Sztuka kradzieży

Jak zrobić dobry skok i zbić na tym wielką kasę? Trzeba mieć naprawdę dobrą ekipę, której można zaufać. Dennis „Crunch” Calhoun coś na ten temat wie. Kiedy jego brat Nicky zostaje schwytany przez gliniarzy po okantowaniu jednej grubej ryby w Warszawie, wystawia go policji i spędza 7 lat we Wronkach. Po wyjściu dorabia jako kaskader, by łamał sobie trochę tego i owego, gdy pojawia się pewien zakapior, oszukany przez jego brata i żąda zwrotu kasy. W ten sposób Crunch wraca do gry, dokonując zuchwałej kradzieży „Ewangelii wg św. Jakuba”.

kradziez1

Brzmi jak jeden z wielu złodziejskich filmów pokroju „Ocean’s Eleven”? Macie rację, to kolejna tego typu opowieść, gdzie kluczowe są precyzyjny plan, mistyfikacja, podmiana i oszustwo. Debiutujący na tym polu reżyser Jonathan Sobel okazuje się całkiem niezłym rzemieślnikiem. Może i widać, że budżet nie jest zbyt duży, a Warszawa wygląda jakoś inaczej (Wronki to wyglądają jak jakieś średniowieczne lochy – ładnie), jednak nie brakuje tutaj odrobiny humoru („przemyt” braci przez mało rozgarniętego Francie czy anegdota o kradzieży Mona Lisy – naprawdę szacun za pokazanie tego), zdjęcia nadają mrocznego charakteru, postacie są wyraziste, a intryga tak zamotana jak tylko się da. Może i jest to trochę grane znaczonymi kartami, a finał mimo wszystko okazuje się dość przewidywalny, ale jako rozrywka się sprawdza.

kradziez2

Także aktorzy świetnie czują swoje role i sprawdzają się w nich bezbłędnie. Ale czy może być inaczej, jeśli asem jest tutaj Kurt Russell. Jako honorowy złodziej i mistrz kierownicy (brawurowa ucieczka przed policją w Warszawie, m.in. jadąc metrem – bezcenne) jest po prostu świetny, a skórzana kurtka i zmęczona twarz dopełniają tego portretu. Drugim mocnym punktem jest Matt Dillon, czyli cwany i za chciwy Nicky. Taki mózgowiec, który ma wiele planów i pomysłów. Z pozostałych aktorów warto wyróżnić niezłego Jaya Baruchela (uczeń Francie) oraz niezawodnego Terence’a Stampa (zmuszonego do współpracy z Interpolem Sam Winter).

kradziez3

Nie jest to nic nowego, ale satysfakcja jest tutaj zaskakująco wysoka. Kawał porządnego i lekkiego kina, które skutecznie kradnie czas, a kiedy się kończy nie jesteś w stanie tego zauważyć. Tylko tyle albo aż tyle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Michael Kohlhaas

XVI wiek. Michael Kohlhaas jest kupcem, który zajmuje się głównie sprzedawaniem koni. Podczas przejazdu do gubernatora, zostaje zmuszony przez młodego barona do zastawienia swoich koni, by móc przejechać. Po pewnym czasie odkrywa, że został oszukany, a baron oddaje mu osłabione szkapy. Kiedy próby dochodzenia sprawiedliwości przed sądem, kończy się porażką, a żona Kohlhaasa zostaje zamordowana podczas wniesienia skargi do księżniczki, kupiec bierze sprawy w swoje ręce i planuje sam wymierzyć sprawiedliwość.

