Droga do zapomnienia

Poznajcie Erica Lomaxa – faceta, który kocha kolej i jest jej wielkim pasjonatą. Wreszcie w jego życiu pojawia się kobieta poznana w pociągu, z którą bierze ślub. Wydawałoby się, że będą żyli długo i szczęśliwie. Błąd, gdyż mężczyzna zaczyna się coraz bardziej zamykać, dostaje ataków lekowych, traci kontakt z rzeczywistością. Żona próbuje się dowiedzieć o klubie weterana, który zrzesza byłych żołnierzy brytyjskich z czasów Ii wojny. Kobieta dowiaduje się, że jej mąż był jeńcem w japońskim obozie podczas wojny, gdzie przeżył piekło. Czy jest szansa wyrwania się przeszłości? Pewnym cieniem wydaje się wieść, że były oprawca przeżył.

Gdy ktoś nadal próbuje opowiedzieć coś o II wojnie światowej, wydaje mi się to zadaniem bardzo karkołomnym, wręcz próbą szybkiego zarobienia pieniędzy, nawet jeśli historia wydarzyła się naprawdę. Film Jonathana Teplitzky’ego przedstawia taką prawdziwą historię człowieka naznaczonego wojną. Dobrym pomysłem jest przeplatanka rzeczywistości ze scenami z czasów wojny, gdzie śledzimy losy Lomaxa – zbudowanie radia, schwytanie, tortury, bicie, próba złamania go. Te fragmenty są naprawdę mocne, mimo że takich ujęć widzieliśmy w ostatnim czasie mnóstwo. I zawsze pojawia się pytanie: jak można żyć dalej po czymś takim? Będąc zniszczonym psychicznie? Jak się okazuje, to działa w dwie strony. Zemsta tutaj ma wymiar symboliczny, choć nie jesteśmy tego pewni na początku. W momencie „kontaktu” po latach, byłem przekonany, że skończy się to dość gwałtownie i brutalnie (po cichu na to nawet liczyłem).

Problem z tym tytułem jest jeden: przewidywalny i trochę mało angażujący emocjonalnie, choć zarówno warstwa techniczna jest naprawdę solidna, a aktorzy dają z siebie naprawdę wiele (zwłaszcza Colin Firth oraz jego młodsze wcielenie, Jeremy Irving, a także niezawodzący Stellan Skarsgard). Mimo to wyszedł z tego całkiem przyzwoity tytuł, który może nie powala jako całość, ale parę scen zostaje w pamięci.

zapomnienie5

6,5/10

Radosław Ostrowski

Młoda i piękna

Isabelle jest młodą, 17-letnią dziewczyną, która zaczyna wchodzić w dorosły wiek. Podczas wakacji poznaje młodego Niemca, z którym przeżywa swój pierwszy raz, który… no po prostu był. Po tym zdarzeniu jesienią wraca do domu i tam zaczyna studiować. Wieczorami pracuje jako prostytutka. To podwójne życie trwa do momentu, gdy jej stały klient umiera na zawał w trakcie seksu.

piekna1

Francois Ozon ostatnio kręci film rok po roku, tym razem jednak sięgnął po dość trudny temat prostytucji nastolatków. To nie jest jednak w żadnym wypadku artystyczny pornos, choć trzeba przyznać, że golizny to tam jest trochę. Seks stał się czymś tak powszechnym, że nagie ciało przestało szokować czy robić na kimkolwiek wrażenie, a Internet czy inne media udostępniają to bardzo łatwo (o tym już mówił „Don Jon”), jednak obserwacja obyczajowa Ozona jest po raz kolejny pretekstem do gry z widzem. Obraz jest bardzo wysmakowany plastycznie (przynajmniej część „letnia” i „wiosenna”), czasami bardziej stonowany (jesień i zima), z pięknie dopasowaną muzyką. Podczas seansu pada jednak pytanie: dlaczego taka młoda dziewczyna podejmuje się pracy jako dziwka? Jest parę poszlak, ale żaden trop nie jest decydujący i ostateczny (brak ojca, nieudany pierwszy raz, matka posiadająca silny wpływ, pożądanie), co na pewno w tym przypadku jest zaletą, bo my możemy dopowiedzieć sobie resztę.

piekna2

A najmocniejszym atutem jest debiutująca na dużym ekranie Marine Vacth, która świetnie sobie radzi tworząc bardzo niejednoznaczny, ale wiarygodny portret psychologiczny Isabelle. Młoda, atrakcyjna i świadoma swojego seksapilu, a jednocześnie delikatna, samotna, skryta. Poza nią warto zwrócić uwagę na Geraldine Pailhas (matka), Johana Leysena (Georges – stały klient) oraz epizod Charlotte Rampling (Alice, żona Georgesa).

