Riwiera dla dwojga

Kate i Richard kiedyś byli małżeństwem, ale to było dawno temu. Zostały im dzieci i wspólny fundusz emerytalny. Wtedy okazuje się, że szef funduszu ogłosił bankructwo, zabierając cały szmal i wydając go na diament dla swojej narzeczonej, oboje małżonkowie łączą swoje siły. Przyjeżdżają do Paryża i planują ukraść diament.

riwiera1

Co powiecie na mieszankę kryminału, komedii i romansu? Joel Hopkins postanowił nas uraczyć miłym koktajlem, tylko ze jest on odrobinkę mdły. Intryga dość prosta i miejscami okraszona humorem (trochę ramotą), mogłaby zagwarantować niezłą rozrywkę. Dostajemy w pakiecie jeszcze pięknie sfotografowaną Francję, całkiem niezła muzykę pachnącą czymś w rodzaju „Ocean’s Eleven” w wersji dla oldboyów. I myślę, że tylko im się to spodoba, a przewidywalność i nierówny poziom fabuły działają mocno na niekorzyść.

riwiera2

Sytuację próbują ratować aktorzy i tutaj efekt bywa różnorodny. O ile Emma Thompson jest niezmordowana i uwiarygadnia każdą, nawet najdurniejszą scenę, to partnerujący jej Pierce Brosman nie ma takiego uroku ani siły przebicia. Dziarsko sekunduje im niezawodny Timothy Spall (przyjaciel Jerry), ale nawet on nie jest wystarczająco mocny. Miało być lekko, fajnie i przyjemnie, a wyszło średnio i dość nudno.

5/10

Radosław Ostrowski

Hardkor Disko

Marcin jest młodym chłopakiem, który przybywa do Warszawy. Chłopak zwraca uwagę młodej dziewczyny Oli, która jest zafascynowana tajemniczym mężczyzną. Jednak nie wie, że przybył tu w konkretnym celu i ta znajomość może skończyć się tragicznie.

hardkor_disko1

Krzysztofa Skoniecznego kojarzą głównie ci, co oglądają teledyski. Nakręcił ich całą masę, m.in. dla Jamala, Nosowskiej, Myslovitz czy Kazika. Tym razem postanowił wykorzystać swoje doświadczenie do nakręcenia pełnometrażowej fabuły poza nurtem głównym. I trzeba przyznać, że technicznie to znakomita robota. Precyzyjnie dopieszczone zdjęcia Kacpra Fertacza budują i niosą całość, tak samo bardzo zgrabnie dopasowana muzyka, gdzie piosenki niejako mogą być kluczem do zrozumienia tej opowieści. Tylko o co tutaj chodzi? Mamy tajemniczego chłopaka, które chce zabić rodziców Oli – za co i dlaczego? Tego nie wiemy i chyba się nie dowiemy, bo nie jest to ani powiedziane wprost, ani nawet zasugerowane. W ogóle fabuła jest najsłabszym ogniwem – mocno pachnąca Lynchem (tajemniczość) i Haneke (przemoc), pełna niedopowiedzeń, dziur, zagadek. To miał być bunt wobec konsumpcjonizmu, bezstresowego wychowania? Niby portret buntownika, ale dla mnie cała rzeczywistość pokazana przez Skoniecznego (konsumpcjonizm, hedonizm) zwyczajnie nuży i nieciekawi. A finał tylko rozczarowuje. Wszelkie te obserwacje nie tylko nie są niczym zaskakującym, ale też zwyczajnie nuży i nie klei się do całości.

hardkor_disko2

Sytuacje próbują ratować aktorzy i częściowo im się to udaje. Magnetyzuje Marcin Kowalczyk jako… no właśnie. O samym Marcinie nie wiemy zbyt wiele, oprócz tego, że jest agresywny i skryty, coś go zżera. Może zagadką może być film kręcony z VHS, który się przewija w tle. Nie zawodzą też Agnieszka Wosińska (bardzo apetyczna matka) i Janusz Chabior (ojciec), a debiutująca na dużym ekranie Jaśmina (bardzo oryginalne imię) Polak jako rozwydrzona córeczka-gówniara radzi sobie całkiem nieźle.

