Choleryk z Brooklynu

Henry Altman jest prawnikiem, który łatwo eksploduje i wpada w gniew. Kiedy jednego dnia mocno boli go głowa, idzie do swojego lekarza. Tylko że doktorek pojechał, więc zastępuje go dr Sharon Gill. Ponieważ Henry potraktował ją bardzo ostro, z zemsty informuje go, że ma tętniaka mózgu i zostało mu tylko 90 minut życia. Henry decyduje się naprawić swoje relacje z rodziną, a lekarka szuka go po mieście.

wsciekly_brooklyn1

Kolejna słodko-gorzka komedia o chwytaniu życia garściami całymi. Jednak film Phila Aldena Robinsona zostanie zapamiętany głównie dlatego, że to jest jedna z ostatnich ról niedawno zmarłego Robina Williamsa, który kolejny raz pokazuje swój talent komediowy. Tutaj jest bardzo narwany i wściekły na wszystko, rzucający fakami na prawo i lewo, do samego końca nie pogodzony ze stratą swojego syna. Wtedy potrafił być serdeczny i ciepły, ale to już minęło. Gwałtowne wybuchy Williamsa (rozmowa z dawnym kolega, „akcja” w szpitalu czy rozmowa z wolno gadającym sprzedawcą sprzętu elektronicznego – w tej roli James Earl Jones) są siła napędową tego niezłego filmu.

wsciekly_brooklyn2

Dla mnie jednak ta historia jest dość płytka i ledwie dotykająca problemu. Dodatkowo narracje z offu Henry’ego oraz lekarki (Mila Kunis) mogą trochę wprawiać w irytację dosłownością. Mimo to jest niezłe tempo, żarty bywają trafne, a i obsada też jest w porządku (ze wskazaniem na Petera Dinklage’a).

wsciekly_brooklyn3

Nie jest to najlepszy film ani najlepsza rola Williamsa w jego karierze, jednak jest to kawał przyzwoitego kina. Jeśli macie wolne 90 minut i nie planujecie umrzeć, to możecie spędzić czas, całkiem miło.

6/10

Radosław Ostrowski

Locke

Ivan Locke pracuje w Birmingham jako kierownik budowy w Birmingham. Widzimy go jak wraca z pracy i jedzie samochodem do domu. Przynajmniej tak się nam wydaje. Jeden telefon wywraca wszystko do góry nogami – okazuje się, że Locke opuszcza pracę i jedzie do Londynu. Co jest takiego ważnego, żeby zaryzykować swoją karierę, a nawet trochę więcej.

locke1

Wsadźmy jakiegoś popularnego aktora do auta, niech jedzie i rozmawia przez telefon – pomysł wydaje się szalony i jakoś mało interesujący dla kinomanów. Steven Knight jak widać, jest filmowcem, który nie boi się wyzwań. Coś, co by się świetnie sprawdziło w formie słuchowiska, próbuje sprzedać na ekranie i robi to naprawdę dobrze. Jedziemy cały czas z bohaterem, bez przerwy na toaletę, słyszymy jego rozmowy z kilkoma osobami (żona, szef, pracownik zastępujący go), a trzyma to w napięciu jak niejeden rasowy thriller. I to wszystko dotyczy nie tylko betonu, żeby zdążyć na czas, ale tez o coś więcej. Nie mogę zdradzić zbyt wiele, gdyż nie zrobiło by to na was takiego wrażenia. Jednak żeby nie było poczucie znużenia, Knight uatrakcyjni wizualnie swoje dzieło. Nie chodzi tu tylko o nocne zdjęcia, ale też o zmianę perspektywy kamery (widok z lusterka, z przodu samochodu czy na drogę), a emocje coraz bardziej gęstnieją. I trzymamy kciuki, by Locke’owi (fantastyczny Tom Hardy) udało się wszystko, co zaplanował. A on stara się być dobrym człowiekiem i wierzy, że w każdej sytuacji można zachować się właściwie. I że będzie lepszy od swojego ojca, który go zostawił jak był dzieckiem. Ale czy to mu się uda?

locke2

Więcej nie powiem, bo „Locke’a” powinniście zobaczyć sami, ale jedno mogę powiedzieć na pewno: nie pozostaniecie obojętni. A to o czymś świadczy. Kawał dobrego (nawet bardzo) kina.

