Labirynt

Doverowie i Birchowie są zaprzyjaźnionymi rodzinami. Ojcowie razem prowadza firmę stolarską, zaś ich dzieci wspólnie bawią się ze sobą, ich córki Anna i Joy idą się bawić na dwór, ale nie wracają. Sprawę zaginięcia prowadzi detektyw Loki, a pierwszą poszlaka staje się kamper znajdujący się na podwórzu w dniu zaginięcia. Jego kierowca, Alex Jones zostaje aresztowany i przesłuchany. Wydaje się, że zostanie to rozwiązane szybko i łatwo. Niestety, podejrzany zostaje wypuszczony, dowodów nie ma, poszlaki okazują się ślepymi uliczkami. Ojciec jednej z porwanych dziewczyn, Keller Dover próbuje na własną rękę wyjaśnić sprawę, porywając Alexa.

W ostatnim czasie (m.in. serial „Dochodzenie”) pojawia się grupa kryminałów, w których dominującym wątkiem jest porwanie lub zabójstwo dziecka. Film Denisa Villeneuve’a wpisuje się w ten nurt, jednak nie jest to opowieść w hollywoodzkim wydaniu, zaś happy end jest co najmniej połowiczny. Ale po kolei. Łamigłówka jest prowadzona w sposób stopniowy, ale konsekwentny, dodatkowo atmosfera jest więcej niż nie przyjemna. I nie chodzi tu o gęstniejący śnieg czy fakt, ze większość kluczowych wydarzeń odbywa się w nocy lub ciemności. Moralnemu zepsuciu (okrucieństwo, węże, porwania) towarzyszą opuszczone i podniszczone domostwa w małym miasteczku, co sprawia, że  wszystko to przypomina koszmar, a samo rozwiązanie jest dość zaskakujące (z Bogiem w tle – więcej nie zdradzę). Całość ma świetne zdjęcia (Roger Deakins jest mistrzem w komponowaniu kadru i posługiwaniu się kolorami – gonitwa do szpitala w ciemności czy pokazanie „więzienia” Alexa od środka), nieprzyjemna muzykę i bardzo dobry montaż. Ale pojawiają się tu zastoje, wątki obyczajowe (jak rodzina radzi sobie z utratą bliskich) same w sobie są niezłe, ale trochę zakłócają i zostają potem porzucone.

labirynt1

No i jest to naprawdę dobrze zagrane. Najważniejszy tutaj jest Keller grany przez Hugh Jackmana, który bardzo pozytywnie zaskakuje. I nie chodzi o to, że nie ma szponów między rękoma czy wyrywa flaki. Bardzo przekonująco pokazuje człowieka, który nie radzi sobie ze zniknięciem i jest wkurzony bezradnością oraz nieudolnością policji (jego zdaniem, choć trudno się z tym nie zgodzić). Bo detektyw Loki (Jake Gyllenhaal w dobrej dyspozycji) sprawia wrażenie gościa, który popełnia wręcz podręcznikowe błędy (zostaje spalony podczas śledzenia czy doprowadza do samobójstwa podejrzanego za pomocą pistoletu), jednak w końcu rozwiązuje sprawę. Poza tą dwójką najbardziej błyszczy Paul Dano (upośledzony Alex) i Melissa Leo (Holly Jones), zaś solidny poziom trzymają Maria Bello (żona Kellera), Terrence Howard i Viola Davis (Franklin i Nancy Birch).

labirynt2

„Labirynt” jest trzymającym w napięciu dreszczowcem. Tylko jedno pytanie: a co wy byście zrobili w takiej sytuacji? Czego wam nie życzę.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Śnieżka

Opowieści o Śnieżce to było filmowanych wiele. Wydawałoby się, że już nic nie można nowego wymyślić w tej historii. Jednak pewien hiszpański reżyser Pablo Berger postanowił wnieść odrobinę świeżości tworzą niemą baśń o Śnieżce. Ale zaraz? Niemą? W XXI wieku? Ano tak. Po sukcesie francuskiego „Artysty”, który był hołdem dla niemego kina, nie jest to zaskakujące.