Ozon po raz kolejny tworzy film z niejednoznacznym głównym bohaterem oraz aurą tajemnicy, która pozostaje na długo po seansie. Tylko że brak odpowiedzi dla wielu może być dość dziwacznym posunięciem.

7/10

Radosław Ostrowski

Złodziejka książek

Rok 1938. Liesel jest młodą dziewczynka, która straciła brata, a matka ją zostawiła. Trafia ona do rodziny zastępczej, gdzie próbuje jakoś funkcjonować. Dzięki swojemu „ojcu” zaczyna uczyć się czytać, ale zbliża się wojna i szczerze mówiąc to nie jest dobry moment na czytanie książek.

zlodziejka1

Najtrudniej jest dzisiaj zrobić film o II wojnie światowej, bo w zasadzie ten temat został tak wyeksploatowany, że w zasadzie nic nowego nie da się opowiedzieć. Reżyser Brian Percival przenosząc na ekran bestsellerową powieść Markusa Zusaka balansuje między realizmem z bajką i te rozkrok mocno przeszkadza. Niby jest tam wojna, są umundurowani Niemcy, ale to wszystko gdzieś tam w tle, jakby nieobecne. Niby bohaterowie mówią z niemieckim akcentem i wrzucając słówka typu ja, nein, jednak brzmi to sztucznie. Niby jest brudno i ciężko, ale to wszystko wygląda zbyt ładnie wygląda. Ten film jest pełen sprzeczności i nie tylko nie wnosi niczego nowego (ciekawa była tylko narracja z offu), to jeszcze strasznie przynudza, co w przypadku dwóch godzin nie jest niczym trudnym. Jedynie miłość do książek wydaje się najatrakcyjniejszym wątkiem, ale to troszeczkę za mało, by przykuć uwagę. Także muzyka Johna Williamsa potrafi przykuć uwagę i przekazać całą paletę emocji.

zlodziejka2

Drugim mocnym punktem jest świetna Sophie Nelisse w roli tytułowej złodziejki. Jest tak naturalna i autentyczna, że pozostali członkowie ekipy robią po prostu za tło. Nawet doświadczeni Emily Watson („matka”) i Geoffrey Rush („ojciec”) przy niej wypadają blado, aczkolwiek jest to solidny poziom. Szkoda jednak, że te postacie są zbyt jednowymiarowe. Drugą dobrze wypadającą postacią jest… narrator, czyli Śmierć. Głos Rogera Allama w połączeniu z ciekawymi i niepozbawionymi ironii dialogami tworzy naprawdę mocną mieszankę.

Chciałbym powiedzieć coś dobrego o „Złodziejce”, ale więcej nie potrafię. Jest to co najwyżej przeciętne i mocno archaiczne kino, które nie za bardzo wie w jaką stronę pójść. Takie niezdecydowanie się po prostu nie opłaca.

5,5/10

Radosław Ostrowski

Pod Mocnym Aniołem

Alkohol towarzyszy człowiekowi tak długo, że nawet przestał pamiętać kiedy po raz pierwszy go wypił. Filmowcy tez opowiadali o nałogowcach, bo ci trochę inaczej widzą świat. Narkomani, alkoholicy, hazardziści – ile o nich powstało filmów nie mam pojęcia. Tym razem opowieść o pijaku postanowił pokazać Wojciech Smarzowski, ale tym razem wsparł się powieścią Jerzego Pilcha.