8/10

Radosław Ostrowski

Zabić bobra

Eryk to wojskowy, który zaszył się w swojej samotni i czeka na nowe zadanie, do którego się solidnie przygotowuje. Wtedy odkrywa, że w jego samotni znajduje się sublokatorka, która uciekła z domu. I powoli między nimi zaczyna się tworzyć dość dziwna relacja. Niestety, dowództwo nie jest z tego powodu zadowolone.

bobr1

Jan Jakub Kolski tym razem postanowił zrobić dość dziwny film jak na siebie. Żadnego realizmu magicznego, ale ponury i „brudny” thriller nakręcony cyfrową kamerą. Jest mrocznie, tajemniczo i zagadkowo. O ile jeszcze początek jest w stanie przykuć uwagę tajemnicą oraz postacią Eryka, o tyle dalej robi się zwyczajnie nudno, gdyż nie dowiadujemy się dalej zbyt wiele, retrospekcje pokazujące przeszłość Eryka działają sennie i brakuje w tym wszystkim napięcia. Wyjątkiem jest trening, podczas którego Eryk strzela do tarcz. A dalej jest trochę strzelania, zabijania, seks i dziwaczna, nieprzekonująca relacja między Erykiem a nastoletnią Bezi. Niby jest to miłość, ale zarówno dialogi ani postacie nie przekonują. Swoje próbują zrobić cyfrowe zdjęcia Michała Pakulskiego, który daje tutaj radę i tworzy dość brudną okolicę, jednak to jest trochę za mało. Także grający główną rolę Eryk Lubos, będący w wysokiej dyspozycji nie jest w stanie uratować tego średniaka. przykuć uwagi na dłużej. I nawet żadnego bobra tutaj nie pokazują. Nuda panie, jak to w polskim filmie.

5/10

bobr2

Radosław Ostrowski


Fruitvale

Oscar Grant III był 22-letnim, czarnoskórym facetem, dla którego Sylwester 2008 roku miał być dniem sporych zmian. Jednak finał był tragiczny – razem z kumplami zostali zatrzymani za bójkę w metrze na stacji Fruitvale i został postrzelony. Niestety, zmarł w szpitalu. O jego ostatniej dobie opowiada film Ryana Cooglera.

fruitvale1

Paradokumentalna realizacja (surowa kolorystyka, kamera głównie z ręki) może się podobać i na pewno robi wrażenie. Tempo jest dość spokojne, bo to obyczajowe kino, jedynie finał mocniej trzyma za gardło. Cały chyba problem polega na tym, że reżyser chyba na siłę chcę wybielić swojego bohatera. Owszem, nie był święty – siedział w więzieniu, dilował prochami, bzykał się z innymi panienkami poza swoją żoną. Ale to jest pokazane jako przeszłość. Oscar stara się być w porządku i wyprostować swoje życie, być w porządku wobec swojej matki, żony i córki, które wielokrotnie okłamywał. Nowy Rok miał być nowym etapem, nowym rozdziałem, ale już nie zostanie on napisany. I te trochę wygładzone losy bohatera działają bardzo obojętnie, mimo próby łamania chronologii, choć aktorzy dwoją się i troją, by uwiarygodnić całą historię (i trzeba przyznać, że Michaelowi B. Jordanowi i Octavii Spencer – Oscar i jego matka – się to udaje), co nie wywołuje poczucia totalnego znużenia.

fruitvale2

Ale dobre aktorstwo i kilka niezłych dialogów to troszeczkę za mało, by uznać seans debiutanta za wielkie zwycięstwo. Niemniej życzę Cooglerowi powodzenia, gdyż mam wrażenie, że jeszcze nie raz usłyszymy o tym chłopaku.

