Człowiek z bieguna

Jest rok 1978, jesteśmy w Bostonie. Tam mieszka rodzina Stuartów, którzy wiążą koniec z końcem, ale łatwo nie jest. Ona (Maggie) jest czarnoskórą kobietą, nie mogąca znaleźć pracy. On (Cameron) cierpi na afektywność dwubiegunową zwaną też chorobą maniakalno-depresyjną i z każdej pracy wręcz jest zwalniany, dlatego (stereo)typowe role rodzinne zostają wywrócone do góry nogami. W końcu kobieta decyduje się na studia do Nowego Jorku i prosi mężczyznę o opiekę nad córkami.

mi_polarny2

Obyczajowa tragikomedia zrealizowana przez doświadczoną scenarzystkę Mayę Forbes, która oparła swoją historię na własnych doświadczeniach. Pokazanie na ekranie choroby psychicznej w taki sposób, bez łopatologii, emocjonalnego szantażu jest zadaniem wręcz karkołomnym. Sam Cameron to postać bardzo kontrastowa, ale nie ma tutaj przerysowania, zgrywy czy parodii. Jego gwałtowna euforia, która zostaje równie szybko zgaszona przez depresję i smutek, a jednocześnie jego próby normalnego funkcjonowania są wygrywane, trafione w punkt. Dużym plusem jest spora dawka humoru, wynikająca z czasami dziwacznych zachowań naszego bohatera (naklejenie sztucznej brody, jazda nago na rowerze… jesienią czy szycie sukienki w nocy), który stara się żyć jak człowiek, a jednocześnie nie chce zawieść żony i córek. Mimo dużego lęku i przerażenia w oczach. Wierzy, że jeszcze znowu będą razem, ale to nie jest takie proste jak się wydaje. Bo jak mają zareagować sąsiedzi, koledzy z klasy? Przecież nie wpuścimy do tej rupieciarni.

mi_polarny1

Forbes rozkłada to na cztery pory roku, gdzie widzimy jak dziwnie dobrze zaczyna funkcjonować ten układ. Na początku jest nieufność i przerażenie, ale Cam okazuje się być naprawdę dobrym ojcem. Dba o dzieci, choć jeździ niebyt sprawnym wozem, jest otwarty na innych ludzi (chociaż niektórzy odebraliby to jako natarczywość). Jednak potrafi nagle się zgasić i zwyczajnie siedzieć (świetna scena, gdy córki zaklejają jego pokój kartkami zniechęcającymi do palenia), jakby wszystko go przerastało. Córki zaczynają powoli się przyzwyczajać i wyciągają to, co od niego najlepsze. Nie oznacza to całkowitej eliminacji choroby, raczej jej kontrolowanie.

mi_polarny3

Wszystko to rewelacyjnie pokazuje Mark Ruffalo, wygrywając drobnymi spojrzeniami, a każdy gwałtowny wybuch nie jest szarżą. Wspierają go świetne Imogeen Wooldarsky oraz Ashley Aufderheide jako dwie powoli dojrzewające córeczki. Nie sposób nie wspomnieć też o Zoe Saldanie jako próbującej radzić sobie Maggie. Czuć bardzo silną chemię i więzi łączące tą familię, co pokazują wstawki zrobione z domowej kamery.

„Człowiek z bieguna” to pozornie typowe kino obyczajowe, ale pełne humoru oraz ciepła wobec swoich bohaterów. Kino bez upiększeń, niegłupie i pełne refleksji  trafnymi dialogami. Bardzo silne przypomnienie o tym jak nasza psychiczna równowaga jest bardzo krucha i podatna na emocje. Małe, ale wielkie kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Duke of Burgundy. Reguły pożądania

Gdzieś na małej prowincji mieszka Cynthia – naukowiec, zajmująca się motylami. Nie jest już młodą kobietą, do której przychodzi Evelyn. Nie jest to jednak typowa służąca, ale kochanka „wcielająca” się w role zdominowanej. Od kiedy trwa ten związek, nie wiemy, ale coraz bardziej widać znużenie u Cynthii. Tylko nie zdradza się z tym, ale jak długo wytrzyma?

