Wiele hałasu o nic

Williama Szekspira przenoszono i przenosi się na ekran nieprawdopodobną ilość razy. Komedię „Wiele hałasu o nic” tez przenoszono wiele razy na ekran, a najbardziej znanej adaptacji dokonał Kenneth Branagh w 1993 roku. W skrócie chodzi o to, żeby wyswatać dwoje ludzi (Beatrycze i Benedicka), którzy bardziej plują wobec siebie słownym jadem, a łączy ich tylko niechęć do drugiej osoby. Ale do tego trzeba użyć intrygi, którą zaplanowali don Pedro z gubernatorem Leonato, który przy okazji chce wyswatać swoją córkę Hero z Claudio. Ale nie wszystko pójdzie tak łatwo, zwłaszcza że don John, brat don Pedro zrobi wiele, by nie dopuścić do ślubu.

halas1

Adaptacji tej komedii postanowił dokonać Joss Whedon. Tak, twórca „Avengersów” i innych fajnych rzeczy, za które jest kochany (seriale „Firefly” czy „Buffy: postrach wampirów”) w tajemnicy zamknął aktorów na 12 dni w swoim domu i nakręcił ten film. To by tłumaczyło, dlaczego on jest czarno-biały. Cała rzecz została uwspółcześniona, co jest ostatnio bardzo modnym zabiegiem. Zamiast koni i rycerzy są limuzyny, zamiast zbroi oraz mieczy eleganckie garnitury z pistoletami. Ale język oryginału pozostał niezmieniony, co na początku może budzić pewien dysonans i dezorientację. W dodatku samo uwspółcześnienie sprawia wrażenie zrobionego na siłę i niepotrzebnego (a gadżety takie jak telefon czy iPod nie maja żadnego znaczenia, są tylko rekwizytami). Jednak humor głównie oparty na dialogach i kilku slapstickowych scenach (podsłuchiwane rozmowy przez Benedicka i Beatrycze), ale jest on bardzo subtelny i trudny do wychwycenia (w dodatku polski lektor używa staropolskiego przekładu, co komplikuje odbiór filmu). Niemniej całość wypada zaskakująco nieźle, co jest zasługą pewnych prostych zabiegów jak łamanie chronologii, świadoma teatralność (poza scenami niedoszłego ślubu Claudio i Hero oraz finału) czy elegancką muzyką.

halas2

Także aktorstwo prezentuje się całkiem przyzwoicie z brylującymi Alexisem Denisofem (Benedick) oraz Amy Acker (Beatrycze). Z drugiego planu zdecydowanie należy wyróżnić nierozgarniętych policjantów granych przez Nathana Filliona i Toma Lenka (scena przesłuchania – kapitalna).

halas3

Efekt jest całkiem przyzwoity, choć nikt się po Whedonie nie spodziewał się tak kameralnego filmu. Choć nie jest on pozbawiony wad, to pozostaje udaną adaptacją.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Hobbit: Pustkowie Smauga

W skrócie jest to ciąg dalszy wielkiej wyprawy Krasnoludów po skarb i swój dom. Peter Jackson tym razem postanowił sprawę przyśpieszyć i zrobić naprawdę wielkie widowisko. Akcja pędzi miejscami mocno na złamanie karku (ucieczka z więzienia króla Elfów), krasnale nadal są ścigani przez paskudnych Orków, zaś treść „Hobbita” nadal (na siłę) próbuje być scalona z „Władcą Pierścieni”. I nadal uważam, że to debilizm, bo „Hobbit” to historia innego kalibru niż „Władca”. Jest tutaj bardzo mroczniej, znaczniej dynamiczniej i nie ma tu żadnego śpiewania. Z jednej strony dzięki temu zyskuje on na tempie i prawie trzy bite godziny mijają dość szybko, z drugiej jeśli czytaliście książkę Tolkiena zmiany i modyfikacje dokonane przez Jacksona i spółkę wywołają u was palpitacje serca i żądzę mordu.