6/10

Radosław Ostrowski

Kamienie na szaniec

Książka Aleksandra Kamińskiego jest w zasadzie rzeczą, której nie należy przedstawiać – uczniowie powinni znać ją jako szkolną lekturę. Historia trzech harcerzy – Rudy, Alek i Zośka – działają podczas wojny w Szarych Szeregach. Kiedy jeden z nich zostaje schwytany przez Niemców, pozostali chcą go odbić, ale nie maja zezwolenia dowództwa. To tak w skrócie i w książce. Własną wersję wydarzeń postanowił zaserwować Robert Gliński – jeden z bardziej doświadczonych reżyserów średniego pokolenia.

I szczerze mówiąc, efekt jest dość porażający. Chociaż nie wiem, czy do końca o to chodziło. Sama historia jest mocno chaotyczny, choć nie brakuje tutaj nerwu i dynamiki (gazowanie kin, usuwanie flag), a brudna kolorystyka zdjęć potęguje dość realistyczny klimat, choć jest trochę przemycany humor (przysięga harcerzy w lesie, gdzie… patrol niemieckich żołnierzy zbierał jagody). Ale od momentu, kiedy to Rudy zostaje aresztowany, to mamy do czynienia z science-fiction. I nawet nie chodzi o sam przebieg akcji, ale raczej o wydarzenia dookoła. Padają oskarżenia, że AK świadomie sabotowało akcję, bojąc się większych ofiar, a nawet był w to wszystko zamieszany ojciec Zośki (wtf?), a dowódcy AK (major Kiwerski) to wręcz dyktatorzy, którzy żądają całkowitego posłuszeństwa i kompletnie zostawiają chłopaków samych ze sobą. Ja wiem, że intencją było odbrązowienie i demitologizacja, ale na litość boską, trzeba trzymać się faktów. I takie drobiazgi jak próba samobójcza Zośki, próba kupienia broni od Ślązaka czy seks to jest mały pikuś.

Paradoksalnie jednak ogląda się to całkiem nieźle, choć najlepsze były sceny szkolenia harcerzy w żołnierzy oraz przesłuchania Rudego na Szucha (brutalne i krwawe). I musze przyznać, że chłopaki grający główne role (czytaj: Rudego i Zoski, bo Alka zepchnięto do tła) radzą sobie naprawdę nieźle, zwłaszcza Tomek Ziętek jako Rudy – trochę łobuzerski, szarmancki. Natomiast o starszych aktorach mogę powiedzieć tylko, że byli i… mocno rozczarowali, zwłaszcza Andrzej Chyra jako Dyrektor, którego miałem ochotę rozszarpać. Ale i tak najlepszy był Wolfgang Boos jako sadystyczny Lange – kradł każda scenę i budził przerażenie od początku do końca.

kamienie5

Szczerze – „Kamienie” to na razie największe rozczarowanie tego roku. Gliński miał pomysł, ale problem jest jeden i istotny – to wszystko po prostu nie przekonuje. Odbrązowienie to jedno, ale uwiarygodnienie to jedno. To bardzo gorzka lekcja.

Radosław Ostrowski

Mindscape

Tytułowy Mindscape to agencja detektywistyczna, gdzie pracują niezwykli śledczy, którzy wchodzą do wspomnień ludzi i badają je, by dojść do prawdy. Są oni bardziej wiarygodni od wykrywacza kłamstw. Jednym z najlepszych detektywów pamięciowych jest John Washington, jednak podczas ostatniej sprawy dostał poważnego udaru. Ale po dwóch latach wraca do gry, z dość banalnego powodu – potrzebuje forsy. Więc dostaje dość łatwą sprawę – nastolatka, córka dzianych rodziców zrobiła głodówkę, a John ma ja przekonać do zmiany zdania. Ale jak to w klasycznym kryminale – sprawa okaże się bardziej złożona.