mocny_aniol1

Poznajcie Jerzego – pisarza, który nawet odnosił sukcesy. Kiedy zaczął pić – nikt nie pamięta, bo ten ciąg trwa już od bardzo dawna. Ile razy był na detoksie – nie starczyłoby palców u rąk i nóg, by policzyć. I w zasadzie obserwujemy Jerzego, który obserwuje innych pijaków opowiadających o swoim życiu lub łudzących się jeszcze, że będą mogli się wyplątać z tego. Smarzowski świetnie pokazuje ciąg alkoholowy, za pomocą rwanego montażu, repety, dźwiękowego eksperymentowania czy przeplatania różnych miejsc i osób. Wszystko idzie wobec prostego schematu: chlanie – detoks – wyjście – chlanie – detoks – padaczka  – seks – wóda – detoks – wóda – detoks i tak do usranej śmierci. To zaklęty krąg, z którego są tylko dwa wyjścia: albo zachlejesz się na śmierć albo sam odbierzesz sobie życie. Choć zwiastuny zapowiadały komedię, jest to pełnokrwisty dramat pokazujący ludzi znajdujących się w sytuacji bez wyjścia. Nikt z nich już nie wierzy, że można się z tego wyplątać, a czemu piją? Każdy powód jest dobry (kapitalna scena, gdy przeplatają się „wyznania” pijaków), ponura kolorystyka i depresyjna muzyka, buduje mocno psychodeliczny klimat (może dialogi wydają się trochę zbyt metaforyczne i plastyczne), a zakończenie pozostaje kwestią otwartą (wszedł do knajpy czy nie). Jakby było tego mało, reżyser wrzuca aluzje do swoich poprzednich filmów, co jest pewnym małym plusem.

mocny_aniol2

Obsada nie jest zaskakująca, bo to prawie stała ekipa Smarzowskiego: Arkadiusz Jakubik („Terrorysta”), Marian Dziędziel („Król Cukru”), Jacek Braciak („Kolumb”), Kinga Preis (Mania) czy pojawiający się w epizodach Eryk Lubos (Charles Bukowski) i Adam Woronowicz (On). Jednak filarem tutaj jest Robert Więckiewicz, czyli pijak Jerzy. Inteligentny, choć nie w pełni zdający sobie sprawę z siły nałogu jest naszym przewodnikiem i komentatorem po ośrodku, gdzie rozgrywa się 90% scen. Zawsze zdystansowany i celnie trafiający ze swoimi komentarzami, w końcu zaczyna do niego docierać to, co widzi. Ale czy będzie miał w sobie siłę, by pokonać swój cug?

mocny_aniol3

Ktoś mi kiedyś powiedział, że pijak, by przestać pić musi stracić wszystko. Czy to jednak wystarczy? Tego nie wiem, Smarzowski też nie daje jednoznacznej odpowiedzi. Nie zmienia to jednak faktu, że to naprawdę mocny i dobry film. Opinie o wypaleniu się reżysera są odrobinę przesadzone.

7/10

Radosław Ostrowski

Zrodzony w ogniu

Russell Baze pracuje w fabryce jako spawacz, żyjąc dość uczciwie, ale jego brat Rodney (weteran wojny w Iraku) nie potrafi się odnaleźć w miejscu, przez co wpada w długi w gangstera Johna Petty’ego. Podczas jednego wieczora, Russell zderza się z samochodem, zabijając kobietę prowadzącą i jej syna. Po wyjściu z więzienia jego brat ginie bez śladu, co zmusza go do dokonania wyboru.

zrodzony1

Pozornie film może wydawać się kryminałem/thrillerem, jednak najnowsza propozycja od Scotta Coopera (niezłe „Szalone serce”) jest bardziej mocnym dramatem z wątkiem kryminalnym. Z jednej strony jest to opowieść o więzach krwi, które są nierozerwalne, mimo wszystko – błędów, niepowodzeń, porażek. Jednocześnie jest jeszcze tutaj uważny portret drobnego półświatka – narkotyki, nielegalne walki, a w tle bieda, podniszczone i opuszczone fabryki. A w środku są ludzie, którzy muszą dokonywać wyborów, niełatwych zresztą – honor, uczciwość czy kasa i droga na skróty? Pytanie to pozostaje tak naprawdę do samego końca, a wnioski wyciągnijcie sami. Powoli tocząca się akcja i skupienie się przede wszystkich na psychologii bohaterów oraz ich motywacji, ale w paru miejscach napięcie idzie w górę (śmierć Rodneya czy ostateczna konfrontacja między Russellem i Harlanem), montaż sprytnie łączy sceny (polowanie na jelenia i walka) i to wszystko tworzy bardzo specyficzną mieszankę, gdzie emocje są bardzo istotne, ukryte gdzieś między spojrzeniem i słowami.