hobbit21

Co jest pozmieniane? Po pierwsze pojawia się Legolas, syn król Leśnych Elfów oraz asystująca mu Tauriel. Owszem, oboje mordują orki zmniejszając ich populację nie gorzej niż Terminator, jednak są oni bardziej finezyjni i bezwzględni. Ta zmiana wprowadza też jeden wątek, który absolutnie tutaj nie wypala, czyli romans między elficą a krasnoludem Kili (ledwo to naszkicowane i sztuczne to). Druga poważna zmiana to postać Nekromanty (Saurona) i schwytanie Gandalfa, który ma dziwną tendencję wpadania w ręce potężnych od siebie czarowników. I trzecia, chyba najpoważniejsza to zmiana życiorysu Barda, który naznaczony grzechem swego ojca (nie udało mu się zabić smoka) jest odrzucony przez społeczność.

Ale poza tym w zasadzie jest tak jak w powieści, tylko z większym rozmachem i większą jatką.  Kamera szaleje i skręca we wszelkie możliwe kierunki, jednak nie gubi ona rytmu ani tempa. Nadal wrażenie robi scenografia – wygląd Miasta nad Jeziorem (prawie jak Wenecja, tylko skuta lodem) czy skarbiec smoka wygląda po prostu imponująco. Jackson nadal potrafi rozgryźć Śródziemie jakby tam mieszkał, ale cała opowieść urywa w najciekawszym momencie (i znów trzeba będzie czekać rok – słabo).

hobbit24

Jeśli zaś chodzi o aktorów, to rozkręcił się Martin Freeman, a jego Bilbo nabrał sprytu, charyzmy i silnego charakteru. Ian McKellen (Gandalf) nadal trzyma fason, a Richard Armitage (Thorin) troszkę stracił w oczach i widać, że powoli zaślepia go żądza skarbu. Z nowych postaci błyszczy Bard (Luke Evans) – odpowiedzialny, choć żyjący z piętnem oraz Tauriel (Evangeline Lilly) – piękna elfica, choć mam nadzieję, że odegra jeszcze kluczową rolę.

hobbit26

No i w końcu najważniejsza postać ze wszystkich, a mianowicie Smaug. Smok – no takie bydle po prostu. Jest wielki, wygląda naprawdę majestatycznie i budzi przerażenie. Strzałem w dziesiątkę było podłożenie głosu przez Benedicta Cumberbatcha, który potrafił pokazać wszelkie emocje stwora: od wściekłości i gniewu, po ciekawość i siłę. Może z twarzy trochę przypomina on smoczycę ze „Shreka”, ale to tylko jedyna jego wada.

hobbit25

„Pustkowie” jest lepsze od „Niezwykłej podróży”, jednak poważne odstępstwa od pierwowzoru mocno kłują w oczy. Poza tym są pewne nielogiczności, ale to jednak nie przeszkadza cieszyć się wielką zabawą. A za rok w finale zobaczymy: (to nie spojler) ostatecznie pokonanie Smauga i walkę o skarby zwaną też Bitwą Pięciu Armii. Oj, będzie się działo.

7/10

Radosław Ostrowski

Najlepsze najgorsze wakacje

Duncan jest nieśmiałym 14-latkiem, który spędza wakacje z nowym chłopakiem swojej mamy, za którym delikatnie mówiąc nie przepada. Ze wzajemnością. Poza tym jego córka jest wyjątkowo antypatyczna, sąsiedzi strasznie irytujący. No jest słabo. Owszem, podoba mu się dziewczyna z naprzeciwka, ale jak zagadać? I tak idąc bez celu chłopak spotyka Owena – pracownika miejscowej pływalni, który nie do końca poważnie traktuje swoją profesję.

