Ocalony

Afganistan – miejsce, z którym nie byli w stanie sobie poradzić zarówno Sowieci jaki i Amerykanie, by pokonać talibów. W 2005 roku elitarny oddział Navy Seals otrzymał zadanie schwytania i zabicia Ahmada Shada. Jednak ich oddział zostaje przypadkowo wykryty przez trzech pasterzy. Czteroosobowy oddział zostaje wzięty pod ostrzał talibów, zaś próby wezwania pomocy kończą się fiaskiem (łączność zerwana).

ocalony1

Amerykańskie kino wojenne ma kilka cech wyróżniających je od innych – amerykańska flaga, patos i chwała dzielnym Amerykanom. Tutaj Peter Berg dodaje jeszcze coś z kina survivalowego, bo akcja zostaje zamieniona w walkę o przetrwanie. Dużo strzałów i naboi, ale też sporo krwi, piachu, brudu i bluzgów. Walka jest tutaj pokazano bardzo realistycznie, bez ozdobników czy ostatnich słów wypowiedzianych przed śmiercią – jest tylko beznadzieja, trudny teren pełen pagórków, zaś sprzęt nie zawsze działa. I jak przeżyć – można tylko liczyć na łud szczęścia. Albo trafić na Afgańczyka, który nie jest talibem. Wszystko to jest potęgowane przez surowy, choć miejscami efekciarski montaż, atmosferę osaczenia dodatkowo jeszcze wzmocnioną przez muzykę oraz krótkie i dosadne dialogi. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie powierzchowność bohaterów – tak naprawdę niewiele o nich wiemy, poza tym, ze to dobrzy kumple. I że daliby się posiekać dla kumpla.

ocalony2

Od strony aktorskiej to całkiem przyzwoita robota. Ale czy może być inaczej jeśli mamy Marka Wahlberga w roli głównej? I on znowu dał radę jako jedyny ocalony z oddziału. Poza nim mamy tutaj młodych, ale już uznanych aktorów jak Ben Foster, Emile Hirsch czy Eric Bana. Jest po prostu solidnie i trudno się do nich przyczepić. Także fakt, ze Afgańczycy mówią po swojemu i nie wszystko jest z angielskimi napisami, jeszcze bardzo buduje atmosferę obcości.

„Ocalony” pokazuje jak wygląda współczesne amerykańskie kino wojenne i jest nie najgorzej. To po prostu solidna, rzemieślnicza robota. I tyle. Czasami to wystarczy.

7/10

Radosław Ostrowski

ocalony3

AmbaSSada

Dobra polska komedia – ten gatunek kina wyginął w 2007 roku po premierze “Testosteronu”. Bo od tej nic mnie nie rozśmieszyło do rozpuku. Zdarzały się momenty niezłej zabawy („Rozmowy nocą” czy „Listy do M.”), ale większość tzw. „komedii” wprawiała mnie raczej w stan irytacji, rozczarowania i gwałtownej ucieczki w trakcie seansu, a parę z nich nawet nie interesowały mnie w ogóle (patrz: Kac Wawa). Jednak był w tym kraju jeden spec, który potrafił rozbawić, a imię jego Juliusz Machulski zwany też Komercjuszem Pierwszym. Ale ostatnio reżyser wolał zajmować się produkcją (m.in. „Wszystko będzie dobrze”, „W ciemności”), zaś jego fabuły nie trzymały już tego poziomu co kultowa „Seksmisja” czy „Kiler”. Dlatego z nadzieją, ale i obawami podchodziłem do „AmbaSSady”.

Przyznaje, że punkt wyjścia był naprawdę niezły. Otóż młode małżeństwo – Mela i Przemek, wprowadzają się do domu jego wuja Oskara, gdyż ten wyjeżdża. Kompletnie przypadkowo odkrywają, że winda na trzecim piętrze budynku prowadzi do… niemieckiej ambasady z 1939 roku. I to daje nieprawdopodobną okazję do zmiany losów świata oraz możliwość, żeby tego Hitlera…. killym go.

