Last Vegas

Dawno, dawno temu było sobie czterech kumpli. Billy, Paddy, Sam i Archie w latach 50. byli mocno zżytymi kumplami, którzy nawzajem sobie pomagali. I po 58 latach ich losy znów się łączą, bo Billy bierze ślub, więc reszta (poza mrukliwym Paddym) postanawiają zorganizować mu wieczór kawalerski. I to w Las Vegas.

last_vegas1

Komedia z emerytami w rolach głównych reklamowana jako „Kac Vegas” dla oldbojów. Więc czy można się spodziewać bluzgów, dragów i epickich imprez? Impreza jest jedna, ale z dużą armią gości (niestety, 50 Cent się nie załapał). Dragi – co najwyżej lekarstwa. Bluzgi – to kulturalni goście, których szczytem mięsa jest określenie „kutas”. Więc jest bezpiecznie, bardziej elegancko i parę razy można się porządnie pośmiać, ale bez przesady. Może i brakuje tutaj pieprzu, jednak jest to zaskakująco lekka i ciepła komedia o męskiej przyjaźni, która jest ważną wartością, nie zawsze łatwą do utrzymania i pielęgnowania. Tylko tyle i aż tyle.

Być może ten film nie oglądałoby się tak przyjemnie, gdyby nie naprawdę kapitalna obsada na pierwszym planie. Panowie są całkowicie wyluzowani i grają naprawdę z wielka frajdą. Ale czy może być inaczej jak mamy Michaela Douglasa (trochę za bardzo opalony i jedyny nieżonaty Billy), Roberta De Niro (mrukliwy, ale sympatyczny Paddy), Morgana Freemana (imprezujący Archie) i – najlepszego z nich wszystkich – Kevina Kline’a (nieporadny Sam). Razem tworzą mocny koktajl Mołotowa, a jak dołącza do grupy dawno nie widziana Mary Steenburgen (piosenkarka Diana), to już niektórzy trafili do raju.

last_vegas2

Nie jest to jakieś wielkie dzieło, ale i chyba nie o to chodziło. Ma być miło i sympatycznie, a seans naprawdę lekki i przyjemny.

6/10

Radosław Ostrowski

Phil Spector

Każdy szanujący się meloman zna nazwisko Phila Spectora – producenta muzyki, który wymyślił słynna ścianę dźwięku. Jednak ten człowiek miał swoją ciemną stronę, gdyż w 2003 roku został oskarżony o morderstwo aktorki Lany Clarkson, która spędziła u niego noc w jego rezydencji.

phil_spector1

Tak samo każdy kinoman zna nazwisko Davida Mameta – inteligentnego scenarzysty, który sporadycznie zajmował się też reżyserią. O tej mrocznej sprawie postanowił opowiedzieć. Już na samym początku dostajemy wiadomość, że nie jest to stricte film oparty na faktach, tylko fikcja artystyczna. Wszystko skupia się tutaj na działaniach obrony, w szczególności Lindy Baden, która została przydzielona do tej sprawy. Widzimy przygotowania, wstępne przesłuchanie, testy balistyczne, ale samego procesu już nie. Wtedy cała historia się urywa. Jest to ciąg rozmów i dialogów (bardzo sprawnie napisanych) pokazujących Spectora z kilku różnych stron. Ale jednocześnie udało się reżyserowi pokazać pewna sytuację, gdy nie było jeszcze procesu, ale wyrok już zapadł i stawia pytanie o cenę sławy, jak bardzo mogą sławni się posunąć.

Bardzo opanowanego mistrza muzyki, który bywa narwany i porywczy (podczas próby zespołu strzela z pistoletu) i na pewno jest zapatrzony w siebie. I to wszystko bardzo dobrze pokazuje Al Pacino, który wraca do dobrej formy.

phil_spector2

To samo można powiedzieć o Helen Mirren, która poradziła sobie jako schorowana prawniczka, która podejmuje się obrony Spectora, choć nie jest to łatwe. Jest bardzo opanowana, sięga po różne metody, ale czy to wszystko wystarczy?

