Chce się żyć

Niedoskonałość fizyczna, kalectwo (mówiąc prościej człowiek nie do końca sprawny fizycznie, czasem zdeformowany) interesowała i interesuje filmowców od długiego czasu, co potwierdzają takie filmy jak „Moja lewa stopa”, „Człowiek słoń”, „Motyl i skafander” czy ostatnio „Nietykalni” i „Sesje”. Pewne próby wszczepienia opowieści o tego typu bohaterach (niedoskonałych ludziach) próbowano przeszczepić w Polsce, co widać było choćby w „Imagine” (utrata wzroku). Teraz podobnego wysiłku podjął się Maciej Pieprzyca ze swoim głośnym (już) filmem „Chce się żyć”.

mateusz1

Poznajcie Mateusza. Kim on jest? Gdy się pojawia po raz pierwszy, jest chłopcem, który nie ma z nikim żadnego kontaktu. Nie jest w stanie poruszać swoimi kończynami. Innymi słowy – roślina. Taka diagnozę usłyszał od lekarki, a rodzina stara się jak może, żeby był w stanie godnie żyć. Po wielu perturbacjach, Mateusz trafia do ośrodka dla niepełnosprawnych intelektualnie. Nie jest łatwo, jednak on się nie poddaje. Wtedy dochodzi do przełomu, a to za sprawą wolontariuszki i pewnej lekarki stosującej dość niekonwencjonalną formę komunikacji.

I już można się spodziewać, że będzie depresyjnie (bo Polska to kraj, w którym wszystko się pier…) albo przesadnie łzawo i melodramatycznie. Jednak reżyser poszedł w stronę „Nietykalnych” czy „Sesji”, czyli próbuje opowiedzieć pozornie prostą, wręcz banalną opowiastkę o walce z niepełnosprawnością, sile ducha nad ciałem, ale bez skręcania w stronę depresyjnego dramatu, bez stosowania emocjonalnego szantażu. Pomaga przy tym odrobina nienachalnego humoru (próba otworzenia kokosa przez ojca czy ironiczne wypowiedzi samego bohatera z offu), utrzymane w „jasnej” kolorystyce zdjęcia. Może zabrzmi to odrobinę banalnie, ale człowiek – nawet jeśli fizycznie nie jest do końca sprawny (jakkolwiek dziwnie to zabrzmi) – nadal pozostaje człowiekiem. A jak wiadomo, ma też swoje potrzeby (erotyczne też, ale spokojnie – nie ma tu świntuszenia czy chamstwa, choć wypowiedź Mateusza o cyckach – rozbrajająca). Klisze są? Ale mi to nie przeszkadza, a jak kopiować, to najlepsze wzorce, prawda?

mateusz3

Ten film ma także bardzo mocną obsadę, która wyciska z siebie maksimum. O Dawidzie Ogrodniku powiedziano już wszystko, co można było powiedzieć i ze wszystkim tym się zgadzam (jak Lech Wałęsa z  Janem Pawłem II), tak samo debiutujący Kamil Tkacz (obaj grali Mateusza) – mówiąc krótko, fenomenalni. Poza nimi dwoma nie można nie zauważyć świetnego Arkadiusza Jakubika (ojciec Mateusza – „czarodziej” jak o nim mówi) czy Doroty Kolak (matka – oddana, walcząca i kochająca) – takich rodziców chciałoby mieć chyba każde dziecko. Ja jeszcze ze swojej strony dodam obowiązkowo jeszcze trzy panie, które grają dość kluczowe postacie dla fabuły – Annę Kaczmarczyk (Anka – pierwsza dziewczyna Mateusza), Katarzynę Zawadzką (wolontariuszka Magda) i Annę Nehrebecką (pani Jola, nauczycielka języka Blissa) i każda z nich tworzy pełnokrwistą postać.

mateusz2

Jeśli ktoś chwali polski film, to wiedzcie, że coś się dzieje. I piszę ten tekst nie tylko, bo trzeba było napisać, ale dlatego, że ten film po prostu sprawił mi wielką przyjemność. Jestem więcej niż pewny, że jeszcze do niego wrócę. Bo przywrócił mi ten film wiarę, że jeszcze w Polsce da się zrobić coś dobrego. Czego sobie i wam życzę.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Bilet na Księżyc