zrodzony2

Cooper nie tylko nie przynudza, ale też bardzo dobrze prowadzi aktorów. Największą uwagę przykuwa świetny Christian Bale, o którym można powiedzieć, że gra porządnego gościa, biorącego odpowiedzialność za swoje czyny (przez co traci kobietę swojego życia – nietypowa kreacja Zoe Saldany) samotnika, który musi wybrać między wolnością a wymierzeniem sprawiedliwości na własną rękę. Równie przekonujący jest Casey Affleck w roli młodszego, zagubionego brata naznaczonego wojenną traumą. Pełen gniewu, rozładowuje go w nielegalnych walkach (bardzo dobrze zrobionych), uważając je za jedyną szansę wyrwania się. Po drugiej stronie mamy niezawodnego Woody’ego Harrelsona (psychopatyczny Harlan DeGroat) i Willema Dafoe (gangster John Petty, próbujący być dla Rodneya jak ojciec) oraz trzymającego fason Sama Shepharda (wuj Gerald) i Forresta Whitakera (komendant Barnes).

zrodzony3

Gorzki, ponury i mroczny dramat trzymający za gardło. Wielu może wydawać się nudny i przegadany, ale warto dać mu szansę i jest spora szansa, że się przyjmie. Tak Amerykanie tworzą kino moralnego niepokoju.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Not Fade Away

Lata 60. – czas, w którym szaleje rock’n’roll. Na fali tej muzyki pewien młody chłopak o imieniu Douglas razem z kumplami postanawia założyć kapelę. Jednak rodzina nie jest jakoś specjalnie zadowolona z tego wyboru, ale chłopak nic sobie z tego nie robi. Ma wsparcie poznanej dziewczyny Grace, ale jego marzenia zostają wystawione naprawdę poważnej próbie.

not_fade_away1

Pewnie wiele osób kojarzy nazwisko David Chase. Facet odpowiedzialny za serial „Rodzina Sporano”, tym razem postanowił spróbować swoich sił jako reżyser i scenarzysta na dużym ekranie. I wyszedł z tego pozornie jeden z wielu filmów obyczajowych, który przy okazji (i w dużym skrócie) przedstawia fragment z historii USA, gdzie wielu zafascynowanych muzyka młodych ludzi, próbowało pójść w ślady The Rolling Stones czy Boba Dylana. Dla nich muzyka była przede wszystkim pasją, a pierwsze próby są jeszcze dość amatorskie (granie po domach, ćwiczenia w garażu), ale potem pojawia się proste pytanie: czy da się z tego wyżyć? No właśnie, a rzeczywistość bywa bardzo brutalna, a los okrutny – spięcia, konflikty wewnątrz grupy, kobiety, w końcu poważny wypadek stawiają przyszłość pod znakiem zapytania. Chase jest najlepszy, gdy pokazuje rozterki młodych ludzi oraz sceny prób, „koncertów”, ale sama historia jest dość rwana i skrótowa, przez co nie do końca byłem w stanie wczuć się w tą opowieść. I to jest najpoważniejsza wada, która jednak mocno „rozrywa” ten film. Realia zachowano, zdjęcia są solidne, a scenografia i kostiumy naprawdę robią dobre wrażenie.

not_fade_away2

Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono całkiem przyzwoite, zwłaszcza w wykonaniu młodych aktorów jak John Magaro (Douglas), Will Brill (Wells), Jack Huston (Eugene) czy Bella Heathcote (Grace). Starsze pokolenie aktorskie najlepiej reprezentuje James Gandolfini w roli ojca, który powoli zaczyna nawiązywać lepszą więź z synem (rozmowa w knajpie, gdy wyznaje, że zostawiłby swoją matkę).

not_fade_away3

Czy warto gonić za swoimi marzeniami? Reżyser nie daje jednoznacznej odpowiedzi, ale „Not Fade Away” pozostaje kawałkiem naprawdę niezłego kina. Niby nic wielkiego, ale czy zawsze film musi być wielkim dziełem?