Wydawał się obiecującym debiutem, ale „Hardkor Disko” to klasyczny przerost formy nad treścią. Mam nadzieję, że Skonieczny znajdzie odpowiedni scenariusz, bo widać wielki potencjał tego młodzika. Czekam na dalsze propozycje.

5/10

Radosław Ostrowski

Pan Pip

Rok 1989, wyspa Bougainville gdzieś na Pacyfiku. To tam toczyła się wojna o złoża miedzi, gdzie zagraniczni inwestorzy i pracownicy kopalni zaczęli uciekać przed rebeliantami. W ogóle cała cywilizacja uciekła, pozostawiając tylko kościół i opustoszałe budynki. Jedynym białym jest niejaki Thomas Watts zwany „Wytrzeszczem”. I to on zostaje nauczycielem, choć nie ma żadnego doświadczenia. I to właśnie on czytając dzieciom książkę „Wielkie nadzieje” Karola Dickensa zmieni życie pewnej dziewczyny Matyldy.

mr_pip1

Film miał swoją premierę dwa lata temu, ale potem wszelki słuch o nim zaginął, chociaż książka Lloyda Jonesa jest już dostępna w polskich księgarniach. Trochę szkoda, bo film Andrew Adamsona (reżysera „Shreka” oraz „Opowieści z Narnii”) to kawał bardzo interesującego i naprawdę wartościowego kina. Filmu, w którym miesza się obyczajowy dramat, imaginacja oraz groza wojny – brutalnej, bezwzględnej i wchodzącej nieproszonej do naszych drzwi. I czy wyobraźnia i nasz „wewnętrzny głos” jest w stanie pomóc nam przetrwać? Adamson wierzy, że tak. Nawet jeśli może wywołać to konflikt z lokalną społecznością (głęboka religia i wiara w Boga). A wybór książki nie jest dziełem przypadku. Nie tylko dlatego, że to klasyka literatury, ale opowieść o pokucie, moralnej winie oraz spłacaniu długów.

mr_pip2

Siłę literackiego dzieła widać w scenach, gdy Matylda wyobraża bohaterów książki mieszkających w swojej okolicy – to zderzenie rozegrane bardzo plastycznie, dzięki odtworzeniu kostiumów z XIX wieku. I to zderzenie tych światów może jednak wywołać perturbacje. Gdy wojsko żąda wydania Pipa, bo zobaczyli nazwisko Pip na plaży, są absolutnie przekonani, że to postać prawdziwa. I cena tej niewiedzy będzie wysoka. I mimo naprawdę pięknych zdjęć (wyspa wygląda bajecznie) oraz trzymającej w napięciu muzyki, udaje się stworzyć poruszającą, mądrą historię bez łopatologii czy nadmiernej symboliki.

mr_pip3

W zasadzie jedynym znanym aktorem w tym towarzystwie jest niejaki Hugh Laurie, pamiętany głównie dzięki charyzmatycznej postaci dra House’a. Pan Watts to kompletne przeciwieństwo doktorka – bardziej empatyczny, trochę skryty i pełny smutku. Ale widać, że angażuje się w swoją pracę i chce pokazać swoim uczniom podobieństwo ich losów do bohatera, co częściowo pozwala mu zachować człowieczeństwo. Bardzo mocna i wyrazista postać. Druga bohaterką jest Matylda, świetnie poprowadzona przez Xzannjah, która tworzy wiarygodny portret buntowniczki, szukającej swojego miejsca na ziemi. Jej naturalność wręcz uderza i w każdej scenie skupia uwagę. Relacja między tą dwójką staje się wielkim motorem tego filmu.