kohlhaas1

Filmów o zemście powstało wiele i jeszcze wiele powstanie, co nie jest żadnym zaskoczeniem. Tym razem jednak zadania podjął się francuski reżyser Armand des Pallieres, bazując na powieści Heinricha von Kleista. Jeśli ktoś spodziewa się drugiego „Bravehearta” może się mocno rozczarować, gdyż nie jest to hollywoodzka produkcja. Jest to film bardzo kameralny, zrealizowany z jednej strony bardzo surowo, wręcz minimalistycznie (oszczędne dialogi, stonowana muzyka, bardzo zgaszone zdjęcia), z drugiej nie pozbawione jest to plastycznego wyrafinowania, ukrywającego brud, dwulicowość ludzi. Reżyser stawia tutaj ważkie pytania o sens zemsty i wymierzenia sądów na własną rękę (kluczowa w tej kwestii wydaje się rozmowa Kohlhaasa z pastorem), ale później przestaje ono mieć znaczenie. Akcja nie pędzi na złamanie karku, potyczki są pokazane albo gdzieś z oddali (zasadzka na barona) albo co drastyczniejsze sceny nie są dla nas widoczne (atak kupca ze sługami na siedzibę barona). I nawet na początku to działa, budując bardzo posępny klimat. Ale im dalej w las, tym pojawia się więcej gadaniny oraz moralnych rozterek mściciela. I wtedy zaczyna się robić coraz nudniej, aż do oczywistego finału.

kohlhaas2

Jednak jest jeden mocny atut, dzięki któremu ten film ogląda się naprawdę nieźle. Jest nim Mads Mikkelsen grający tytułową rolę i był to naprawdę trafiony wybór. Kohlhaas jest to ten typ ludzi, których można złamać, ale nie zabić. Wierny swoim zasadom, powściągliwość emocjonalna oraz wnikliwe spojrzenia są bardzo mocnymi atutami tej roli i do samego końca kibicujemy tej postaci. Ciekawe dlaczego?

kohlhaas3

Mam wrażenie, że „Michael Kohlhaas” miał potencjał na naprawdę świetne kino, ale pozostał on zaledwie przyzwoitą propozycją niewykorzystującą w całości swojego potencjału. Niemniej osoby szukające nieszablonowego kina, powinny być usatysfakcjonowane.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Więzy krwi

Nowy Jork, rok 1974. W mieście żyje dwóch braci. Frank jest policjantem, który próbuje wrócić do swojej byłej dziewczyny, związanej z cynglem mafii. Chris wychodzi z więzienia po odsiadce i próbuje poukładać swoje życie, a jego była żona pracuje jako prostytutka i narkomanka. Frank próbuje pomóc bratu i załatwia mu pracę jako mechanik, gdzie poznaje tam Natalie, z którą wiążę pewną przyszłość. Ale zerwanie z przeszłością łatwe nie będzie, a więzy krwi braci będą wystawione na ciężką próbę.

wiezy_krwi1

Tradycja kryminału jest znana w wielu krajach od dawna. Amerykanie też byli mistrzami w swoim gatunku, zwłaszcza w latach 70. I to tej estetyki próbuje wrócić francuski aktor i reżyser Guillaume Canet, dla którego jest to pierwsza amerykańska produkcja. I jest to przede wszystkim bardzo kameralne i stonowane kino. Sama intryga kryminalna jest w zasadzie prowadzona przy okazji, stoi gdzieś w tle, a najważniejsze są relacje międzyludzkie – zawsze skomplikowane i pogmatwane, będące źródłem różnych spięć, konfliktów i moralnych dylematów. Te kameralne sceny, gdzie wnikliwie obserwuje ludzi są właśnie najciekawsze, aczkolwiek sceny akcji są naprawdę dobrze poprowadzone i pokazane, każdy szczegół jest istotny, realia lat 70. zachowane (kostiumy, samochody, muzyka), tempo jest bardzo spokojne, ale pnie brakuje tutaj emocji. Wszystko to przypomina stylem jednego amerykańskiego reżysera – Jamesa Greya, który też się skupiał na ludziach. Ale to spokojne tempo jest rekompensowane przez naprawdę mocnym finałem, jednak więcej nie powiem więcej.

wiezy_krwi2

A jeśli chodzi o obsadę, to jest ona naprawdę gwiazdorska i w dodatku naprawdę bardzo dobrze poprowadzone. Świetnie sobie radzą Clive Owen i Billy Crudup, czyli dwaj bracia będący po obu stronach barykady, którzy czasami potrafią powiedzieć więcej niż to robią. Widać, że jeden dla drugiego zrobiłby wszystko, choć dzieli ich naprawdę wszystko. Widać to w każdym geście i spojrzeniu, wręcz namacalne. Panie także odgrywają tutaj istotne role – czasami potrafią być ostre i bezwzględne (Monica, czyli Marion Cotillard – walczące o swoją godność, świadoma swojej wartości), inne są zmęczone życiem (taka jest Vanessa Zoe Saldany), po przejściach, szukające normalności (zaskakująca Mila Kunis). Poza nimi jeszcze na drugim planie jest niezawodny James Caan (ojciec braci), który dominuje każdą scenę.