Mamet zrobił całkiem niezłe kino, choć dla mnie trochę zbyt teatralne i zachowawcze. Aktorstwo w tym przypadku nie wystarczy.

6/10

Radosław Ostrowski

Spring Breakers

Z czym wam się kojarzą letnie ferie? Lub wakacje jak kto woli? Koniec nauki, imprezy, alkohol, seks, narkotyki. Tak samo to sobie wyobrażały sobie cztery małolaty, które by mieć kasę na wakacje we Florydzie… napadły na restaurację. Brit, Cotty, Candie i Faith (jedyna normalna z tej grupy) chcą się po prostu zabawić i zaszaleć. Dlatego ruszyły na bibę w hotelu. Potem zgarnęła je policja, by wyjść za kaucją opłaconą przez Aliena – gangstera-rapera. No i wtedy się zaczęła impreza.

Nie wiem jak wy, ale ja nigdy nie słyszałem o takim reżyserze jak Harmony Korine. Jego najnowsze dzieło wygląda krzykliwie, kiczowato, wręcz żywcem wzięte z jakiegoś teledysku MTV – mocno krzykliwe kolory, świadome balansowanie na granicy kiczu, elektroniczno-ambientowo-dubstepowa muzyka budująca klimat odrealnienia, wręcz przekoloryzowanego snu. Dodajmy jeszcze hacjendę z basenem, nieskończone orgie, seks pokazany bez hamulców i cenzury (dużo tyłków, dużo cycków) oraz banalne i tandetnie brzmiące dialogi, pełne powtórek i przebitek. Ale już w momencie usłyszenia dźwięku ładowanej spluwy, zacząłem podskórnie wyczuwać, że to nie będzie przyjemna zabawa. Twórcy w dość widowiskowy i efekciarski sposób pokazują mentalność współczesnych nastolatek zapatrzonych i karmiących się współczesna popkulturą – życia na skróty, traktowania zabijania czy kradzieży „jakby to było w pier*** grze video”.

spring1

Czy słysząc coś takiego, a jednocześnie widząc pozowanie na gangsterów i twarde laski, można to traktować absolutnie poważnie? W tej niby zabawie mamy obserwację pokolenia zapatrzonego, myślącego jak popkultura – szybko, mocno, intensywnie, a jednocześnie bez korzystania z mózgu. To jedna wielka zgrywa, która może zostać załapana przez nielicznych (zwłaszcza przerysowany i krwawy finał), gdyż wygląda ona bardzo niepoważnie i jest zasłonięta dużą ilością cycków, co może sprawiać problemy w skupieniu się. I albo to wyłapanie, albo odtrącicie uważając całość za kompletnie idiotyczną i bez sensu.

spring2

Jeśli chodzi o aktorstwo, to tak naprawdę jest to popis jednej osoby – Jamesa Franco. Jego Alien to pewny siebie cwaniaczek, który tez jest przesiąknięty popkulturą (zwłaszcza „Scarfacem”) i uważa siebie za niezniszczalnego twardziela oraz poetę, pełnego wrażliwości i złotych myśli. Jednym słowem – kompletny debil, goniący za swoim amerykańskim snem. Towarzysza mu cztery pstrokato ubrane dziewczyny, równie tępe i chodzące prawie w samym bikini (czyli Selena Gomes, Vanessa Hudges, Ashley Benson i Rachel Korine – prawie same gwiazdki Disneya), które mocno niszczą swój poprzedni wizerunek. Ich amerykański sen to seks, balangi, alkohol i gangsterka, zaś jego spełnienie wydaje się czymś wspaniałym. Jakby kompletnie nie wiedziały, że ma to wszystko swoja mroczna stronę.

Kontrowersyjny, ostry, szokujący, na granicy bełkotu i zgrywy, co naprawdę jest trudno wykryć. Na pewno jest niezwykłe doświadczenie, które może zaskoczyć wielu.