Jeśli będziecie mieli jakimś cudem możliwość, koniecznie zobaczcie ten film, który może wydaje się niepozorny i niezaskakujący niczym, ale to bardzo mocne i poruszające kino ze wszystkimi zaletami jakie tylko możecie sobie wyobrazić. A przy okazji, sięgnijcie też po literacki pierwowzór.

8/10

Radosław Ostrowski

Wielki Liberace

Jest rok 1977. Poznajcie Scotta Thornsona – młodego, biseksualnego faceta, który dba o zwierzątka i chciałby zostać weterynarzem. Ale jego dość spokojne życie zmienia się, gdy pojawia się na koncercie ekscentrycznego pianisty Liberace. Tak zaczyna się związek trwający ponad 5 lat.

liberace1

Tym filmem Steven Soderbergh postanowił zacząć współpracę z telewizją po długiej przerwie i wydawałoby się, że zrobił tak naprawdę klasyczne i mało zaskakujące love story. I po części tak jest, bo poza tym, że mamy tak naprawdę dwóch facetów, to tak naprawdę kolejna opowieść o dość trudnym związku. Zaczyna się od pozbycia się poprzednika Scotta. A potem jak w każdym związku – na początku jest pożądanie i pasja, ale potem coś zaczyna siadać, psuć. Pojawiają się pretensje, zazdrość, narkotyki, wreszcie kolejny partner. Ta relacja jest dziwna i pokomplikowana, co Soderbergh bardzo trafnie pokazuje, ale jednocześnie jest to takie angażujące i pełne emocji, że nawet tą banalność treści jestem w stanie wybaczyć. Na pewno wielkie wrażenie robi przepych życia głównego bohatera – na granicy kiczu, wszystko niemal ze złota, fikuśne stroje – trudno wobec czegoś takiego przejść obojętnie. A czemu panowie się rozstali? Swoje zrobił czas, a jednocześnie sam Liberace mający wręcz „midasowy dotyk” i próbujący stworzyć partnera na swoje podobieństwo (operacja plastyczna Scotta i jego dieta) – to się jednak nie może skończyć dobrze. Realizacja jest też dość konwencjonalna, choć jest parę zaskakujących ujęć („zamglony” Scott gadający po pijaku).

Ten film jednak nie zrobiłby takiego wrażenia, gdyby nie genialne główne role. Po pierwsze, Michael Douglas, który przeszedł po prostu samego siebie w roli tytułowej. Liberace jest ekscentrycznym i przyzwyczajonym do bogactwa facetem, ukrywającym swoją orientację seksualną. Na scenie wydaje się sympatycznym, czarującym facetem, jednak to jest tylko maska kryjąca świadomego przemijania faceta. Największym jednak objawieniem był dla mnie Matt Damon, który koncertowo pokazał przemianę wyciszonego i nieśmiałego chłopaka w zmanierowanego geja, zafascynowanego – i zmieniającego się – w swojego idola. Najmocniej widać to w scenach kłótni między nim a Liberace, gdzie wybuchają żale. Poza tym elektryzującym duetem na drugim przebijają się niezawodni Dan Aykroyd (mocno ucharakteryzowany Seymour – menadżer Liberace), Rob Lowe (ironiczny dr Startz) oraz Scott Bakula (Bob Black).

liberace2

Soderbergh niby nie zaskoczył, a nakręcił jeden ze swoich najlepszych filmów w karierze. Mam nadzieję, że jeszcze nas parę razy zaskoczy. Tym razem na małym ekranie.