Rok 1969 był ważnym rokiem w historii ludzkości. Albowiem Neil Armstrong razem z dwoma kolegami, których imion niewielu pamięta, stanęli na Księżycu. Parę dni przed tym zjawiskiem w małym miasteczku gdzieś na południu PRL-u, świeżo upieczony maturzysta Adam Sikora dostaje powołanie do wojska. Do Świnoujścia do marynarki. Jednak przed dostaniem kamaszy, jego starszy brat Antek postanawia zrobić z niego mężczyznę w trakcie drogi do koszar.

ksiezyc1

To już wiecie o czym nie jest ten film. Plan był taki, żeby powstała z tego komedia, a reżyserem został niejaki Jacek Bromski, który ostatnio skompromitował się nieudanym „Uwikłaniem”. Jednak w rozśmieszaniu widowni ma większą wprawę („U Pana Boga za piecem” najlepszym przykładem) i tutaj tylko to potwierdza. I tak jak spora część naszych reżyserów, odczarowuje PRL, pokazując bardziej kolorową stronę życia. A jednocześnie (poza realiami epoki – ze wskazaniem na scenografię i muzykę, niestety głównie zagraniczną) widać mentalność Polaków jako ludzi, którzy muszą (inaczej się nie da) kombinować, inaczej nie poradzisz sobie w życiu. Sama konstrukcja to ciąg scenek, w których widzimy bohaterów w interakcji z otoczeniem i innymi osobami, głównie dawnymi kolegami Antka z wojska, ale nie tylko. I te scenki wiernie odtwarzają realia tej epoki – podrywanie dziewczyn, imprezy, załatwianie pokoju w hotelu. W końcu pojawia się pierwsza miłość, która doprowadza do dramatycznej sytuacji (więcej nie powiem), ale zostaje to rozwiązane dość szczęśliwie. I zdarzyło mi się tu naprawdę pary razy porządnie zaśmiać (co w przypadku naszego kina jest czymś naprawdę niezwykłym).

ksiezyc2

Jest tu nostalgicznie i kolorowo (zdjęcia Michała Englerta to po prostu poezja), zaś aktorzy naprawdę dają sobie radę. Debiutujący na ekranie Filip Pławiak w roli nieporadnego i wrażliwego Adama jest po prostu uroczy i bardzo naturalny. Ale i tak cały film kradnie mu Mateusz Kościukiewicz, czyli jego starszy brat Antek. Inteligentny, cwany i bardzo zaradny, w dodatku serwuje najlepsze teksty (skrót PKP – mały cymes). Swoje też dodają małe epizodziki w wykonaniu takich aktorów jak Andrzej Grabowski (konduktor Kociołek), Piotr Głowacki (dźwiękowiec kapeli „Szrama”), Łukasz Simlat (narwany i nawalony ubek pan Leszek) czy Andrzej Chyra (pilot Barczyk), dodając odrobinę kolorytu. A Anna Przybylska? Ona tam jest i tańczy dla mnie :), a poza tym dobrze sobie radzi. I ładnie wygląda.

ksiezyc3

Dobra polska komedia? Brzmi to jak oksymoron, ale „Bilet…” pokazuje, że się da zrobić. Może następni filmowcy pójdą tym szlakiem? Czas pokaże, ale to dobry kierunek.

7/10

Radosław Ostrowski

Wałęsa. Człowiek z nadziei

Teraz zadam wam pytanie z kategorii głupich: wiecie kto to jest Lech Wałęsa? Taki facet z wąsami, co obalił komunę. Sam. Znaczy z ludźmi. Stworzył „Solidarność”. A jednocześnie był agentem SB. Jak twierdzą co poniektórzy. Jeśli spodziewacie się pełnej prawdy o życiu tego człowieka w nowym filmie Andrzeja Wajdy, możecie się rozczarować.