7/10

Radosław Ostrowski

Czas na miłość

Tim to młody, rudowłosy chłopak, który mieszka z rodzicami w Kornwalii. Poza tym jest bardzo nieśmiałym i niepewnym siebie młodzieńcem, który jeszcze nie ma dziewczyny. Po imprezie sylwestrowej, gdy kończy 21 lat dowiaduje się od ojca, ze potrafi podróżować w czasie (jak wszyscy mężczyźni w rodzinie). Ale tylko może się przenieść do chwil ze swojego życia. W końcu Tim wyjeżdża do Londynu, by zacząć pracę jako prawnik, zamieszkując u przyjaciela ojca – Harry’ego. Az pewnego wieczora idzie na randkę i poznaje ją – Mary. Ale dokonuje jednej drobnej zmiany i musi innym sposobem ja zdobyć.

czasnamilosc1

Na hasło komedia romantyczna, przychodzi jedno skojarzenie: banalna i naiwna historia o miłości, która kończy się happy endem. Wystarczy dodać parę zabawnych dialogów i gagi, wyrazisty drugi plan, sympatycznych bohaterów (najlepiej granych przez rozpoznawalnych aktorów), zbudować nastrój i coś z tego wyjdzie. Teoretycznie jest to bardzo proste, ale praktyka pokazuje, że jest to diablo trudne. Na szczęście od czego mamy Richarda Curtisa. Scenarzysta kultowych już filmów „Cztery wesela i pogrzeb” i „Notting Hill”, radzi sobie dobrze także przed kamerą. „Czas na miłość” to jego trzeci reżyserski film i chyba najlepszych z nich wszystkich. Po pierwsze, jest naprawdę zabawny, głównie dzięki błyskotliwym dialogom, niepozbawionym ironii. Po drugie, jest on świetnie zrobiony od strony technicznej – ładne zdjęcia, dobrze dobrane piosenki i montaż. Po trzecie, mamy wyrazisty i barwny drugi plan, co w przypadku komedii z Wysp jest już standardem, ale nie czuć tu wrażenia nudy czy zdechłych klisz. Ojciec inteligent, dramaturg-choleryk, postrzelona siostra czy mający problem z pamięcią wuj. Po czwarte, najważniejsze – nie jest to banalna opowiastka, jak to on poznał ja, a potem żyli długo i szczęśliwie, o nie. Nie brakuje tutaj powagi czy nutki goryczy. Podróże w czasie, owszem są fajne, ale nawet one nie są w stanie rozwiązać żadnych poważnych problemów – siostra wpadająca w złe towarzystwo, ojciec umierający na raka, w końcu wychowywanie dzieci. Reżyser bardzo precyzyjnie balansuje między tym co lekkie i zabawne, ale też poważne i zaskakująco mądre, nigdy tej równowagi nie przekraczając.

czasnamilosc2

Jest tutaj kilka scen, do których będę raczej wracał – pierwsza randka z Mary w restauracji w kompletnych ciemnościach (nic nie widać, ale sporo się tam dzieje), Tim i Mary w metrze (zmiany w ich życiu), ślub w deszczu przy piosence „Il Mondo”, wypadek Kit Kat, pogrzeb ojca Tima z „Into My Arms” Cave’a w tle czy ich (ojca i syna) wspólna gra w ping-ponga. To wszystko są takie perełki zarówno pod względem realizacji, jak i scenariusza. Jednak nawet to nie dałoby rady, gdyby nie aktorstwo, które jest naprawdę na poziomie.