8/10

Radosław Ostrowski

Diabelska przełęcz

Ta sprawa wydarzyła się naprawdę w West Memphis w roku 1993. W tym miasteczku zostało popełnione morderstwo, którego ofiarami zostali trzej młodzi chłopcy. Po śledztwie policji udaje się odnaleźć trzej podejrzanych i winnych: Damiena Echolsa, Jasona Baldwina i Jessie Misskelleya jr., za co grozi im kara śmierci. Wtedy obrońcom postanawia pomóc prywatny detektyw Ron Lax, który odkrywa błędy i niedopatrzenia sprawy.

devils_knot1

O tej zbrodni oraz o jej rzekomych sprawcach opowiadały głównie filmy dokumentalne, ale tym razem postanowiono opowiedzieć o tym w fabule, a dokładnie Atom Egoyan. Punktem wyjścia i jej perspektywą jest prywatne śledztwo Laxa, a drugim wątkiem –  trochę przy okazji – są losy matki jednej z ofiar, Pam Dobbs. I obydwa te wątki dominują, że nawet samo to, czy są winni czy nie, ma znaczenie drugorzędne, skupiając się przede wszystkim na pierwszym procesie. A przy okazji – dzięki retrospekcjom w postaci scen przesłuchań świadków – odkrywamy masę błędów popełnionych w sprawie (niewiarygodni świadkowie, zastraszanie, gubienie dowodów) oraz psychozę spowodowaną satanizmem jako tłem całego mordu. I pytanie – czy uda się ustalić prawdę? A zresztą: kogo ona naprawdę obchodzi, skoro mamy winnych? Egoyan mocno oskarża wymiar sprawiedliwości, a epilog tej sprawy jest dość nie do końca szczęśliwym zakończeniem. Choć znałem sprawę głównie dzięki dokumentom, to udało się wciągnąć do samego końca, a to naprawdę dużo.

devils_knot2

Swoje robi także przekonujący Colin Firth i jako detektyw sprawdza się naprawdę dobrze, choć o jego życiu osobistym nie wiemy zbyt wiele. Dla mnie jednak zaskoczeniem była Reese Witherspoon jako matka jednej z ofiar, nie do końca pogodzona ze stratą, z czasem mająca poważne wątpliwości co do prowadzenia tej sprawy. I oboje wnoszą ten film na wyższy poziom, a reszta obsady (łącznie z grającymi podejrzanych, są zepchnięte na boczny tor).

Egoyan, choć niczym nie zaskakuje w tej opowieści, stworzył naprawdę solidny kryminał z dramatem sądowym. I jest to naprawdę dobre kino z wysokiej półki.

7/10

Radosław Ostrowski

O krok od sławy

Filmy dokumentalne zazwyczaj kojarzą się – zresztą słusznie – z „gadającymi głowami”. Ten opowiada o osobach, które zazwyczaj na koncertach pojawia się z tyłu głównego artysty. Mowa oczywiście o chórzystkach, które czasami bardziej zapadają w pamięci. Kim one tak naprawdę są? Dlaczego niektórym udało się zrobić karierę, a innym nie?

o_krok_od_slawy1

Reżyser opowiada ich historię w dość typowy sposób dla filmów dokumentalnych – dużo rozmów, materiały archiwalne, filmy, zdjęcia. Rozmawiają tutaj nie tylko same chórzystki, ale też ci, u których śpiewają – Bruce Sprngsteen, Mick jagger, Sting, Chris Botti. Kariera chórzystek takich jak Judith Hill, Claudia Lannear czy Darlene Love przebiegała bardzo różnie. Jedno pozostały w cieniu, inne zrezygnowały z kariery w szołbiznesie, a tylko nielicznym udawało się przebić jako solistki. I one opowiadają o swojej młodości, marzeniach, aspiracjach. A także o tym, co teraz robią, czy żałują wycofania. Nie oszukujmy się – szołbiznes jest bezwzględny, a sam talent nie wystarcza do zrobienia kariery. Odpowiedzi są różne, bo i życie ułożyło się inaczej, choć łączyło je wiele – m.in. były córkami pastora (nie tego samego) i zaczynały od śpiewania w kościele.