wakacje1

Można powiedzieć, że jest to kolejna komedia inicjacyjna, ale to nie jest nic w stylu „American Pie”. Wystarczy zobaczyć nazwisko twórców filmu – Nat Faxon i Jim Rash byli współscenarzystami „Spadkobierców” Alexandra Payne’a. Tym razem powstał zdecydowanie lżejszy, ale nadal słodko-gorzki film o młodym chłopaku wchodzącym w dorosłe życie, a jednocześnie widzącym więcej niż dorośli. Zagubiony, samotny i kompletnie skryty, traktuje pobyt w obcym mieście wśród znienawidzonego ojczyma jak karę. I wtedy pojawia się dorosły, który trochę przypomina dziecko i wtedy zaczyna się zabawa. Chłopiec się otwiera, zaczyna się świetnie bawić, dzięki zatrudnieniu w pływalni. A i dziewczyna się zaczyna pojawiać. Humor tutaj przeplata się z poważnymi kwestiami – osamotnienia, desperackiego szukania miłości i akceptacji, wreszcie odnalezienia szczęścia i pewności siebie. Tylko że musi się znaleźć odpowiednia osoba. I trzeba mieć do tego sporo szczęścia, choć zakończenie pokazuje, że chyba coś z tego wyjdzie (choć słodzenia tu nie ma). Owszem, postacie są dość schematyczne, ale te klisze i stereotypy żyją, nie przynudzają. I naprawdę serwują mocny trening przepony.

wakacje2

Od strony aktorskiej jest tutaj naprawdę dobrze. Bardzo dobrze wypada niejaki Liam James. Amerykanie mają jakiegoś farta, jeśli chodzi o obsadzanie ról dziecięcych, bo zawsze one wypadają wiarygodnie. Tak też jest tutaj. Kibicujemy młodemu, który czuje się obco w miasteczku, gdy zaczyna pracę (pierwsze zadanie – odebrać matę tancerzom, ale by to zrobić… musi zatańczyć), wreszcie jak staje się pewniejszy i twardo stojącym na ziemi. Solidnie wypadają Toni Collette (matka Duncana, Pam) oraz Allison Janney (rozgadana Betty). Jednak największą niespodziankę sprawił Steve Carrell, który tutaj jest wyjątkowo nieprzyjemnym draniem. Arogancki, nieprzyjemny i niewierny – trzeba czegoś więcej?

wakacje3

A jeśli potrzebuje się naprawdę pośmiać, wytrenuje was w tym nieprawdopodobny Sam Rockwell. Owen to facet, który jest kompletnie wyluzowany, nie traktuje siebie absolutnie serio i strzela żartami jak pociskami z automatu. Rozbraja swoją odpowiedzialnością, kompletnym olewaniem zasad i od razu wzbudza sympatię, ani razu nie popadając w przesadę.

Ostatnio wiele oglądałem takich filmów obyczajowych o młodych dzieciakach, którzy próbują jakoś się odnaleźć w innym świecie. Ten film niczym nie zaskakuje, ale jest piekielnie przyjemny w odbiorze. Bardzo przyjemny i udany seans.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Prawdziwa historia króla skandali

Naprawdę nazywał się Geoffrey Quinn i już w latach 50. zaczął budować swoje wielkie imperium już jako Paul Reynolds – król Soho. Swoje finansowe bogactwo zbudował na erotyce – golizna w klubach, czasopismach przyniosła mu bogactwo. Jednak mimo sławy, pieniędzy i znajomości, jego życie prywatne było mocno poplątane, zaś punktem wyjścia do przybliżenia tej postaci była śmierć jego ukochanej córki Debbie.

krol_skandali1

Próbę stworzenia jego biografii podjął się Michael Winterbottom – nieszablonowy filmowiec, który nie jest zbyt popularny w Polsce. Problem jednak z „Prawdziwą historią…” jest to, że to bardzo konwencjonalna i wręcz szablonowa historia wielkiego sukcesu (zawodowego) i jeszcze większego upadku (prywatnego). Jeśli chodzi o warstwę obyczajową, to owszem – jest sporo nagości i trochę seksu, ale jeśli liczycie na pornografię, to pomyliliście drzwi. To jest bardzo eleganckie, jakkolwiek to dziwnie zabrzmi. A życie prywatne? Niewierny mąż, hedonista, narkoman i kochanek, niedbający o swoje dzieci – poza Debbie, która jest oczkiem w głowie i naznaczona jest na jego następczynię. Jednak wszystko to musi się skończyć źle. Jedno trzeba jednak przyznać reżyserowi, że wie jak to pokazać. Zarówno zdjęcia, które budują klimat epoki (lata 50. są czarno-białe, lata 70. – bardziej kolorowe, a lata już 90. – stonowane), jak i scenografia (wygląd mieszkania Paula) naprawdę robią wrażenie, a montaż scen robienia zdjęć do okładki czasopism – nieprawdopodobna robota.