Kompletnym zaskoczeniem był dla mnie Domhnall Gleeson (tak, syn Brendana Gleesona – tego aktora znanego mi, m.in. z „in Bruges”) jest bardzo uroczy i sympatyczny jako trochę ciapowaty Tim. Na początku wykorzystuje podróże w czasie, by zdobyć dziewczynę i udoskonalić swoje mniejsze i większe wpadki (pierwszy seks – trzy razy !!! przerabiany, już o wizycie jej rodziców, gdzie on palnął o seksie oralnym nie wspomnę). Ale potem powoli uczy się odpowiedzialności za siebie oraz tego, jak czerpać radość z życia (do tego podróże nie są do końca potrzebne). I ta przemiana jest bardzo ładnie pokazana. Zaś kompletnie powaliła mnie Rachel McAdams, która już wcześniej przykuwała moja uwagę (m.in. rola w „I ze cię nie opuszczę”), ale tutaj jest po prostu WYBORNA. Mary jest mieszanką uroku, ciepła, inteligencji i humoru. Początkowo też wydaje się nieśmiała, ale jej pierwszy uśmiech, pierwsze spojrzenie i gesty – będę szczery, pokochałem ta kobietę i jestem nadal nią zauroczony. Oboje po prostu są cudowni razem i chciało by się mieć takich przyjaciół blisko siebie. Zaś na drugim planie błyszczy niezawodny Bill Nighy (takiego ojca życzyłbym wszystkim dzieciom, nie tylko chłopakom) wspierany przez Richarda Cordery’ego (wujek Desmond, ten trochę nierozgarnięty), Lydię Wilson (lekko postrzelona Kit Kat) oraz bezbłędnego Toma Hollandera (dramaturg Harry – jego powitanie z Timem po prostu bezcenne :)).

czasnamilosc3

Mogła wyjść z tego prosta i lekka komedia, ale reżyser okazał się sprytniejszy i zagrał o wyższą stawkę. Bywa trochę za słodko? Who cares? Takie filmy przywracają mi wiarę, ze można zrobić film zabawny, ale niegłupi, poważny, choć nie depresyjny, poruszający, lecz nie sięgający po tanie chwyty. Tak się robi kino i coś, co nazywamy magią, dla której oglądamy i mam nadzieję, będziemy dalej oglądać filmy.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski


Agenci

Bobby Trench i Michael Stigman razem współpracują z kartelem narkotykowym niejakiego Papi Greco. W końcu obaj panowie postanawiają napaść na bank, gdzie boss trzyma kasę. Jednak zamiast trzech milionów, znajdują w banku grubo ponad 40 milionów. I jak się potem okazuje forsa należy do CIA, która opłaca kartel. Mało tego, po napadzie okazuje się, że obaj panowie są zakonspirowanymi agentami. Bobby pracuje dla DEA, zaś Stigman dla wywiadu Marynarki.

Pamiętacie taki film „Zabójcza broń” z kultowym duetem Mel Gibson/Danny Glover? Do dzisiaj jest to klasyk wyznaczający standardy we współczesnym filmie sensacyjnym. Do tego próbuje się też odnieść islandzki reżyser Baltazar Kormakur, który jak to każdy zdolny twórca trafia w końcu do USA, by spełnić swój sen. I wyszła z tego naprawdę zabawna komedia z mocnym zabarwieniem sensacyjnym w starym stylu. W każdym razie jest sporo przemocy i krwi, zaś intryga jest mocno namotana, mocno balansująca na granicy logiki (film jest adaptacją komiksu). Wszyscy chcą forsy i wszyscy chcą się pozabijać, zaś osadzenie sporej części akcji na pograniczu USA-Meksyk, gdzie dochodzi też do ostatecznej konfrontacji. Zrobione jest to z jajem, humor miejscami naprawdę pieprzny, zaś sceny akcji są zrobione z biglem i jajem, do tego okraszona lekko luzacką muzyką.

agenci1

Może i czasami jest to na granicy logiki, ale reżyser nie udaje, że robi coś więcej niż czystą rozrywkę. Do tego ma naprawdę mocna obsadę. Ale czy może być słabo, jeśli mamy na pierwszym planie niezawodnego Denzela Washingtona i Marka Wahlberga? Absolutnie nie. Pierwszy jest opanowanym, starym wyjadaczem, który zawsze potrafi się odnaleźć w każdej sytuacji, drugi to gadatliwy i sięgający po bardziej siłowe rozwiązania żołnierz. Obaj świetnie się bawią w swoim towarzystwie, tworząc naprawdę mocny duet. Poza tym towarzyszy im dawno nie widziany Bill Paxton (agent Earl, typowy kałboj) oraz Paula Patton, która pokazuje trochę swojego ciała.

agenci2

Jeśli brakuje wam trochę oldskulowej rozwałki, a chcecie obejrzeć coś innego niż serię „Zabójcza broń” czy „21 Jump Street”, to „Agenci” są dla was. Nieskomplikowane i proste, ale zrobione z głową.