wiezy_krwi3

Może nie jest to film, będący na takim gangsterskim poziomie jak „Życie Carlita” czy „Donnie Brasco”, może nie jest on efekciarską rozwałką, ale ogląda się to naprawdę dobrze, a każdy detal jest istotny i rozkręca się z każdą minutą. Porządna robota i czekamy na więcej.

7/10

Radosław Ostrowski

LEGO PRZYGODA

W krainie budowanej przez klocki Lego mieszka Emmet – przeciętny koleś, pracujący na budowie. To typowa, pozbawiona kreatywności jednostka, gdyż kreatywność jest tutaj bezwzględnie niszczona. Spokojne życie Emmeta ulega poważnej zmianie, gdy znajduje tajemniczy klocek oporu – zgodnie z pewną starą przepowiednią jego posiadacz jest Wybrańcem i doprowadzi do obalenia Lorda Biznesa, który chce uporządkować wszystkie światy Lego.

LEGO1

Czym są klocki Lego, przedstawiać nie trzeba. Film o nich to ostra jazda bez trzymanki i wielki test przepony. Jest to komedia, która jest ubrana w konwencje opowieści o walce jednostki ze złym systemem oraz ruchem oporu dowodzonego przez Architektów (kreatywne postacie) pod wodza ślepego Witruwiusza. A kogo tam w tej walce nie ma: Batman, Superman, Wonder Woman, nawet Gandalf Stary, ehm Szary miał swoje parę minut. Źródłem żartów poza masą ciętych dialogów jest tutaj popkulturowa żonglerka postaciami (nie zabrakło legendarnego Sokoła Millennium), miejscami (Dziki Zachód) oraz absurdalna sytuacja. Jednocześnie jest to hołd złożony kreatywności oraz temu, że zabawki robione są przede wszystkim dla dzieci i od ich kreatywności zależy tutaj naprawdę wiele. Jednocześnie jest to zrobione z rozmachem, animacja Legutków i całego otoczenia robi wielkie wrażenie, a zakończenie przewiduje ciąg dalszy. Ale czy na pewno.

LEGO2

Twórcy jadą trochę na nostalgii pokazując czasy, gdy w klockach chodziło o kreatywność budowania, bez instrukcji obsługi. Po prostu jedziesz i robisz co chcesz. Pokazuje to mocno scena ostatecznej konfrontacji czy to, co się dzieje po upadku bohatera w przepaść. To musicie sami obejrzeć.

LEGO3

Jak animacja, to musi być dubbing. I tutaj zarówno do tłumaczenia jak i głosów nie można się przyczepić. Całość jest tutaj dobrze poprowadzona przez Piotra Bajtlika (Emmet) oraz napędzających całą akcję Ewę Andruszkiewicz-Gruzińską (Żyleta, ostra zawodniczka) oraz Miłogosta Reczka (Witruwiusz trochę zajeżdżający Gandalfem). Ale i tak całe szoł tutaj kradnie Jarosław Boberek jako Dobry i Zły Glina (w jednym legutku) oraz niezawodzący Krzysztof Banaszyk jako Batman (wiedzieliście, że facet ma fioła na punkcie dźwięku i muzy?).

„LEGO” mimo pewnej szablonowości fabuły, która zostaje zdekonstruowana i ośmieszona, okazała się naprawdę pozytywną niespodzianką. Kupa śmiechu, zabawa przednia i wiele się tu dzieje. Dla każdego i w każdym wieku.

8/10

Radosław Ostrowski

Aniołki spod znaku Miserere

Podczas próby przemytu dzieci z Afryki, jeden z konwojentów zostaje postrzelony. Ze zniszczonego telefonu oficer Interpolu Frank Salek znajduje imiona i inicjał nazwiska trzech osób. W tym samym czasie w Paryżu zostaje zamordowany kościelny organista, uchodźca z Chile. Tu śledztwo na własną rękę prowadził emerytowany komisarz policji Lionel Kasdan. Obydwie zbrodnie są ze sobą połączone i obydwaj panowie podejmują współpracę.