A więc co mamy? Zamiast króla jest bardzo popularny torreador, który ma wypadek. Żona zmarła przy porodzie, zaś bardzo troskliwa pielęgniarka zostaje wkrótce jego żoną. Zaczyna izolować sparaliżowanego męża od świata, a zwłaszcza od jego córki, Carmen. W końcu dziewczyna staje się niewygodna i macocha próbuje ją zabić, co się nie udaje. Na skutek zbiegu okoliczności, trafia pod opiekę siedmiu torreadorów (niskiego wzrostu). Dalej nie będę opowiadał,bo przeniesienie realiów opowieści do przedwojennej Hiszpanii było strzałem w dziesiątkę, który mocno odświeżył znaną historię.

sniezka3

Realizacja jest tak jak w niemym filmie (poza tym, że obraz jest dużo lepszy), czyli mamy plansze, nie ma dźwięku, muzyka towarzyszy nam non stop. Pytanie tylko czy w ten dość mocno archaiczny sposób można przekazać emocje? Jak najbardziej. Sama historia pozornie znana i prosta, okazuje się bardzo zaskakująca. Zdjęcia są piękne jak tylko czerń i biel być może piękna, natomiast montaż jest bardziej współczesny (końcówka, gdzie rytmicznie następują retrospekcje czy przebitki czy równoległy) i z każda minuta „Śnieżka” zaczyna zyskiwać, będąc czymś więcej niż tylko zabawą w stylizację na nieme kino, tylko poruszająca baśnią z dość zaskakującym finałem.

sniezka1

Z kolei aktorzy musieli się naprawdę wykazać, bo pokazać emocje tylko i wyłącznie za pomocą swojego ciała (nie, nie chodzi mi o rozbieranie się przed kamerą) to jest naprawdę wyzwanie, ale to się udało. Na wyżyny swoich umiejętności wskoczyły Macarena Garcia jako tytułowa Śnieżka oraz Maribel Verdu jako macocha. Ta pierwsza to naiwna, ale czarująca dziewczyna, która w walce z bykiem nie ma sobie równych. Ta druga to klasyczna femme fatale, która doprowadza mężczyzn do upadku i jest naprawdę zła.

sniezka2

Początek „Śnieżki” może wydawać się dość dziwaczny (zamiast królewny i króla – byki i corrida), ale Berger wie, co robi. Z każdą minutą rozkręca się to nietypowe love story. Przed seansem zaopatrzyć się w chusteczki – mogą się przydać.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziewczyna z szafy

Jacek mieszka razem ze swoim upośledzonym umysłowo bratem Tomkiem, który żyje w swoim świecie, co czasem bywa bardzo ciężkie do wytrzymania. Brat zostawia go u sąsiadów, którym musi za to płacić. Aż do momentu kiedy pojawia się tajemnicza i ekscentryczna Magda, która też żyje w swoim światem.

szafa1

Bodo Kox jest jedną z najsłynniejszych postaci polskiego kina niezależnego, który dopiero teraz wskoczył do głównego nurtu i stworzył bardzo specyficzny film. Ni to dramat, ni komedia, mocno inspirowana niezależnym kinem amerykańskim czy skandynawskimi opowieściami o wykluczonych ekscentrykach, którzy nie potrafią żyć razem ze społeczeństwem. Ta historia znajomości dwojga dziwaków to w zasadzie samograj, który można poprowadzić na wiele sposobów – tutaj jest bardziej pogodnie, nie do końca na serio (choć humor jest mocno absurdalny jak w scenie, gdy po zapaleniu skręt Jacek widzi siebie w radiowozie, a wokół sama woda), ale nie wciągnęło mnie to, zaś relacja między Magdą a Tomkiem jest niejasna. No i jeszcze na koniec motyw umierania Tomka – jakby kompletnie Kox nie miał pomysłu na całą historię. Technicznie film wygląda światowo, co podkreślają zdjęcia Arkadiusza Tomiaka, świetna scenografia oraz efekty specjalne, które są zgrane z obrazem.