krol_skandali2

Drugim mocnym elementem tego średniaka jest fantastyczny Steve Coogan. Z jednej strony to nałogowy hedonista, nie pozbawiony uroku. Ale jedyną rzeczą jaką mu wychodziło to robienie pieniędzy i jest dość nieprzyjemnym facetem. I te sprzeczności są bardzo mocno puentowane przez aktora. Poza nim jest naprawdę tabun pań, z którego najbardziej wybijają się Anna Friel (żona Paula), Tarsim Egerton (kochanka Fiona) oraz Imogen Poots (mocno uzależniona od narkotyków Debbie), które tworzą wyraziste postacie.

krol_skandali3

Nie oszukujmy się, nowy film Winterbottoma jest co najwyżej średniakiem. Nieźle zrobionym, z wybijającym się Cooganem, ale pozbawionym czegoś zaskakującego.

6/10

Radosław Ostrowski

Ida

Anna jest młodą dziewczyną wychowywaną przez siostry zakonne. Na kilka dni przed przyjęciem ślubów, poznaje swoją ciotkę Wandę, która opowiada o jej przeszłości. Dziewczyna jest Żydówką, której rodzice zostali zamordowani w trakcie wojny. Ida, bo takie jest prawdziwe imię siostry Anny, próbuje z Wandą odnaleźć grób swoich rodziców.

ida1

Jeśli w tej chwili przychodzą wam skojarzenia z „Pokłosiem” Pasikowskiego, muszę was rozczarować: są one trafne, jednak najnowszy film Pawła Pawlikowskiego (polski reżyser mieszkający i tworzący w Wielkiej Brytanii) nie ma takiej siły ognia. Owszem, jest to bardzo stylowe i eleganckie kino utrzymane w czarno-białej kolorystyce. Jednak poza warstwą wizualną w tym filmie nie ma tutaj niczego ciekawa, bo sama opowieść jest w stylu: „idziemy z punktu A do punktu B, rozmawiamy z kimś, ruszamy do punktu C, rozmawiamy” itd. To jeszcze bym przeżył, nawet dość powolne i monotonne tempo, ale dwie sprawy. Po pierwsze, ponieważ jest to polski film, jakość dźwięku pozostawia wiele do życzenia i nie wszystko byłem w stanie wychwycić. Po drugie, warstwa realizacyjna przyćmiewa całą fabułę i odwraca od niej uwagę. I prawdę powiedziawszy, miałem gdzieś to, co się będzie dalej działo. Czyli był to totalny snuj.

Obsada niespecjalnie też porywa, może poza Agatą Kuleszą, czyli sędzia Wandą Gruz i Dawidem Ogrodnikiem (saksofonista Lis), którzy wnoszą odrobinę życia. Zwłaszcza Kulesza będąca niejednoznaczną bohaterką, znacznie ciekawszą od nudnej Idy (bezbarwna i monotonnie mówiąca Agata Trzebuchowska).

ida2

Więcej nie chce mi się dyskutować o „Idzie”, bo zamiast ciekawego i przynajmniej dobrego filmu, otrzymałem kompletnie nijakiego i mało interesującego snuja.