Punktem wyjścia dla tej historii jest wywiad Lecha z włoską dziennikarką Orianą Fallaci przed wprowadzeniem stanu wojennego. I dalej mamy dość uproszczoną historię Polski od grudnia 1970 aż do dokonania transformacji w 1989, pokazaną już po wywiadzie. Wszystko jest na miejscu: skok przez płot, „nie chcem, ale muszem”, sierpniowe wypadki, stan wojenny, Danuśka odbierająca Nobla. Widzimy jak powstaje mit bohatera i rewolucjonisty, który staje na czele wielkiego ruchu narodowego. Ale jest to bardzo mocno robione pod linijkę, w sposób grzeczny i jednoznacznie mówiąc: Wałęsa był bohaterem narodowym, a że podpisał papierek na współpracę z SB – zrobił to pod presją. Sytuacje ratuje tutaj humor przemycany przez Janusza Głowackiego (w większości są to „niesamowite” refleksje Lecha), dzięki któremu dobrze się ogląda ten film.

walesa1

Mam dziwne wrażenie, że biografia Wałęsy została skierowana dla osób spoza Polski, by mogły poznać (w dość dużym skrócie) współczesną historię Polski i to zadanie zostało wykonane bezbłędnie. Poza surowymi zdjęciami oraz solidną realizacją (montaż, scenografia i kostiumy) warto zwrócić uwagę na muzykę, gdyż w tle wydarzeń słyszymy przeboje m.in. Tilt, Brygady Kryzys czy KSU, idealnie wpasowane do sytuacji na ekranie.

walesa2

Jeśli chodzi o obsadę, „Wałęsa” to tak naprawdę teatr jednego aktora – Roberta Więckiewicza, który praktycznie skopiował zachowanie i sposób bycia Wałęsy w skali jeden do jednego. Wszystko się tu zgadza: od sposobu mówienia przez wygląd aż do stroju. Nie miałem żadnych wątpliwości, że widzę Lecha. A kim on jest? Nie od razu, ale jednak staje się charyzmatycznym przywódcą z jajami (rozmowa z głodującymi KOR-owcami – bezbłędna), który trochę ryzykuje swoje życie prywatne, bo nie zawsze się udaje to zgrać. A jednocześnie to szczery facet, który podejmuje się bardzo trudne zadanie prowadzenia ludzi, a nie jest to łatwe. Jest w nim coś z superherosa, ale to chyba trochę na wyrost. Cała reszta obsady robi tutaj za tło – nadal nie przekonałem się do Agnieszki Grochowskiej (Danuśka, która jest zredukowana do roli Matki Polki, choć potrafi opieprzyć ubeków i dziennikarzy), Zbigniew Zamachowski i Cezary Kosiński jako ubecy są naprawdę dobrzy, ale pojawiają się bardzo krótko, a pozostali robią tutaj epizody.

walesa3

Cóż, „Wałęsa” z jednej strony to laurka i hołd (wręcz poddańczy), z drugiej to całkiem niezła komedia (każda wypowiedź Wałęsy – chyba przez sposób mówienia – wprawiał mnie w śmiech, nic nie poradzę). Potencjał był na wiele, wiele więcej jednak. I co z tym fantem zrobić? To film, który sami po prostu musicie ocenić i zweryfikować.

Radosław Ostrowski

Ratując pana Banksa

Filmów o filmach powstawało multum i zapewne jeszcze wiele powstanie. Jednak ta opowieść dotyczy jednej z najpopularniejszych (chyba, bo nie wiem jak to teraz wygląda) adaptacji zrobionej przez Walta Disneya. A wszystko zaczęło się w roku 1961 roku, gdy do Los Angeles przybyła Pamela L. Travers, autorka „Mary Poppins”. Disney 20 lat wcześniej złożył obietnicę swoim dzieciom, że przeniesie na ekran tą powieść, ale nawet on nie wiedział, że będzie miał mocno pod górkę.