6,5/10

Radosław Ostrowski

Romeo & Juliet

Ta historia jest tak powszechnie znana, że opowiadanie jej w zasadzie mija się z celem. To tak jakby streścić „Kevina samego w domu”. Ta niespełniona miłość dwojga ludzi pochodzących z nienawidzących się rodów była przenoszona przez filmowców wielokrotnie, zaś najbardziej znanych adaptacji dokonali Franco Zeffirelli (rok 1968 – bardzo klasyczna) i Baz Luhrmann (rok 1996 – uwspółcześniona, postmodernistyczna jazda). I wydawało by się, że kręcenie kolejnych wersji tej samej historii mija się z celem. Inne zdanie miał Włoch Carlo Cerlei, który razem ze scenarzystą Julianem Fellowsem postanowili jeszcze raz opowiedzieć o najsłynniejszym romansie w historii literatury.

romeo1

W zasadzie to też klasyczna forma, z renesansowymi realiami (kręcona w autentycznych plenerach) i całą tą resztą, z językiem włącznie. Więc powinno być dobrze? Niekoniecznie, bo film ten jest tak naprawdę jest esencją przeciętności. Warstwa wizualna nie specjalnie porywa (poza grotą ojca Laurentego z pięknymi freskami), zaś realizacja była dość statyczne i – nie wahajmy się użyć tego słowa – teatralna, nawet sceny walk na szpady były jakieś mało angażujące. Postacie mówią, mówią i mówią, czasami coś robią, ale to wszystko mało angażuje. Owszem, mogą podobać się kostiumy i scenografia, pięknie wybrzmiewa muzyka Abla Korzeniowskiego, jednak coś tutaj nie wypaliło i po prostu nudziłem się jak jeszcze nigdy.

romeo2

Obawiam się, że po części to wina grający główne role. Hailee Steinfield i Douglas Booth chyba nie udźwignęli tych postaci i brzmią po prostu sztucznie. Każda kwestia jest wypowiadana wręcz monotonnie, bez emocji, jakby nie były one mówione, tylko czytane z kartki. Owszem, ładnie wyglądają, ale miedzy nimi nie ma żadnego zaangażowania, żadnych emocji – nic. A chyba nie o to tu chodziło. Z młodej grupy najlepiej sobie poradzili Ed Westwick (porywczy i unoszący się honorem Tybalt) oraz Kodi Smit-McPhee (poczciwy Benvolio). Za to bardziej doświadczeni aktorzy mieli tutaj wielkie pole do popisu. W pełni wykorzystał bardzo dobry Paul Giamatti, tworząc naprawdę pełnokrwistą postać, która wzbudza sympatię i jest powiernikiem obojga bohaterów. Równie mocny jest Damian Lewis (lord Capulet – żądający posłuszeństwa, surowy ojciec), który sprostał swojemu zadaniu.

romeo3

Chciałbym, naprawdę chciałbym powiedzieć, że adaptacja Cercei jest naprawdę udana i warta uwagi. Ale muszę was bardzo rozczarować, to zaledwie poprawne dzieło, które niespecjalnie wyróżnia się z tłumu, a drugi plan to trochę za mało, by przykuć uwagę na dłużej. Skierowane do dużo młodszego widza, powiedzmy w wieku góra 15 lat. Ja ten wiek już dawno osiągnąłem.

