Dungeons & Dragons: Złodziejski honor

Na dużym ekranie fantasy od czasów „Harry’ego Pottera” jakoś sobie nie radzi. Dobrze się trzymało na małym ekranie jak w przypadku „Gry o tron”. Niemniej filmowcy cały czas próbują wyrwać i przełamać dominację kina superbohaterskiego w kwestii wysokobudżetowych blockbusterów. Ale każda taka próba kończyła (głównie komercyjną) porażką. Czy podobnie będzie z próbą opowieści ze świata RPG Dungeons & Dragons.

lochy i smoki1

Fabuła wydaje się dość prosta i skupia się na dwójce postaci: barda/złodzieja Edgina (Chris Pine) oraz barbarzyńcy Holgdze (Michelle Rodriguez). Oboje kierowali paczką złodziei, do której jeszcze należeli czarodziej Simon (Justice Smith) oraz oszust Forge (Hugh Grant). Ekipa ruszyła na skok, by wykraść skarbiec Harfistów, a przede wszystkim artefakt zdolny do wskrzeszenia umarłych. Akcja jednak kończy się wpadką: nasz bard i barbarzyńca zostali schwytani, Simon zniknął, zaś Forge mający pilnować artefaktu oraz córki Edgina, Kiry został lordem Neverwinter. Do tego jego doradczynią jest odpowiedzialna za zdradę podczas skoku Sofina – Czerwony Mag, zaś córka bohatera jest przez oszusta manipulowana i okłamywana. Edgin planuje odwet, czyli odzyskanie pierworodnej oraz okradzenie skarbca, do tego jednak trzeba zebrać drużynę.

lochy i smoki2

Fabuła jak sami widzicie nie jest specjalnie zaskakująca i przypomina treść z gry RPG. Czyli mamy główne zadanie, lecz by je wykonać trzeba zrobić kilka pobocznych questów, aby zdobyć odpowiednik ekwipunek oraz ekipę bohaterów. Czyli dojdź do punktu A, znajdź przedmiot B, pogadaj z postacią C itd. Standard tak oczywisty, że już bardziej się nie da. A kto tworzy nasz skład? Edgin, Holga, Simon oraz zmiennokształtna druidka Doric (Sophia Lillis), a także – gdzieś w połowie i na krótko – paladyn Xenk (Rege-Jean Page), który jest jednoosobową zajebistością. Jakby chciał, sam by załatwił całą robotę, mimo że jest sztywny i (jako jedyny) poważny. Całość jest mocno komediowa, ale nabija się z konwencji, zachowując zdrowy balans między powagą a humorem i akcją.

lochy i smoki6

Że grosza tu nie szczędzono, widać niemal od początku. Piorunujące wrażenie robi tu scenografia – nieważne, czy mówimy o więzieniu znajdującym się w samym środku czegoś jakby bieguna północnego, siedzibie Winterfell, eeee, wróć, Neverwinter, arenie z labiryntem czy podziemiach. Wygląda to bardzo przekonująco, tak samo jak kostiumy. Dobrze wydano każdy grosz, zaś parę zbiorowych scen (wspomina bitwa, której przebieg poznajemy od… nieboszczyków czy pierwsze wejście Czerwonych Magów) robi wrażenie. Muszę pochwalić także dobrze zrobione sceny akcji, czego po reżyserach od komedii nie spodziewałem się, iż dokonają tego w sposób tak bardzo kompetentny. Wszystko jest czytelne, klarownie pokazane, nawet w bardziej dynamicznych momentach jak finałowa konfrontacja. Zaś sekwencja, gdy zmiennokształtna infiltruje skarbiec, by poznać zabezpieczenie i ucieka (ciągle zmieniając wygląd) – w JEDNYM ujęciu – to jest majstersztyk. Efekty specjalne są całkiem przyzwoite (głównie zwierzęta, jest nawet jeden SMOOOOOOOOOK), muzyka to mieszanka orkiestrowo-folkowa (i działa) z odrobiną elektroniki.

lochy i smoki3

W zasadzie największym problemem są dla mnie antagoniści, czyli Czerwoni Magowie, co chcą zmienić ludzi w armię nieumarłych, rządzić światem, bla bla bla… Krótko mówiąc, sztampowi są jak cholera i poważni (Sofina), jakby ktoś wsadził im kije między cztery litery. Humor też czasem nie trafia – chodzi mi głównie, gdy poznajemy jakąś szaloną/straszną historię czy rzecz do zrobienia, zaś kamera skupia się na Simonie, zaś ten rzuca odzywką typu „lovely” czy czymś takim. To akurat nie zdarza się zbyt często, ale to można było inaczej rozegrać.

lochy i smoki5

Za to najlepiej działa obsada, a przede wszystkim chemia między naszą ekipą nie-herosów. Kierujący ekipą Chris Pine (Edgin) ma masę charyzmy i uroku, by się nim zainteresować. Niby śmieszek, rzucający żarcikami uroczy cwaniak, jednak pod tą fasadą skrywa się połamany facet, który musi dojrzeć do paru kwestii. Bez niego ten film by nie zadziałał, zaś jego interakcje z zaskakującą Michelle Rodriguez (Holga) to wręcz miód na moje serce. Aktorka po raz kolejny (jak we „Wdowach”) pokazuje, że potrafi grać i robi to cholernie dobrze – jak dostanie dobry scenariusz, nie jak w przypadku „Szybkich, co się wściekli”. Także młodsza ekipa, czyli Justice Smith (niepewny siebie czarodziej Simon, z całkiem niezłym brytyjskim akcentem) oraz Sophia Lillis (zmiennokształtna Doric) mają swoje momenty i świetnie uzupełniają się z całą resztą. I ta chemia jest najmocniejszym punktem tego filmu. Nie mogę nie wspomnieć o Hugh Grancie (Forge), choć rozczarowała mnie zbyt mała obecność tego aktora na ekranie. Za to Rege-Jean Page jako świętojebliwy i cnotliwy paladyn Xenk jest świetnym kontrastem dla reszty składu. Jakby wyrwany z innej opowieści, sam wszystko robi fantastycznie, stając się na chwilę kimś w rodzaju mentora dla naszej grupy.