banks1

Próbuje o tym opowiedzieć nakręcony przez – nomem omen – wytwórnię Disneya film niejakiego Johna Lee Hancocka. Całkiem niezły reżyser (filmy „Debiutant”, „Alamo” i „Wielki Mike”) oraz nie gorszy scenarzysta (on odpowiada za „Doskonały świat” Eastwooda) miał dość ciekawy patent i udało mu się konsekwentnie poprowadzić historię pani Travers. Pozornie jest to o próbach realizacji filmu, gdzie autorka bardzo krytycznie i ostro podchodzi do pracy, wręcz nie kryje swojego oburzenia i poczucia profanacji. Ale to nie wzięło się znikąd i nie jest przyczyną dość wysokie ego autorki. Drugi wątek tej historii (przeplatający się z pierwszym) to historia z życia Travers, gdy była małą dziewczynką i jej relacji z ojcem. To właśnie wydarzenia z przeszłości były inspiracją dla stworzenia „Mary Poppins”. Ta część nie pozbawiona jest elementów prawdziwej magii – piękne plenery Australii, zgrabna realizacja i sposób filmowania przypomina trochę baśń, potęgowaną przez muzykę Thomasa Newmana. Jest radość i szczęście, ale nie zabrakło też bezwzględności losu i rozczarowania. Pozornie te dwa światy powinny zgrzytać, nie pasując do siebie. Ale okazuje się, że powstała z tego spójna i naprawdę dająca do myślenia fabuła. Więcej nie chcę wam zdradzić, bo sami powinniście zobaczyć co z tego wyszło, ale nie brakuje tutaj humoru (ironiczne docinki na linii Disney-Travers), refleksji i siły imaginacji, która pozwala znieść naprawdę wiele.

banks2

Jednak największą siła jest aktorstwo i to z naprawdę wysokiej półki. Cały ten film zawłaszczyła sobie (nie bójmy się tego zwrotu) wspaniała – z braku lepszego słowa – Emma Thompson. Pozornie jest tak jak zawsze – zdystansowana, flegmatyczna Angielka. Ale tak naprawdę to kobieta, która nie potrafi wyzwolić się z przeszłości, która mocno ją naznaczyła i widać to w niemal każdym spojrzeniu, słowie. Tom Hanks jako Walt Disney to również kawał mocnej roli. Pozornie to pragmatyczny przedsiębiorca, bezwzględnie dążący do celu. Tak naprawdę to takie duże dziecko, pełne energii. Wydaje się, że między tą dwójką nie dojdzie do porozumienia, ale łączy ich więcej niż się wydaje. Drugi plan, choć pełen ciekawych postaci, zawłaszczyło sobie dwóch jegomości. Pierwszy to Colin Farrell, tutaj grający ojca Pameli Travers. Z jednej strony to nie radzący sobie z rzeczywistością pijak, jednak dla swojej córki pozostaje idealnym ojcem, który „wszczepia” jej wielką siłę wyobraźni. Drugi dżentelmen to niezawodny Paul Giamatti, który jako szofer Ralph pozornie wydaje się mało wyrazistym tłem, ale to tylko pozory (scena na trawniku – naprawdę piękna).

banks3

„Ratując pana Banksa” to film, który teoretycznie nie miał prawa się udać, a jednak wyszła z tego naprawdę interesująca opowieść. Dla mnie było trochę za mało o realizacji samego filmu, jednak efekt jest zaskakująco udany. Aż nabrała mnie ochota na „Mary Poppins”, ale to temat na inną okazję.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Królowie lata

Joe, Patrick i Baggio to trzech młodych chłopaków, którzy nie maja zbyt dobrych relacji z rodzicami (może poza tym ostatnim, ale to dziwak). Dwaj pierwsi w końcu wpadają na pomysł wyrwania się od rodziców i ucieczki z domu. Postanawiają stać się mężczyznami i budują dom w środku lasu, próbując przetrwać w tej nowej przestrzeni.

krolowie1

Można powiedzieć, że jest to kolejna szalona opowieść o dojrzewaniu i buncie nastolatków. Ale reżyser Jordan Vogt-Roberts poszedł w stronę bardziej baśniowej opowiastki, choć niepozbawionej realizmu opowieści o trochę wczesnym dojrzewaniu oraz końcu pewnej epoki. Pozornie mamy to, co zawsze – rodzice nie potrafiący dogadać się z dziećmi, przyjaźń, pierwsza miłość, a jednocześnie by przetrwać w dziczy wystarczy… pójść do bliskiego marketu i kupić kurczaki. Bajka? Jeśli chodzi o przestrzeń na pewno (ten las wygląda pięknie), ale reszta już niekoniecznie. Bo niestety, wchodzenie w dorosłość oznacza coś więcej niż tylko robienie innych rzeczy niż wymagają tego rodzice. Ale całość jest okraszona dość spora dawka humoru i dzięki temu nie brzmi to aż tak moralizatorsko jak mogłoby się to wydawać. Jednak pod koniec dochodzi do dramatycznego wydarzenia, co zmienia tory tej opowieści, choć niczym nie zaskakuje.