5/10

Radosław Ostrowski

Legendy ringu

30 lat temu Stany Zjednoczone mocno obserwowały rywalizację dwóch piekielnie zdolnych pięściarzy – Henry’ego „Razora” Sharpa i Billy’ego „The Kida” McDonnena. Obaj stoczyli ze sobą dwie walki – jedna wygrał Sharp, drugą Kid. I wtedy ten pierwszy ogłosił zakończenie kariery. Jednak syn legendarnego promotora, Dante Slade Jr decyduje się ustawić walkę miedzy obydwoma panami po 30 latach. Pytanie czy to ma sens?

legendy1

Sam pomysł na ten film jest mocno naciągany, a nazwisko reżysera (Peter Segal) nie zapowiadało niczego dobrego. Efekt okazał się jednak całkiem przyzwoity. Równie dobrze mogłoby się to nazywać „Rocky 7”, bo jest parę analogii do serii o Włoskim Ogierze. Przede wszystkim jest to jednak komedia o dwóch emerytach, którzy próbują wrócić na ring, by wyjaśnić stary spór – który z nich jest lepszy? Pozornie wydaje się to błahe i niepoważne, ale motywy tych postaci (nie tylko „ostatnia walka”, ale też szansa na poukładania swoich osobistych spraw – pogmatwanych jak wszystko zresztą) pozostają całkiem poważne, choć pokazane za pomocą narzędzia bardzo popularnego wśród reżyserów – łopaty (widać to zwłaszcza w końcówce, która jest odrobinkę przesłodzona). Żarty są całkiem niezłe (miejscami balansujące na granicy smaku, ale nigdy nie przekraczające tej granicy), pełne odrobiny złośliwości, zaś otoczka obyczajowa związana z byłą żoną Sharpa oraz dawno nie widzianym synem McDonnena zgrabnie się łączą z resztą. Dodajmy do tego naprawdę dobrą muzykę, niezłe sceny treningów i mamy całkiem solidną rozrywkę przez niecałe dwie godziny.

legendy2

Także od strony aktorskiej mamy całkiem niezła frajdę. Ale czy może być inaczej, jeśli między sobą mamy Sylvestra Stallone’a i Roberta De Niro? Obaj panowie grają z pewnym przymrużeniem oka, a nawet sporą dawką autoironii (zwłaszcza Sly, gdzie chce walnąć kawał wiszącego mięcha – coś wam to mówi?). Za to na drugim błyszczy niezawodny Alan Arkin. Jego Lightning to zgryźliwy, niedosłyszący dziadek, który staje się trenerem Razora, stosując dość niekonwencjonalne metody (serwowanie ciosów na basenie pod wodą czy użycie… końskiego moczu na ręce), w dodatku to stary erotoman. Dorównuje mu Kevin Hart jako patrzący tylko na szmal promotor Dante Slade. Tyle jeśli chodzi o humor. Za warstwę dramatyczną odpowiadają dawno nie widziana Kim Basinger (wypada nieźle jako Sally Rose) i znany z „Walking Dead” Jon Bernthal (BJ, syn Kida).

legendy3

Zapowiadała się porażka, ale nie było tak tragicznie. Panowie dali radę, nawet żarty nie były tragiczne. Co tym razem zrobi Sly? Może jeszcze nas czymś zaskoczyć.

6/10

Radosław Ostrowski

Kobieta w klatce

Carl Morck jest gliniarzem duńskiej policji z wydziału zabójstw. Podczas ostatniej akcji, stracił dwóch partnerów (nie do końca, bo drugi z nich jest w szpitalu) i nie do końca pozbierał się po tej tragedii. Dlatego jego szef, decyduje przenieść go do Departamentu Q, gdzie będzie zajmował się nierozwiązanymi sprawami. A dokładnie zamykaniem spraw i pisaniem raportów, w czym ma pomóc mu Assad. Jednak Carl trafia na sprawę zaginionej posłanki, która niby utonęła na promie. Jak się później okazuje, Merete Lynggaard została porwana.