7/10

Radosław Ostrowski

Kamerdyner

Cecil Gaines jest młodym, czarnoskórym chłopakiem pracującym na plantacji. Po śmierci ojca i pracy w domu jako służący, ucieka z plantacji jako dorosły i szuka zatrudnienia. W końcu dokonuje kradzieży w ciastkarni, co doprowadza do… zatrudnienia jako lokaj w hotelu, aż w końcu dostaje propozycję pracy kamerdynera w… Białym Domu.

kamerdyner2

Amerykanie uwielbiają opowiadać o swojej historii i robią to w większości za pomocą prostoty, braku rozliczenia, co wywołuje odrobinę mdłości. I w ten nurt wpisywały się „Służące”, a także obraz Lee Danielsa. Twórca „Hej, skarbie” czy „Pokusy” dotyka spraw rasizmu, próbując sięgnąć rozmachem „Forresta Gumpa” (zaczynamy w latach 20., a kończymy w 2008 roku). Tylko że film Zemeckisa bardziej angażował i wciągał, pokazując obie strony Ameryki. Reżyser próbował pójść tą sama drogą – z jednej strony widzimy pracę Cecila jako kamerdynera (to głównie anegdotyczny wątek, gdzie prezydentów widzimy raptem w paru scenach), z drugiej widzimy walkę o prawa obywatelskie dla czarnoskórych. Niby jest to pokazane w sposób prosty i nieskomplikowany, a jednocześnie bez dosadności, nie zapominając o „ciemnej stronie” (Ku Klux Klan, Czarne Pantery, segregacja rasowa). Dla mnie jednak jest to mało angażujące, bardzo sentymentalne (ta muzyka w tle) i zbyt nijakie. Dlatego tak dobrze sprzedał się w USA.

kamerdyner1

Jednak „Kamerdyner” ma jeden, a nawet dwa mocne atuty – znakomite role Foresta Whitakera i Oprah Winfrey. Cecil w wykonaniu Whitakera jest facetem, który próbuje przetrwać w świecie, gdzie czarni tylko mieszkają, nie mając nic. Dlatego tak bardzo dba o swoja pracę, jest wręcz pedantyczny, co doprowadza do zaniedbań w domu i spięć z synem, który woli siłowe rozwiązania. Z kolei Oprah zaskakuje jako żona Cecila. Próbująca pogodzić zwaśnione strony, czuje się samotna i zaczyna zaglądać do kieliszka. Oboje są bardzo naturalni i ciągną ten film, który zaczyna przechodzić w zapis kluczowych dat.

kamerdyner3

Daniels mnie tym razem rozczarował, choć wcześniej nie zawodził. To typowy film ku pokrzepieniu serc, który zrozumieją i poczują tylko Amerykanie. Albo mający krewnych, którzy byli niewolnikami w USA.

6/10

Radosław Ostrowski

Tylko Bóg wybacza

Julian razem z bratem Ryanem prowadzi szkołę muaytai, która jest przykrywką dla handlu narkotykami. I ten interes idzie dość spokojnie do czasu, gdy Ryan zabija nastoletnią prostytutkę. Facet zostaje równie brutalnie zamordowany przez miejscowego policjanta Changa. Wtedy do Bangkoku przybywa matka obu mężczyzn i chce się zemścić za śmierć pierworodnego.