5/10

romeo4

Radosław Ostrowski


Na śmierć i życie

Jest rok 1944. Do Uniwersytetu Columbia dostał się Allen Ginsberg – młody chłopak, który mieszka z ojcem poetą oraz chorą psychicznie matką. Na uczelni poznaje Luciena Carra, który wzbudza w nim fascynację. Tak samo jak William Borroughs i poznany później Jack Kerouac, tworząc z nimi nowy ruch zwany później beatnikami. Jednak pośród nich jest zakochany z Carrze, David Kammerer, który zostaje zamordowany.

nasmierc1

Film niejakiego Johna Krokidasa (to drugi jego tytuł) to mieszanina gatunkowa. Z jednej strony mamy biografię, będąca przy okazji portretem rodzącego się nurtu buntowników, który sprzeciwiali się ogólnie przyjętym normom, nie tylko w literaturze. Z drugiej jest to opowieść obyczajowa, zakończona brutalną zbrodnią. I w obu tych polach, reżyser radzi sobie naprawdę nieźle, na pewno lepiej od Waltera Sallesa („W drodze” było średnio udane), który bardziej tutaj przysypiał. Luźny seks (głównie homoseksualny), narkotyki (w kawie, gazem) nakręcające do pisania i próba odnalezienia swojego miejsca na ziemi. A każdy z głównych bohaterów ma pewną mroczną tajemnicę, buntuje się przeciwko rodzicom, światu, nie do końca radząc z samym sobą oraz swoimi słabościami. Całość ogląda się naprawdę dobrze, ma to swój klimat, okraszony jazzem, dragami (przyśpieszenia i spowolnienia), zaś sprawa zabójstwa i dojścia Allena do prawdy intryguje. Nie brakuje też humoru (włam do biblioteki, by wykraść zakazane książki i umieścić je w gablotach).

A jeśli chodzi o aktorów, to tutaj pojawiają się młode, ale już dobrze znane twarze. Zaskoczeniem okazał się Daniel Radcliffe w roli Ginsberga, choć w okularkach zawsze będzie się kojarzył z postacią niejakiego Harry’ego z Hogwartu. Ale wypadł tutaj naprawdę dobrze. Drugą mocną postacią jest Lucien, świetnie zagrany przez Dane DeHaana. Wydaje się najbardziej niepokorny, ale to bardzo niestabilny emocjonalnie manipulator, wykorzystujący innych. Poza tymi dwoma dżentelmenami wyróżniają się niezawodny Ben Foster (narkotyzujący się William Borroughs – spokojnie mówi i zawsze elegancko ubrany) oraz Michael C. Hall (David Kammerer – trudny do rozgryzienia). Miedzy nimi jest tutaj wyczuwalna chemia, czuć tutaj silne zgranie, co jest sporą zaletą.

nasmierc4

Emocje tutaj rządzą, intryga kryminalna jest dość prosta, ale jako portret epoki sprawdza się to naprawdę dobrze. Czasami pojawiają się takie filmowe niespodzianki, które czasami szybko znikają. Ale jak już trafi się w ręce, to wtedy można zostać mile zaskoczonym.

7/10

Radosław Ostrowski

Dom Hemingway

Kimże jest tytułowy Dom Hemingway? To kasiarz, który po 12 latach wychodzi na wolność i za tą odsiadkę (nikogo nie sypnął), ma otrzymać rekompensatę od swojego szefa. Jednak cała jego forsa zostaje skradziona przez jego kochankę, która ucieka. Jakby było tego mało, nie może załapać żadnej fuchy, zona nie żyje, a córka nie chce go znać.

dom_hemingway1

Richard Shepard próbuje wzorować się na najlepszych wzorcach brytyjskiej komedii gangsterskiej w stylu Guya Ritchie. Humor oparty na bluzgach i absurdalnych sytuacjach, szybkie tempo, świetnie skrojona muzyka i wyrazisty portret pokręconego gangsterskiego półświatka. I tak w zasadzie jest przez pierwsze pół godziny, bo potem reżyser skupia się na próbach naprawy relacji Doma z córką, która go nienawidzi. Próbuje jakoś ułożyć sobie życie, ale nic mu nie wychodzi. Jednak potrafi jakimś cudem wykaraskać się. Wątek obyczajowy troszeczkę osłabia energię tego filmu, jednak dzięki temu nasz bohater zyskuje inną twarz – przegranego człowieka, który przegrał i stracił wszystko, próbując nadgonić stracony czas. Ale o dziwo efekt jest naprawdę dobry. Specyficzny czarny humor, brytyjski półświatek, gdzie gangsterzy są albo przesadnie nadziani, albo są sadystami, którzy nie wybaczają zabicia swojego… kota. A to dopiero początek zabawy.