klatka1

Skandynawskie kryminały to nurt, który w ostatnim czasie mocno przykuwa oczy osób szukających innej rozrywki niż tej od Jankesów. Takie filmy jak seria „Millennium”, „Łowcy głów” czy „Hipnotyzer” robią wrażenie i oglądało się przynajmniej przyzwoicie. Do tego grona próbuje dołączyć adaptacja bestsellera Jussego Adlera-Olsena dokonana przez Mikkela Norgaarda, znanego głównie dzięki serialowi „Rząd”.  Zaczyna się dość konwencjonalnie, bo mamy starego i wypalonego wygę oraz młodego i pełnego wiary w ludzi, a ich relacje nie są pozbawione humoru. Ale wtedy poznajemy drugi wątek, czyli Merete trzymana gdzieś w kontenerze. Dwutorowość fabuły tylko uatrakcyjnia ten film, a śledztwo początkowo dość niemrawe zaczyna nabierać tempa. Należy pochwalić twórców za realistyczne sceny przemocy (sceny, gdy Merete trzymana jest w klatce – to przemoc psychiczna, której nie powstydziliby się twórcy „Piły”, budujące klimat klaustrofobii i osaczenia) oraz bardzo mroczny klimat. Zagadka wciąga, choć motywy sprawcy są dość banalne, jednak to jest jedyny poważny zgrzyt.

klatka2

Od strony gry aktorskiej jest tutaj dobrze. Nikolaj Lie Kaas w roli Carla Morcka trzyma solidny poziom, tworząc portret niekonwencjonalnego i bezkompromisowego gliniarza, jakich na ekranie było wielu. Jednak partnerujący mu Fares Fares w roli pogodnego Assada kradnie ten film, zaś jego empatia jest po prostu rozbrajająca. Chemia między postaciami jest nadto widoczna. I nie można wspomnieć o Sonji Richter, czyli tytułowej kobiecie, która udźwignęła tą postać.

Można powiedzieć, że to kolejny skandynawski kryminał ze wszelkim tego asortymentem. Mroczny klimat, dobra realizacja, kilka zwrotów akcji i napięcie w finale mocno trzymające za gardło. Solidna robota, która znajdzie wielu fanów.

7/10

Radosław Ostrowski

Gra Endera

W niedalekiej przyszłości, ludzkość toczy ciężką wojnę z robalami. Po 50 latach, robaczki chcą wrócić i znów spuścić nam łomot. Ale ludzie już są do tego przygotowani i stworzyli ośrodek szkoleniowy, gdzie trenowane do walki są… młodzi nastolatkowie. Jednym z nich jest Andrew „Ender” Wiggin – urodzony jako Trzeci (rodziny mogły mieć tylko dwoje dzieci, zaś o trzecie musiały mieć pozwolenie), w którym dowódca szkolenia pułkownik Graff dostrzegł potencjał na wielkiego stratega. Poznajemy go w momencie, gdy chłopak zostaje… usunięty ze szkoły na Ziemi.

ender1

Przeniesienie na ekran powieści Orsona Scotta Carda wydawało się praktycznie zadaniem nie do zrealizowania. Ale kiedy 30 lat po napisaniu powieści, dochodzi do realizacji niemożliwego, to wiedzcie, że coś się dzieje. Zadania adaptacji podjął się Gavin Hood, który jakoś nie ma ręki do dobrych filmów („X-Men Geneza: Wolverine” najlepszym przykładem), ale jak wiadomo zła passa nie może trwać wiecznie. Reżyser skupia się przede wszystkim na psychice głównego bohatera, który jest kreowany i wsadzany w buty „charyzmatycznego stratega”, od którego zależą losy całej ludzkości. I nie ma w tym cienia przesady, zaś metody szkolenia są naprawdę ostre i twarde. Tu nie ma kolegów, tylko konkurencja, a Ender jest manipulowany przez Graffa i innych wojskowych, żeby tylko pasował do mitu, jaki jest tworzony. Manipulacja, oszustwo i przemoc to jedyne uznane metody i tolerowane, a ponieważ tak jak Ender nie jesteśmy do końca świadomi tej gry, przez to dochodzi do kilku zaskoczeń. I ten wątek całej historii jest najciekawszy w całym filmie. Samo szkolenie i „sukcesy” Endera są mocno uproszczone, ale jednak potrafią zaciekawić.