mindscape1

Jeśli po przeczytaniu pomniejszego opisu, skojarzyło wam się to z „Incepcją”, to jesteście na właściwym tropie. Hiszpański reżyser Jorge Dorado miał bardzo interesujący punkt wyjścia, który dawał spore pole do popisu. I trzeba przyznać, że początek jest bardzo wciągający – zmęczony detektyw i „podejrzana”. Powoli i stopniowo buduje się między nimi dziwna więź, ale jej przeszłość budzi podejrzenia – było jakieś morderstwo, próby zabicia matki, wiecie – takie tam problemy nastolatki. Tajemnica coraz bardziej gmatwa sprawę, ktoś obserwuje Johna, a na dodatek prześladuje go śmierć żony, z którą się nie pogodził. Powoli zaczynamy odkrywać elementy układanki, reżyser myli tropy, ale w drugiej połowie zaczyna siadać tempo i jednocześnie pojawiają się większe/mniejsze bzdury. I wtedy zostajemy trzymający w napięciu finał, który wywraca wszystko do góry nogami. Więcej nie powiem, ale suspens wtedy jest duży. I wtedy wyjaśnia się odpowiedź na pytanie: kto kogo manipuluje?

mindscape2

Trzeba przyznać, że sceny „wejścia” w umysł robią naprawdę wrażenie – głównie dzięki mocniejszej kolorystyce, dźwiękowi oraz bardzo zgrabnemu montażowi. Te sceny to prawdziwa esencja oraz najciekawszy element tego filmu.

Wszelkie te nielogiczności próbują ukryć aktorzy i to im się udaje. Mark Strong na spore doświadczenie w graniu policjantów, wiec John nie był dla niego zbyt dużym wyzwaniem i poradził sobie naprawdę dobrze. Zmęczony, trochę wypalony, ale bardzo doświadczony facet znający się na swojej robocie. Jednak i tak cały film ukradł świetna Tarisa Farmiga. Swój talent już pokazała w serialu „American Horror Story”, a tu tylko potwierdza swoje umiejętności. Kim jest Anna? Sprawia wrażenie niewinnej, trochę zagubionej dziewczyny, ale jest ona diablo inteligentną manipulantką, która skrywa bardzo mocno swoje prawdziwe emocje. Socjopatka? To na samym końcu się dowiecie.

mindscape3

Może nie jest to najlepszy thriller jaki widziałem, ale prezentuje on naprawdę bardzo solidny poziom. Nie brakuje tutaj napięcia i tajemniczości, jest porządnie zagrany. Gotowi wejść do umysłów?

7/10

Radosław Ostrowski

Anioł Śmierci

Rok 1960. Gdzieś w małym argentyńskim miasteczku mieszka rodzina częściowo niemiecka (matka), a po części argentyńska (ojciec i dzieci). I wtedy poznają pewnego niemieckiego lekarza, który prosi o pomoc, towarzyszy im w drodze. Dr Gregor zaczyna coraz bardziej zbliżać się do rodziny, zafascynowany ich córką Lilith, próbuje jej pomóc przy wzroście. Później wychodzi na jaw, że sympatyczny lekarz jest kimś zupełnie innym.

aniol_smierci1

Argentyńskie kino nie jest zbyt znane czy popularne w naszym kraju, jednak coraz bardziej jest w stanie przykuć uwagę całego świata. Lucia Puenzo tworzy tutaj naprawdę zaskakujące i bardzo mroczne kino, choć ten mrok nie wydaje się taki oczywisty. Zwłaszcza, że wszystko toczy się tutaj wokół dr Mengele. A tego człowieka przedstawiać nie trzeba – nazistowski lekarz, który przeprowadzał eksperymenty na dzieciach i zwierzętach, próbując stworzyć nadczłowieka. To także historia o osobie próbującej swojej tożsamości, mocno odstającej od reszty (czytaj: za niska). Perspektywa dziecka – niewinnego, za wszelką cenę pragnącej akceptacji ma nas na celu uspokoić, ale też zmusić do postawienia sobie kilku pytań na temat „banalności zła”, które nie rzuca się w oczy ani uszy. Postawę konformizmu najbardziej symbolizuje moment stworzenia fabryki idealnych lalek przez ojca dziewczynki według pomysłów Mengele. Tak triumfuje nazistowski ideał. Nie brakuje tutaj wątku szpiegowskiego (fotografka Nora – agentka wywiadu), jednak on ma znaczenie drugorzędne i robi za tło. Dla reżyserki najważniejsza jest tutaj psychologiczna gra nazistowskiego zbrodniarza z rodziną, która niczego nie świadoma staje się nowym obiektem badań.