lochy i smoki4

Czy warto odwiedzić lochy i powalczyć ze smokami? Powiem tak: jeśli graliście w sesje RPG i znacie ten świat, znajdziecie tu mnóstwo odniesień, nawiązań i ukrytych skarbów; jeśli ta nazwa nic wam nie mówi, to nadal będziecie się świetnie bawić w tej łotrzykowsko-przygodowej opowieści fantasy. Może nie zawsze zaskakującej, z paroma potknięciami, ale cholernie wciągającej i bardzo kompetentnie zrealizowanej. Aż się prosi o dalszy ciąg tej przygody.

7,5/10

Radosław Ostrowski

AIR

Filmowcy wielokrotnie pokazywali, że nawet pozornie nieinteresujące historie można (a nawet trzeba) opowiedzieć w sposób ciekawy oraz wciągający. Tak było z „The Social Network” (kto by chciał obejrzeć film o początkach Facebooka?), „Moneyball” (sportowy dramat z perspektywy menadżerskiej) czy „Big Short” (kryzys ekonomiczny). A teraz dostajemy film o tym, jak powstały… buty Michaela Jordana. Oraz jak Nike zrobiło najlepszy interes w swojej działalności.

air1

Jest rok 1984. Wierzcie lub nie, ale Nike nie było aż tak popularną firmą od sportowego obuwia. Jeśli ktoś kupował, to kupowali biegacze lub lekkoatleci. Z kolei w branży koszykarskiej ich wpływy wynosiły… 17%. Czyli mniej niż dominujący Converse oraz ciągle będący trendy Adidas. Jeśli dział koszykarski nic nie zrobi, pójdzie do piachu. Prezes Phil Knight (Ben Affleck) ma do dyspozycji tylko 250 tysięcy dolarów i jak zwykle plan jest taki, by ściągnąć trzech zawodników i liczyć, że któryś z nich spopularyzuje firmę. Wtedy do gry wkracza Sonny Vaccaro (Matt Damon) – łowca talentów, jeżdżący na zawody dla juniorów, analizujący ich grę itd. Ale też i hazardzista z żyłką ryzykanta. Oraz wpada na plan: trzeba przekonać Michaela Jordana, wydając na niego cały budżet. Są jednak pewne komplikacje. Po pierwsze, Jordan uwielbia Adidasy. Po drugie, agent Jordana (Chris Messina) bez umowy nie dopuści do spotkania z młodym graczem. Po trzecie, nikt w firmie nie jest przekonany do tego pomysłu.

air2

Reżyser Ben Affleck po paru latach przerwy znowu chwyta kamerę w dłoń i próbuje dorównać twórcom w/w tytułów. Czyli opowiedzieć pozornie ciekawą niczym oglądanie zawodów w curlingu pokazać tak jakby to był finał Mistrzostw Świata w piłkę nożną. Jak to zrobić? Trzeba pokombinować i być cholernie zdolnym. Debiutujący scenarzysta Alex Convery musiał się naoglądać filmów ze scenariuszami Aarona Sorkina. Bo dialogów jest tutaj wiele, płyną one z naturalnym rytmem i nie naparzają zbyt dużą ilością żargonu specjalistycznego. Poza tym, podobne historie już widzieliście: tylko w konwencji heist movie. Mamy ekipę pod wodzą Sonny’ego, chcącego „wykraść” Jordana dla siebie. Więc nie spodziewajcie się dużej ilości zaskoczeń czy niespodzianek.

air3

To, co zdecydowanie jest najmocniejszym punktem „AIR” jest klimat epoki. Od samego początku czuć, że jesteśmy w latach 80. (szybka zbitka montażowa): od warstwy kolorystycznej minus neony przez bogatą warstwę muzyczną (od Dire Streits przez Mike + The Mechanics i Bruce’a Springsteena aż do Tangerine Dream) aż do rekwizyty oraz scenografię. Czuć przywiązanie do detali, choć technicznie nie ma tu żadnych fajerwerków.

air4

Drugi mocny punkt to aktorzy, którzy grają do jednej bramki i angażują. Matt Damon w roli Sonny to typowy Matt Damon, czyli jest nowszą inkarnacją everymana jaką grał jeszcze kilka lat temu Tom Hanks. I nadal ma w sobie tyle charyzmy i uroku, że kupujemy to bez problemu. Affleck w mniejszej roli prezesa Nike Phila Knighta pozwala sobie na odrobinę luzu, chociaż czasami jak mówi jakieś pierdolety filozoficzne bywa oderwany od rzeczywistości. Dla mnie film skradli absolutnie świetni Jason Bateman (szef marketingu Bob Strasser) oraz zawsze warta uwagi Viola Davis (matka Jordana).

air5

Wyjaśnijmy jeszcze sobie jedną kwestię: skoro to film o stworzeniu butów dla Jordana, czemu nie widzimy Jordana na ekranie. Znaczy pojawia się, ale zaledwie sylwetka, bez skupienia uwagi na twarzy. I ja rozumiem tą decyzję, bo zbyt rozpraszałoby nas od całej historii. I zaczęlibyśmy komentować wygląd sportowca, zamiast mówić o samym filmie. Solidnym filmie, będącym powrotem Afflecka do formy jako reżyser. Pozostaje mieć nadzieję, że na następny film tego utalentowanego filmowca nie trzeba będzie czekać 6-7 lat.