ambassada1

Reżyser bardziej niż na serwowaniu humoru, którego jest tutaj jak na lekarstwo stara się opowiedzieć ciekawa historię i do pewnego momentu ta intryga trzyma się kupy. Ale jest tutaj sporo zgrzytów – dlaczego winda tak działa (potem także szafa posiada podobny bajer), nie wiadomo. I czemu przenosi w czasie – brak wyjaśnienia. Druga sprawa to jakim cudem tych dwoje bohaterów, którzy pasują do siebie jak Żyd na zjeździe NSDAP są ze sobą? Może i przeciwieństwa przyciągają się, ale jakoś tej chemii nie widać. A i humor tez jakoś niespecjalnie porywa (może poza kilkoma scenami jak wejście sobowtóra Lepkiego – wzięte z „Człowieka w żelaznej masce” – z wąsami jak Wałęsa czy Ribbentrop grająca na gitarze „Dla Elizy” Beethovena kończący to słowami: „Wiedzieliście, ze zawsze chciałem być muzykiem”). Do tego jeszcze dodajmy słabe efekty komputerowe (cała przedwojenna Warszawa z budynkami i samochodami wygląda fatalnie), solidna scenografię oraz dobre zdjęcia (Witold Adamek) i muzykę (Bartek Chajdecki), to wyjdzie nam nowy Machul.

ambassada2

A aktorzy? Nie ma tu o czym gadać. Debiutujący na dużym ekranie Magdalena Grąziowska (wyluzowana i bardziej energiczna Mela) oraz Bartosz Porczyk (irytujący i sztywny Przemek oraz jego pradziadek Antoni) są po prostu sztuczni – ona przerysowana, on drewniany (choć jego drugie wcielenie troszeczkę lepsze). Z kolei Więckiewicz jako Hitler jest naprawdę przyzwoity. Tak naprawdę jest to koleś, który bardziej woli wypić wódkę niż walczyć. Ale i tak największym zaskoczeniem był Adam Darski ps. Nergal, który wciela się w postać Ribbentropa – i po prostu kosi. Do twarzy mu w uniformie (ciekawe czy na koncertach kapeli Behemoth tez nosi takie wdzianko), ma paskudne spojrzenie i szwargocze po niemiecku jak Niemiec. Ale tylko tyle można dobrego powiedzieć.

Obawiam się, że Machulski się skończył, a „AmbaSSada” potwierdza tylko zagubienie formy przez reżysera. Może powinien zrobić sobie przerwę od kręcenia filmów jak Władysław Pasikowski – i wtedy będzie k****a ostry jak brzytwa.

4/10

Radosław Ostrowski

Własnym głosem

Lektor to ma klawe życie – musi tylko przeczytać to, co mu napisali i będzie w stanie zarobić kupę szmalu. Pod warunkiem, ze będzie w pierwszej piątce najlepszych lektorów (czytaj: będzie zasuwał do kilkuset reklam i trailerów rocznie). Do tego grona próbuje się przebić nauczycielka emisji głosu – Carol Salomon, córka legendarnego lektora. I pewnego dnia, trochę dla zabicia czasu, dostaje propozycje nagrania głosu pod trailer do filmu dla dzieci. Powoli dostaje więcej propozycji, aż nagle otrzymuje szansę nagrania zwiastunu do superprodukcji z użyciem słów „In a World…” wypowiadanych przez zmarłego Dona LaFonataine’a. Ale walka nie będzie łatwa.

glosem1

Aktorka Lake Bell kojarzona z drugoplanowych ról z takich filmów jak „Sex Story” czy „To skomplikowane”, tym razem postanowiła zadebiutować jako reżyserka. I wyszła jej dość zgrabna komedia o środowisku lektorów, przeplatana dość sporą ilością obyczajowych wątków, które troszeczkę mi przeszkadzały, lecz stanowiły główny motor humoru. Zdrady, skomplikowane relacje z zapatrzonym w swoje ego ojcem, galeria paru dziwaków (dominuje tutaj postrzelony Louis), kilka zabawnych sytuacji (obsesja bohaterki na punkcie aktualizowania swojej bazy głosów) – to pozwala doprowadzić do stanu śmiechu. Jednak przy okazji nasuwa się tu refleksja na temat pewności siebie i akceptacji swojego miejsca. Przy okazji też pokazuje, ze nie zawsze wygrywa najlepszy. Niby nic odkrywczego, ale nieźle się to ogląda.

glosem2

Do w dużej części zasługa samej Bell, która wciela się w Carol, kupując mnie od samego początku. Poza nią zdecydowanie warto wyróżnić Demetriego Martina (Louis – dziwaczny koleś od realizacji nagrań), Roba Coddry’ego (Moe, mąż Dani, siostry Carol) oraz pojawiające się w epizodach Evę Longorię i dawno nie widzianą Geenę Davis (producentka Katherine Huling).