duke_of_burgundy2

Peter Strickland zwrócił moją uwagę udanym „Berberian Sound System”, gdzie bawił się w kotka i myszkę z fanami kina giallo. Tutaj jednak skręca w stronę kobiecego sado-maso, czyli bardzo mrocznej strony pożądania. O dziwo, nie ma tutaj szokowania wizualnego i prób pokazania nie wiadomo czego, tylko bardzo otwarcie przedstawia związek oparty na dominacji. Ale dopiero po czasie odkrywamy, kto tak naprawdę tym steruje. Wszystko jest zaplanowane przez tą młodszą Evelyn – ona spisuje coś w rodzaju scenariusza, który jest wielokrotnie powtarzany (ochrzan za spóźnienie, sprzątanie, pranie z pominiętym jednym ubiorem, kara, wreszcie seks), przez co wywołuje on rutynę. Wywoływało to także znużenie we mnie, a nie pomogło zastosowanie takich sztuczek jak wykłady o motylach czy pojawienie się cieśli i prośby o stworzenie skrzyni. Drobne spojrzenia sugerują, że coś się w tym układzie przestaje funkcjonować.

duke_of_burgundy1

Sam reżyser próbuje stosować różne tricki: repety, zabawę oświetleniem (dominuje tutaj mrok), przez co nie wywołuje to tak silnego efektu znużenia, a nawet wprawia w oniryczny nastrój. Podobny klimat tworzy niezwykła ścieżka dźwiękowa autorstwa zespołu Cat’s Eyes. I to ogląda się po prostu wspaniale, a kilka scen zostanie w pamięci na długo (przelatujące owady w przyspieszeniu i z bliska).

duke_of_burgundy3

Do tego jeszcze trudno oderwać wzroku od duetu Sidse Babett Knudsen/Chiara D’Anna, bez których ten film byłby tylko eksperymentalnym cudadłem. A tak jest odrobina erotycznego napięcia. Bez nich nie byłoby czuć tego pożądania.

6/10

Radosław Ostrowski

Młodzi przebojowi

Dublin, rok 1985. Jest bieda, nędza, a co sprytniejsi obywatele tego narodu wyruszają za chlebem do Anglii. Wśród tych, co ostali znajduje się Conor. Mieszka z bratem, siostrą i rodzicami, ale kryzys patrzy im mocno w oczy. Ojciec stracił pracę i by znaleźć oszczędności, chłopak zostaje przeniesiony do katolickiej szkoły. Nie do końca udaje mu się zaklimatyzować. I wtedy w tym szarym jak chmura życiu pojawia się Ona – to była miłość od pierwszego wejrzenia. Tylko jak do Niej podejść i bajerować? Cosmo improwizuje i mówi tak: jestem wokalistą takiej kapeli i mamy taką piosenkę, no i chciałbym, żebyś zagrała w teledysku do tej piosenki. Ona (a imię jej Raphina – prawda, że śliczne?) się zgadza, tylko trzeba zorganizować kapelę i nagrać kawałek.

sing_street1

Jeśli film reżyseruje John Carney, to na pewno pojawią się dwie rzeczy: miłość i muzyka. Lub też miłość do muzyki, która jest napędzana pierwszą miłością. Sama historia wydaje się jedną z wielu, jakie widziałem/słyszałem/czytałem. Miłość, świat nieprzyjazny, gdzie każdy człowiek jest podporządkowany i uszeregowany oraz Ta, dla której jesteś w stanie przenieść góry i zdecydować się na rzeczy, których nawet nie podejrzewałeś. Wszystko to przedstawione tak naturalnie, że nie czuć w tym wszystkim grama fałszu. I to zarówno jeśli chodzi o zbieranie zespołu, bardzo subtelny portret powoli tworzącego się związku dwojga ludzi. Jest to tak urocze, że chciałem zanurzyć się całkowicie w tym świecie i nigdy z niego nie wyjść. Reżyser bardzo wiernie odtwarza realia lat 80. – kostiumy, scenografia, charakteryzacja. Tu wszystkie klocki pasują do siebie, a jak dodamy jeszcze muzykę, która zgrabnie przygrywa w tle (z jednej strony Motorhead i The Clash, z drugiej The Cure, Spandau Ballet i Duran Duran), stając się inspiracją dla naszych bohaterów.