o_krok_od_slawy2

Całość w dodatku jest też przy okazji historią szołbiznesu i porównaniem czasów dawnych, gdzie chórzystki wydawały się kluczowym elementem nie tylko przy pracy nad płytą, ale też podczas tras koncertowych (najbardziej to widać w latach 60. aż do 80.). Dzisiaj droga wydaje się pozornie łatwiejsza, ale prawda jest taka, że tylko muzycy zaczynający w tamtych latach korzystają z usług chórzystek, mają swoje ulubione panie (panów też), a współcześni wykonawcy rzadko korzystają. Nawet jeśli, to jest to technicznie (mechanicznie) udoskonalane. Brakuje „boskiego pierwiastka”.

o_krok_od_slawy3

Dobrze się ogląda ten ciekawy dokument, będący zbiorem anegdot, a jednocześnie bardzo poruszającą opowieścią o tych, którzy przez chwilę mogli poczuć się artystami. Naprawdę solidna robota.

8/10

Radosław Ostrowski

Snowpiercer: Arka przyszłości

Wyobraźcie sobie sytuację, że w celu uniknięcia efektu cieplarnianego doprowadzimy do wielkiego zlodowacenia. Ocalała ludzkość przebywa w wielkim pociągu Snowpiercerem, który od 17 lat przemierza zamarzniętą Ziemię. Mieszkańcy są podzieleni klasowo – bogaci przebywają najbliżej lokomotywy, a pasażerowie na gapę (ci biedniejsi) przebywają najdalej i w dodatku żyją nędznie. W końcu jeden z nizin – niejaki Curtis postanawia dokonać rewolucji i przejąć pociąg.

snowpiercer1

Brzmi to trochę niedorzecznie? Poniekąd tak jest. Ale skoro jest to film zrobiony za amerykańskie pieniądze na podstawie francuskiego komiksu, w dodatku reżyserem jest Koreańczyk, a całość sfilmowano w Czechach. Abstrakcyjne kino SF, które mimo pewnych sprzeczności ogląda się naprawdę dobrze. Niejaki Joon-Ho Bong prowadzi fabułę, która trochę przypomina grę komputerową (przejmujemy wagon, ruszamy dalej, po drodze dojdzie do jakieś morderczej walk), choć fabuła mocno balansuje na granicy bzdury. No żeby tak łatwo im to poszło, a strażnicy pilnujący „nizin” nie mają naboi w karabinach – doprawdy niepojęte. Świat jest mocno dystopijny, gdzie rządzi propaganda bogaczy i kult Wilforda – konstruktora oraz „kierowcy” tego pociągu (scena w przedszkolu), a wagon to dość idealne miejsce do konfrontacji i pewnego komentarza społecznego. W dodatku ścisk wagonów potęguje klaustrofobiczny klimat, choć dalej bywa trochę barwniej i z żywymi kolorami. Na pewno kilka scen zostanie w pamięci – produkcja batonów proteinowych czy walka z ubranymi na czarno rzeźnikami zmieniająca tempo oraz szalę zwycięstwa (tunel, gdy widzimy walkę z noktowizora jednego ze strażników).

snowpiercer2

Aktorstwo jest całkiem niezłe, choć postacie mocno szablonowe i niezbyt ciekawe (przywódca Curtis grany przez Chrisa Evansa to niemal typowy osiłek). Ale jest kilka mocno wyróżniających się osób jak przerysowana minister Mason (świetna Tilda Swinton) czy uzależniony od narkotyków haker Nam (Kang-ho Song), którzy wnoszą odrobinkę życia do tego przedsięwzięciu. O Edzie Harrisie (Wilford) i Johnie Hurtcie („lider” Gilliam) nawet nie muszę wspominać.

„Snowpiercer” jest dziwny i miejscami mocno zaskakujący. Potencjał był wielki i chyba nie do końca go wykorzystano. Ale jeśli potraktuje się całość z przymrużeniem oka, to zabawa może być przednia, a miejscami trzyma to w napięciu. Każdy powinien to sam obejrzeć, by wyrobić zdanie na ten temat.

