zawsze) obsada, chociaż nie wszystkie postacie są w pełni wykorzystane (dotyczy to głównie Przemysława Bluszcza i Grzegorza Damięckiego). A co najważniejsze, wszyscy grają raczej serio, bez puszczania okiem czy wygłupiania się, co wcale nie jest takie proste i łatwo przedobrzyć (niestety, tak robi Maciej Zakościelny i wypada słabo). Czysto komediowe oblicze prezentuje rozbrajająco zabawny Bartłomiej Topa (nadopiekuńczy, lecz odpowiedzialny Patryk) oraz Krzysztof Stelmaszczyk (Szymon), których obecność czasami rozsadzić ekran, wygrywając swoje wątki bez fałszu. A klasę kolejny raz potwierdza Agnieszka Więdłocha, bardzo delikatnie prowadząc swoją postać, bez popadania w (nad)ekspresję oraz bardziej wyluzowany Marcin Perchuć (Marian).

po_prostu_przyjazn5

„Po prostu przyjaźń” nie jest taką stricte komedią, do jakich w ostatnich latach przyzwyczajało nas polskie kino. To bardziej słodko-gorzka opowieść o sile przyjaźni i tym jak jest ważna dla wszystkich, chociaż parę razy balans między humorem a powagą bywa naruszony. Niemniej efekt jest zaskakująco przyzwoity i nie miałbym nic przeciwko sequelowi.

6/10

Radosław Ostrowski

PolandJa

Kino nowelowe czy posiadające polifoniczną narrację nie jest niczym nowym czy zaskakującym – bez względu na gatunek czy konwencję. Na wieść o polskiej komedii składającej się z kilku wątków, podchodziłem dość sceptycznie. Zwłaszcza, że jest t dzieło debiutanta.

polandja1

O czym jest „PolandJa”? to zbiór kilku historii pokazujących Polaków portret własny, czyli opisem naszej zawiści, nienawiści, pracoholizmu, nietolerancji. Problem w tym, że kilka z tych nowelek kompletnie nie działa, a poczucie humoru oparte na rzucaniu kurew, pizd i innych wulgarnych słów. Trzeba jednak przyznać, że twórcom nie brakuje pomysłów na historyjki: ojciec jadący na spotkanie, by potem dotrzeć do córki na zawody sportowe, profesor akademicki korzystający z usług prostytutki (okazuje się ona jego… studentką), dwójkę nacjonalistów, chłopak próbujący pozbyć się węża, policjanta i bandziora gadającego o kobietach, pracownicę korporacji zwolnioną z pracy, a punktem spójnym jest budka z kebabem „Istambuł”.

polandja2

To miejsce dochodzi do finałowego zderzenia, ale to wszystko nie łączy się w jedną opowieść – brak jakiegoś wydarzenia, będącego klejem. Wszystko w oparach absurdu, a reżyser próbuje skomentować obecną sytuację kraju, mierzącego się z imigracją i „brudasami”. Bywa czasami dosadnie (rozmowa Iwo z Erykiem), nawet lekko romansowo (studentka w związku z pracownikiem budki z kebabem) czy wręcz purnonsensowo (wątek Szymona i tajemniczego kloszarda), ale to wszystko ani ciekawe, ani zabawne, czy nawet wnikliwe – wszystko ociera się o banał, wyciągając mało odkrywcze, a nawet krzywdzące wnioski (że mało Polaków w Polsce przez „brudasów” czy innych „ciapatych”).

polandja3

„PolandJa” jest miejscami topornie zrealizowana, choć zdjęcia są niezłe. Broni się też muzyka Andrzeja Smolika, dobrze pasująca do wydarzeń ekranowych, nawet zgrabnie wykorzystująca piosenki. Ale sami bohaterowie są ledwo liźnięci i pozbawieni jakiegoś wyraźnego tła czy motywacji. Czułem się wrzucony w środek historii, bez początku czy puenty, przez co miałem tak naprawdę gdzieś ich losy. Jeśli jednak ktoś wyróżnia się z tego grona postaci, to byłyby zdecydowanie role Izy Kuny (Jola), Borysa Szyca (żołnierz w ostatniej sekwencji) oraz Jerzego Radziwiłowicza (profesor). Jeszcze można wspomnieć Janusza Chabiora (menel) i Michała Żurawskiego (Eryk, czyli typowy Janusz), tworzący wyrazisty drugi plan.