sing_street2

Ja najbardziej zapamiętam z tego filmu trzy sceny. Pierwszą jest pierwsze spojrzenie na Raphinę, która trochę wygląda jak laska z wytapirowaną fryzurą i te jej oczy – cudowne. Druga jest stworzony w głowie teledysk do jednej z piosenek w realiach potańcówki  lat 50. – tak pełnego kolorów oraz prostej, lecz ślicznej choreografii (te stroje z epoki to smaczek). Jest nawet motor i obowiązkowa bójka z nożem. No i trzecia, czyli szkolna impreza z ostrym numerem o księdzu dyrektorze. Piosenki napisane do filmu brzmią po prostu wspaniale i dla osób szukających czegoś w stylu lat 80., będą wielką przyjemnością.

sing_street3

Do tego wszystko jest znakomicie zagrane, co jest zasługą kompletnie mało znanych aktorów (z wyjątkiem Aidena Gillena, czyli lorda Baelisha z „Gry o tron”). Trudno było mi oderwać oczy od Lucy Boynton (Raphina), która była dla mnie zjawiskowa niczym nadlatująca kometa. Podobnie cudowny był Ferdia Walsh-Peelo jako próbujący się odnaleźć Conor, dla którego muzyka stanie się szansą na lepsze życie. Oboje razem wyglądali po prostu ślicznie. Trudno nie docenić też świetnego Marka McKenny (wszechstronnie uzdolniony muzycznie Eamon) oraz Jacka Reynora (brat Conora, Brendan).

sing_street4

John Carney dał znowu z siebie wiele serca i energii, którą widać w „Młodych przebojowych” – to szlachetne, poruszające i zrobione z głową kino. Małe i skromne, ale kipiące od emocji i dobrej muzyki. Szkoda, że nie trafiła do naszych kin ta produkcja, bo byłaby tego warta.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Kamienne pięści

Kino od zawsze interesowało się boksem i nie ma w tym niczego zaskakującego – w końcu to dynamiczny sport, pozwalający na widowiskowe potyczki, pełne krwi i emocji. Nie inaczej jest tutaj, w biografii panamskiego pięściarza, Roberto Durana. Jego historię przedstawił rodak, Jonathan Jakubowicz.

kamienne_piesci1

Historia boksera wydaje się być klasyczną do bólu opowiastką o chłopaku z ulicy, który dostał (i wykorzystał) szansę wejścia na szczyt. Ale łatwo nie było. Panama była krajem częściowo opanowanym przez Amerykanów (chodziło o Kanał Panamski, który zbudowali Jankesi) i wywoływało to spięcia. Dlatego naród potrzebował kogoś, kto mógłby być wzorem do naśladowania. Mimo że akcja toczy się według ogranego schematu (początki, sukces, upadek, powrót) nie czuje się kompletnego znużenia. Reżyser dość przekonująco przedstawia karierę Durana, jego związek z Felicidad, a jednocześnie wplata w to wydarzenia na Panamie jako kontrapunkt dla losów naszego bohatera. Po drodze pokazuje powiązania boksu z półświatkiem gangsterskim, mechanizmy biznesowe walk czy powolne oddalanie się Durana od bliskich. Brzmi to wiarygodnie, chociaż niektóre kwestie pozostają ledwo liźnięte. Kulminacją jest tutaj walka z Sugar Rayem Leonardem – amerykańskim mistrzem świata, która wywindowała Panamczyka na szczyt. Sceny pięściarskie są poprowadzone bardzo dynamicznie, niemal z bliska, bawiąc się montażem. Nie ma jednak miejsca na zagubienie czy dezorientację. Wszystko jest wyważone, niepozbawione odrobiny humoru (nadania przez bohatera swoim synom na imię… Roberto), ale i nie pozbawione emocji czy wzruszeń (spotkanie z nigdy nie widzianym ojcem).

kamienne_piesci2

Reżyser pewnie opowiada, chociaż pewne fakty i kwestie przemilcza, ale to w przypadku biografii rzecz absolutnie normalna. Nie znamy dokładnych powiązań Arcela z mafią ani osobistego życia Sugar Raya, ale to rozwaliłoby całą konstrukcję, rozpraszając uwagę od najważniejszej rzeczy – boksu. I jestem w stanie to wybaczyć.