aniol_smierci2

Wielu może znudzić spokojne tempo i pozorny brak akcji, ale reżyserka potrafi emocjonalnie mocno uderzyć. Jednak jest to zagrane naprawdę na wysokim poziomie. Znakomity jest Alex Brendemuhl w roli Mengele. Sprawia on wrażenie sympatycznego i zatroskanego człowieka, ale pod nią kryje się maska totalnego zobojętnienia maskującego udawaną empatię. Jego żądza wiedzy jest tutaj silniejsza i umie to tak ukrywać, że wielu z nas daje się zwieść. Drugą kluczową postacią jest Lilith (świetna Florencia Bado), która traktuje lekarza początkowo trochę nieufnie, ale zaczyna mu wierzyć na słowo. Tak bardzo jest zaślepiona potrzeba akceptacji przez rówieśników, że do samego końca nie orientuje się w zamiarach Mengele. Delikatna, niewinna i naiwna wobec otaczającej rzeczywistości. Za to kompletnym zaskoczeniem była Natalia Oreiro jako matka Lilith – nie wierzyłem w talent tej gwiazdki telenowel, a udało się stworzyć pełnokrwistą postać.

Niby w tym filmie nic się nie dzieje, akcja nie pędzi na złamanie karku, ale podskórnie czuć tutaj niepokój i napięcie. Mocne kino – naprawdę mocne.

7/10

Radosław Ostrowski

Noe: Wybrany przez Boga

Inspiracja Starym i Nowym Testamentem jest dla reżyserów bardzo ogromna i wielka. Jeśli bierze się za biblijną opowieść bardzo nieszablonowy reżyser, może powstać wszystko. Czegoś takiego podjął się Darren Aronofsky, który sięgnął po Noego – wiecie, tego kolesia co zbudował Arkę.

Reżyser po swojemu interpretuje biblijna opowieść dodając do nich upadłe anioły, które wyglądają jak kamienne golemy i pomagają ludziom (czytaj: Noemu i jego rodzinie), potomków Kaina, którzy podporządkowali sobie ziemię (są źli, tak źli, że za mięso oddają swoje żony i dzieci) oraz Noego, który ma wizję. Widzi w niej zagładę ludzkości i by do niej nie dopuścić, decyduje się zbudować Arkę i przenieść tam niewinne zwierzęta do nowego Edenu.

Noe1

I w zasadzie to tyle, ale Aronofsky nie byłby sobą, gdyby nie próbował przemycić poważniejszych treści. Bo tutaj Noe jako ślepo posłuszny Stwórcy (Bóg nie istnieje) powoli zaczyna się zmieniać w fanatyka, który uważa, że ludzkość skazana jest na zagładę. Tylko w ten sposób nie dojdzie do zbezczeszczenia Ziemi. Tylko czy do tego wszystkiego potrzeba było 120 mln dolców? Jak najbardziej. Bo jest tu kilka scen wizualnie zapierających dech (stworzenie świata, upadek aniołów czy wizje Noego), mimo surowej i stonowanej kolorystyki (znowu Matthew Libatique pokazuje klasę jako operator). Ale pytania o wiarę i jej sens przewijają się dość mocno, nie dając do końca jednoznacznej odpowiedzi. I w tym momencie „Noe” jest najciekawszy. Owszem, nie brakuje tutaj akcji (obrona Arki przez Noego i anioły), jednak one są dodatkiem do całości, nadając epickiego rozmachu – także sam potop wygląda imponująco. Aronofsky nie do końca jednak to wykorzystuje, co może wywołać pewne znużenie, parę scen można śmiało wyciąć (zbieranie jagód przez Matuzalema – panie Hopkins, wstydu oszczędź!), a miejscami wizualny przepych może doprowadzić do bólu oczu (inwazja ptaków), niemniej jest to interesująca propozycja.