polandja4

Tylko, że to wszystko nie wystarcza, bo „PolandJa” nie daje ani dobrej (lub co najmniej przyzwoitej) rozrywki, ani jakiejś trafnej obserwacji rzeczywistości (nieudolne próby pozbycia się węża czy próba wysadzenia kebabu) lub solidnej realizacji. Poza aktorami nie ma tu zbyt wiele do pokazania, co mocno smuci.

polandja5

4/10

Radosław Ostrowski

Szczęście świata

Rok 1939. Mieszkający w Warszawie dziennikarz Sobański dostaje zadanie przeprowadzenia wywiadu z autorem bestsellerowego przewodnika po świecie. Jedynym tropem jest poczta, z której autor odbiera honorarium gdzieś na Śląsku. Bohater wyrusza tam i zamieszkuje w kamienicy, gdzie przebywa jego kochanka – Róża. Poza nią mieszka tam galeria dość intrygujących postaci, która będzie miała decydującą rolę przed najgorszym okresem.

szczcie_wiata1

Michał Rosa jest dla mnie niezbyt znanym reżyserem, tzn. słyszałem o jego filmach niż je widziałem. „Szczęście świata” to nietypowa mieszanka dramatu, komedii i… realizmu magicznego. Całość wygląda bardzo bajkowo, wręcz nierealistycznie, a jednocześnie to wszystko wydaje się prawdopodobne. Sam wątek poszukiwań pisarza zostaje porzucony na rzecz mieszkańców tej kamienicy: botanika hodującego opuncje, portiera z pasją matematyka, Niemkę wychowującą syna i mającą obsesję na punkcie czystości czy pracownika poczty Jana. Film wygląda bardzo plastycznie, pełen silnych barw, jakby żywcem wzięte z filmów Wesa Andersona (bez tej symetryczności kadrów) czy Jean-Pierre’a Jeuneta, tworząc niesamowity klimat czegoś między snem a jawą. Także imponuje praca scenografów, czaruje piękna akordeonowa muzyka. Problem w tym, że sama historia nie porywa i jest mocno podzielona na scenki, w których dochodzi do interakcji mieszkańców z Różą – tym kolorowym ptakiem, wnoszącym coś więcej do ich prostego, banalnego życia. A potem wybucha wojna, kobieta znika i trafiamy do początków lat 50., widząc jak nieobecność tej osoby zostawia pustkę. Tylko, że dochodzi do tego za szybko i nie pozwala wybrzmieć. Nadzieję daje zakończenie, które wyjaśnia główną tajemnicę, ale to troszkę za mało, by uznać całość za świetną.

szczcie_wiata2

Rosa za to świetnie prowadzi aktorów, którzy tworzą bardzo intrygujące postacie. Nie zawodzi ani Krzysztof Stroiński (botanik Tomasz), Agata Kulesza (Gertruda) czy Przemysław Bluszcz (Jan), chociaż ten ostatni nie zostaje w pełni wykorzystany. Ale tak naprawdę liczy się tylko Karolina Gruszka – mieszanka niewinności, delikatności, ale też magnetyzującego erotyzmu. Nie da się przejść obojętnie wobec rudowłosej kobiety, opisującą siebie jako „szczęście świata” i dla niej należy obejrzeć ten film.

szczcie_wiata4

Dzieło Rosy to dziwaczna efemeryda, która z jednej strony uwodzi świetną estetyką i realizacją, lecz scenariuszowo zostawia wiele do życzenia. Do realizmu magicznego znanego choćby z wczesnych filmów Kolskiego brakuje sporo, ale trudno oderwać oczy od takiego pięknego kwiatka.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Gwiazdy