kamienne_piesci3

Zwłaszcza, że dostajemy tu więcej niż porządne aktorstwo. Spisał się Edgar Ramirez, chociaż jego bohatera troszkę trudno polubić – Duran w jego wydaniu to taki pewny siebie samiec alfa, co nie daje sobie w kaszę dmuchać. Nadmiar dumy za bardzo go rozluźnia, przez co ponoszą go nerwy. Kontrastem dla niego jest wracający do dobrej dyspozycji Robert De Niro w roli mentora Raya Ancera (jest on też narratorem całości). opanowany, wyciszony i spokojny, ale też bardzo cierpliwy. Prawdziwym zaskoczeniem jednak dla mnie był Usher – znany piosenkarz, który wcielił się w Sugar Raya Leonarda – elegancki, inteligentny i czarujący facet (w porównaniu do Durana). Świetnie odtworzył gesty i ruchy na ringu Sugar Raya – chapeau bas.

kamienne_piesci4

„Kamienne pięści” nie są niczym nowym w materii kina bokserskiego, ale to jest na tyle dobrze skrojone, że sprawia to dużą przyjemność. Zresztą takie opowieści o wzlocie i upadku zawsze będą mile widziane. Uczciwe, niepozbawione emocji kino.

7/10

Radosław Ostrowski

In a Valley of Violence

Każdy chciał kiedyś być kowbojem. Ale kimś takim na pewno nie jest Paul. Razem ze swoim psiakiem Abbie jedzie do granicy z Meksykiem, by zacząć wszystko od nowa. Po drodze jednak trafia do małego miasteczka Denton, gdzie rządzi szeryf Clyde Martin oraz jego nadpobudliwy syn Gilly. Z jakiegoś zrozumiałego dla siebie powodu, prowokuje Paula do bójki, którą przegrywa. Szeryf nakazuje Paulowi opuszczenie miasta, jednak Gilly ma własne plany i na własną rękę chce się odegrać, zabijając naszą parkę poza miasteczkiem. I to był ich pierwszy błąd.

dolina_przemocy1

Ti West do tej pory kojarzył się głównie z tanimi horrorami, jednak tym razem postanowił nakręcić western i to nie jakiś tam pierwszy lepszy, tylko mocno inspirowany dokonaniami klasyków z Włoch. Czuć tą inspirację od animowanej czołówki (prawie jak z „Trylogii dolarowej” Sergio Leone) a po muzykę wyraźnie pełną odniesień do Ennio Morricone. Krajobrazy choć piękne, są bardzo surowe i bezwzględne wobec ludzi, współtworząc klimat fatalizmu. Sama historia to proste kino zemsty, które musi eksplodować. Jednak reżyser nie stawia tutaj na brutalną rozpierduchę oraz destrukcję wszystkiego, co się da. To bardzo kameralne, skromne kino, oparte na dialogach oraz niemal w całości dziejące się w jednym miejscu. Buduje to świetny klimat (zwłaszcza w drugiej połowie, gdy dochodzi do konfrontacji), a proste dialogi tylko podkręcają atmosferę. Może i widać tutaj skromny budżet (mało miejsc odwiedzany – w sensie przestrzeni, krótka przeszłość bohatera pokazana tylko za pomocą skromnego światła latarki), ale wszystko zgodnie z regułami gatunku (sam przeciw wszystkim, zgniłe moralnie miasto). Może i jest to przewidywalne, ale jaką daje to satysfakcję.

dolina_przemocy2

Niezły scenariusz oraz solidną reżyserię wspierają dobrzy aktorzy. Drugi raz na Dziki Zachód (ostatnio był w „Siedmiu wspaniałych”) odwiedza ostatnio Ethan Hawke i nadal uważam, że wizualnie pasuje do tego gatunku. Sprawdza się jako tajemniczy nieznajomy z krwawą przeszłością, ścigany przez własne demony i szukający zapomnienia. Nie jest mu to jednak dane – aktor próbuje być takim drugim Eastwoodem (surowy, niski głos), minimalizm mimiki, jednak wiele mu brakuje. Ale kompletną niespodziankę sprawił John Travolta jako szeryf, zmuszony do wyboru między Paulem i swoim synem (świetny James Ransome), pyskatym i krnąbrnym. Jego próby załagodzenia sporu są godne podziwu, jednak finał może być tylko jeden.  Jedyną wyrazistą kobietą w tym miasteczku (i jedyną uczciwą) jest Mary Anne (Taissa Farmiga), której trudno odmówić empatii.