ender2

Także strona realizacyjna trzyma więcej niż przyzwoity poziom. Efekty specjalne potrafią przykuć uwagę – patrz: sceny „walk” między drużynami w sferze bez grawitacji czy ostateczna walka o obcymi, która jest „symulacją”, zdjęcia i montaż tez są zgrabne, jedynie muzyka jest tutaj słaba i za bardzo zajeżdża „Mass Effectem”. Ale ciągle mam wrażenie, że: po pierwsze – trochę to przypomina Harry’ego Pottera (wiem, że powstał później od Endera – przynajmniej pierwowzór literacki, jednak nie byłem w stanie tego rozerwać), po drugie: zakończenie pozostaje dość dziwaczne i urwane (czyżby miały powstać następne części? Will see.)

ender3

Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono dość nierówne. Z dzieciaków najlepiej sobie radzi Asa Butterfield jako Ender, który jest zagubiony, samotny i jednocześnie bardzo wnikliwy, inteligentny oraz bardzo podatny na manipulacje. Ale nie daje się do końca podporządkować wszystkim regułom i pozostaje człowiekiem. Za to w wielkiej formie jest Harrison Ford, który w roli pułkownika Graffa po prostu błyszczy. To manipulator, któremu zależy tylko na skuteczności (czytaj: sile), stawia uczniów przeciwko sobie i stara się kreować mit wokół Endera swoimi posunięciami i krętactwami. Przeciwwagą jest dla niego Viola Davis jako major Anderson, która stara się dbać o psychikę. No i jest jeszcze Ben Kingsley, czyli otoczony legendą Mazer Rackham, który jest równie bezwzględny jak Graff.

Mam pewne poczucie niedosytu, a brak znajomości powieści Carda działa mi na niekorzyść. Ale to kawał dość nietypowego SF, gdzie ważniejsze od efektów specjalnych i widowiskowej rozwałki pozostaje człowiek i jego etyczne problemy. I reżyser całkiem zgrabnie to rozwija tworząc kawał dobrej rozrywki.

7/10

Radosław Ostrowski

Wenus w futrze

Paryż. W teatrze trwają próby do spektaklu “Wenus w futrze”. Właściwie już się kończą i reżyser Thomas już zmierza w kierunku wyjścia, kiedy pojawia się Vanda, która chce zagrać główną rolę żeńską. Reżyser niechętnie, ale zgadza się na próbę. Ma wrażenie, że aktorka nie jest do końca przygotowania, ale efekt będzie naprawdę zaskakujący.

wenus1

Oszczędność miejsca i przestrzeni, minimalna ilość osób pojawiających się na ekranie oraz prowadzona psychologiczna gra – to oznacza, ze jest to film europejski. Druga kwestia, że mógł to nakręcić tylko jeden człowiek – Roman Polański. Czy tak naprawdę jest jego kolejny film, który znowu jest adaptacja sztuki teatralnej (podobnie jak wcześniejsza „Rzeź”). Komedia? Dramat? A może wnikliwa obserwacja relacji między kobietą i mężczyzną, gdzie każda ze stron walczy o dominacje nad druga stroną? Pretekstem jest sztuka teatralna bazująca na perwersyjnej powieści „Wenus w futrze”. Ciemna stroną erotyki, reżyser już pokazywał w „Gorzkich godach”. I tam to było mocne uderzenie. Tutaj to nie robi aż tak wielkiego wrażenia, ale Polański jest zbyt cwany, by skupiać się tylko na jednym aspekcie. Można „Wenus” interpretować na wiele sposobów: o sile teatru jako miejsca kreowania i ożywiania światów, relacji reżyser/aktor, gdzie każda ze stron inaczej interpretuje pewne kwestie, więzi między dziełem a autorem, wreszcie hołdem złożonym kobietom – boginiom, muzom, kochankom, żonom. I ich sile, władzy, której nigdy nie będę w stanie zrozumieć i powstrzymać.

wenus2

Role między Thomasem (bardzo podobny do Polańskiego Matthieu Amalric) i Vandą (drapieżna Emmanuelle Seigner) zacierają się, nie wiadomo, kiedy „grają” postacie z tekstu, a kiedy są sobą. I ta chemia jest siła napędową, poza zaskakującymi dialogami, pewną ręką reżysera oraz świetnym dźwiękiem. A finał – cóż, to trzeba samemu zobaczyć.