Swoje też dodają aktorzy, którzy naprawdę wczuli się w postacie. Wojciech Mecwaldowski, który prawie nic nie mówi, genialnie porusza się jako autystyczny (te palce, te ruchy głowa i nogami – coś niesamowitego). To samo można powiedzieć o debiutującej Magdalenie Różańskiej, której Magda ma coś z wiedźmy. Poza nimi na drugim planie błyszczą niezawodni Piotr Głowacki (Jacek, który jakoś próbuje żyć) oraz Eryk Lubos (dzielnicowy – prostoduszny i sympatyczny), którzy kradną każdą scenę swoją obecnością.

szafa2

„Dziewczyna…” to takie dziwadło, w którym poza scenariuszem chyba wszystko jest dopracowane i dopięte oraz wygląda jak nie kręcony w Polsce. I choćby dlatego warto zwrócić na niego uwagę.

6/10

Radosław Ostrowski

Samoloty

Dusty Spryskiwacz jest samolotem, który opryskuje pola rolnicze, choć jego marzeniem jest udział w wyścigu dookoła globu. Ale brakuje mu po pierwsze wprawy, po drugie jest małym samolotem, który nie posiada żadnych wielkich mocy czy siły. A jakby było tego mało, ma lęk wysokości. Jednak pod okiem doświadczonego Kapitana chłopak się szkoli i fartem wygrywa eliminacje. Potem wystarczy tylko wygrać, tak?

samoloty1

Akcja toczy się mniej więcej w czasach „Aut”, jednak odpowiedzialna za fabułę „Samolotów” ekipa z DisneyToon nie ma aż takiej iskry geniuszu jak chłopaki z Pixara. Ich bajka skierowana jest przede wszystkim dla młodszego widza i opowiada dość prosta historię o walce ze swoimi słabościami i woli walki. Starsi (czytaj: dorośli) raczej poczują się znużeni i niewiele znajdą tu dla siebie. Animacja sama w sobie jest naprawdę ładna i jest na czym oko zawiesić, zaś bohaterowie budowani są na prostych cechach (poza Kapitanem, który skrywa pewną tajemnicę). A konkurenci Dusty’ego w wyścigu są malowani z wykorzystaniem elementów charakterystycznych dla ich nacji (Kanadyjka z francuskim akcentem i sporą ilością różu, Meksykanin w stroju zapaśnika). Nie ma tutaj niczego, co już bym nie widział, ale oglądało się to całkiem przyzwoicie.

Swoje robi też polski dubbing pod wodzą reżyserującego Wojciecha Paszkowskiego oraz kilku zabawnym dialogom tłumaczenia Kuby Wecsile. Aktorzy naprawdę dobrze sobie sobie poradzili, ze wskazaniem na Macieja Musiała, czyli marzącego Dusty’ego oraz Cezarego Morawskiego jako charyzmatycznego Kapitana. Ale cały szoł kradnie wiele postaci drugoplanowych jak kumpel Dusty’ego Beka (Olaf Lubaszenko), rubaszny El Chupacabra (Jakub Szydłowski i ten jego akcent!) oraz komentującego zawody Tomasza Zimocha (który robi to, co umie najlepiej).

samoloty2

Niby nie jest to nic odkrywczego, ale „Samoloty” są całkiem przyzwoitą zabawą. Ale tylko pod warunkiem jeśli macie dzieciaka w wieku 6-7 lat lub odrobinkę starszego.

5/10

Radosław Ostrowski

Jeździec znikąd

Tajemniczy zamaskowany jeździec znikąd to postać znana w USA dzięki słuchowisku radiowemu z lat 30-tych. Ale jak wiadomo, prędzej czy później wszystko pójdzie na duży ekran i „Jeździec znikąd” tez musiał się tam znaleźć. Ale po kolei.