dolina_przemocy3

Flirt Westa z westernem zaliczam do w pełni udanych. Mimo drobnych mankamentów, film ma klimat spaghetti westernu, gdzie rządzi cynizm, brutalność i bezprawie. Pozorny happy end wydaje się tylko wstępem do nowej opowieści. Ciekawe, czy pojawiła by się tam nadzieja?

dolina_przemocy4

7/10

Radosław Ostrowski

Captain Fantastic

Pozornie to klasyczne kino drogi, ale bohaterowie są dość ekscentryczni. Tak naprawdę bohaterami jest rodzina wychowywana przez samotnego ojca Bena. Jest jeszcze pięcioro dzieci, a matka znajduje się w szpitalu. Cała familia przebywa gdzieś w lesie, z dala od cywilizacji. Są świetnie przygotowani w sztuce przetrwania, mają bardzo rozległą wiedzę medyczną, polityczną i społeczną. Jednak cywilizacja upomina się o nich, gdyż ich matka (a żona Bena) odbiera sobie życie. Rodzina wyrusza w drogę na pogrzeb, chociaż nie są tam mile widziani.

captain_fantastic1

Fabuła Matta Rossa to słodko-gorzki dramat obyczajowy, który prowokuje pytania niemal odwieczne: jak żyć? Czy da się uniknąć współczesnego wyścigu szczurów? Czy da się istnieć z dala od cywilizacji? Twórcy chcą nam przedstawić punkt widzenia naszego bohatera, dla którego cywilizacja to rozleniwienie, hipokryzja, jedzenie produktów pełnych chemii, nieszczerość i konsumpcjonizm. Jednak każda teoria musi się sprawdzić w praktyce i okazuje się pod koniec, że ta wiedza w zasadzie nie jest w pełni praktyczna. Podróż na pogrzeb zmusi naszą kochającą się rodzinę do weryfikacji swojej ideologii oraz przekonań. Chociaż nie daje jednoznacznej racji żadnej ze stron. Zderzenie rodziny z cywilizacją ma sporo pokładów komediowych (wizyta u szwagrów, spektakularna kradzież z marketu czy pierwsza randka najstarszego syna), ale też bardzo mocno zmusza do refleksji, nie dając w zamian jednoznacznej odpowiedzi (aczkolwiek finał pokazuje możliwy „złoty środek”). Potrafi wiele razy wzruszyć jak podczas pięknej sceny pogrzebu ze „Sweet Child O’Mine” w tle (granym przez rodzinę), a to już o czymś mówi.

captain_fantastic2

Kośćcem tego filmu jest jednak znakomita kreacja Viggo Mortensena jako ojca. Człowieka, który bardzo stara się być lepszym, kocha swoje dzieci i chce dla nich jak najlepiej. Ale przekonanie o wyższości swoich poglądów doprowadza do tłamszenia rodziny, trzymania w ciężkim, nieprzyjemnym kloszu. Pogodzenie się z tym wymaga od niego wielkiego wysiłku, tylko czy nie będzie za późno dla niego oraz dzieci, gdy przejrzy na oczy? Świetne są też dzieciaki, od których nie mogłem odwrócić wzroku (ze szczególnym uwzględnieniem rozbrajającej Shree Crooks jako Zaja). Czuć między nimi silną chemię, a rozmowy z nimi to małe perły.

captain_fantastic3

„Captain Fantastic” to bardzo słodko-gorzkie, ale i refleksyjne kino na temat życia w ogóle. A takie mądre rzeczy nie pojawiają się ostatnio zbyt często. Po tym filmie będziecie mieli wiele pytań natury refleksyjno-społecznej. To już coś.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Snowden

Some say you’re a patriot
Some call you a spy
An American hero
Or a traitor that deserves to die
In the heart of the free world
In the home of the brave you gave up everything
To bring down the veil

Żadna inna postać w ostatnim czasie nie wywołała takich kontrowersji w historii USA, ale i całego świata jak Edward Snowden. Bohater czy zdrajca? Demaskator czy szpieg? Zdania są podzielone, a jego historia musiała zainteresować filmowców. To była tylko kwestia czasu, a jeśli a ten materiał bierze się tak kontrowersyjny reżyser jak Oliver Stone, oczekiwania zostały podniesione do ogromnych. Reżyser znany był  subiektywnego przedstawiania rzeczywistości, ale zawsze potrafił zaangażować emocjonalnie (patrz „JFK” czy „Pluton”).