Dużym plusem są na pewno świetne role. Grający główne postacie Nick Robinson (niepokorny Joe), Gabriel Basso (nadmiernie kontrolowany przez rodziców Patrick) oraz Moises Arias (nie do końca normalny Baggio) – są po prostu fantastyczni i naturalni, jednocześnie kupiłem ich bez cienia wątpliwości. Poza nimi mocno wybija się Nick Offerman (Frank, ojciec Joe) i Erin Moriarty (Kelly).

krolowie2

Myślę, że ten film powinien sprawić frajdę wielu młodym ludziom i tym, którzy się tak czują. Naprawdę kawał dobrego kina.

7/10

Radosław Ostrowski

Miłość

Z polskimi filmami zawsze mam pewien problem. Produkcje tzw. komercyjne czy rozrywkowe przeżywa stagnację i (zazwyczaj) to kompletne niewypały lub co najwyżej średniaki, a tzw. kino artystyczne albo jest zbyt depresyjne i traumatyczne albo naznaczona martyrologią, zwyczajnie nieciekawą. I właśnie trafił do mojej ręki film dokumentalny z Polski, co samo w sobie jest kompletną abstrakcją. W dodatku jest on o muzyce.

milosc1

Wszystko zaczęło się pod koniec lat 80., kiedy to czterech muzyków z kompletnych różnych światów poznało się i założyli zespół Miłość. Mieli grać yass, czyli mniej konwencjonalny jazz. A byli to Tymon Tymański (kontrabas), Mikołaj Trzaska (saksofon), Leszek Możdżer (fortepian) i Jacek Olter (perkusja). Historię tego zespołu próbuje opowiedzieć debiutant Filip Dzierżawski.

milosc2

Punktem wyjścia dla opowieści o tym już kultowym (w pewnych kręgach) jest próba reaktywacji i zorganizowanie wspólnej próby przez żyjących członków (poza w/w był jeszcze Maciej Sikała – drugi saksofon) plus grający na perkusji Jakub Staruszkiewicz z zespołu Pink Freud. Przy okazji mamy rozmowy z członkami zespołu i poznajemy historię zespołu, przechodząc przez kluczowe punkty: pierwsze spotkanie, pierwsze płyty, spięcia aż do tragicznej śmierci Oltera (bardzo poruszający fragment opowiadany przez Tymona i Trzaskę), która doprowadziła do ostatecznego rozpadu. Wszystko to przeplatane dość bogatymi zbiorami archiwalnych filmów (prywatne zbiory), zdjęć i także muzyki.

milosc3

Jakby przy okazji Dzierżawski przedstawia ich przekonania i refleksje na temat muzyki i sensu tego, co robią. Widać, że mimo spięć między nimi każdy z nich naznaczył swoim piętnem każdego z siebie, że miedzy tymi różnymi muzykami (Tymon – taki żywy duch, Trzaska – żywiołowy, wręcz „agresywny”, Możdżer – mózgowiec, zwracający uwagę na dźwięki) nadal jest chemia. I nie ma tutaj żadnego przynudzania czy monotonii. A najciekawsze jest to, co nie powiedziane – mimo przyjaźni i chemii miedzy muzykami, widać pewne niezałatwione sprawy i trochę skryte żale. Widać to zwłaszcza w ostatnim akcie, gdy pada propozycja zagrania na Off Festiwalu w 2009 oraz reaktywacji zespołu Miłość, gdzie ze starego składu grają tylko Tymon z Możdżerem. Tutaj widać, jak bardzo drogi wszystkich muzyków za bardzo się rozeszły. To już podczas prób jest widoczne, gdy Trzaska jest coraz bardziej wycofany, niepewny, pełen wątpliwości. Ostatnie jego słowa wywołały we mnie ból, a jego postawa jest niezrozumiała i trochę nieuczciwa wobec reszty.

milosc4

Każdy na pewno ten film odbierze inaczej, ale jedno nie ulega wątpliwości – to kawał kapitalnego, mocnego kina. Brutalnie szczere, autentyczne i bardzo interesujące, ze świetną muzyką (chyba zacznę powoli szukać dorobku tego zespołu) i paroma obserwacjami naszego przemysłu muzycznego. I nie tylko.