Ogólnie całkiem sympatyczna produkcja. Tyle.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Co jest grane, Davis?

Wiecie kim jest Llewyn Davis? Taki nieogolony, brodaty, bez mieszkania i z gitarą w ręku. Próbuje zrobić karierę jako muzyk folkowy, ale brakuje mu przebicia odkąd rozstał się ze swoim partnerem. Poza tym próbuje gdzieś się przespać, złapać jakiś koncert lub zagrać w studio, jak to w roku 1961. Jednak jego dość chaotyczne życie zmieni się, a wszystko od chwili kiedy po przenocowaniu u sąsiadów ucieknie ich kot.

davis1

A teraz zadam wam drugie pytanie: znacie braci Coen? To takich dwóch cwaniaków, którzy obracają wszystko w złoto, zaś większość ich filmów to pomysłowe i nieszablonowa zabawa w kino. Tym razem poszli trochę szlakiem „Słodkiego drania” Allena, gdzie przedstawiają fikcyjną biografię, jednak nie udają filmu dokumentalnego. Fabuła jest dość pogmatwana (nie zdradzę zbyt wiele, ale ta odyseja będzie ważna dla naszego bohatera – zapętlając się), nie brakuje charakterystycznego dla braci specyficznego humoru (te pełne ironii dialogi) czy elementów surrealizmu (zatrzymanie kierowcy w nocy przez policję), w dodatku okraszone naprawdę cudownymi zdjęciami (ta zieleń nadaje specyficzną aurę). No i najważniejsza rzecz – cudowna, folkowa muzyka (naprawdę kapitalne piosenki), które dodają charakteru do tej dość spokojnej opowieści.

davis2

Ale jedną rzecz mogę powiedzieć – od strony aktorskiej jest to robota na wysokim poziomie. Najważniejszy jest tutaj Llewyn Davis (pierwowzorem tej postaci był Dave Van Ronck – legenda muzyki folkowej z Greenvich Village), świetnie poprowadzony przez Oscara Isaaca, który także pokazuje nieprzeciętny talent wokalny. Kim jest Llewyn? Nieporadnym i nie mogącym znaleźć swojego miejsca na Ziemi grajkiem, zbyt dumnym, by zrezygnować? A może życie rzuca tyloma kłodami, że nie potrafi się z tego podnieść? Pożycza forsę, pomieszkuje od kanapy do kanapy i nie chce iść na kompromisy jako artysta (nie chce grać podczas kolacji). Mimo wad, potrafimy spojrzeć na tego faceta z sympatią i kibicujemy mu, żeby się udało. Poza nim jest dość bogaty drugi plan, jak to u Coenów. Nie zabrakło Johna Goodmana (podstarzały jazzman Roland Turner chodzący o laskach), jest też Garrett Hedlung (małomówny kierowca Johnny Five – autoironia wobec roli z filmu „W drodze”?) czy dawno niewidziany F. Murray Abraham (producent Bud Grossman). Jednak na mnie wrażenie zrobił rudy kocur oraz kompletnie nie do poznania Carey Mulligan. Nerwowa Jean w jej wykonaniu to bardzo mocna postać (kłótnia jej z Llewyem – nikt ostatnio tak pięknie nie klął jak ona), która szuka stabilizacji i łatwo traci nerwy.

Coenowie znów bawią się filmem i tworzą film, który sprawił mi naprawdę sporo frajdy. „Co jest grane, Davis?” to tylko albo aż dobre kino ze świetną obsadą i dość zapętlonym scenariuszem. Jeśli nie znacie braci Coen, to powinniście właśnie od tego filmu zacząć. A potem powinno być tylko lepiej.