7/10

Radosław Ostrowski

Missing

Pamiętacie taki film „Searching”? Thriller pokazywany z perspektywy ekranu laptopa okazał się powiewem świeżości w gatunku. Po latach część ekipy odpowiedzialnej za tamten film powróciła z niejako duchowym sequelem. Ale jeśli spodziewacie się prostego „kopiuj-wklej”, to twórcy nie są aż takimi leniami, co chcą zrobić film dla kasy. Ani dla kupy kasy.

Bohaterką jest 18-letnia June (Storm Reid), której relacje z matką (Nia Long) w zasadzie są poprawne. Kobieta wybiera się z nowym facetem Kevin do Kolumbii. We dwójkę, być może na romantyczny tydzień, gdzie na końcu może dojść do bardzo poważnej sytuacji. Nastolatka ma ją odebrać z lotniska w poniedziałek, a w tym czasie będzie sama w domu. Co do tego czasu? Impreza, balowanie i picie napojów wysokoprocentowych. Jest taka wixa, że troszkę się spóźnia na lotnisko. Problem w tym, że mamusia z przyszłym ojczymem się nie pojawiają. Może pozostali na dłużej? Jeden telefon do hotelu, gdzie można porozmawiać po hiszpańsku i zaczyna się problem: „pani dzwoni w sprawie walizek?”. Wygląda na to, że oboje zaginęli lub mogli zostać porwani.

Za „Missing” odpowiadają Nicholas Johnson i Will Merrick, którzy montowali „Searching”. Pozornie znowu mamy tajemnicę rozwiązywaną przy pomocy laptopa, telefonu oraz wszystkich elektronicznych wynalazków. Różnica jest jednak w tym, że nasza bohaterka (w przeciwieństwie do poprzednika) jest o wiele bardziej obcykana z Internetem i do pewnych rzeczy dociera szybciej. Choć podejrzewam, że pewne rzeczy trochę za łatwo jej wychodzą (zatrudnienie „złotej rączki” z Kolumbii do pomocy o prostym i pięknym imieniu Javi, zhakowanie skrzynki faceta mamy, użycie programu do dekryptażu czy zapisywanie tego samego hasła do wszystkich kont). Jednak muszę przyznać, że twórcom udaje się cały czas trzymać w napięciu, dzięki powoli odkrywanym informacjom.

Pojawiają się kolejne przewrotki, twisty, niespodzianki, przez który cały czas weryfikowałem kolejne teorie, hipotezy, przypuszczenia. Bo mamusia ma pewną skrytą tajemnicę, do akcji wkracza policja lokalna, FBI, ambasada, telewizja, social media. W dwóch ostatnich przypadkach zaczyna się totalny młyn, z powodu podcasterów, postów, gdzie niejako oczerniają zaginioną. Z każdym twistem przeżywałem to, co bohaterka znakomicie zagrana przez Storm Reid: konsternację, szok, niedowierzanie (zdarzyło mi się kilka razy – nie na głos – powiedzieć: co tu się odpierdala!!! Wierzcie mi, nie zdarza mi się to często). Ale June jest też zdeterminowana, uparta, ryzykująca i bardzo mi na niej zależało. Ale jak teraz myślę (po paru godzinach), to pod koniec jest tych twistów więcej niż w filmach Shyamalana (jednak w porównaniu do nich tu jest więcej sensu). Czy psuło mi to przyjemność z seansu? Absolutnie nie.

Choć wszystko, co widzimy na ekranie ogranicza się do ekranu monitora, włączonych przeglądarki, różnych zakładek, aplikacji. To wszystko płynnie zmontowane, sfilmowane (ekran wygląda bardzo wiarygodnie i wygląda ostro) oraz trzymane na barkach Reid. „Missing” utrzymuje poziom poprzednika, o wiele mocniej bawi się formą, co pozwala w budowaniu suspensu. Wchodzisz w to od razu i wciągasz się w tą zagadkę. Świetnie zagrane (trzeba wspomnieć Joaquin de Almeida jako Javi – Javi jest super), zmontowane i zrealizowane, choć pod koniec trochę film się plącze i potyka.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Sundown

Acapulco – wręcz idealne miejsce na wypoczynek. Jeśli cię na to w ogóle stać, tak jak naszą cholernie bogatą rodzinę w wypasionym hotelu. Neil (Tim Roth) sprawia wrażenie bardzo nieobecnego, wycofanego i do bólu uprzejmego. Jego siostra Alice (Charlotte Gainsbourg) razem z dwójką nastoletnich dzieci. Niby wypoczywa, ale w ręce częściej jest telefon. No i telefon odpali pierwszą „bombę” tego filmu: ich matka umiera. Wypoczynek się kończy, trzeba się zwijać i zorganizować pogrzeb. ALE na lotnisku okazuje się, że Neil zgubił paszport, więc zostaje na miejscu. Poszukać paszport? Nie. Wynajmuje pokój w innym hotelu i… zostaje. Jakby nigdy nic się nie wydarzyło.