dom_hemingway2

Siła napędową tego filmu jest fantastyczny Jude Law. Facet ze złotym zębem, zakolami i szpanerskimi ciuchami nakręca się, obrzucając mięsem wszystkich dookoła, co świadczy o wysokim ego i dużym mniemaniu o sobie. Ale tak naprawdę to słaby człowiek, uzależniony od chlania, dziwek i koksu, który nie potrafi się odnaleźć. Jest za stary na ojca, bandziora czy dziadka i potrafi wywołać współczucie. Cała reszta obsady robi tak naprawdę za tło i nie jest w stanie przebić nabuzowanego Lawa. Ale i tak należy wspomnieć o Richardzie E. Grancie (Dickie, jedyny przyjaciel Doma), Emily Clarke (Evelyn, córka Doma) i Demiana Bechirze (Ivan Fontaine), którzy tworzą bardzo interesujące postacie.

dom_hemingway3

Niby nie jest to nic nowego, ale Richard Shephard wychodzi ze starcia z obronna ręką. Szkoda, że nie trafił do naszej dystrybucji.

7/10

Radosław Ostrowski

Knights of Badassdom

Wiecie co to jest LARP? Ja się dowiedziałem przed chwilą – polega to na graniu w „realu” w gry RPG. Wiecie, czarodzieje, rycerze, demony i takie tam. Jest takich trzech kolesi, którzy lubią się w to bawić. Joe pracuje w warsztacie samochodowym, choć chciałbym grać metal. Jakby tego było mało, kobieta go rzuciła. Hugh jest kurduplowatym wojownikiem, zaś Eric bawi się jako czarodziej. Ale cała może wziąć w łeb, kiedy Eric przypadkowo wywołuje demona z księgi. Takiego prawdziwego, a to się może skończyć w jeden sposób – krwawą łaźnią.

badassdom1

Co wyjdzie, gdy zmieszamy ze sobą fantasy, komedię i horror? Właśnie coś takiego. Niejaki Joe Lynch, który wcześniej nakręcił takie wybitne filmy jak „Droga bez powrotu 2” czy „Maraton filmów grozy” postanowił przyjrzeć się LARP-owcom, czyli osobom tak jarającym się RPG-ami, że postanowili je przenieść do prawdziwej rzeczywistości. Więc jest tu obowiązkowy Mistrz Gry, który prowadzi rozgrywkę, przywiązanie do stroju (wiadomo, zbroje, kolczugi, miecze itp.), broni (głównie plastikowych imitacji niż prawdziwych stalowych ostrzy), a nawet mowy. To musi robić wrażenie i robi. Sama historia nie jest niczym zaskakująca, ale ogląda się to naprawdę dobrze i jest autentycznie zabawnie (humor trochę oparty na bluzgach i nadmiernym przywiązaniu do gry niż trzymania się prawdziwej rzeczywistości, ale co tam). Głupawa historia, efekty specjalne i wygląd głównego monstrum może pozostawia wiele do życzenia, ale pasuje to do niepoważnej konwencji, spotęgowanej muzyką – rockową rąbanką, okraszoną „średniowiecznymi” nutami, zaś banan z gęby nie powinien was opuścić do końca (za krótki ten film).

badassdom2

Od strony aktorskiej, umówmy się – nie należy liczyć na nic wielkiego, ale wychodzi to całkiem przyzwoicie i wszyscy naprawdę nieźle się bawią. Od apetycznej Summer Glau (Gwen – jej strój będzie mnie nawiedzał i to dość często, a jak walczy!) przez poważnego Ryana Kwantena (Joe) po rozbrajających śmiechem Steve’a Zahna („czarodziej” Eric, którego śpiewane zaklęcia rozłożyły na łopatki) i niezaradnego Jimmy’ego Simpsona (Ronny, mistrz gry). Nie można też nie wspomnieć o Peterze Dinklage’u, czyli niskim Hungu – szkoda, że tak krótko się pojawia.

badassdom3

Jeśli macie w sobie ukrytego geeka, ten film powinien go wyzwolić. I to szybko, bo druga taka okazja może nie zdarzyć się szybko.

7/10

Radosław Ostrowski