Ostatnio w naszym kraju widoczny jest trend tworzenia biografii ludzi osadzone w czasach PRL-u, jak „Bogowie” czy „Sztuka kochania”, co jest pozytywnym zjawiskiem. Teraz do tego grona postanowił dołączyć Jan Kidawa-Błoński i tym razem przedstawić (bardzo luźno) losy Jana Banasia – piłkarza Górnika Zabrze, co miał i chciał zagrać w Mundialu AD 1974. Punktem wyjścia jest przesłuchanie Banasia przez niemiecką polizei w sprawie ranienia człowieka nożem na stadionie podczas meczu Polska-RFN. Podczas niego Banaś opowiada swoją historię, pokazując jak mocno połamane były jego losy.

gwiazdy1

Od tej pory reżyser próbuje lawirować między melodramatem, filmem o przyjaźni, dramatem obyczajowym i kinem sportowym. Wątków jest wiele, ale pozornie twórcy skupiają się na dwóch: trójkącie między Jankiem, przyjacielem Ginterem i Marleną oraz próbach kariery sportowej. Problem w tym, że ani jedno, ani drugie nie zostaje w pełni wykorzystane i przedstawione mocno po łebkach. Jakby tego było mało to uczucie między naszym protagonistą a miejscową pięknością trzeba przyjąć na wiarę. Chemii brak, emocji też, a na samo wspomnienie imienia Marlena robiło mi się słabo.

gwiazdy2

A jak sceny sportowe? Jest ich parę, nawet jest trening a’la „Rocky”, tylko że jest tego bardzo, bardzo malutko i skrótowo. Bardziej tutaj widać, co robią piłkarze po meczu (impreza, kobity i gorzała w ilościach hurtowych), a sama gra jest ograniczona albo do umieszczenia archiwalnych kadrów lub krótkich sekwencji z kluczowych momentów. Musimy przyjąć na słowo, że Banaś jest utalentowanym piłkarzem, bo tego nie widać. Wszystko jakieś takie płaskie i trzeba przyjąć na wiarę. Plusem zdecydowanie jest warstwa wizualna, wiernie odtwarzająca realia epoki (lata 60. i 70.), z pełną detali scenografią. To wygląda ładnie i trudno się do tego przyczepić.

gwiazdy3

Aktorsko jest bardzo nierówno. Dla wielu problemem może być Mateusz Kościukiewicz, który wciela się w Banasia. Moim zdaniem jest całkiem ok, ale problemem jest jego narracja z offu, która jest po prostu zbędna i dopowiada to, co później pojawia się na ekranie. Lepiej prezentuje się za to Sebastian Fabijański jako Ginter, gdyż ma więcej materiału i ta relacja między bohaterami od przyjaźni do wrogości jest wygrana. Największą wpadką była dla mnie Marlena, czyli Karolina Szymczak, która tak naprawdę nie ma nic do grania, mówi bardzo mało i ma się tylko pokazać (ew. pokazać ciało). Znacznie bardziej zapadają w pamięć role drugiego planu, z niezawodną Magdą Cielecką jako matką Janka czy Erykiem Lubosem jako ojcem Karoliny, dodając troszkę kolorów.

gwiazdy4

Mam dziwne wrażenie, że Kidawie-Błońskiemu wyszedł tylko jeden film – „Różyczka” i to chyba przez przypadek („Skazanego na bluesa” nie widziałem). I „Gwiazdy” potwierdzają tą tezę, bo jest to przeciętny tytuł, nie wykorzystujący w pełni swojego potencjału. Niewiele się dowiedziałem o samym Banasiu, a jego losy były mi obojętne.