Meksykański reżyser Michel Franco w swoim filmie ciągle zaskakuje. Na pierwszy rzut oka wygląda to wszystko jak coś w stylu „Białego lotosu”. Jednak reżyser bardzo powoli i oszczędnie zdradza kolejne informacje. A największym hakiem jest tutaj zachowanie Neila. Irracjonalne, jakby się ukrywał, uciekał przed odpowiedzialnością, był kompletnie obojętny. Przyglądamy się mu niczym owadowi pod mikroskopem, próbując zrozumieć jego dziwne decyzje. Niby na pierwszy rzut oka nic się nie dzieje, bohater pływa, pije piwo, poznaje pewną kobietę. Ale podskórnie czuć, że coś wisi w powietrzu. Zagrożenie może pojawić się dosłownie zewsząd (mocna scena zamachu na plaży). Żeby rozwinąć tą myśl, musiałbym wejść w strefę spojlerów oraz kolejnych zakrętów i niespodzianek. Bo te reżyser serwuje niczym królik z kapelusza.

A co ciekawsze, Franco wszystko trzyma mocno w ryzach. Nie ma tutaj wrażenia, że to jest wydumane, pretensjonalne czy naiwne. Jest po drodze parę szokujących niespodzianek, który zmieniają perspektywę i rzucają nowe światło na mężczyznę. Tim Roth jest bardziej wycofany niż w jakimkolwiek innym filmie w swojej karierze. Bardzo stonowany, z twarzą tak plastyczną, że trudno z niej jakiekolwiek emocje odczytać, jest enigmatyczny i magnetyzujący do samego końca. Dzięki niemu to wszystko trzyma się w ryzach. Reszta postaci w zasadzie pełni rolę tła (poza świetną Charlotte Gainsbourg, która tworzy mocną rolę Alice), które jest ledwo zarysowane.

„Sundown” jest mocnym dramatem psychologicznym i frapującym portretem człowieka obojętnego wobec całego świata. Toksyczny mężczyzna czy zgorzkniały facet, co stracił złudzenia? Na to pytanie odpowiedzieć musicie sami, jeśli zdecydujecie się wybrać na „Sundown”. Jest w nim coś brutalnie szczerego w tej historii.

8/10

Radosław Ostrowski

John Wick 4

Czy jest jeszcze jakiś fan kina akcji, który nie wie kim jest John Wick? Miłośnik czarnych garniturów, piesków oraz broni jest w coraz większej dupie. Ścigany przez Wielką Radę, w zasadzie pozbawiony przyjaciół chce już mieć święty spokój. Przez trzy części wykończył ruską mafię, skasował paru włoskich gangsterów, paru Azjatów też dostało. Ktoś jeszcze pamięta, że cała ta jatka i rzeźnia zaczęła się od zabicia pieseła, kradzieży auta oraz pobicia? Wszyscy zamieszani w tą akcję już dawno gryzą piach.

Co musi zrobić nasz Janek (Keanu Reeves), by cały ten mafijny półświatek odwalił się od niego? Odpowiedź wydaje się prosta: zabić ich wszystkich. Ale ta Rada jest jak Hydra – odstrzelisz jednego typa, już dadzą kolejnego. Janek dokonuje jedną chorą akcję, czyli zabija Starszego – członka Rady, co bywał na pustyni. Konsekwencje tej decyzji są okrutne: nowojorski hotel Continental zostaje zmieciony z powierzchni ziemi, menadżer Winston pozbawiony władzy, consierge Charon idzie do piachu, zaś Rada do powstrzymania naszego niezniszczalnego daje wszelkie uprawnienia markizowi de Gramont (Bill Skarsgard). A ten robi wszystko: ściąga z emerytury niewidomego wojownika Caine’a (Donnie Yen), do tego wynajmuje tropiciela niejakiego pana Nikogo (Shamie Anderson). Więc jak się z tego wyplątać?

Chad Stahelski to jest jakiś wariat, który przy tej serii cały czas szuka odpowiedzi na pytanie: czego jeszcze ludzie w kinie akcji nie widzieli? Jakie jeszcze szaleństwa możemy pokazać na ekranie? Jakich sposobów pozbawiania ludzi na ekranie nie widzieli? Z każdą częścią przygód faceta o imieniu John i nazwisku Wick reżyser podkręcał śrubę, jednocześnie rozwijając ten półświatek, jego reguły, strukturę, postacie. Co tam się nie działo? W ruch szły pistolety, karabiny, strzelby, noże, katany, a nawet… konie, psy i samochody. Tutaj nawet więcej osób ginie przejechanych przez samochód niż przez kule.

Fabuła w zasadzie przypomina grę komputerową: bohater ma zadanie, by je wykonać musi pogadać z paroma gośćmi, ci mu zlecą questa, one pomogą mu zdobyć ważne rzeczy, by stoczy finałową walkę z głównym bossem. I cała filozofia – to nie brzmi jak coś skomplikowanego. ALE to się tylko wydaje proste, bo trzeba to wszystko bardzo pewnie przygotować.