wybacza1

Nicolas Winding Refn – to nazwisko stało się ostatnio głośne, dzięki filmowi „Drive” z Ryanem Goslingiem. Jeśli ktoś jednak spodziewał się powtórki z rozrywki, to musiał się mocno rozczarować. „Tylko Bóg wybacza” jest trudny w odbiorze, pełen symboli, pretekstowej fabuły oraz realizacji przypominającej filmy Davida Lyncha, gdzie granica między jawą a snem czy ciąg przyczynowo-skutkowy rozmywa się. Toczy się pewna gra, której reguły nie są do końca jasne i mamy tutaj dwa wyjścia: dać się unieść niesamowitej warstwie audiowizualnej (kapitalne zdjęcia, pełne mocnych kolorów – dominuje czerwień, błękit oraz gra oświetleniem plus elektroniczno-orientalna muzyka) albo próbować rozłożyć na czynniki pierwsze i poskładać elementy układanki. Zadowoleni będzie tylko wtedy, jeśli wybierzecie pierwszy wariant. Refn nadal pozostaje stylowym twórcą, zaś akcja jest bardziej statyczna i stonowana (wyjątkiem scena zamachu na policjanta w barze), jednak miałem wrażenie, ze wpadłem w labirynt pozbawiony wyjścia. Jest wiele niedomówień, dialogów jeszcze mniej niż poprzednio, zaś przemoc jest brutalna i krwawa – bez słodzenia. Pod tym względem „Bóg” przypomina „Valhallę: Mrocznego wojownika”, który był równie ciężki w odbiorze jak obecny tytuł, co mnie trochę odtrąciło. Zapewne daje on wiele pola do interpretacji, jednak mi to niewiele pomaga.

wybacza2

Sytuację częściowo ratuje aktorstwo, ale nie wszystkich. Ryan Gosling tutaj jest bardzo stonowanym i raczej unikającym przemocy facetem, zamiast tego gapi się w sina dal, potem siedzi, milczy i najwyżej zaciska pięści. Kompletnie mnie nie interesowała ta postać. Znacznie ciekawszy był Vithaya Pansringarm, czyli gliniarz Chang. Zazwyczaj spokojny i opanowany (widać zwłaszcza, gdy śpiewa w karaoke), ale kiedy wymaga tego sytuacja rusza w ruch jego katana, a wtedy ręce są cięte szybciej i częściej niż w „Gwiezdnych wojnach”. Kompletnym strzałem za to jest Kristin Scott Thomas jako matka Crystal. Wygląda dość groteskowo, by nie rzec tandetnie (długie blond włosy, kiczowate ubrania), jednak okazuje się być kobietą z jajami, która wręcz dominuje nad Julianem, upokarza go (rozmowa przy stole razem z jego żoną).

wybacza3

Wybaczcie mi to, co powiem, ale dla mnie „Tylko Bóg wybacza” to kolejny przykład przerostu formy nad treścią. Owszem, wygląda to rewelacyjnie, ale scenariusz jest dziwaczny, niejasny i niezrozumiały. Może fani Refna mu wybaczą, ale mnie będzie ciężko.

6/10

Radosław Ostrowski

All Is Lost

Bohaterem tego dość oszczędnego filmu jest stary marynarz, który wypłynął jachtem w rejs. Po wybudzeniu odkrywa, że jego jacht zderzył się z kontenerem, co spowodowało dziurę. Ale wkrótce zbliża się sztorm i mężczyzna musi zmierzyć się z siłami natury.

lost1

J.C. Chandor, który dwa lata temu zadebiutował „Chciwością”, tym razem zrobił bardzo oszczędny film, gdzie mamy morze, jacht i Roberta Redforda, który praktycznie się nie odzywa (chyba ze woła o pomoc). Innymi słowy jest to coś, co nazywam kinem survivalowym, czyli walkę człowieka z naturą. Jak walczyć, gdy pada prąd, nie ma radia, a sztorm niszczy jacht. Nie ma tutaj efektów specjalnych, dynamicznej akcji czy szalonego tempa. Wielu to może zniechęcić, choć wyszło z tego naprawdę niezłe kino, zaś Redford jest w świetnej formie jako doświadczony, małomówny marynarz. Czasem tempo jest dość spokojne i monotonne, a materiał wydaje się bardziej na krótki metraż, jednak efekt jest całkiem przyzwoity. I tyle.