snowden1

Osią konstrukcyjną filmu jest wywiad jaki udziela Snowden w Hong Kongu (gdzie, jak wiemy od pewnego posła działa biuro antykorupcyjne) dziennikarzom The Guardian. Podczas spowiedzi poznajemy jego historię od próby służby wojskowej po działalność w CIA i NSA w latach 2004-13. I tutaj reżyser przedstawia naszego bohatera, a właściwie jego przemianę: z naiwnego idealisty chcącego służyć swojemu krajowi do balansującego na granicy załamania nerwowego, podejmującego samotną walkę z systemem. Przenosimy się wraz z bohaterem do różnych zakątków świata – Szwajcaria, USA, Hawaje, wreszcie Hong Kong i Rosja, która bardzo kocha demokrację. Nie jest to jednak szpiegowski thriller, ale rasowa biografia z elementami kina szpiegowskiego.

snowden2

Stone się na bohaterze i na rozterkach, ale nie atakuje konkretnej opcji politycznej. Tak, mówi wprost, że jest źle i trzeba coś z tym zrobić. Krótkie zbitki montażowe pokazują silną presję jaką Snowden odczuwa od strony służb, a reżyser kolejny raz bawi się formą – miesza kolorystykę, filtry (sceny działa szpiegowskiego programu). I z surową bezwzględnością atakuje działania służb specjalnych, co bez wiedzy obywateli inwigilują nas wszystkich. Sami to ułatwiamy za pomocą telefonów komórkowych, portali społecznościowych, gdzie umieszczamy bezmyślnie wszystko. Mówi to wprost i bez upiększania, co wielu może uznać za propagandową agitkę. Nie brakuje tutaj napięcia (brak wywieszki „Nie przeszkadzać” czy kopiowanie danych do pendrive’a), jednak nie jest to najważniejsze. Dopiero pod koniec robi się zbyt patetycznie (przemowa Snowdena o buncie mas), ale ostatnie wszystko zostaje poddane naszej ocenie, prowokując dyskusję.

snowden3

Czuć pewne podobieństwo dzieła Stone’a do „Piątej władzy” o Julienie Assange’u, gdzie tez dotykano temat inwigilacji, ale też i do jakiego punktu można się posunąć ujawniając tajne sprawy i stając do walki z niedoskonałym systemem jakim są taje służby. A za taką walkę płaci się wysoką cenę – w końcu trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny.

snowden4

„Snowden” nie miałby takiej siły ognia gdyby nie znakomity Joseph Gordon-Leviit. Aktor upodabnia się do Snowdena bardzo mocno, przenosząc jego gesty i barwę głosu (chociaż przez długą chwilę byłem pewny, że to Keanu Reeves), ale też bardzo uważnie prezentując wewnętrzne rozdarcie między postępowaniem słusznie, a działalnością służb. Kompletnym zaskoczeniem była dla mnie Shailene Woodley, która – wbrew moim oczekiwaniom – nie była tylko ładnym dodatkiem do portretu informatora. Stworzyła wyrazistą postać dziewczyny Snowdena, która go fascynuje, ale zaczyna coraz ciężej znosić fakt, że praca jest ważniejsza od niej. Na drugim planie dominuje bardzo opanowany Rhys Ifans (Corbin O’Brien) w garniturze niczym z klasycznych filmów szpiegowskich oraz całkiem dobry Nicolas Cage (Hank Forrester), który tym razem jest bardzo powściągliwy.

Stone kolejny raz przypomina o swojej dobrej formie i tak jak poprzednimi filmami podzieli wszystkich. Jednak nie radziłbym się skupiać tylko na politycznym aspekcie, lecz na psychologicznym rozdarciu między wyborem tego, co słuszne a biernemu obserwowaniu wydarzeń. I ten dylemat jest dla mnie najciekawszy, a co wy byście zrobili na jego miejscu? Pomyślcie mocno nad tym.