Same sceny dzielą się na dwie grupy: dialogi (niczym przerywniki filmowe w grze) oraz krwawa napierdalanka (gracz przejmuje kontrolę nad bohaterem). Te pierwsze pozwalają rozbudować świat i obyczaje tego świata, niejako pozwalając złapać oddech albo stanowią nadbudowę do scen mordu. Cała akcja obejmuje różne miasta: japońską Osakę (i tamtejszy hotel Continental), Nowy Jork, dyskotekę w Berlinie, zaś finał toczy się w Paryżu. Jeśli budzi to u was skojarzenie z Jamesem Bondem czy Ethanem Huntem, trafiliście. Sceny zabijania to kolejne perełki, pozwalające w pełni docenić technikalia oraz szalone popisy kaskaderskie. Czy mówimy o jatce w hotelu w Osace, brutalną walkę w berlińskiej dyskotece (muza jest tak głośna, albo ludzie są tak na haju, że widok zabijanych ludzi – nawet tuż przed nimi – nie robi na nich wrażenia) aż po prawdziwą poezję w Paryżu, gdzie zbierałem szczękę. Od szaleństwa przy Łuku Triumfalnym przez strzelaninę z opustoszonym domu pokazaną z góry jak w „Hotline Miami” aż do przebicia się przez schody do Sacre-Coure (dużo schodów, dużo zbójów do zabicia). A że nasz John ma… kuloodporny garnitur z kevlaru (to jest wynalazek przyszłości!!!), hordy przeciwników robiących za mięso armatnie atakuje pojedynczo (niczym w pierwszej części „Assassin’s Creed”), policja NIE istnieje albo zrobiła sobie wolne. O ślepym zabijace, który jest cholernie skuteczny nawet nie wspominam. To jest wszystko element konwencji, którą albo się kupuje i ma to w dupie, albo będzie drażnić i irytować.

Wizualnie ten film jest oszałamiający. Odpowiedzialny za zdjęcia Dan Laustsen (przy „Johnie Wicku” od części drugiej, ale pracował też m. in. z Guillermo del Toro) tutaj chyba przechodzi samego. Kolorystyka, oświetlenie robi piorunujące wrażenie. Jeszcze do tego dodamy scenografię, która miesza różne style architektoniczne, oczopląs jest gwarantowany. Do tego wraca znajoma muzyka, czyli mieszanka rocka, elektroniki (wręcz dyskotekowe techno), pompującą adrenalinę do wszystkich części ciała. To było wręcz doświadczenie ekstatyczne, jakiego nie miałem od lat.

Niby w tego typu kinie aktorstwo jest sprawą drugorzędną, ale powiem to tylko raz i raz powiem tylko to: „czwórka” jest najlepiej zagraną częścią serii. Keanu Reeves – jak to on – lepiej się sprawdza w bardziej fizycznych rolach niż wygłaszając jakiekolwiek monologi czy dialogi. Dlatego w tej części mówi najmniej, jednak w scenach akcji zwyczajnie błyszczy. Biega, skacze, spada, strzela, dostaje taki łomot, że zwykły śmiertelnik nie powinien się podnieść. Ale przecież John Wick nie jest zwykłym śmiertelnikiem, więc może przyjść na siebie więcej. I bardzo dobrze, bo dzięki temu mam więcej frajdy z tego szaleństwa. Stara ekipa z poprzednich części nadal trzyma fason – zwłaszcza Ian McShane jako lawirujący i wygadany Winston, lecz to nowi bohaterowie robią zamieszanie.

Świetny jest nowy antagonista, czyli markiz w wykonaniu Billa Skarsgarda i nie chodzi tylko o fikuśne, eleganckie garnitury. To przebiegły manipulator, cwaniak oraz krętacz, który swoją władzę odziedziczył w spadku – niejako arystokrata w Wyższej Radzie. Ale jest też zbyt dumny i pewny siebie, a tacy długo nie pociągną. Drobne role Hiroyuki Sanady (Koji Shimizu, menadżer hotelu Continental w Osace), Clancy’ego Browna (Harbinger) oraz kompletnie nie do poznania Scotta Adkinsa (Killa, szef klubu w Berlinie) to drobne i bardzo przyjemne dodatki. Zwłaszcza Adkins pokazuje tu niezły talent komediowy oraz udowadnia, że potrafi coś więcej niż naparzać się z protagonistą, by potem zginąć (to nadal robi świetnie). Cudny jest także Shamier Anderson jako tajemniczy pan Nikt, będący tropicielem z towarzyszącym mu psem, który też chce dopaść Wicka. Choć może nie.

Ale całość kradnie legendarny Donnie Yen – mistrz kina kopanego. Jego Caine to postać troszkę zbliżona do Wicka, czyli zmuszony wbrew swojej woli do walki wojownik. Co z tego, że nie widzi – jest przez to jeszcze groźniejszy dla otoczenia, co pokazuje choćby podczas walki w kuchni w Osace. To jak korzysta z różnych „wspomagaczy” w walce jest niesamowite i jest jedyną postacią stanowiącą poważne wyzwanie dla Jana Wicka. Wspólne sceny obu panów są absolutnie cudowne do oglądania, nawet jeśli tylko rozmawiają (tak, są takie momenty – niewiele, ale jednak).

„John Wick 4” to film, w którym kompletnie zanurzyłem się w ten świat, nie zwracając uwagi na drobne pierdoły i bzdury wynikające z konwencji. To czysty akcyjniak, doprowadzający cała franczyzę do granic wytrzymałości oraz wyobraźni. Choć znając Stahelskiego za kilka lat na te słowa powie Potrzymaj mi piwo i w następnym filmie zrobi kolejne cuda wianki. A my wszyscy oszalejemy z zachwytu albo uznamy, że to totalna głupota. Ja należę do tej pierwszej grupy.

10/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Zadra

Ile to już było historii o młodych, zdolnych, lecz nie mających szczęścia i dostają szansę. Ale czy ją wykorzystają, czy wszystko pójdzie gładko i bez problemu, czy będą poważne wyboje. No cóż, odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Na nieszczęście dla nas.