„Wenus w futrze”, mimo teatralności (nomen omen), pozostaje udanym i ciekawym filmem. Ale jednak mam nadzieję, że Polański jeszcze nas zaskoczy (czekam na film o aferze Dreyfusa).

7/10

Radosław Ostrowski

Papusza

Cyganie w kinie pojawiają się raz na jakiś czas. A w polskim kinie to już w ogóle ewenement, bo robią zazwyczaj za tło. Sytuację ta postanowili zmienić państwo Krauze, który przedstawiać w zasadzie nie potrzeba. Takie filmy jak „Dług”, „Mój Nikifor” czy „Plac Zbawiciela” mówią same za siebie.

Tym razem postanowili opowiedzieć historię Bronisławy Wajs zwanej Papuszą – była ona cygańską poetką. Pierwszą kobieta, która spisała w formie wierszy losy Cyganów. Ona od początku swojego życia była inna. Jako jedyna nauczyła się czytać i pisać. Mało kto by o niej wiedział, gdyby do taboru nie dołączył Jerzy Ficowski – poeta, który ukrywał się przed aresztowaniem. To on przekonał Papusze do pisania i wydał jej wiersze (razem z Julianem Tuwimem). W zamian za to została wyklęta przez swoich braci i siostry.

papusza1

Z jednej strony mamy biografię kobiety, dla której dar okazał się klątwą, z drugiej jest to hołd złożony Cyganom i ich kulturze, która miała odejść w zapomnienie. A to wszystko przez władze ludową, która postanowiła osiedlić Cyganów z taborów. Więc tabory, ich muzyka i kultura tak głęboko skrywa przed obcymi musiały zniknąć. Nieufność wobec gadźjo (tak Cyganie mówią na obcych) była silniejsza, zaś każde przekazanie informacji o nich było traktowane jak zdrada. Trudno przejść wobec czegoś takiego obojętnie. W dodatku wszystko to jest mocno poszatkowane chronologicznie, bardzo dopieszczone wizualnie (mimo ze zdjęcia są statyczne i czarno-białe) z piękną muzyką Jana Kantego Pawluśkiewicza (fragmenty poematu „Harfy Papuszy”). Ale mimo tej realizacyjnej maestrii, film mnie w paru miejscach poważnie znużył. Skróciłbym go o parę(naście) minut, mimo że zrobił on na mnie pozytywne wrażenie.

Jeśli chodzi o aktorstwo, to jest ono bardzo subtelne i czasem nie łatwe do wychwycenia. Jowita Budnik jest bardzo oszczędna, choć to ona jest główną bohaterką – pełną sprzeczności. Wykształcona i wyzwolona, ale jednocześnie żyła razem z taborem. Nie kochała swojego męża, ale nie podważała jego autorytetu czy władzy. Zaś odrzucenie od pobratymców doprowadza ja do obłędu, niszczy ją. Dwaj partnerujący jej panowie są bardziej niejednoznaczni. Jej mąż Dionizy (wyborny Zbigniew Waleryś) to świetny muzyk, ale też mitoman i pijak. Kocha ją i gardzi jednocześnie. No i trzeci wierzchołek tego trójkąta, czyli Ficowski (nietypowa rola Antoniego Pawlickiego), który mimo sympatii Cyganów i opanowaniu ich języka, pozostanie dla nich obcym. I to on najbardziej „skorzystał” na znajomości z Papuszą, tylko czy cena nie była za wysoka? Ta relacja miedzy tą trójką utrzymana jest na bardzo delikatnych ruchach i spojrzeniach.

papusza2

Mimo pewnych dłużyzn, „Papusza” pozostaje dla mnie kawałkiem naprawdę dobrego i bardzo ciekawego kina. Cyganie w końcu są rzadkością na naszym ekranie.

7/10

Radosław Ostrowski