8/10

Radosław Ostrowski

Chłód nadchodzi nocą

Mała mieścina gdzieś na zadupiu Stanów Zjednoczonych. Poznajcie Chloe – jest samotną matką, która dorabia pracując w motelu jako kierowniczka. Ma też dość niejasne układy z policjantem Billym Brooksem. Czy coś może pójść nie tak i pojawią się perturbacje? Oczywiście, dwóch ombres z paczką zawierająca kupę szmalu. Jeden z nich zostaje zabity, auto z forsą zostaje zawiezione, a drugi koleś Topo porywa Chloe i zmusza ją do odzyskania forsy.

chlod1

Brzmi jak banalny i tani kryminał klasy B? Czyli trafiliście pod właściwy adres. Film niejakiego Tze Chuna (mało znany reżyser, który kręci mało znane filmy) jest dość spokojną i prostą opowieścią o chciwości, gdzie każdy chce wziąć szmal dla siebie, a każdy jest bardziej lub mniej umoczony. Owszem, są zaskoczenia (spodziewane i tej mniej), jednak dla mnie dość nietypowa była realizacja. Stonowana kolorystyka, brutalniejsze sceny pokazane poza kadrem kamery (Topo mordujący swojego szefa i jego goryli w aucie czy zabicie prostytutki przez wspólnika Topo) i wnosi pewną świeżość do tej dość nieskomplikowanej opowieści, w dodatku poprowadzonej bardzo kameralnie. I ogląda się to naprawdę nieźle, choć dla mnie za szybko się to kończy, poza tym jednak jest dość przewidywalna.

chlod2

Sytuację po części tez bronią aktorzy, grający całkiem przyzwoicie. Zarówno Alice Eve jako desperacka Chloe jak i Logan Marshall-Green (mniej irytujący niż w „Prometeuszu”), czyli skorumpowany glina Billy dają radę i nie można się do nich przyczepić. Jednak tak naprawdę „haczykiem” przykuwającym moją uwagę na ten film był Bryan Cranston a.k.a. Walter White. I jako gangster Topo jest kalką tej postaci, ale bardzo dobrze poprowadzoną. Czerwone okulary, wschodni akcent i obojętne spojrzenie – więcej nie trzeba, a facet potrafi przerazić i wzbudza respekt samą obecnością. Wszystko inne jest nieważne.

chlod3

„Chłód…” to film przeznaczony od razu na rynek DVD, choć nie jest to dla mnie zaskoczenie. Szybko wejdzie do głowy, szybko z niej wyjdzie. Może poza Cranstonem.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Cudowne tu i teraz

Opisz wyzwanie, trudność lub nieszczęście, jakiego doświadczyłeś w swoim życiu. Co z niego wyniosłeś i jak przygotowało cię na przyszłość? – to pytanie, na które odpowiedź ma napisać 18-letni Sutter, by dostać się na studia. A kim on jest? Licealistą (co można stwierdzić po wieku), pracuje w sklepie z męską garderobą, bardzo lubi wypić, poimprezować i ma super laskę. Do czasu, kiedy ona z nim zrywa. Podczas jednej z imprez, budzi się na trawniku i pierwszą osobą, która pojawia się w zasięgu jego „przytępionego” wzroku jest dziewczyna, niejaka Aimee Finicky. To taka dziewczyna, na którą nikt nie zwraca uwagi, taka „szara myszka”. Powoli jednak ta dwójka zaczyna do siebie się zbliżać.