Tytułowa Zadra (Magdalena Wieczorek) ma na imię Sandra, mieszka z matką i młodszym bratem. Pracuje jako kelnerka w kawiarni, ale raczej nie jest zbyt dobra. Za to próbuje przebić się na scenie rapowej. Ma swój profil na Twarzaku, wspiera ją kumpela Justi (Margaret) oraz chłopak Bartek (Ignacy Liss). Łatwo nie jest, a kiedy zostaje zwolniona, wszystko jeszcze bardziej się komplikuje. Wtedy pojawia się szansa, kiedy na koncercie niejakiego Motyla (Jakub Gierszał) dostaje szansę wejść na scenę. On zauważa w niej potencjał i zatrudnia ją do swojej ekipy jako hajpmenkę (mam nadzieję, że to dobrze zapisałem).

Film reżysera Grzegorza Mołdy i scenarzystki Moniki Powalisz jest tak szablonowy oraz przewidywalny, że aż to boli. Może nie jest to przewidywalność w stylu, że jesteś w stanie przewidzieć co do zdania jakie padnie. Ale schematy są tu tak naładowanie niczym słabe wersy w utworach Sentino czy innego Malika Montany. W dużym skrócie – wiemy, że Zadra zostanie zwolniona z pracy (bo weszła w pyskówkę z celebrytką), do tego jeszcze niszczy szefowi auto (ta scena zrobiona w formie teledysku nawet mi się podobała). Że pójdzie drogą kariery i (oczywiście) uderzy jej woda sodowa do łba, przestanie pisać do kumpli, zacznie ćpać, oddalać się od rodziny. Co jeszcze? Dochodzi do zagrożenia zdrowia braciszka, gdy ten niezauważenie bierze piguły (dragi) od siostrzyczki podczas zakupów. Potem jakoś w jednej scenie dogada się z matką i wszystko jest spoko (że co??). Kradzież tekstu oraz nagranie „swojej” piosenki, upadek oraz powolna droga na szczyt.

Nic was tu nie zaskoczy, a dialogi to czasem potrafią przyprawić o ból uszu. Miałem wrażenie jakby twórcy bali się zaryzykować i dodać czegoś innego, mniej znajomego oraz oczywistego niż droga od nikogo do celebryty z zachłyśnięcie się sławą, upadkiem i powrotem do dawnego siebie. Wątki poboczne wydają się być liźnięte (relacja Sandry z kumpelą, chłopakiem czy matką), wspólna trasa koncertowa to szybka zbitka montażowa, a wszystko opowiedziane jest bardzo skrótowo. Nawet pokazanie mediów społecznościowych jako narzędzia promocji czy budowaniu wizerunku nie odgrywa zbyt dużej roli. Technicznie trudno się do czegoś przyczepić. Wygląda to kompetentnie, muza oraz kawałki są naprawdę niezłe (duet muzyczno-tekstowy 1988/Żyto dał radę) i jest parę ładnych kadrów.

Aktorzy starają się jak mogą, by ożywić te szabloniki, jednak scenariusz mocno podcina im skrzydła, nie dając zbyt dużego pola manewru. Niemniej udaje się tym postaciom dać odrobinę charakteru oraz ciężaru, szczególnie na drugim planie. Nie jestem w stanie złego słowa powiedzieć o Magdalenie Różczce (matka Sandry), Ignacym Lissie (Bartek) czy dość zaskakującej Margaret (Justi) – to solidne role, mające swoje pięć minut. Świetnie wypada Gierszał jako raper Motyl i nie chodzi tylko o nawijanie na scenie (bo robi to cholernie dobrze), ale bardzo dobrze pokazuje jego dwa oblicza: to sceniczne jako imprezowy hustler oraz bardziej prywatne, gdzie jest poukładanym, trzymającym się ziemi gościem. I to nie gryzie się w żadnym momencie.

Ale co czyni „Zadrę” zjadliwą oraz oglądalną jest Magdalena Wieczorek. Ta dziewczyna dokonuje cudów na ekranie, bo cały czas patrzyłem na nią jak zahipnotyzowany i podążałem za nią. Mimo ograniczeń scenariusza udaje się jej zbudować postać z krwi i kości, której chce się kibicować, zaangażować, każdą scenę (jakkolwiek by była banalna) oraz dialog jest w stanie podać tak naturalnie, bezboleśnie, że mnie to wszystko obchodziło. To jest bardzo, bardzo trudne zadanie i mam nadzieję (bo niczego innego mieć nie mogę), że jeszcze o niej usłyszę.

Chciałbym coś powiedzieć dobrego o „Zadrze”, ale ostatecznie bilans układa się na szali wskazującej „rozczarowanie”. Niby film próbuje opowiedzieć coś o naszej rap-scenie, jest pewna energia i pasja, tylko wszystko to jest zaplątane w ogromną paczkę banałów. Jakby cała para, zaangażowanie poszła w próżnię, nie mogąc wyrwać się z marazmu.

5,5/10

Radosław Ostrowski

W gorsecie

Ostatnimi czasy pojawiają się produkcje historyczne, pokazujące znane postacie z epoki w inny sposób niż w podręcznikach do historii. O ile się o nich wspomina. Jak o żonie cesarza Franciszka Józefa, Elżbiecie Bawarskiej znanej też jako Sisi. Powstawały o niej filmy, choć skupiające się na początkach związku z Franzem Josefem. Troszkę inną perspektywę postanowiła przyjąć Marie Kreutzer w swoim nowym filmie „W gorsecie”.