7/10

Radosław Ostrowski


Niezniszczalni II

Minęły dwa lata od akcji Niezniszczalnych w Vilenie. Teraz grupa Barneya Rossa dostaje nowe zadanie od Churcha, który nie do końca przełknął poprzednią akcję. Dostają nowe zadanie, pozornie warte: odebrać sejf z zestrzelonego samolotu, w czym ma pomóc pewna hakerka Maggie. Niestety, grupa wpada w zasadzkę i jeden z członków – snajper Billy the Kid – zostaje zabity przez szefa Sangów, Jeana Villaina. Od tej pory liczy się tylko zemsta, a plan jest prosty: track’em, find’em, kill’em.

niezniszczalni21

Gdy pierwsza część zarobi kupę szmalu, to musi powstać sequel – tak brzmi prawo pradawnego amerykańskiego boga Box-Office’a. Tym razem jednak reżyserii drugiej części przygód Sylwka Stallone’a i jego wesołej kompanii nakręcił Simon West – sprawny i doświadczony rzemieślnik. Nie ma tutaj chaotycznego i skocznego montażu, jest za to prowadzona pewną ręką nieskomplikowana fabuła, maksymalnie przyśpieszona i jadąca mocno po bandzie. Jest więcej rozróby, tempo znacznie szybsze (sam początek to jedna wielka sekwencja odbicia jeńców), wrogów do kasacji jeszcze więcej, a logiki jeszcze mniej niż w poprzedniej części. Ale umówmy się – takich filmów nie ogląda się dla fabuły. Dodatkowym atutem tej zarąbistej rozpierduchy za kupę kasy jest znacznie większa dawka autoironicznego humoru, gdzie panowie pozwalają na dystans wobec swoich poprzednich wcieleń i kultowych tekstów. I co najważniejsze – każdy z bohaterów dostaje mniej więcej tyle samo czasu, by zabłysnąć. Efekt jest po prostu przedni.

niezniszczalni22

Stara ekipa wróciła w formie (najbardziej zaskakuje Dolph Lundgren, którego bohater trochę się uspokoił i przypomina sobie o wykształceniu chemicznym), a poważnym wzmocnieniem jest danie większego czasu ekranowego Bruce’owi Willisowi i Arnoldowi Schwarzeneggerowi, którzy ruszają w teren. Ich arcywrogiem jest sam Jean-Claude van Damme (Jean Villain) i prezentuje się po prostu świetnie. Jest zły do szpiku kości i brakuje tylko kąpieli w wannie pełnej krwi do całego portretu. Ale z drugiej strony nasza dzielna ekipa ma potężnego sojusznika, czyli samego Chucka Norrisa. A wiadomo jak się pojawia Chuck Norris (tu dla nie poznaki nazwany „Samotnym wilkiem” Bookerem), to wszystko zostaje zniszczone w pył (cudowne ocalenie bohaterów z zasadzki Sangów w mieście) i nic nie jest w stanie go zabić. Nawet królewska kobra. Tylko czemu gdy wchodzi Chuck pojawia się muzyka z „Dobrego, złego i brzydkiego” Ennio Morricone?

niezniszczalni23

West przynajmniej nie udaje, że chodzi o coś więcej niż rozpierduchę, a „Niezniszczalni II” przebijają część pierwszą niemal pod każdym względem. Jest znacznie brutalniej, a jednocześnie oldskulowo i z dowcipem. Takiej jatki nie pamiętam od czasów „Hot Shots II”. I liczę, że będzie lepiej niż przy „trójce”.