6/10

Radosław Ostrowski

Wyścig

Formuła 1 w naszym kraju stała się popularna odkąd uczestniczył w niej Robert Kubica. Choć już nie bierze w niej udziału, wyścigi nadal cieszą się spora oglądalnością. Ten elitarny sport motoryzacyjny miał swoje legendy jak Jackie Stewart, Ayrton Senna, Alain Prost czy Michael Schumacher. Ale w sezonie 1976 liczyło się tylko dwóch kierowców: Brytyjczyk James Hunt i Austriak Niki Lauda. O tej rywalizacji i walce opowiada film „Wyścig”.

wyscig1

Cała opowieść zaczyna się w sierpniu 1976 roku podczas wyścigu GP Niemiec, a potem cofamy się aż do roku 1970, gdzie główni antagoniści rywalizowali między sobą w Formule 3. Ale reżyser skupia się przede wszystkim na sezonie 1976, gdzie szala zwycięstwa przechylała się a to w stronę Hunta, a to Laudy. Ron Howard bardzo dokładnie i wnikliwie pokazuje starcie dwóch silnych osobowości, których różniło wszystko poza talentem i szybkością. Nie ma tu prostego, czarno-białego podziału, a portrety psychologiczne bohaterów są naprawdę wnikliwe, w czym pomaga naprawdę znakomity scenariusz Petera Morgana. W dodatku bardzo wiarygodnie odtworzono realia lat 70. (kostiumy, scenografia, wygląd bolidów – tak samo wiernie dokonał tego Howard w filmie „Frost/Nixon”, ale także praca kamery) – czasów dobrej zabawy, ale i bardzo niebezpiecznego sportu. Wtedy bolidy były bardzo niebezpieczne, a śmierć w trakcie wyścigu zdarzała się dość często (nie to, co teraz), jednak żądza adrenaliny i rywalizacji pozostała taka sama. Zaś sceny wyścigów (niewiele ich, ale i nie one są tak naprawdę najważniejsze) wyglądają po prostu rewelacyjnie zaczynając od pracy kamery (mocno stonowana kolorystyka, przywiązanie do detali) przez intensywny montaż aż po DŹWIĘK silników, które brzmią jak muzyka. To jest tak zgrane, ze ta adrenalina zaczęła się mi udzielać.

wyscig2

To wszystko nie byłoby w połowie nawet tak dobre, gdyby nie aktorstwo na naprawdę wysokim poziomie. Niespodzianką okazał się Chris Hemsworth (znany głównie z roli Thora, która mu dała przydomek „Człowiek Młot”), który bardzo sugestywnie gra człowieka balansującego na krawędzi, odważnie ryzykującego i przede wszystkim czerpiącego z życia garściami (alkohol, kobiety). Jest bezczelny, ma niewyparzoną gębę, ale nie zawsze radzi sobie z presją (scena, gdy na konferencji prasowej pod stołem nerwowo bawi się zapalniczką). Ale kompletnym objawieniem okazał się kapitalny Daniel Bruhl. Lauda jest przeciwieństwem imprezowego Hunta – bardziej wyciszony, chłodno myślący, konsekwentnie dążący do celu (mimo tragicznego wypadku Lauda wraca na tor po zaledwie sześciu tygodniach), ale jednocześnie zarozumiały i nie nawiązujący dobrych relacji z innymi. Facet kradnie ten film i tworzy prawdopodobnie rolę swojego życia. Obaj bohaterowie, choć nie przepadają za sobą, zaczynają się szanować, a nawet przyjaźnią się (to pod koniec). W dodatku mają równie interesujące partnerki (wyrozumiała Olivia Wilde oraz mądra Alexandra Maria Lara), zaś drugi plan w zasadzie robi tu tylko za tło.

wyscig3

Początkowo „Wyścig” miał nakręcić Paul Greengrass, zaś Ron Howard był zainteresowany „Kapitanem Phillipsem”. Na szczęście, panowie pozamieniali się miejscami. I moim zdaniem dobrze się stało, bo Ron Howard nakręcił swoje opus magnum. Nie tylko dla miłośników sportu i wyścigów.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Don Jon

Jon to młody chłopak, którego rytm dnia jest dość oczywisty i przewidywalny. Najpierw samochód, Kościół, rodzina, siłownia, a wieczorem wypad na klub, wyrwanie laski, seks i… pornosy. Bo „żadna prawdziwa laska nie jest w stanie zastąpić laski z pornola”. Do czasu, kiedy pojawi się ubrana w czerwonej sukience Barbara. Żeby ją zaliczyć Don Jon, będzie musiał zdobyć ją w standardowy sposób (randki, poznanie jej rodziny, wspólne oglądanie filmów). Ale gdy się dowie, że on lubi pornole, lekko nie będzie.