7,5/10

Radosław Ostrowski


Drugie życie króla

Poznajcie Wallace’a – pracował dla korporacji, żona od niego odeszła, a syn ma go gdzieś. Obecne życie go dołuje i decyduje się wprowadzić zmiany. Na początek zmienić imię i nazwisko na Arthur Newman, potem pozoruje swoja śmierć i wyrusza do kurortu golfowego, by tam dostać pracę. I wtedy na jego drodze przypadkowo pojawia się pewna młoda kobieta ze złymi nawykami, która też ukrywa pewną tajemnicę. A jak wiadomo po drodze może się wiele wydarzyć.

arthur_newman

Kolejne obyczajowe kino opowiadające o niespełnionych i niepogodzonych z losem ludźmi. Znamy to choćby z „American Beauty”. Jednak debiutujący na polu reżyserskim Dante Ariola nie jest tak ostry jak Sam Mendes i traktuje swoich bohaterów z sympatią i nie bez elementów humorystycznych (sceny „włamań” do domów), ale pokazuje ludzi szukających na nowo swojego miejsca na ziemi. Może w nie do końca uczciwy sposób (fałszywa tożsamość), tylko czy to jest właściwa droga? Oboje bohaterowie w drodze zaczynają powoli zdejmować swoje maski i otwierają się ze swoimi lekami i porażkami, a także marzeniami. Drugim – równoległym –  wątkiem jest zbieranie informacji i swoim ojcu przez syna Wallace’a, który nie jest w stanie mu wybaczyć zaniedbania i ignorowania go wtedy, kiedy był mu potrzebny. Ten smutek dobija się przez film, który daje trochę do myślenia (trzeba pogodzić się z tym, co masz i w końcu powoli dochodzić do zmian). Ale czy wystarczy determinacji na to? Tu nie ma odpowiedzi, ale możemy sobie wszystko dopowiedzieć.

Realizacja jest naprawdę solidna (dobre zdjęcia, delikatna muzyka oraz niespieszne tempo), ale aktorzy dodają wiele od siebie i potrafią uwieść. Choć Colin Firth wypada więcej niż dobrze w roli Wallace’a/Arthura – niespełnionego golfisty (wszystko pokazane w sposób oszczędny i stonowany), to jednak cały film ukradła Emily Blunt, która jest po prostu zjawiskowa. Jej Charlotte to bardzo czarująca, choć mocno niestabilna emocjonalne, przerażona i mająca problem z jednym nałogiem – kradzieżami. Chemia między nimi jest łatwa do wychwycenia i uwierzenia.

Można powiedzieć krótko – udany debiut, a ocenę podnosi naprawdę dobre aktorstwo. I czekam na więcej filmów od tego reżysera.

7/10

Radosław Ostrowski

Ani słowa więcej

Są pewne filmy, które na skutek pewnych okoliczności są odbierane inaczej. „Ani słowa więcej” zostanie zapamiętany jako ostatni film w dorobku Jamesa Gandolfiniego ps. Tony Soprano. Ale czy poza tym, ma coś więcej do zaoferowania? Tak, bo jest to słodko-gorzka komedia o ludziach po 50-tce.

Eva jest masażystka, która ma córkę wyjeżdżającą na studia, z czym sobie absolutnie nie radzi. Albert jest łysiejącym grubasem, pracującym w bibliotece multimedialnej, gdzie archiwizuje stare programy telewizyjne. Oboje poznają się na pewnej imprezie i później zaczynają się spotykać. Tylko czy coś z tego wyjdzie? Bo są dwie przeszkody. Po pierwsze, oboje są po rozwodzie i sparzyli się na poprzednich związkach. Po drugie, jedną z klientek Evy – poetka Marianne jest… byłą żoną Alberta. I co wtedy?

ani_slowa1

No właśnie. Nicole Holofcaner, reżyserująca ten film to specjalistka od niezależnego kina. I taki jest też najnowszy film – to słodko-gorzka komedia pełna wnikliwych obserwacji oraz refleksji na temat małżeństwa, ale jest ona pełna ciepła i osadzona gdzieś na przedmieściach, wśród tak zwanych przeciętnych ludzi. Trudno odmówić uroku i klimatem trochę to przypomina filmy Woody’ego Allena (choć nie ma tu aż tak błyskotliwego humoru), co nie jest w żadnym wypadku wadą. I pokazuje też jak bardzo szkodliwa może być czyjaś opinia na temat swojego byłego (zwłaszcza, gdy z nich chodzisz). Niby wydaje się, ze w ten sposób można ominąć wpadek, ale to tylko komplikuje sytuację. A wszystko pokazane w sposób ciepły, mądry i zabawny. Naprawdę.