8,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatni gwizdek

Czym jest draft day? To dzień w lidze NFL (futbol amerykański), gdzie dochodzi do transferów zawodników. Wyborów dokonują menadżerowie drużyny. Właśnie przed takim dniem najtrudniejszego wyboru będzie musiał dokonać menadżer Cleveland Browns, Sonny Weaver Jr. A że nie jest to przyjemne, bo trzeba spełnić oczekiwania trenera, menadżera i wyjść z cienia swojego wielkiego ojca, którego syn zwolnił przed śmiercią.

draft_day1

Amerykański sport jest zrozumiały i popularny głównie w USA, więc poza tym krajem filmy o ich sportach mogą mieć problem z przebiciem ze względu na niezrozumiałość zasad. Chyba że to baseball czy piłka nożna, zwana przez Jankesów soccerem. O tym, że można zrobić świetny film sportowy nie pokazując samego sportu pokazał „Moneyball”. Najnowszy film Ivana Reitmana „Draft Day” próbuje iść w tym samym kierunku, pokazując sport z perspektywy menadżera. Więc nie zobaczymy jak sobie radzą zawodnicy (poza materiałami archiwalnymi i zapisami z taśm), tylko zobaczymy jak się prowadzi negocjacje. A nie jest to łatwe – korzystanie z „wywiadu” (szukanie słabości), rozmowy z menadżerami, presja właściciela szukającego szumu i prestiżu. W dodatku dość skomplikowane życie osobiste Sonny’ego (nie najlepsze relacje z matką i byłą, w dodatku jeszcze pojawia się nowa kobieta – podwładna) jeszcze bardziej rozprasza i nie zawsze pozwala dokonać właściwego wyboru. Pozornie wydaje się dość nieciekawym i typowym dramacie ze sportem w tle.

draft_day2

Ale Reitman jest tego świadomy i dość zgranie pokazuje wszystkie wątki. W połowie filmu, gdy dochodzi do tytułowego dnia draftu, napięcie gwałtownie rośnie i opada dopiero w ostatnich minutach. Dość sprytnym, choć mało zaskakującym patentem jest dzielenie ekranu w trakcie rozmów, co spełnia swoje zadanie bezbłędnie. Wszelkie zagrywki, gra na czas i próba osiągnięcia swoich celów – wtedy film zaczyna nabierać rumieńców, a patrzenie na ruchy i posunięcia naszego bohatera robią duże wrażenie. Technicznie to solidny, dość spokojny film, bez żadnych popisów i bajeranckich cuda wianków, ale one nie są potrzebne.

W dodatku jest to naprawdę porządnie zagrane. I tutaj najbardziej trzeba pochwalić Kevina Costnera, który może i swoje najlepsze lata ma za sobą, ale pokazuje, że jest w naprawdę dobrej dyspozycji. Może i on nie wie, co to mimika twarzy, ale wie co to jest modulacja głosu. Wewnętrznie rozdarty, opanowany, a jednocześnie porywczy i pełen energii – tak można opisać Sonny’ego, który czasami zdaje się na instynkt i co pokazuje finał, umie podjąć ryzyko. Mocna, wyrazista i świetna rola tego aktora od dawna. Partneruje mu trzymająca fason Jennifer Garner jako Ali, która na sporcie zna się naprawdę dobrze i jest kimś więcej niż tylko sekretarką. Choć na drugim planie przewija się kilka znanych twarzy, m.in. Frank Langhella (właściciel Molina), Terry Crews (Earl Jennings) czy raper Sean „P. Diddy” Combs (agent Chris Crawford), to tam zdecydowanie rządzi Denis Leary jako trener Penn. Bywa porywczy, nie rozumie planów Sonny’ego i go skreśla łatwo, ale widać, że – tak jak menadżerowi – zależy mu na drużynie i klubie.

draft_day3

Film miał być okazją powrotu Reitmana jak i Costnera do pierwszej ligi, jednak wpływy do kasy były za małe, więc znów trzeba będzie trochę poczekać. Trochę szkoda, bo to kawał bardzo solidnego kina. Dobrze zagrany, nie pozbawiony napięcia i emocji, z solidnym scenariuszem. Ja nie zmarnowałem tych dwóch godzin.