Miserere1

Film Sylvaina White’a jest adaptacja kolejnego bestsellera Jean-Christophe’a Grange’a. Ten bardzo poczytny autor nie boi się pokazywać mrocznej strony człowieczeństwa, gdzie ofiarami padają inni. Tutaj też dzieje się wiele: tajemniczy dziecięcy chór, handel żywym towarem, byli naziści w służbie Pinocheta, zabijanie głosem. Na papierze wygląda to naprawdę interesująco, jednak na ekranie jest pewien problem. Owszem, jest mrocznie, kolorystyka żywcem przypomina czarny kryminał, zagadka jest niejasne, a bohaterowie są bardzo skrytymi ludźmi po mocnych przejściach, a akcja ma swoje tempo. Tylko jest jeden problem: czuć kompletną obojętność i brak kompletnego zaangażowania. A to w przypadku kryminału/thrillera jest niewybaczalnym błędem, mimo iż ogląda się to całkiem nieźle.

Miserere2

Mimo że grający główne role Gerard Depardieujewicz (wybitny aktor rosyjski) i Joey Starr tworzą naprawdę zgrany duet, to aktorstwo niespecjalnie się wybija czy wyróżnia. Tak jak zresztą cały film.

6/10

Radosław Ostrowski

Sekretne życie Waltera Mitty

Walter Mitty wydaje się typowy szaraczkiem, niewyróżniającym się z tłumu. Pracuje w czasopiśmie Life, gdzie zajmuje się wywoływaniem zdjęć wysyłanych przez legendę swojego fachu, Seana O’Connella. Gazeta ma zostać przeniesiona do Internetu i zostaje wydane ostatnie „papierowe” wydanie, w tym czasie też ma dojść do zwolnień. Tym razem Jack wysłał fotki z jednym specjalnym negatywem, który ma być okładką, gdyż jest to esencja czasopisma. Niestety, fotki w negatywie nie ma, więc Walter rusza znaleźć Jacka, gdyż ten jest ciągle w terenie.

walter_mitty1

O tym, że Ben Stiller zajmuje się reżyserią, wie naprawdę wielu, choć jego filmy (poza „Telemaniakiem” i „Jajami w tropikach”) nie są raczej zbyt mocno kojarzone. Tym razem jednak postanowił dokonać niemożliwego – zrobić mały kameralny film, który mógłby być wielką produkcją za kupę kasy. I o dziwo to połączenie się zaskakująco dobrze sprawdza. Nie powiedziałem jeszcze o Walterze jednej rzeczy – zdarza mu się „zawiesić” i wtedy wyobraża sobie, ze jest superherosem, co czyni jego życie troszkę ciekawszym. Swoje plany i marzenia musiał porzucić, gdy odszedł ojciec i musiał zająć się rodziną. Stiller tutaj pokazuje ludzi uciekających w świat wyobraźni, co samo w sobie wg niego nie jest niczym złym, wręcz pozwala odreagować dzień codzienny, gdzie jest się zabieganym, z masą spraw na głowie. Są one zrobione w naprawdę pomysłowy sposób (m.in. walka między Walterem z likwidatorem o laleczkę, jakby żywcem wzięty z filmu o superbohaterach czy parodia „Ciekawego przypadku Benjamina Butona” – to akurat małe arcydzieło humoru), ale to przede wszystkim historia pokazująca, że warto być cierpliwym, bo którego dnia znajdzie się taka sytuacja, iż będzie możliwe spełnienie marzeń (w tym wypadku podróżowanie i poukładanie sobie życia uczuciowego). A droga będzie tu bogata – od Grenlandii przez Islandię aż do Himalajów. Wszystko to pięknie sfotografowane i okraszone naprawdę pozytywnie nakręcającą muzyką. Poza humorem, którego jest tutaj sporo (i jest on bardziej subtelny) nie brakuje tutaj refleksji, co bardzo cieszy (choć finał poznajemy po 15 minutach, ale droga jest tutaj naprawdę wciągająca, a samo zdjęcie – to trzeba zobaczyć samemu).