ani_slowa2

Wspomniany już Gandolfini gra tutaj świetnie swoją postać, mocno zrywając swoje emploi twardziela. Jest on ciepły, autoironiczny i uroczy na swój sposób. Partneruje mu znana ostatnio z „Figurantki” Julia Louis-Dreyfus, która dorównuje mu kroku, tworząc bardzo zgrabny duet pozbawiony złudzeń i naiwności. Pytanie czy jest szansa na udany związek między nimi? Na drugim planie za to błyszczą będące w formie Catherine Keener (zmanierowana Marianne) i Toni Collette (gadatliwa Sarah), które wnoszą swoją cegiełkę do tego filmu.

ani_slowa3

Świetny przykład na to, że można zrobić komedię, która nie jest głupia czy naiwna. „Ani słowa więcej” to bardzo nietypowa komedia romantyczna, która mocno idzie pod prąd. Inteligentna, zabawna i ciepła – ostatnio coraz bardziej mi się takie tytuły podobają.

7/10

Radosław Ostrowski

W imię…

Kościół w ostatnim czasie staje się znowu „popularny”. I niestety nie chodzi mi tu o papieża Franciszka, ale raczej o afery pedofilskie, po części z naszymi duchownymi w rolach głównych. W celu podkręcenia całej atmosfery opowieść o księdzu postanowiła nakręcić Małgorzata (a nie jakaś Małgośka, jakby to miała być moja kumpela) Szumowska.

Poznajcie księdza Adama, który gdzieś na Mazurach prowadzi ognisko, w którym uczestniczą dzieciaki z poprawczaka. Ale to nie jest byle egzemplarz – jeździ wypasionym autem, nosi markowe ciuchy, ma też laptopa i iPhone’a. Jednak ksiądz posiada inną tajemnicę – jest gejem, dlatego został wcześniej przeniesiony. I ta historia o wykluczeniu mogłaby nawet zaciekawić (i nawet przez pewien czas tak jest), gdyby wziął się za to inny reżyser. Bo jest to strasznie nierówny film, gdzie za pomocą luźnych scen pokazane jest życie księdza, który nie radzi sobie z tym kim jest. Kiedy reżyserka nie mówi wszystkiego wprost, to wtedy jest ciekawie i interesująco. Ale wszelka obecność symboli: od imienia zaczynając po widok na niebo oraz dosłowność (nadmierna i częsta jak przy scenie homoseksualnego aktu) zabija i niszczy tą konstrukcję od środka. Jakby było tego mało, jest jeszcze nie najlepszy dźwięk (jedynie bluzgi są wyraźnie słyszalne, a tych jest więcej niż w „Psach” Pasikowskiego), luźna konstrukcja oraz zakończenie tak dziwaczne, że aż nie chciało mi się wierzyć. I to wszystko jeszcze miejscami naprawdę mocno sztuczne, zaś kościół niby nie zamiata spraw pod dywan, ale jak można inaczej nazwać przenoszenie duchownego z miejsca na miejsce?

w_imie1

Zaś jeśli chodzi o obsadę, to skupiłem się tylko na Andrzeju Chyrze, który brawurowo zagrał duchownego. Z jednej strony ma charyzmę i jest bardziej taki ludzki (trzymający się ziemi), ale nawet jemu zdarza się zachować jak normalny człowiek (scena, gdy nawalony słucha głośno muzyki z laptopa i tańczy z portretem papieża w ręku). Te sprzeczności są wygrywane delikatnymi spojrzeniami oraz gestami. O pozostałych aktorach mogę powiedzieć, że są i coś tam robią na ekranie, ale nic ponad to.

w_imie2

„W imię…” miało potencjał mocnego i poruszającego filmu, a wyszedł zbędny i tani skandal. Chyba nie o to tu chodziło. Szkoda.