Akcja zaczyna się, kiedy cesarzowa Elżbieta (Vicky Krieps) kończy 40 lat, czyli zgodnie z panującymi czasami, żegnaj młodości. Kobieta, za którą dwór nie przepadał, zaczyna niejako nowe rozdanie w swoim życiu. Obsesyjne dbanie o swoje ciało, rezygnacja z jedzenia, wyjazdy poza pałac, jazda konno czy odwiedzanie szpitala psychiatrycznego. Wszystko dość luźno ze sobą powiązane i niekoniecznie trzymająca się faktów historycznych, co purystów może frustrować. Cały ten ciąg scenek ma pokazać inne oblicze cesarzowej, pozbawione romantyzmu, upiększeń i makijażu. Rozumiem ten kierunek, wplecenie bardziej współczesnych piosenek do drugiej połowy XIX wieku czy kompletnie zmieniona śmierć Sisi (utopienie się ze statku zamiast śmierć z ręki anarchisty).

Choć jest parę perełek jak zasłabnięcie Sisi podczas uroczystości, wyjście cesarzowej z pokazaniem środkowego palca, ostra kłótnia podczas kolacji z Franciszkiem Józefem czy sceny, gdzie Elżbieta jest sfilmowana (te chwile są czarno-białe i pozbawione dźwięku). Tylko, że te scenki oraz skokowa narracja nie pozwalają za bardzo się zaangażować. Te wszystkie momenty nie chcą w żaden sposób połączyć się w coś, co można nazwać scenariuszem. Przewija się masa postaci i znika, przez co miałem problem z połapaniem się kto jest kim, jakie są relacje oraz o czym w ogóle rozmawiają. Czułem się jakbym był kosmitą, nie rozumiejącym ani języka, ani obyczajów. Jeśli nie wiecie zbyt wiele o czasach Austro-Węgier, nawet się do tego filmu nie zbliżajcie, bo będziecie wiedzieć jeszcze mniej.

Nie pomaga tutaj ani aktorstwo (choć Vicky Krieps absolutnie dwoi się i troi), ani techniczny poziom czy warstwa scenograficzno-kostiumowa. „W gorsecie” było dla mnie zbyt hermetyczne, by móc się zaangażować emocjonalnie. Ani to feministyczny manifest walki z konwenansami, ani trzymający się faktów portret władczyni. Coś tu się zagubiło w trakcie realizacji.

6/10

Radosław Ostrowski

Łowca głów

Powroty reżyserów-weteranów zazwyczaj nie są zbyt udane. Długa przerwa między tytułami też nie pomaga, więc pytanie o dalszy sens tworzenia coraz bardziej się nasilają. Czy niektórzy goście liczą, że odzyskają blask z czasów świetności, bo nazwisko jest jeszcze rozpoznawalne. Czy może to poczucie pewnego przymusu, oznaka stagnacji i dalszego tworzenia, mimo wszystko? To temat na znacznie szerszą rozmowę, a wszystko sprowokowane zostało przez najnowszy film 81-letniego Waltera Hilla.

Reżyser ten nakręcił masę kultowych filmów z lat 70. i 80. jak „Kierowca”, „Wojownicy”, „48 godzin”, „Ulice w ogniu” czy „Czerwona gorączka”. Proste, stylowe, czasem surowe męskie kino akcji z wyrazistymi postaciami, ciętymi dialogami oraz dobrą obsadą. Gdzieś tu czuć – w większym lub mniejszym stopniu – inspiracje westernami. Nie inaczej jest w przypadku najnowszego filmu, czyli „Łowcą głów” – hołdu dla klasycznych opowieści o kowbojach z lat 50., robionych za małe pieniądze. Więc chyba wiecie, czego się spodziewać.

lowca glow1

Akcja toczy się w roku 1897 w stanie Nowego Meksyku. Fabuła skupia się wokół trzech bohaterów: łowcy nagród Maxa Borlunda (Christoph Waltz), hazardziście i bandycie Joe Cribbensa (Willem Dafoe) oraz pani Price (Rachel Brosnahan). Obaj wymienieni panowie mają kosę ze sobą, a kiedy Joe wychodzi z więzienia może dojść do konfrontacji. Początkowo jednak drogi się rozchodzą (Joe rusza do Meksyku), ale nie oszukujmy się – musi dojść do przecięcia. Max dostaje za to kolejne zadanie – ma odbić żonę pewnego bogatego przedsiębiorcy z ręki żołnierza. Oboje przebywają gdzieś w Meksyku. Nagroda jest spora, teren nieznany, a rewolwerowiec dostaje jako wsparcie sierżanta Poe (Warren Burke). Początkowo wszystko wydaje się iść łatwo. Początkowo, bo samo zlecenie okazuje się mniej czarno-białe niż opowiadano.

lowca glow2

Hill miesza te wątki i pierwsze kilka minut sygnalizuje, co się może wkrótce wydarzyć. Nie brakuje całkiem ładnych krajobrazów, zaś utrzymane w tonie sepii zdjęcia budują klimat. Mimo dość spokojnego tempa oraz poczucia dość skromnego budżetu, historia potrafi wciągnąć. Dialogi są całkiem niezłe (choć miejscami wkraczają repetycje), postacie mają interesujące tło, choć prostą motywację. Chciałbym jednak trochę lepiej poznać naszą parę przeciwników (skąd się poznali, co jest źródłem wrogości itp.), ale to, co dostałem wystarczy w stopniu podstawowym. Parę wad jednak tu jest – słabe efekty specjalne (komputerowa krew czy wjazd koniem do środka), mało wyrazisty antagonista, banalne przejścia (nagle pojawiający się czarny ekran) czy zbyt statyczna praca kamery. Same strzelaniny oraz sceny akcji są tylko poprawne, głównie dzięki montażowi (najbardziej podobał mi się finał oraz pojedynek na… bicze), zaś w tle gra bardzo klimatyczna muzyka.