don_jon1

Joseph Gordon-Levitt to jeden z ciekawszych aktorów swojej generacji, zgrabnie balansujący między niezależnym kinem („500 dni miłości”), a bardziej komercyjnymi produkcjami (m.in. „Incepcja”), ale tym razem postanowił się naprawdę ostro popracować, gdyż „Don Jon” to jego debiut jako reżyser i scenarzysta. I pozornie serwuje nam opowieść o pornografii i uzależnieniu od niej, co jest po części prawdą. Ale tak naprawdę szuka odpowiedzi na najbardziej nurtujące pytanie – jak stworzyć związek damsko-męski? Bo pornografia jest jedną z przyczyń doprowadzająca tak naprawdę do skrzywienia naszych wyobrażeń na temat miłości i życia w ogóle. Pornosy stały się naprawdę łatwo dostępne (w wersji miękkiej mamy zarówno w gazetach, telewizji, a o Internecie czy tabletach nawet nie wspomnę), ale tak naprawdę tych ograniczeń (Kościół, dbanie o swoje ciało, rodzina) jest więcej, choć reżyser skupia się na pornografii, która jest tutaj centrum wszystkiego. Całość mocno uderza wizualnie (pulsujący montaż, powtarzalność pewnych scen – Kościół, siłownia) i jest zrobiona w sposób naprawdę niekonwencjonalny, zaś dialogi są miejscami naprawdę ostre i pieprzne (i nie chodzi mi tylko o rzucanie fakami na prawo i lewo).

don_jon2

Może zakończenie trochę psuje ten efekt (dość banalne, ale na szczęście nie topornie podane przesłanie, że jeśli chcesz zatracić się w kimś, to musi pójść w dwie strony – inaczej lipa), jednak mimo to reżyserowi udaje się uniknąć pułapek, nie tworząc kolejnej banalnej romantycznej komedii. I bardzo dobrze, bo ile można robić tą samą banalną opowiastkę o tym jak żyli długo i szczęśliwie.

No i jeszcze w dodatku jest to naprawdę dobrze zagrane. Gordon-Levitt obsadził samego siebie w roli Dona Jona (brzmi dość podobnie jak Don Juan) i świetnie sobie poradził jako „płytki” facet. On marzy tylko o zaliczaniu panienek i nawet udawanie „normalnego” faceta nie jest dla niego problemem. Ale on zawsze wypada wiarygodnie, zaś jego walka z nałogiem potrafi poruszyć. No i ten żel na głowie, ten głos (trochę „grubszy”) – fajny facet, który powoli dojrzewa z chłopca do mężczyzny. Zaś sprawczyniami tego zamieszania są dwie panie. Pierwsza to Scarlett Johansson, czyli Barbara Sugarman. To ona jest sprawczynią całego zamieszania. I wierzcie mi lub nie, ale to jest jej najlepsza rola. Jaka jest Barbara? Apetyczna, pewna siebie, próbująca dominować. No i najważniejsze – jest świadoma swojego seksapilu, owijając facetów wokół swoich palców. Natomiast tą drugą jest będąca w formie Julianne Moore. Jej Esther poznana przez bohatera na wieczorowych zajęciach, sprawia wrażenie trochę nieporadnej kobiety (notatki, kaseta z porno czy palenie zioła), ale tak naprawdę to dojrzała i samotna kobieta, która otworzy Donowi oczy. I jest jeszcze Tony Danza jako ojciec Jona – prawdziwa petarda.

don_jon3

Gordon-Levitt zaskakuje pozytywnie swoim debiutem – jest niekonwencjonalny realizacyjnie, ma mocne dialogi i kilka ciekawych obserwacji. Na pewno ten człowiek jeszcze nas zaskoczy. Ktoś chce teraz obejrzeć pornosa?

7/10

Radosław Ostrowski