5/10

Radosław Ostrowski

Piąta władza

Jak wymyślił Monteskiusz, władza dzieli się na trzy części: ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Ale nieoficjalnie wytworzyła się władza czwarta, czyli media, czego francuski myśliciel nie przewidział. Nawet współcześni dziennikarze nie byli w stanie przewidzieć, że powstanie piąta władza, która spróbuje zniszczyć wszystkie poprzednie. Tak narodziło się WikiLeaks, a wszystko zaczęło się w 2007 roku, gdy niemiecki informatyk Daniel Berg poznał Juliana Assange’a.

piata_wladza1

I o tym próbuje opowiedzieć najnowszy film Billa Condona („Kinsey”, „Dreamgirls” czy finał Sagi „Zmierzch”), który jest pewną mieszanką. Z jednej strony mamy biografię, która skupia się na blondwłosym przywódcy ruchu ujawniającego tajne dokumenty, pokazujące nadużycia władzy. Jednak pokazanie gościa z laptopem w ręku, który tylko przyciska klawiszami, było mało atrakcyjne dla filmu, więc pojawiają się elementy thrillera – spotkania z informatorami, obserwacje przez CIA, polowanie i potajemne rozmowy. To uatrakcyjnia historię, przenosząc ją z miasta do miasta (od Niemiec przez Islandię) i nadając odrobinę szybsze tempo. Punktem przełomowym jest dotarcie do dzienników wojskowych USA oraz korespondencji dyplomatycznej, nie tylko dla filmu, ale i głównych bohaterów, co doprowadza do rozłamu między nimi. Nie dość, że jest to naprawdę sprawnie zrealizowane (choć parę razy kamery drży, a napięcie od połowy tylko rośnie, potęgowane przez elektroniczną muzykę Cartera Burwella), ogląda się to z dużym zainteresowaniem, nawet znając rozwój wypadków. I to była dla mnie spora niespodzianka, bo tak się chyba rodzi historia.

piata_wladza2

W dodatku jest to naprawdę dobrze zagrane. W szczególności wyróżnia się Benedict Cumberbatch w roli Assange’a. Ten blondyn w jego interpretacji na początku sprawia wrażenie charyzmatycznego przywódcy, który wierzy w słuszność swoich działań (anonimowość informatorów i przekazywanie informacji bez edycji). Ale potem staje się manipulatorem i oszustem, posuwającym się do wszystkiego, skrywającym niejedną tajemnicę. Przeciwieństwem jest Daniel Berg, w równie przekonującym wykonaniu Daniela Bruhla – stonowany, rozsądny i zafascynowany swoim kolegą. Ale tylko do czasu. Poza tym duetem, drugi plan jest dość bogaty – od niezawodnych Stanleya Tucci (James Boswell) i Davida Thewlisa (dziennikarz Nick Davies) przez dawno nie widzianą Laurę Linney (dyplomatka Sarah Shaw) i Carice van Houten (Brigitta, współpracowniczka Assange’a).

piata_wladza3

Sam Assange uznał „Piątą władzę” za propagandę. Jednak zakończenie daje wiele do myślenia i stawia pytanie: co tak naprawdę wiemy o Assange’u i WikiLeaks? No właśnie. Ale może być początkiem poszukiwania prawdy o całej tej sprawie.

7/10

Radosław Ostrowski

Żądza bankiera

Banki kojarzą się z kryzysem, bo one do niego doprowadziły. Wiadomo jakie one są – chciwe, pazerne i ciągle głodne. Jeden taki bank we Francji jest kierowany przez mocno schorowanego prezesa, który musi chwilowo zostać zastąpiony. Na jego miejsce wybrany jest młody i ambitny Marc Tourneuil, który chce większych przywilejów dla siebie. Ale to nie jest akurat jego największy problem. Jest nią grupa amerykańskich akcjonariuszy, która chce przejąć bank. Tylko jak to zrobić, skoro nie może nikomu ufać?