cudowne1

Filmy o zakochanych nastolatkach można w zasadzie podzielić na dwie grupy. Pierwsza to bardzo naiwne i przesłodzone bajeczki pokroju „Step Up” czy innego ”High School Musicalu”.  Druga grupa to filmy trochę takie bardziej ironiczne, z większym dystansem, słodko-gorzkie. Ten film zalicza się raczej do drugiej grupy. Motywacja głównego bohatera, który spotyka się z nową koleżanką, nie jest do końca jasna – może chce pomocy z matematyką albo po prostu odegrać się na swojej byłej, bo to zła kobieta była. Ale jak wiadomo, nic nie jest proste, a najbardziej wyrachowane plany muszą wziąć w łeb, gdy pojawia się największa niewiadoma  – uczucia. Reżyser James Ponsoldt do spółki ze świetnymi scenarzystami to pozornie konwencjonalne love story rozgrywa z dużą dawką delikatności i wrażliwości, zaś każdy przełomowy moment związku ogląda się z dużym napięciem.

cudowne2

Ta relacja pozostaje najciekawszym wątkiem, ale nie jedynym. Rodzice po rozwodzie – ona chłodna, on zapatrzony w siebie pijus, była dziewczyna Charlene marząca o facecie jako kimś więcej niż tylko dobrej zabawie. Jest jeszcze nauczyciel, sympatyczny szef Dan i obecny chłopak byłej Marcus. Każde z nich tak naprawdę szuka swojego miejsca i stara się być fair. Jednocześnie Ponsoldt bardzo krytycznie odnosi się do filozofii korzystania z każdej chwili garściami. Główny bohater dość często i mocno nadużywa tej formy, by po prostu się nawalić. Czemu to robi? Żeby się „znieczulić” przed światem, bólem, rozczarowaniami i wszystkim tym, co złe. Jak jest dobrze, to się napiję, jak źle, to tym bardziej. Jednak czy jest szansa na wyplatanie się z tego i zerwanie ze swoimi nałogami? Oto jest pytanie, a twórcy nie dają jednoznacznej opowieści (zakończenie).

cudowne3

Ta historia jest interesująca nie tylko dzięki świetnemu scenariuszowi, ale też grającym główne role, którzy wywiązali się ze swoich zadań pierwszorzędnie. Sutter (świetny Miles Teller) wydaje się takim cwaniakiem, który ma głowę na karku, ale czuje się bardzo samotny i odrzucony przez matkę (Jennifer Jason Leigh w formie). Topi swoje smutki i szczęście w alkoholu, nie widząc innego wyjścia, pozostając niedojrzałym młodzieńcem. Dla mnie jednak objawieniem była Shailene Woodley, czyli Aimee. Trochę nieśmiała, przytłoczona przez matkę, okazuje się bardzo wrażliwą i inteligentną dziewczyną. Spotkanie tych dwojga oddziałuje korzystnie na każdą ze stron – ona nabiera wiary w siebie i staje się niezależna, on dojrzewa do poważniejszej relacji i próbuje walczyć ze swoimi demonami.

cudowne4

Coraz bardziej zaczynam doceniać takie słodko-gorzkie tragikomedie pełne sarkazmu, a także wnikliwej obserwacji dwojga pogubionych ludzi. Pytanie czy jeszcze tych dwoje będzie miało drugą szansę? Nie wiem jak wy, ale ja wierzę w człowieka, który potrafi zmienić się pod wpływem poważnych zdarzeń.

8/10

Radosław Ostrowski

Turbo

Poznajcie Teosia. Pracuje w ogrodzie i marzy o tym, by ścigać się jako rajdowiec. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Teoś jest… ślimakiem winniczkiem. I jak wiadomo takie istoty nie mogą robić zawrotnych prędkości. Jednak na skutek dziwnego zbiegu okoliczności, ślimaczek dostaje kopa i może śmigać z zawrotnymi prędkościami. Opuszczając ogród wpada w ręce młodego Latynosa, który pracuje w budce robiącej tacosy.