walter_mitty2

Stiller główną rolę powierzył samemu sobie i stworzył prawdopodobnie swoją najlepszą kreację. Walter to facet, którego trudno nie polubić – przedwcześnie dojrzały, ukrywający w sobie pewną dziecięcą pasję oraz ciekawość. Za to okazuje się obrotnym i sprytnym facetem, który poradzi sobie w każdej ekstremalnej sytuacji – załatwić rekina? Wejść na Himalaje? Przekonać watażków, by cie przepuścili? Walter znajdzie sposób. Druga istotną postacią jest Cheryl, grana przez Kristen Wiig, obiekt uczuć Waltera. Trochę zagubiona, samotnie wychowująca syna, jest pośrednio siłą napędzająca Waltera do działania (scena, gdy wyobraża ją śpiewająca „Space Oddity” Davida Bowie – fajna). Wiadomo jak to się skończy między nimi. Poza nimi drugi plan jest dość obfity, a należałoby wyróżnić tutaj Seana Penna (fotograf O’Connell) oraz Pattona Oswaldta (Todd Maher – szef portalu, z którym Walter często rozmawia przez telefon).

walter_mitty3

„Sekretne życie…” jest zarówno dopieszczone formą, treść też jest fajna, choć czasami trochę zwalnia. Ale serwuje taki zastrzyk pozytywnej energii, że naprawdę ogląda się to z wielką frajdą. Na poprawę nastroju jak znalazł.

7/10

Radosław Ostrowski

Obrońcy skarbów

Adolf Hitler jaki był, każdy słyszał. W trakcie wojny z lat 1939-45 wydał rozkaz kradzieży cennych dzieł sztuki i stworzenia Muzeum Fuhrera, gdzie znajdowały się najcenniejsze dzieła. Na polecenie prezydenta USA Franklina D. Roosevelta w 1944 r. powołano specjalna grupę pod wodzą profesora Franka Stokesa, a jej zadanie było odnalezienie i zwrócenie właścicielom dzieł sztuki. Od lądowania w Normandii członkowie ekipy podjęli się bardzo trudnego zadania i to z niezłym skutkiem.

obroncy1

Bazując na prawdziwej historii tym razem własny film wojenny postanowił nakręcić George Clooney – facet, którego dokonań i dorobku przedstawiać nie trzeba. I jako reżyser jest jedna z ciekawszych osób w Hollywoodzie. Jednak jego film to takie klasyczne wojenne kino w oldskulowym wydaniu. Mamy oddział do wykazania misji niemożliwej, francuski ruch oporu, dzieła sztuki, złych Niemców i jeszcze gorszych Rosjan. Wszystko z łopocącą, amerykańska flagą w tle i patetycznymi dialogami, które miejscami mogą trochę psuć odbiór. Druga sprawa to dość luźna narracja, gdzie przenosimy się do poszczególnej pary bohaterów i ich pola działań. Samo w sobie nie jest to złe, a nawet byłoby to wskazane, jednak są one dość nierówno poprowadzone i przewija się nuda, a humor jest dość toporny. Realizacja jest całkiem niezła, zdjęcia i scenografia trzymają poziom, tak samo podniosła muzyka.

obroncy2

Aktorzy tutaj grają na sprawdzonych kluczach, co nie znaczy, że są nudni i nie dają rady. Clooney i Damon są porządnymi i uczciwymi kumplami, Bill Murray jest cynicznym kawalarzem (razem z Bobem Balabanem tworzą zabawny duet), Goodman to wrażliwy wielkolud, a Jean Dujardin jest czarującym Francuzem (jego śnieżnobiałe zęby powinny być użyte jako broń masowego rażenia). Jedyną osobą wymykającą się szufladce jest Cate Blanchett, czyli zmuszona do współpracy z Niemcami znawczyni sztuki. Na tym polu radzi sobie naprawdę przyzwoicie.

obroncy3

Film miał potencjał na naprawdę dobre kino wojenne: temat, doborowa obsada. Ale nie wszystko tutaj zagrało do końca. Ta lekka ramotka troszeczkę się broni hołdem dla sztuki, choć czuję lekki niedosyt.