zadza1

Francuski reżyser z greckimi korzeniami, czyli Costa-Gavras wprowadza nas w bardzo dobrze znany świat finansjery, która jest nastawiona tylko i wyłącznie na zysk. Pod tym względem nie jest to nic, o czym bym nie wiedział. Że to bezwzględne sukinsyny, które stosują wiele nieczystych zagrywek, też nie jest niczym nowym. Ale jak się to dobrze ogląda i trzyma w napięciu. Te wszystkie zakulisowe rozgrywki i koalicje, pełne gróźb, obietnic i podstępów oraz prezes, który musi znać i obserwować każdy krok (zatrudnienie byłego detektywa do pilnowania wszystkiego). I kolejna ilustracja tego, że „chciwość jest dobra”, choć ostatnie zdanie należy potraktować jako ostrzeżenie. Także realizacja stoi na poziomie – dominują tutaj sterylne pomieszczenia biur, stonowana kolorystyka, a montaż też jest bardziej spokojny. I nie brakuje kilku naprawdę mocnych dialogów dających do refleksji.

zadza2

I w dodatku jak to jest zagrane przez Gada Elmaleha (ostry i kombinujący prezes Tourneuil) oraz Gabriela Byrne’a (Dittmar Rigule – szef akcjonariuszy USA), który wspinają się tu na wyżyny swoich możliwości. Niestety, cała reszta obsady już nie robi aż tak wielkiego wrażenia, pozostając tylko solidnym tłem (zwłaszcza role kobiece są bardzo płaskie i mocno rozczarowują).

zadza3

Tematyka bankowa może wielu zniechęcić, zaś tempo jest bardzo spokojne i wielu to znudzi. Ale „Żądza bankiera” pozostaje udana produkcją, która przypomina starą prawdę o bankach i chciwości.

7/10

Radosław Ostrowski

Plan ucieczki

Ray Breslin to facet, który ma dość nietypową pracę – zajmuje się uciekaniem z więzienia, by udoskonalić system zabezpieczeń. Po kolejnej takiej akcji, dostaje bardzo trudne zlecenie. Trafia do pilnie strzeżonego więzienia CIA, gdzie ma sprawdzić tamtejsze zabezpieczenia i zrobić to bez wsparcia. Ale miejsce to piekło – w dodatku znajduje się w środku samego oceanu. I wtedy dostaje nieoczekiwana pomoc od współwięźnia Emila Rottmayera i razem planują zwiać.

ucieczka1

Był kiedyś taki czas, że dominowało dwóch wielkich twardzieli ery VHS – Sylwester Stalowy i Arnold Żelazny (za długie nazwisko, by je wymówić), ale jakoś nie mieli czasu zagrać wspólnie w jednym filmie. Aż do 2010 roku, gdy pojawili się „Niezniszczalni”. Tylko, że Arnold robił tam za epizod. I trzeba było poczekać jeszcze trzy lata, by panowie zagrali razem w rolach głównych. Wykonawca tego dość ryzykownego przedsięwzięcia został Mikael Hafstrom i muszę przyznać, że udało mu się wskrzesić klimat oldskulowego kina akcji z lat 80. Prosta fabuła, sucharowe żarty (naprawdę strawne), surowe zdjęcia i duża ilość mordobicia połączona ze strzelaniem (zwłaszcza finał). Intryga jest sprawnie poprowadzona, samo więzienie robi naprawdę duże wrażenie, zaś technicznie nie ma się do czego przyczepić. Owszem, może i to trochę nie trzyma się logiki, ale chrzanić to. W końcu ma to być porządna naparzanka, a nie kino moralnego niepokoju.

ucieczka2

Obaj panowie radzą sobie naprawdę dobrze i czuć chemię między nimi, w dodatku maja przebłyski talentu (Schwarzenegger w izolatce mówiący po niemiecku – bezcenne!). Ale i tak całe szoł kradnie Jim Caviezel jako naczelnik Hobbes. Bezwzględny, brutalny i ostry facet – prawdziwy bad ass. Poza nim jeszcze pojawia się dawno nie widziany Sam Neill (doktor więzienny), bezwzględny Vinnie Jones (szef strażników Drake) czy znienawidzony przeze mnie 50 Cent (informatyk Hush – co za drewno).

ucieczka3

Film może nie zaszaleje na rynku DVD, ale jeśli kochacie oldskulowe kino akcji, musicie to zobaczyć. I nie ma lipy.

7/10

Radosław Ostrowski