turbo1

DreamWorks nie wymyśla tutaj prochu i nie tworzy czegoś, co byłoby zaskakujące. To opowieść w stylu „od zera do bohatera”, a jednocześnie o akceptacji najbliższych oraz pogoni za marzeniami. Jedyne czego mi tutaj zabrakło to tego popkulturowego humoru, z którego znana jest ta wytwórnia. Osadzenie tej opowieści wśród Latynosów, którzy ostatnio są dość eksploatowaną nacją w USA nadaje lekkiego smaczku, zaś drugoplanowe postacie ślimaków-wyścigowców dodają odrobiny lekkości i fajnej zabawy. Tylko tyle i aż tyle, choć głównie jest to skierowane dla znacznie młodszego odbiorcy. Ale najbardziej w pamięci pozostaje finałowy wyścig, gdzie Teoś vel Turbo mierzy się z bolidami Indianapolis 5000 – wygląda to niesamowicie, jest sporo dynamiki i emocji do samego końca. Ale to jest jedyna rzecz warta uwagi dorosłych, którzy poczują się trochę znużeni.

turbo2

Trzeba pochwalić dubbing, który wypada całkiem przyzwoicie. Tłumaczenie jest niezłe, zaś głosy aktorów dodane przez żadnych zgrzytów. Zdecydowanie trzeba pochwalić Antoniego Pawlickiego (zawzięty Turbo) i Jarosława Boberka (jego trzymający się ziemi brat Chet), którzy pokazali fason. Z drugiego planu najbardziej utkwił w pamięci Krzysztof Banaszyk (Chet Champion) oraz szalona postać Krzysztofa Szczerbińskiego (ślimak Ślizg).

turbo3

Ogólnie mówiąc, nie jest to szybki i wściekły film, choć prędkość jest mocno odczuwalna. Solidna bajka z prostym przesłaniem oraz naprawdę ładną kreską.

6/10

Radosław Ostrowski

W kręgu miłości

Europejczycy do historii o miłości podchodzą z większym dystansem niż holiłudcy kolesie z dużymi cygarami. Belgijski reżyser Felix van Groeningen bardziej zbliża się do filmowców niezależnych, unikając sentymentalizmu i kiczowatości. Opowiada o dwojgu ludziach, którzy żyją ze sobą siedem lat, mają córkę – są po prostu szczęśliwi. Ale jak wiemy szczęście nigdy nie trwa wiecznie. Testem dla ich miłości staje się ciężka choroba córki (nowotwór) i jej śmierć. Od tej pory oboje niby żyją razem, ale coraz większa tworzy się bariera między nimi. Czyżby ten ciężar był dla nich za ciężki?

wkregu1

Reżyser przełamuje chronologię mocno szatkując całą historię. Muszę przyznać, że to wprowadzało mnie w konsternację i nie zawsze mogłem się połapać co po czym następuje. Radość i szczęście mocno jest kontrastowane ze smutkiem, przygnębieniem i stanem rozpadu. Miłość tutaj jest niemal bezgraniczna, bardzo autentyczna, choć oboje są już mocno po przejściach (ona swoich byłych chłopaków ma „wpisanych” o nim nie wiemy zbyt wiele). Drugim bardzo istotnym wątkiem jest muzyka, która połączyła tą parę, czyli bluegrass (odmiana country), odgrywając w ten sposób istotną rolę – komentarza wydarzeń (i brzmi naprawdę dobrze). Jednak tragedia mocno ich naznacza i oboje nie potrafią się dogadać. On (świetny Johan Heldenbergen) jest racjonalistą i przyjmuje to dość spokojnie (choć monolog wypowiedziany na scenie może temu zaprzeczyć), a ona (piękna Varle Beatens) – zatracająca się w tej miłości romantyczka, nie godzi się z tą stratą i szuka wiary (nawet w reinkarnację), czegoś metafizycznego, ale nie ma wsparcia. Dlatego nie ma tutaj miejsca na happy end i musi się to skończyć w tragiczny sposób.

wkregu2

Czy to znaczy, że mamy do czynienia z emocjonalnym szantażem? Ja tego nie wychwyciłem, bo emocje aż kipią od postaci (sceny kłótni), wydarzeń, surowość realizacji jest kolejnym atutem. Zaś ostatnia scena naprawdę wielu mocno uderzy. Tak jak mnie.

7/10

Radosław Ostrowski