6/10

Radosław Ostrowski

Jack Strong

Zrobić film o szpiegach jest bardzo trudno, bo szpiegów jest wielu. Można zrobić jak Jamesa Bonda – szybkie pościgi, efektowna (i efekciarska) rozwałka, piękne samochody, szybkie kobiety (albo na odwrót) i masa wystrzelonych kul. Można też zrobić tak jak George’a Smileya – powolne, żmudne dochodzenie bazujące na analizowaniu danych, rozmowach, spotkaniach i wyciąganiu wniosków. A jeśli zrobić film szpiegowski w Polsce? Kurwa co? Taka może być pierwsza reakcja, ale materiału to mamy naprawdę dużo i na niejeden film by wystarczyło. Po kolei jednak.

Jest rok 1971. Ryszard Kukliński – dziany i dość wpływowy major Wojska Polskiego zostaje awansowany na stopień pułkownika. Po wydarzeniach grudniowych mężczyzna  – jak co roku – wypłynął w rejs do zachodnich Niemiec, gdzie przekazał list do konsulatu amerykańskiego w Bonn. Początkowo proponował stworzenie spisku oficerów wywiadu przeciwko ZSRR, jednak CIA zaproponowało mu współprace polegającą na przekazywaniu tajnych dokumentów. Wtedy też otrzymał pseudonim operacyjny Jack Strong. W 1981 roku przed wprowadzeniem stanu wojennego Kukliński razem z rodziny zostaje ewakuowany z Polski i osiedla się w USA. (To mówiłem ja, Bogusław Wołoszański). To o nim postanowił opowiedzieć reżyser z jajami – Władysław Pasikowski.

JackStrong1

Facet podszedł poszedł poważnie do swojego zadania i zrobił szpiegowski film na miarę naszych możliwości. I o dziwo nie jest to kolejna padaka nieudolnie naśladująca kino gatunkowe, tylko rasowe kino sensacyjne przypominające trochę powieści Johna le Carre, gdzie zamiast szybkiej i dynamicznej akcji, liczy się człowiek oraz jego psychika. Spotkania w zamkniętych pomieszczeniach z ograniczona liczbą osób mogą sprawiać wrażenie bardziej nadających się do teatru telewizji niż do kina, mimo przenoszenia się z miejsca na miejsce (Warszawa, Moskwa, Waszyngton). Wielu też może zniechęcić niezrozumiałość realiów czy przekazywane pewne informacje w dialogach jak np. te dotyczące Olega Pieńkowskiego (na początku filmu zostaje zabity za zdradę) czy dane wywiadowcze.

JackStrong2

Trzeba jednak oddać sprawiedliwość i stwierdzić, że od strony technicznej jest to poziom wręcz światowy. Wyraźny dźwięk, porządny montaż i wierne odtworzenie PRL-u lat 70. (od kostiumów przez scenografie po samochody). Napięcie nasila się w momencie, gdy powoli zaczyna zaciskać się pętla wobec Kuklińskiego, a scena ewakuacji rodziny uprzedzona naprawdę świetnie zrobionym pościgiem Fiatów za Oplem Record (ostatnia taka akcja miała miejsce w filmie „80 milionów”) – naprawdę suspens jest tutaj potężny. Żeby jednak nie było tak fajnie, są pewne minusy – po pierwsze, odrobinę patetyczne dialogi i za mało poetyckich słów Pasikowskiego (a co to jest 5 kurew, jeden chuj i jeden skurwysyn na dwie godziny? – wiem, że to nie „Wilk z Wall Street”, ale można było sobie pobluzgać jak w „Psach”). Po drugie, klaustrofobiczny i ciężki klimat realiów może wielu odstraszyć i znużyć. Po trzecie jak wiadomo, wiele akt Kuklińskiego pozostaje tajnych, więc trzeba było trochę improwizować i zmyślać, ale jakim cudem nasi pogranicznicy przepuścili agenta CIA przewożącego Kuklińskich (a był on czarnoskóry)? Nie mam pojęcia. I po czwarte, panie robią tutaj tylko za tło – albo są agentkami, albo matkami polkami (pani Kuklińska). Ale wiadomo, to męskie kino – podobno.