Głównym bohaterem jest młody prokurator John Reid, który przybywa w rodzinne strony po ukończeniu prawa. Jednak zostaje wplątany w odbicie więźnia Butcha Cavendisha. Razem z bratem, miejscowym szeryfem rusza w pościg, jednak wpadają w zasadzkę i wszyscy giną. No, prawie wszyscy. John zostaje ocalony przez Indianina Tonto, który ma z Cavendishem rachunki do wyrównania. Proste? Nie do końca.

jezdziec1

Ta pokręcona historia zrobiona przez Gore’a Verbinskiego to przede wszystkim hołd westernom Sergio Leone, ze szczególnym wskazaniem na „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” (cytowana scena oczekiwania na pociąg) oraz typowymi ujęciami dla tej konwencji (latające ptaki jako zły omen). Technicznie trudno się przyczepić, kilka scen jest genialnych (finałowa konfrontacja w pociągach), odrobina humoru głównie dzięki kontrastom bohaterów, ale czułem się mocno rozczarowany. Dlaczego? Po pierwsze, film trwa za długo, zaś intryga już mniej więcej w połowie staje się łatwo czytelna, co wywołuje tylko znużenie. Po drugie, jak na rozrywkowy film spod znaku Disneya jest bardzo brutalna (ostatnia szarża Komanczów pod ostrzałem karabinów czy wycinanie serca), co w zderzeniu z lekkością i raczej rozrywkowym charakterem filmu wywołuje duży zgrzyt i poważny kontrast. To mocno psuje frajdę z oglądania filmu, a scenariusz jest wręcz przeładowany i przedobrzony.

Sytuację próbują ratować aktorzy i wychodzi im to całkiem nieźle. Grający tytułową rolę Arnie Hammer całkiem przyzwoicie sobie radzi jako prawy, dzielny i naiwny John Reid, który brzydzi się przemocą. Z kolei Johnny Depp pod tonami charakteryzacji nie przynudza, zaś jako Tonto bywa zabawny, uroczy, ale i poważny. Udaje się uniknąć cienkiej linii przerysowania i parodii. Obaj panowie razem działają naprawdę sprawnie. Z kolei drugi plan jest znacznie ciekawszy, z wybornym Williamem Fichtnerem jako bandytą Cavendishem, który jest paskudny (nie chodzi tu tylko o wygląd). Przeciwieństwem jest elegancki Tom Wilkinson, czyli bandzior w rękawiczkach oraz Barry Pepper (kapitan kawalerii).

jezdziec2

„Jeździec…” nie jest tak tragicznym filmem jak mówili o nim krytycy, ale do najlepszych produkcji Verbinskiego sporo brakuje. Czuć pewne zmęczenie materiału, zgrzyty czy nudę, ale jest parę mocnych scen-pereł oraz kawał solidnego aktorstwa, który trochę rekompensuje to wszystko.

6/10

Radosław Ostrowski

World War Z

Gerry Lane pracował jako śledczy dla ONZ. Jednak odpuścił pracę i poświęcił czas dla swoich najbliższych. Wszystko zmienia się, gdy jednego stojąc w korku jest świadkiem dziwnej sytuacji – śmigłowce lecą nad niebem, policja wchodzi na ulice, a ludzie nawzajem się mordują w szale. Po pewnym czasie okazuje się, że wybuchła epidemia zombie na całym świecie. Gerry wyrusza do bazy wojskowej w Korei Południowej, by znaleźć źródło choroby i pomóc wynaleźć szczepionkę na wirusa.

wwz1

Jak widać zombie to nośmy temat, wielokrotnie wałkowany przez kino. Jednak Marc Forster postanowił pójść inna droga i choć dostał duży budżet, to film rodził się w bólach, ciągle coś poprawiano i modyfikowano. Ale w końcu film trafił do kin i wyszedł z tego dość nietypowy blockbuster. Nie ma tutaj epatowania przemocą, juchą i totalnej rozpierduchy, ale zamiast tego jest dochodzenie, przenoszenie się z miejsca na miejsce (Korea, Izrael, Walia i gdzieś na środku oceanu), pytania i próba znalezienia odpowiedzi. Co nie znaczy, że nie ma tu akcji i strzelania. Nieumarli panoszą się w ilościach hurtowych i zawsze są nieproszeni, zostawiając po sobie masę trupów i kompletne zniszczenie. Nie ma tu heroizmu, patosu i łopoczącej amerykańskiej flagi, zaś Amerykanie nie są tu niezniszczalni jak Stallone i jego wesoła kompania (oni by w kilka godzin rozpiździli to wszystko). Trzyma to w napięciu i wiele razy łapie za gardło, zaś zakończenie tylko pozornie kończy się happy endem, bo wojna dopiero się zaczęła.