7/10

Radosław Ostrowski

Niezniszczalni III

Kiedy słychać świst kul, rzucane noże oraz atakujące pięści – oznacza to, że Barney Ross i jego grupa Niezniszczalnych jest w pobliżu. Tym razem zadanie będzie znacznie trudniejsze, gdyż kolejnym celem do zabicia jest współtwórca Niezniszczalnych – Conrad Stonebanks, który handluje bronią. Gdy podczas akcji zabicia, jeden z grupy Rossa zostaje postrzelony, Barney decyduje się rozwiązać grupę i wpompować odrobinę świeżej krwi.

niezniszczalni_31

Prędzej czy później musiało do tego dojść. Seria o najemnikach z czasów kaset VHS musiała poszukać młodszych zmienników i ten wątek wydaje się najsłabszy, najmniej interesujący. Wtedy Stallone nawija o przemijaniu, godzeniu się na zmianę pokoleń. Trzeba uczciwie przyznać, że werbunek jak i sama akcja młodzieniaszków prezentuje się całkiem nieźle. Jednak tak naprawdę serię „Niezniszczalni” oglądało się dla starych wiarusów pokroju Stallone’a, Lundgrena czy Schwarzenneggera, a nie jakiś leszczy pokroju Kellena Lutza czy Victora Ortiza. Sam film zaczyna się mocnym kopniakiem, czyli odbiciem jednego z pierwszych członków grupy, Doktora Śmierć. Świszczą kule, lecą pięści w akcji – jest moc i energia. Środek już bardziej przynudza, a rozwiązanie grupy jest – delikatnie mówiąc – szczytem idiotyzmu.

niezniszczalni_32

Na szczęście twórcy tez to rozumieją i na sam koniec serwują wielką rozpierduchę. Nawet obniżenie kategorii wiekowej (brak krwi, za mało faków) nie ogranicza twórców do zrobienia totalnej demolki. Bomby, pistolety, karabiny, czołgi, suchary i nawet helikoptery – czego chcieć więcej. Czysty popis kaskaderów oraz pirotechników, nadrabia wszelkie wady – sentymentalizm, próby moralizowania czy sucharowe żarty. Niemniej jest to i tak niezłe kino. Pod warunkiem, że nie liczymy na logikę, głęboką psychologię czy wyrafinowaną fabułę, bo i nie o to tu chodzi.

niezniszczalni_33

Stara sprawdzona ekipa nadal trzyma formę. Stallone ze Stathamem się droczą, Lundgren jest osiłkiem o niezbyt wysokiej inteligencji, a Schwarzenegger z Jetem Li oraz Harrisonem Fordem – zamiast Bruce’a Willisa – stanowią solidne wsparcie. Jednak tak naprawdę całe szoł ukradło trzech kolesi, którzy swoje najlepsze lata chyba mają za sobą. Po pierwsze, senior Antonio Banderas, który jako gadatliwy Galgo rozsadzał ekran swoim ADHD oraz wręcz desperacką chęcią wzięcia udziału w akcji. Humor w czystej postaci. Drugi to wracający do grania Wesley Snipes jako nożownik Doc, który robi to, co potrafi najlepiej – zabija. No i końcu ten trzeci – arcywróg Stonebanks, czyli Mel Gibson. Jest demoniczny, nieobliczalny i ma ten błysk szaleństwa w oku.

niezniszczalni_34

Miał być oldskul i trochę był. Jednak ze wszystkich części serii, „trójka” wypada najsłabiej. Nie ma tak brutalnej i bezkompromisowej jatki jak w jedynce, nie jest też tak autoironiczna jak dwójka. Reżyser Patrick Hughes po prostu nie udźwignął tego klimatu do końca. Niemniej jest to całkiem niezła rozpierducha i mam nadzieję, że następnym razem – nie oszukujmy się, będzie czwórka – efekt stanie się lepszy.

niezniszczalni_35

6,5/10

Radosław Ostrowski