JackStrong3

Jedno trzeba jednak przyznać, że obsada jest tutaj naprawdę pierwszorzędna. Główną rolę zagrał Bogusław…, ekm, Marcin Dorociński (sorry, Boguś) i udało mu się stworzyć pełnokrwista postać człowieka, a nie superagenta. Zdarza mu się być nieostrożnym (walnięcie głową o ścianę) i nerwowy, ale jest to lojalny i uczciwy facet, który stara się być wierny sobie oraz być dobrym ojcem i mężem (choć z tym ostatnim jest problem – wiadomo, praca na dwa fronty musi być męcząca). Drugim mocnym atutem z panów jest Amerykanin Patrick Wilson, czyli oficer prowadzący David Forden, który staje się przyjacielem Kuklińskiego. W dodatku bardzo dobrze mówi po polsku, co nie jest łatwe dla cudzoziemców. Poza nim jest tutaj naprawdę bogaty drugi plan, zarówno wśród Polaków (tu bryluje Ireneusz Czop jako złamany przez grudzień Marian Rakowiecki), jak i Rosjan (tutaj Dimitri Bilow, czyli Sasza Iwanow z radzieckiego kontrwywiadu).

Dla Pasikowskiego sprawa jest jasna. Mimo, że stara próbować zachować dystans, dla niego pułkownik Kukliński był bohaterem. Dla mnie zaś jasne jest to, że Pasikowski poważnie wraca do gry, kręcąc swój najlepszy film od czasów „Psów”. Warto było obejrzeć i zrobić ten film? Absolutnie tak.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

W ukryciu

Radom, rok 1944. Do swojego domu powraca Janina – młoda i uzdolniona wiolonczelistka. Na miejscu odkrywa, że ojciec ukrywa w w domu Żydówkę Ester, do której odnosi się bardzo sceptycznie. Kiedy jednak jej ojciec zostaje zatrzymany przez Niemców, kobieta decyduje się ją trzymać. Tak bardzo, że jak kończy się wojna nie informuje jej o tym.

ukrycie1

Film Jana Kidawy-Błońskiego to przykład czegoś, co cierpi na tzw. syndrom zmarnowanego potencjału. Sama historia zrobiona bardzo kameralnie i stonowanie, a samej wojny i żołnierzy nie ma tutaj zbyt wielu. Próbował tutaj opowiedzieć o pewnym uzależnieniu wobec drugiego człowieka – to jest tak silne, że motywy tej decyzji są mocno egoistyczne, posunięte nawet do morderstwa. Nie brakuje więc tutaj trupów (raptem 3-4), pożądania i mroku. Problem w tym, że na papierze wygląda to świetnie, ale poza nim to już nie jest tak poruszające. Nie czuć tutaj emocji, relacje są dość mało angażujące, choć powinno to wszystko wgniatać w fotel, a zamiast tego to ciągnie się to w nieskończoność, mimo naprawdę pięknych zdjęć (gra światłocieniem – naprawdę wysoki poziom). Dialogi brzmią sztucznie, rzeczywistość jest mocno umowna, muzyka próbuje być thrillerowata (i całkiem nieźle to wychodzi), ale nie czuć tutaj absolutnie nic. A chyba nie o to tu chodziło – oglądałem ta historię w kompletnym zobojętnieniu.

ukrycie2

Sytuacji wcale nie pomagało aktorstwo, bo jest to na takim sobie poziomie. Magdalena Boczarska tutaj gra jednym wyrazem twarzy (wystraszonej i bardzo skrytej) pokazującej jak to jest niepewna, zagubiona i samotna. Kiedy manipuluje Żydówką i próbuje kontrolować jej życie, trudno w to jakoś specjalnie uwierzyć. Chyba zabrakło tutaj pomysłu na postać. Z kolei Ester Julii Pogrebińskiej jest odrobinkę lepsza, tylko mało zarysowana jest jej postać, przez co jest mocno ograniczona, jednak widać duży potencjał i mocno przykuwa uwagę. Najlepiej wypadł Jacek Braciak, który pojawia się raptem w dwóch scenach i jest tak odpychającym szantażystą, że jego los musiał się tak skończyć.