Jeśli zaś chodzi o obsadę, to mamy tutaj tylko jednego gwiazdora – Brada Pitta, który radzi sobie naprawdę dobrze i nie jest superbohaterem, tylko świadkiem wielu przerażających i porażających wydarzeń, choć sprytu i pomysłowości mu nie brakuje. Ale non stop prześladuje go pech (gdzie nie idzie, wszystko się sypie i zombiaki atakują), zmuszony do brutalnej konfrontacji z nieżywymi. Reszta obsady w tym dość epizodycznym filmie radzi sobie nie najgorzej (szczególnie wybija się David Morse, Ludi Boeken i Daniella Kertesz – kolejno ex-agent CIA, agent Mossadu i izraelska żołnierz).

wwz2

Forster poszedł trochę pod prąd i nakręcił bardzo realistyczną historię z zombiakami w rolach głównych. Sequel jest tylko kwestią czasu.

7/10

Radosław Ostrowski

Sztanga i cash

Wiem jak zabrzmi ta historia, ale zarzekam się, że wydarzyła się naprawdę. W Miami w 1994 roku trzech kulturystów (Daniel Lugo, Paul Doyle i Adrian Doorbal) porwało, przejęło interes i próbowało zabić pewnego biznesmena, który szpanował swoim bogactwem. Na ich nieszczęście, bogacz przeżył i wynajął prywatnego detektywa, który doprowadził do schwytania ich.

sztanga2

Jeszcze bardziej nieprawdopodobne jest to, że reżyserem tej pokręconej opowieści (nakręconej za 20 milionów dolarów) jest Michael Bay – gościu, który lubi dużo akcji, dużo wybuchów, strzałów i amerykańskiego patosu, który bywa niestrawny nawet dla Amerykanów. Innymi słowy: lipa jest. Ale efekt okazał się zaskakujący, choć trudno nazwać „Sztangę…” pełnokrwistą komedią, a nawet jeśli pojawia się humor, to jest on mocno czarny (nie chodzi mi o kolor skóry). Mamy prymitywów, którzy próbują na skróty spełnić amerykański sen, co przyniesie im parę trupów, kupę szmalu, ale brak rozwiniętego mózgu. Sam sposób realizacji nadal teledyskowy, montaż szybki, przebitki, slow-motion czy stopklatki z dowcipnym komentarzem. Plusem na pewno jest pomieszana chronologia (prawie jak u Quentina T.) i pokazanie opowieści z punktu widzenia kilku postaci, niepozbawionych ironicznych dialogów i mocno absurdalnej intrygi. Zaś finał nie zaskakuje, choć może budzić skojarzenia z „Fargo” (ale umówmy się, Michael Bay to nie bracia Coen).

sztanga1

Za to jest to naprawdę dobrze zagrane. Mark Wahlberg i Dwayne Johnson są mocno napakowani i świetnie budują swoje postacie (pierwszy to silny psychicznie facet, który konsekwentnie chce spełnić swój sen i ukarać bogacza; drugi jest nawrócony religijnie twardzielem). Towarzyszy im Anthony Mackie, grający faceta z impotencją. Za to na drugim planie błyszczy Tony Shalhoub (Victor Kershaw – istny dupek) i Ed Harris (detektyw DuPois), którzy kradną każdą scenę.

sztanga3

Bay zaskoczył i nie wyszło lipy, serwując naprawdę porządną rozrywkę, choć nie dla każdego. Ironiczne, ponure i brutalne kino z małym budżetem.