7/10

Radosław Ostrowski

Oglądamy filmy wyreżyserowane przez Samuela Fullera, czyli kolejne wyzwanie od Po Napisach

Skończyło się jedno wyzwanie i już pojawia się kolejne. Znany bloger Po Napisach proponuje tym razem spotkanie z Samuelem Fullerem – zapomnianym, ale też jednym z najbardziej bezkompromisowych reżyserów niezależnego kina amerykańskiego. W tym roku przypada 20. rocznica śmierci twórcy kompletnie mi obcego, którego filmy pozostają dość trudne w zdobyciu (wyjątkiem jest wojenna „Wielka czerwona jedynka”). Wchodzę kompletnie w ciemno, gdyż nie widziałem żadnego filmu tego reżysera, a czasami trzeba podjąć ryzyko.

Oto pełna filmografia Fullera. Czas na obejrzenie: do 12 sierpnia. Jesteście gotowi?

Street of No Return – Ulica bez powrotu (1989)
Les voleurs de la nuit – Złodzieje nocą (1984)
White Dog (1982)
The Big Red One – Wielka czerwona jedynka (1980)
Shark! – Ludojad (1969)
The Naked Kiss (1969)
Shock Corridor (1963)
Merrill’s Marauders – Maruderzy Merrilla (1962)
Underworld U.S.A. – Amerykański świat podziemia (1961)
The Crimson Kimono (1959)
Verboten! (1959)
Czterdzieści rewolwerów (1957)
Run of the Arrow (1957)
China Gate – Brama do Chin (1957)
House of Bamboo (1955)
Hell and High Water – Piekielna misja (1954)
Pickup on South Street – Kieszonkowiec z South Street (1953)
Park Row (1952)
Fixed Bayonets – Bagnet na broń (1951)
The Steel Helmet (1951)
The Baron of Arizona (1950)
I Shot Jesse James (1949)

Samuel_Fuller

Sully

15 stycznia 2009 roku był dla Nowego Jorku dniem, jakiego nikt się nie spodziewał. Zwłaszcza pasażerowie lotu Kaktus 1549, który miał lecieć z miasta do drugiego. Ale na wysokości 855 metrów dochodzi do zderzenia ptaków i pozbawienia obojga silników, przez co kapitan decyduje się na lądowanie nad rzeką Hudson. I o tej historii postanowił opowiedzieć Clint Eastwood, czyli reżyser, co nie musi już niczego sobie udowadniać.

sully1

Reżyser podchodzi do tego w sposób prosty, spokojny i bez specjalnego popisywania. Całość skupia się na dochodzeniu Narodowej Rady Bezpieczeństwa Transportu, by ustalić przebieg tego cudu. Nie jest to powiedziane wprost, ale są pewne wątpliwości i gdyby one się potwierdziły, to firmy ubezpieczeniowe dobrałyby się pilotowi do dupska. A to oznaczałoby koniec kariery – do sceny cudu dojdziemy aż trzy razy, by spojrzeć na nią z każdej możliwej perspektywy. Pasażerów, ratowników, kontrolerów, nawet zwykłych ludzi patrzących przez okno i wreszcie samych pilotów – przypominało mi to troszkę „Lot 93” Paula Greengrassa, a scena zderzenia (mimo braku fajerwerków, a może właśnie dlatego) robi niesamowite wrażenie swoim emocjonalnym ładunkiem. Zwłaszcza, gdy sobie przypomnimy co się wydarzyło 11 września 2001 roku.

sully2

Sam bohater wydaje się być postacią niebyt ciekawą – to po prostu facet, wykonujący swoją robotę jak najlepiej, mimo niezbyt wielkich dochodów. Skromny, spokojny, opanowany i wyciszony. Owszem, poznajemy pewne fragmenty z jego przeszłości (pierwszy lot czy niebezpieczne lądowanie myśliwcem), ale to tylko dodatek. Sam bohater ma wątpliwości, co do swojego czynu, ma koszmary, a grający Sully’ego Tom Hanks znakomicie to wychwycił mową ciała (zwróćcie uwagę jak podczas rozmowy telefonicznej z zoną porusza drugą ręką). Partneruje mu świetny Aaron Eckhart jako drugi pilot Skilles, będącym wsparciem dla Sully’ego. Nawet Laura Linney w krótkiej roli żony Sully’ego znaną nam tylko z rozmów telefonicznych, wypada dobrze.

sully3

Eastwood nie próbuje nam wmówić, że robi coś więcej niż solidne kino ku pokrzepieniu serc, na co zawsze będzie zapotrzebowanie. Nawet finałowa mowa Sully’ego nie brzmi aż tak patetycznie jak mogłoby się to wydawać. Wszystko tutaj gra i dobrze się po prostu ogląda, nawet jeśli nie odkrywa niczego nowego – tak się robi solidne rzemiosło.