5/10

Radosław Ostrowski

Szatan kazał tańczyć

Pozornie jest to film o młodej pisarce o imieniu Karolina, która odniosła wielki sukces swoim debiutem, opartym na życiu swojej siostry. Kobieta ma słabe serducho, żyje sobie jak celebrytka (promocja nawet w Tajwanie), a całe jej życie bazuje na prostym szablonie: seks, dragi, obrazy z Instagramu, wymioty.

szatan_kazal1

Katarzyna Rosłaniec – wydawało mi się po debiutanckich „Galeriankach”, że mimo wad, jest pewien potencjał w tej reżyserce. Tutaj jest 56 dwuminutowych scenek, które – jak twierdzi sama autorka – można jakkolwiek zmontować, to zawsze będzie ten sam film. No i co z tego, skoro czegoś takiego jak scenariusz, reżyseria tu nie istnieje? Ciąg przyczynowo-skutkowy zastąpiono chaosem, bałaganem oraz scenkami sklejonymi z czapy. A co dostajemy? Krótkie rozmowy, przypadkowy seks, masturbację, wymioty, snucie się bohaterki po ekranie od miejsca do miejsca, od klubu do klubu, a żeby było jeszcze ciekawiej dostajemy fragmenty nowego dzieła Karoliny, a w tle zmieniająca się twarz głównej bohaterki. Brzmi to strasznie (bełkot podparty tak drażniącym głosem, że chciałem przewinąć te fragmenty), brakuje tu jakiejkolwiek myśli, przesłania, sensu, wreszcie bohaterów, którzy są ledwo liźnięci (skoro mieli tylko dwie minuty, to czego się spodziewać). Nie brakuje paru nawet ciekawych kadrów (obiad rodzinny czy rozmowa Karoliny z Jagodą), w tle potrafi rzucić się ciekawa muzyka („Papierowy księżyc” na początku i „Luciola” w finale), jednak to wszystko jest tylko ładną wydmuszką.

szatan_kazal2

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o aktorstwie, bo ono istnieje. Doceniam wręcz poświęcenie Magdaleny Berus w prezentowaniu swojego ciała, tylko że nie jest ono w żaden sposób podparte. Nie wiele o niej wiemy, ale widać pewne zagubienie, próbę odnalezienia swojego miejsca. Problem w tym, że nie byłem w stanie się zidentyfikować z Karoliną, a jej los kompletnie mnie nie obchodził. Z pozornie bogatego (lecz pustego) drugiego planu najbardziej zapadły mi w pamięć trzy postacie: matka (zawsze trzymająca fason Danuta Stenka), chłopak Marcin (dobry Łukasz Simlat) oraz postrzelona przyjaciółka Jagoda (Marta Nieradkiewicz), chociaż nie wykorzystano w pełni potencjał tych postaci.

szatan_kazal3

Ja pierdolę, chyba Szatan mnie podkusił, by obejrzeć ten wyrób filmopodobny. Najlepiej by się sprawdził jako videoinstalacja w galerii sztuki niż stricte film. Oglądacie tylko na własną odpowiedzialność, zwłaszcza, że Rosłaniec popełnia dokładnie te same błędy, co zawsze. I cofam to, co napisałem na początku.

1/10

Radosław Ostrowski

Bikini Blue

Manchester, rok 1953. To właśnie tutaj mieszka małżeństwo polsko-brytyjskie: Eryk i Dora Szumscy. Ona jest pielęgniarką w szpitalu, on – no cóż, jest pacjentem szpitala psychiatrycznego dla Polaków, walczył na wojnie. Pewnego dnia, kobieta odwiedza swojego męża, mając ze sobą listy z Czerwonego Krzyża, jednak lekarz zabrania jej informowania o tym. Mężczyzna po wizycie postanawia uciec z ośrodka i postanawia spędzić czas z kobietą.

bikini_blue2

Jarek Marszewski po 16 latach postanowił o sobie przypomnieć idąc w stronę psychologicznego dramatu. Trzeba przyznać, że to mało znane tło dla tej historii dawało spore pole do działania, a reżyser postanowił skupić się na tajemnicy związanej z Erykiem. Bardzo powoli zaczynamy odkrywać elementy układanki, skupiając się na informacjach z dialogów oraz (głównie w przypadku męża) dziwacznych zachowań, pozornie normalnych jak w momencie nafaszerowania kobiety podczas postoju (dosypanie do alkoholu środków i przyjazd na plażę) czy ucieczki. Cała historia się strasznie wlecze, składając się z paru scenek nie koniecznie ze sobą powiązanymi (scena w barze, wizyta w kinie, gdzie widzimy parodię „Godzilli”) czy finał zakończony wyjaśnieniem tajemnicy, doprowadzając mnie do… śmiechu oraz ciosem łopaty.