7/10

Radosław Ostrowski

Być jak Kazimierz Deyna

Kazik przyszedł na świat w dniu, kiedy Polska grała z Portugalią, a Kazimierz Deyna strzelił wtedy bramkę, po czym został wygwizdany. Ojciec chce z Kazika zrobić piłkarza jak Deynę, ale te plany sypia się. A potem nastaje kapitalizm i trzeba jakoś poukładać sobie życie.

deyna1

Debiutujący w Polsce reżyserzy nie maja łatwo, a kobiety to w szczególności. Passę mówienia krytycznego o kinie polskim, gdzie nuda i nic się nie dzieje postanowiła przełamać Anna Wieczur-Bluszcz. I nakręciła dość nietypowy film, który symbolicznie można podzielić na dwie części – okres komunizmu i kapitalizmu, jednak nie jest to kino rozliczeniowe, martyrologiczne, ale nie jest to nostalgiczna opowieść, gdzie mitologizuje się PRL. To z jednej strony inicjacyjna opowieść o wchodzeniu w dorosłość, a jednocześnie historia i przemiany są tak naprawdę tylko tłem wydarzeń. Zarówno komunizm nie jest demonizowany czy podkoloryzowany – mamy normalną rodzinę, próbującą jakoś żyć, a polityka nie jest najważniejsza. Dobre wrażenie robi scenografia i odtworzenie realiów – z jednej strony warsztat autobusowy, Syrenka, Radio Wolna Europa i „Niewolnica Izaura”, a z drugiej – handel na bazarze, disco polo, Fiat, emigracja i podniszczony już stadion. Nasz Kazik jest zawieszony między socjalizmem a kapitalizmem – próbując odnaleźć się i w jednym i drugim ustroju, gdzie różnie bywa. Humor też się pojawia, ale jest on ani morderczo zabawny, ani żenujący – na pewno jednak nadaje lekkości i pogody ducha, co jest zbawienne.

deyna2

W dodatku jest to zagrane na naprawdę dobrym poziomie. Aleksander Staruch (Kazik jako dziecko) i Marcin Korcz (dorosły Kazik) wypadają całkiem przyzwoicie, spójnie tworząc portret chłopaka, który mimo wszystko idzie naprzód. Ale znacznie ciekawszy jest tu drugi plan, gdzie są prawie same perełki. Błyszczą zwłaszcza Gabriela Muskała i Przemysław Bluszcz jako rodzice Kazika, którzy są naprawdę silną rodziną, mimo różnych zainteresowań i postaw. Oboje zaskakująco dobrze radzą sobie w obu ustrojach. Ale im cały film ukradł Jerzy Trela jako „niepodległy” dziadek, który potrafi czasem zaserwować ciekawą radę albo powalić mocnym tekstem („nie próbuj być porządnym, bo skończysz jak ja – z niską emeryturą i bez żony”).

deyna3

Przykład nietypowego kina jak na nasze realia, bez patosu, nostalgii i czarowania. A i refleksji też nie brakuje.

7/10

Radosław Ostrowski


The World’s End

Gary King 20 lat temu razem z kumplami postanowili wyruszyć szlakiem Zielonej Linii, czyli w jedną noc obskoczyć 12 pubów i wypić w nich złocisty trunek. Ale wtedy to się nie udało. Teraz Gary King ma 40 lat i opuszcza odwyk. Skrzykuje starych kumpli (Andy, Oliver, Peter i Steven), by dokończyć tą trasę. I nie będzie go w stanie powstrzymać – nawet inwazja kosmitów, którzy chcą zniewolić mieszkańców Ziemi.

worlds1

Duet scenarzystów Edgar Wright (także reżyser)/Simon Pegg tworzą nową jakość w brytyjskim kinie komediowym serwując tony absurdu za pomocą szalonej wyobraźni, która jest w stanie połączyć pozornie nie pasujące do siebie historie. Z jednej strony jest lekko nostalgiczna opowieść o dawnej przyjaźni, gdzie prawie wszyscy (poza Kingiem) mają stabilne i spokojne życie, ale tak naprawdę jest ono puste i monotonne. King idzie w stronę samodestrukcji i nie chce poddać się czyjejkolwiek kontroli i władzy, a alkohol jest jedynym sensem życia. Ale potem zaczyna się konfrontacja z kosmitami i nagle wszystko się zmienia – idąc w stronę SF i horroru, po drodze serwując jednak odrobinę humoru. Bijatyki bywają zabawne, niebieska krew leje się strumieniami, zaś efekty specjalne są tandetne. To brzmi tak absurdalnie, że albo to kupicie albo nie. W dodatku mamy tutaj świetna muzykę, niezłe dialogi i trochę dziwaczne zakończenie.