Noe2

Ale najmocniejszym elementem nowego filmu Aronofsky’ego jest kapitalny Russell Crowe. Jeśli myślicie, że Noe to prawy i sprawiedliwy facet – jesteście w błędzie. Ma wizje (i twierdzi, że Stwórca coś do niego mówi), które stają się dla niego obsesją i czynią z niego fanatyka religijnego – ludzkość musi umrzeć, a jego synowie mają pozostać ostatnimi ludźmi na Ziemi. I to budzi w nim wewnętrzną wojnę miedzy posłuszeństwem wobec Boga (który wydaje się tutaj okrutnikiem) a szczęściem rodu swojego. Poza Russellem warto wyróżnić Raya Winstona jako bezwzględnego i twardego króla. Cała reszta, niestety robi tutaj za dekorację, a najbardziej szkoda tutaj Jennifer Connelly, czyli rozważnej żony Noego, która jest tutaj nadekspresyjna.

Noe3

Aronofsky postawił sobie trudne zadanie, ale wyszedł z niego z obronną ręką i pokazał, że nie ma dla niego zadań niewykonalnych. Ciekawe jak wypadnie jego kolejne przedsięwzięcie, które określono jako „Fargo” w kosmosie.

7/10

Radosław Ostrowski

Sabotage

John Wharton jest dowódca specjalnego oddziału DEA, który zajmuje się infiltracją karteli narkotykowych. Podczas ostatniej akcji przejęli dziesięć milionów dolarów, jednak kasa wyparowała. Prowadzone dochodzenie nic nie dało, więc oddział powraca do gry. Jednak kiedy dwóch członków grupy zostaje zamordowanych, Wharton próbuje dorwać sprawców i pomaga mu w tym policjantka Caroline Brentwood.

sabotage1

David Ayer jak wszyscy wiemy to spec od kina akcji z policjantami w rolach głównych, bardzo wnikliwie i uważnie portretując to środowisko („Bogowie ulicy”). „Sabotage” jest utrzymany w tej stylistyce, bez słodzenia, lukrowania oraz oczywistych podziałów na dobrych i złych. Surowy realizm, z masą strzelanin i krwawej jatki robi naprawdę mocne wrażenie, a powolna eliminacja członków grupy budzi niepokój. Intryga, choć toczącą się dość spokojnym tempem (jak na tego typu produkcje), jest bardzo skomplikowana i wciągająca. I do samego końca tak naprawdę nie wiemy jaki będzie finał. Akcja jest mocna, strzelaniny krwawe i bardzo brutalne (to nie jest zdecydowanie film dla dzieci ani młodzieży), że wystarczy wspomnieć pościg na ulicy czy atak na siedzibę kartelu. Na Ayera nadal nie ma mocnych, a pytania o lojalność i uczciwość pozostają aktualne.

sabotage2

Dlaczego jeszcze warto zobaczyć „Sabotage”? Jedno nazwisko powinno wystarczyć – Arnold Schwarzenegger ps. Austriacki Dąb. Może i widać, że jest już starym dziadkiem, ale potwierdza tutaj swoją dobrą dyspozycję. I robi to, za co go pokochała dawno temu widownia – bluzga, zabija i mówi ze swoim akcentem. Nadal jest w tym dobry, choć jest już zmęczonym i wypalonym gliniarzem. Poza nim jedynymi osobami wartymi wspomnienia są zaskakująco dobry Sam Wortington („Potwór”) oraz obsadzona wbrew sobie Olivia Williams (Caroline Brentwood), która udźwignęła postać twardej policjantki (tylko pozornie twardej).

sabotage3

Wreszcie mamy dobry film z Arnoldem w roli głównej. Trafił w końcu na odpowiedniego reżysera i dobrą historię, pokazując, że solo jest wcale nie gorszy od reszty „Niezniszczalnych”.