bikini_blue1

Z jednej strony nie jestem w stanie odmówić niczego warstwie wizualnie, tej stylizacji na lata 50., gdzie film uderza swoimi filtrami oraz pięknymi kolorami. Do tego jeszcze słyszymy bardzo gitarową muzykę Bartka Chajdeckiego, która nie gryzie się z resztą. Nawet naleciałości etniczne (flety) dodają tylko smaczku. Aktorzy robią, co mogą, by wycisnąć ze swoich postaci jakieś emocje (Tomasz Kot i Lianne Harvey), co udaje się wtedy, gdy są osobno. Jak pojawiają się razem, kompletnie odpychają się, a ja nie byłem w stanie uwierzyć im.

bikini_blue3

Na „Bikini Blue” mimo krótkiego czasu trwania (niecałe półtorej godziny) działało bardzo przysypiająco, nieangażująco oraz bardzo nudno. Pseudopsychologiczny dramat pełen (pozornej) tajemnicy oraz kompletnie nieprzekonujących bohaterów, do tego jeszcze z lektorem (bo film po angielsku). Ładne obrazki to za malutko.

3/10

Radosław Ostrowski

Kolekcja sukienek

Sam film to zbiór rozmów z ośmioma kobietami, dokonanymi przez jednego człowieka, który zadaje im pytania. O życie, o straconych marzeniach, niespełnionych nadziejach i poczuciu pustki. Debiutująca Marzena Więcek ubiera to w konwencję niby-dokumentu. Bo kamera stoi (choć nie zawsze) w miejscu, gdzie widzimy nasze bohaterki: kobiety w średnim wieku, po wielu przejściach, nieudanych związkach.

kolekcja_sukienek1

Innymi słowy „Kolekcja sukienek” to takie spokojne kino, pozbawione efektownej realizacji czy wariackiej formy. Problem w tym, że całość jest bardzo nudna, pozbawiona jakiegokolwiek rozwinięcia. Rozmowy, przepraszam monologi, są tutaj prowadzone bez ładu i składu, przeskakując z tematu na temat. Wszystkie te historie zaczynają się zlewać w jedną opowieść, gdzie dochodzi do stężenia rozczarowaniami, lękami oraz poczuciem pewnej pustki. Do tego jeszcze zostają wplecione takie barwne mini scenki, które sprawiają wrażenie wciśniętych na siłę. Jakieś dziecko w ładnym ubraniu, staruszek chodzący o kulach czy młoda para całująca się w lesie – po co to? Nie mam pojęcia, co wprawiało w jeszcze większą konsternację niż te opowieści. Pod koniec pojawia się jedyny mężczyzna (Zbigniew Zamachowski), który zostaje aresztowany.

kolekcja_sukienek2

Zwyczajnie jest mi żal tych aktorek, które bardzo się starają, by wejść w postacie. A są to charakterystyczne sylwetki Ewy Szykulskiej, Marzeny Trybały, Doroty Stalińskiej czy Iwony Katarzyny Pawlak. Nawet sama Więcek pojawia się na ekranie jako policjantka, próbując wycisnąć z tej postaci soki, chociaż trudno kogokolwiek wyróżnić.

kolekcja_sukienek3

„Kolekcja sukienek” to krótki, ale strasznie wleczący się film, pozbawiony myśli i fabuły. Wszystko wygląda jak niezaplanowana improwizacja, w niemal amatorskim stylu. Ciągle się zastanawiam po co ten film w ogóle powstał i do tej pory nie znajduje żadnej sensownej motywacji.

kolekcja_sukienek4

4/10

Radosław Ostrowski