A i jeszcze jest to piekielnie dobrze zagrane. Simon Pegg znów daje z siebie wszystko i razem z Nickiem Frostem tworzą wybuchowy duet. Reszta w zasadzie nie byłaby potrzebna, ale jednak bardzo miło się patrzyło na Paddy’ego Considine’a (Steven), Martina Freemana (Oliver „Omen”) i Eddiego Marsana (Peter). Ferajna razem jest zabójcza, choć najbardziej wybijają się z niej Pegg i Frost.

worlds2

Ostrzegam – to jest brytyjski humor, a taki nie odpowiada każdemu. Więc w trakcie oglądania lepiej mieć przy sobie kilka butelek piwa.

7/10

Radosław Ostrowski

Wielkie nadzieje

Karol Dickens jest bardzo lubianym i poczytnym pisarzem w Wielkiej Brytanii. Kochają go także filmowcy i w zeszłym roku kolejnej adaptacji powieści „Wielkie nadzieje” dokonał Mike Newell. Jej bohaterem jest niejaki Pip – młody chłopak, który się uczy u szwagra, kowala Joe’ego. Pewnego dnia pomaga zbiegowi, dając mu posiłek. Po wielu latach chłopak nagle otrzymuje spadek i trafia do Londynu, gdzie ma się uczyć bycia dżentelmenem. Liczy na to, że awans pomoże mu zdobyć serce dawne towarzyszki z lat szczenięcych – Estelle.

hope1

Nie ma tu żadnych udziwnień i jest to zrobiona klasycznie, wręcz po bożemu wykonana robota. Sama historia pozornie nie zaskakuje (tu mam na myśli wątek miłosny), ale jest tu kilka mrocznych tajemnic, które kładą cień na naszych bohaterów  – oszustwo, morderstwo, zdrada. I to właśnie tło jest znacznie ciekawsze od naszych głównych bohaterów, żyjących w czasach niemalże bajkowych, gdzie dobre uczynki są nagradzane (czasem po kilku latach), a marzenia zawsze są do zrealizowania. Ale jednocześnie jest to mocno realistyczna historia, bez przesadnego słodzenia, pełne brudu, mroku i wielu tajemnic. Newell trzyma rękę na pulsie, wiernie odtwarza realia epoki (kostiumy i scenografia robią wrażenie, zaś zdjęcia to więcej niż rzemieślnicza robota). Problem polega jednak na tym, że jest to przewidywalne i przede wszystkim mało angażujące, a brak emocji jest niewybaczalny.

Od trony aktorskiej też jest różnie – główne role zagrane są całkiem nieźle przez Jeremy’ego Irvine’a (naiwny, ale poczciwy Pip) i Holliday Granger (chłodna Estella), jednak to tak naprawdę drugi plan jest znacznie ciekawszy i interesujący. Tutaj błyszczy świetny Ralph Fiennes (złoczyńca Magwitch, który padł ofiarą intrygi) i ekscentryczna (jak zawsze) Helena Bohnam Carter (zgorzkniała pani Havisham). Odrobinę humoru dodaje Jason Flemynig (kowal Joe), a równie kluczowym bohaterem jest prawnik Jaggers (Robbie Coltrane w wybornej formie), który zna wiele zagadek.

hope2

Newell nie poniósł tutaj porażki, ale spektakularnym sukcesem też ten film nie jest. „Wielkie nadzieje” są solidnym rzemiosłem, tylko i wyłącznie.

6/10

Radosław Ostrowski