7/10

Radosław Ostrowski

High-Rise

Lata 70., gdzieś w Wielkiej Brytanii. Poznajemy dr Roberta Lainga – zwykłego, szarego człowieka wprowadzającego się do nowego budynku zwanego Wieżowca – samowystarczalnej chaty z basenem, sklepem, siłownią. Trafia on dokładnie na środek budynku, czyli 25 piętro. Powoli próbuje adaptować się do otoczenia i dostaje się prosto w klincz. Z jednej strony jest wyższa sfera kierowana przez Anthony’ego Royala – głównego architekta, z drugiej są szaraczki kierowane przez buntowniczego Richarda Wildera. Kiedy coraz częściej dochodzi do awarii prądu, konflikt wydaje się nieunikniony.

highrise1

Kolejna adaptacja dzieła J.G. Ballarda, który bardzo krytycznie odnosi się do obecnego świata. „High-Rise” to niby lata 70., ale nie jest to w żadnym wypadku film retro.. W zasadzie jako takiej fabuły nie ma, a reżyser wykorzystuje postać Lainga, by pokazać silny kontrast między high-life’m a szaraczkami z dołu. I to widać już na zasadzie scenografii – szczyt jest pełen przepychu, blichtru, bogactwa. Tam nawet jest koń (!!!) na dachu, a dół – skromnie, szaro i nieciekawie. Reżyser bardzo zgrabnie czerpie z estetyki kina lat 70. – kostiumy, design samochodów, wizualne skupienie na detalach oraz świetna gra oświetleniem. A im dalej w las, tym coraz bardziej dochodzi orgiastycznych imprez, gdzie obie strony unikają się jak ognia. Jest coraz bardziej przerażająco, z kolejnym zezwierzęceniem. Ktoś nagle zabija psa, ktoś próbuje zgwałcić kobietę, ktoś odbiera sobie życie (płynnie montowane ze scenami imprezy). Wszystko to doprowadza do niesamowitej formy, tylko ta dystopijna alegoria wg Whitleya była dla mnie zbyt chłodna.

highrise2

Bo że jest to dystopia oraz metafora tego, do czego jest zdolny człowiek, widzimy od samego początku, gdzie widzimy już budynek jako pobojowisko i cofamy się 3 miesiące wstecz. Wiemy, że będzie źle i brakuje tutaj elementu zaskoczenia. Przełknąłbym ten drobiazg, gdyby nie kompletna obojętność wobec postaci, które są ledwo zarysowane. To mają być konkretne postawy wobec swoich własnych aspiracji – bo każdy chce mieszkać wyżej, prawda? Ale w zamian za całkowitą izolację, agresję i przetrwanie za wszelką cenę. Daje to do myślenia i skłania do refleksji, lecz wnioski są oczywiste: zawsze będą ludzie uprzywilejowani oraz ci bez nich.

highrise3

Aktorsko Whitley dobrał bardzo znane twarze i wydaje się, że najłatwiej identyfikować się z granym przez Toma Hiddlestona Laingiem – everymenem, który chce mieć święty spokój, a w żadnej ze sfer nie czuje się najlepiej. Coraz bardziej głupieje, męczy się, nie wysypia, chce się odciąć od reszty otoczenia. Reszta obsady radzi sobie dobrze: od krnąbrnego i prymitywnego Wildera (Luke Evans), eleganckiego Royala (Jeremy Irons) oraz mająca swoje kontakty seksowna Charlotte (Sienna Miller).

highrise4

„High-Rise” próbuje stworzyć portret współczesnego człowieka – samotnego, egoistycznego, pozbawionego emocji, wrzucając go w ekstremalną sytuację. Problem w tym, że poza niesamowitą oprawą audio-wizualną, nie ma tu zbyt wiele do zaoferowania. Wheatley bardziej przypomina to Davida Cronenberga, który o ważkich sprawach opowiada w chłodny wykład. Niewygodne, wymagające kino, nie dla każdego.

6,5/10

Radosław Ostrowski