7/10

Radosław Ostrowski

Transcendencja

Słowo „transcendencja” oznacza „istnienie bytu poza świadomością”. Innymi słowy, że jest byt, którego nasz umysł nie jest w stanie ogarnąć. Czymś takim może być sztuczna inteligencja. Ale to kwestia kilku(nastu) lat. Wyobraźcie sobie świat, gdzie prace nad sztuczną inteligencją na całym świecie są mocno zaawansowane. Będzie ona w stanie mieć własną świadomość i umysł silniejszy niż jakikolwiek człowiek lub grupa ludzi na świecie. Przewodzi tymi badaniami dr Will Caster, ale ludzie boją się tego, co nowe. I taka grupka terrorystów dokonuje ataków na kilka laboratorium, a Caster zostaje postrzelony kula z polonem. Ale jego zdesperowana żona będzie chciała połączyć jego umysł z rozwiniętą sztuczną inteligencją. I nawet ona nie będzie w stanie przewidzieć konsekwencji tych wydarzeń.

transcendencja1

Kino SF od dłuższego interesuje się kwestią AI oraz kontroli człowieka nad maszynami i na odwrót. Do tego głosu wlicza się debiutancki film Wally’ego Pfistera. Wszyscy go znamy jako operatora współpracującego z Christopherem Nolanem. I osoby spodziewającego się dużego budżetu, bajeranckiej akcji i wielkiej rozwałki – poczują się mocno rozczarowani. Bardziej jest to kameralne, bazujące na dialogach i stawiające poważne, etyczne pytania. O granicę między postępem technologicznym, który może zrobić z nas niewolników a posiadaniem własnego „ja”. Twórcy nie rozwiązują tego sporu, tylko próbują rozważnie przedstawić racje obu stron, które dla własnego dobra są w stanie zrobić wszystko. Wątek sensacyjny akurat wypada tutaj najsłabiej i wszelkie wybuchy czy strzelaniny zwyczajnie nużą. Całość jest mocno oszczędna wizualnie, a efekty specjalne poza scenami regeneracji nie odgrywają tutaj żadnego znaczenia. I na pewno „Transcendencja” daje tutaj sporo do myślenia i zmusza do refleksji.

transcendencja2

Jeśli chodzi o grę aktorów to jest ona dość nierówna. Za tło robią tutaj bohaterowie grani przez Morgana Freemana (dr Joseph Tagger) i Cillian Murphy (agent FBI Buchanan), którzy ładnie wyglądają, są poprawnymi postaciami, ale nie odgrywają istotnej roli. Najtrudniejsze zadanie miało troje głównych bohaterów. Pierwszy to dr Caster grany przez Johnny’ego Deppa. Po pierwsze, Depp wygląda tutaj normalnie i nie jest naładowanymi kilogramami charakteryzacji i jest to typowy naukowiec z kompleksem Boga, dla którego nie ma granic do nie przekroczenia, co trochę kontrastuje z dość powściągliwą grą tego aktora. Drugim mocnym punktem jest Rebecca Hall, czyli Evelyn Carter. Ta kobieta po śmierci męża, staje się ofiara swojego obłędu i chcą desperacko utrzymać męża przy życiu przekracza granicę etyki. Dla niej Will, nawet w formie komputera jest tym samym ukochanym, a zanim przejrzy na oczy minie sporo czasu. I trzecia postać, czyli dr Max Waters (solidny Paul Bettany), który ma znacznie więcej wątpliwości i jest bardziej sceptyczny od małżonków. I posiada on na tyle zdrowego rozsądku, że można się z nim identyfikować.

transcendencja3

Pfister nie boi się stawiać pytań, a choć całość nie porywa i ma dość powolne tempo, to jest jest całkiem przyzwoitą propozycją. Może i nie jest tak powalającym wizualnie widowiskiem, to jednak daje kilka poważnych pytań, nie dając w zamian żadnych odpowiedzi i zmusza do refleksji. Solidna produkcja.

6,5/10

Radosław Ostrowski