Plan i ambicje były bardzo wielkie, ale skończyło się niestety jak zawsze. Plusy nie zdążyły przysłonić minusów, których jest po prostu za dużo. Wielka szkoda. 

4/10

Radosław Ostrowski

Długi, wrześniowy weekend

Końcówka sierpnia 1987 roku. Henry jest młodym chłopcem, który mieszka razem z matka Adele (ojciec zostawił ich) w dużym domu na przedmieściach. W supermarkecie trafiają na mężczyznę, który prosi ich o pomoc. Okazuje się, że Frank (bo takie jest jego imię) uciekł z więzienia i jest ranny, potrzebuje pomocy. Zmusza kobietę do pomocy, grożąc śmiercią jej syna. Na miejscu okazuje się, że nie jest aż takim brutalem, a ukrywanie się mające trwać kilka godzin potrwa kilka dni.

weekend1

Dla wielu Jason Reitman pozostanie na zawsze synem twórcy „Pogromcy duchów” i reżyserem „Dziękujemy za palenie”. Następne filmy przyniosły mu rozgłos i nominacje do prestiżowych nagród, jednak nie zawsze było to dla mnie zrozumiałe. Teraz Reitman postanowił zrobić własną wersję „Doskonałego świata”, którą zrobił ponad 20 lat temu Clint Eastwood. Tak jak w tamtym filmie mamy tutaj zbiega, który staje się wzorcem i mentorem dla młodego chłopca. Tylko tutaj jest jeszcze matka, która powoli zaczyna odżywać dzięki mężczyźnie. Niby jest to kryminał, ale to tak naprawdę love story z przewijającym się w tle wątkiem wchodzenia młodego chłopca w dorosłe życie. Czuć w tym pewien nostalgiczny charakter (narracja z offu dorosłego Henry’ego, ciepłe kolory), jednak jest to opowieść pełna smutku (przeszłość zarówno Franka jak i Adele nie była usłana różami), czasami pogodna (wspólne ćwiczenie uderzenia kijem baseballowym), poprowadzona w dość niespiesznym i spokojnym tempem, ale nie pozbawiona scen napięcia, gdy Frank musi się ukrywać. I o dziwo to ogląda się naprawdę dobrze i z zainteresowaniem, a wyczucie nie opuszcza Reitmana do samego końca (trochę przesłodzonego dla mnie). Bez kiczu i pójścia na łatwiznę.

weekend2

I trzeba też pochwalić tutaj aktorów, którzy naprawdę sobie poradzili ze swoimi rolami. Kate Winslet niczym nie zaskakuje, bo granie skomplikowanych kobiecych postaci nie jest dla niej problemem. I tylko to potwierdza – samotna, trochę niepewna i zamknięta dla innych, naznaczona pewną bolesną traumą (nieudane ciąże, które kończyły się poronieniami) powoli zaczyna „kwitnąć” w oczach. Ta przemiana jest bardzo sensownie i wiarygodnie pokazana. Między nią a partnerującym jej Joshem Brolinem (Frank) jest odczuwalna chemia. On sprawia wrażenie silnego fizycznie, ale okazuje się bardzo życzliwym, serdecznym facetem. Mógłby być wzorcem dobrego ojca (wszystko posprząta, zrobi ciasto, ponaprawia tu i tam), gdyby nie to, że musi się ukrywać. Ale i jego przeszłość jest powoli odkrywana w retrospekcjach. I w końcu trzeci wierzchołek trójkąta, czyli syn. Nie wiem jak w stanach to robią, ale tamtejsze dzieci nie brzmią sztucznie na ekranie. Gattlin Griffin tylko to potwierdza i jest całkowicie naturalny od pierwszej do ostatniej minuty. Trzeba mówić coś więcej?

weekend3

Muszę przyznać, że Reitman może nie nakręcił jakiegoś super potężnego czy tak ostrego jak debiut. Niemniej jest to kawał naprawdę dobrego i interesującego kina, któremu (jeśli tylko pozwolicie) uwiedzie was.

7,5/10

Radosław Ostrowski