lowca glow3

To, co wznosi „Łowcę głów” z powyżej poziomu średniaka, to świetni aktorzy. Christoph Waltz już bywał na Dzikim Zachodzie (dzięki Tarantino), jednak tutaj tworzy postać cynicznego twardziela z moralnymi zasadami. Z czasem jednak skrywa w sobie o wiele więcej szlachetności niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Za to Willem Dafoe jest po prostu cudowny i bawi się swoją rolą. Nawet jeśli wiele scen z nim wydaje się zbędnych (jak choćby… strzelanie do karaluchów), to jednak jako antagonista ma spore pole manewru. Najlepiej prezentuje się Rachel Brosnahan jako rzekomo porwana pani Price, tworząc bardzo silną, choć nie zgrywającą twardzielkę jakby z innej epoki. I o dziwo się to nie gryzie z całą resztą.

lowca glow4

Więc jak w ogólnym rozrachunku wypada ten western? Niby jest to znajoma historia, budżet nie za wielki, a reżyserska ręka miejscami bywa sztywna. Czuć tu pasję i miłość do gatunku, mimo niedoskonałości, choć można było parę rzeczy zrobić lepiej.

6,5/10

Radosław Ostrowski

Tata

Uwaga!
Recenzja zawiera spojlery!

Tytułowym tatą jest Michał (Eryk Lubos) – kierowca TIR-a, samotnie wychowujący córkę. Chyba, że jest w trasie, to wtedy dziewczynką zajmuje się niania z Ukrainy i jej wnuczka Lenka. Mówienie, iż łatwo nie jest to nic nie powiedzieć. Sprawy się komplikują jeszcze bardziej, gdy starsza pani umiera. Kobieta była nielegalnie, co oznaczało by miesiące papierologii, procedur, a gdzieś w tle czaiłaby się deportacja. Mężczyzna kontaktuje się z żoną nieboszczki i decyduje się zabrać zarówno dziewczynki, jak zawieść ciało na Ukrainę. Ryzykowna decyzja, ale jakie są inne opcje?

Kolejna polska produkcja zrealizowana przez Warner Bros. (po „Innych ludziach”, „Apokawixie” i „Na swoim miejscu”), znowu nakręcona przez debiutantkę. Poniekąd, bo reżyserka Anna Maliszewska jest doświadczoną twórczynią teledysków. Ale wideoklip to jedno, a pełnometrażowa fabuła to inna para kaloszy. „Tata” to kolejna próba stworzenia kina środka, czyli opowieści o sprawach ważnych i poważnych, lecz w sposób bardzo przystępny, niekoniecznie depresyjny. Maliszewska tworzy kino drogi, choć wydaje się dziwnie znajome. Dorosły ojciec i dwie dziewczynki, które potrafią być momentami irytujące. Jak to dzieci, choć miewają przebłyski dojrzałości. Podróż pozwala także poznać Michała i dręczące go demony (śmierć żony, alkoholizm, samotność), jednocześnie próbując bardziej scementować swoją więź z córką.

Zadziwiający jest fakt jak bardzo płynnie toczy się cała opowieść. Nie ma poczucia przestoju, zbędnej sceny i czuć emocjonalny ciężar. Spędzamy wiele czasu z tym kierowcą, dla którego droga jest całym swoim życiem. Widzimy go podczas jazdy, na postojach czy parkingach. Czasem pojawi się autostopowiczka (Zofia Jankowska), kolegów z trasy albo stara znajoma (świetna Marta Malikowska). Cały czas jednak w centrum pozostaje Michał oraz dwie dziewczynki. Choć zdarza się powiedzieć parę mniej przyjemnych słów, Lenka i Miśka tworzą bardzo siostrzaną relację.

Ale kiedy trafiają na Ukrainę wszystko niby wydaje się spokojne, łagodnie. Docierając na miejsce, do Wasyla sprawy się komplikują. Ciężko się dogadywać, Michał niejako zmuszony jest do picia, zaś przewożony przez niego towar (ciało jest schowane w… mrożonych rybach) ulega zniszczeniu. Zupełnie jakby chodzi o pokazanie naszych sąsiadów jako bardziej samolubnych (matka Lenki jest politykiem i mieszka w stolicy), lubiących mocno chlać, przywiązanych do tradycji, lecz głupich, roszczeniowych. Chyba nie do końca o to tu chodziło. Zwłaszcza w kontekście obecnej sytuacji politycznej, lecz dając w finale drobną nadzieję na poprawę sytuacji. Niemniej dysonans pozostał, mimo mocno jaskrawych kolorystycznie zdjęć.

Sytuację za to ratują aktorzy. Pozytywnie mnie zaskoczyły dziewczynki – Klaudia Kurak i Polina Gromova, będące kompletnymi debiutantkami. Obie są bardzo naturalne, bez poczucia fałszu, dając sporo emocji do pokazania. Jednak wszystko na swoich barkach trzyma Lubos, który jest mieszanką determinacji, wrażliwości oraz… bezsilności, przytłoczenia, zagubienia. Te ostatnie pojawiają się w scenach, gdy jest sam, próbuje szukać pomocy przez telefon, wśród znajomych albo wyjąc do księżyca. Dosłownie. Trudno go jednak nie lubić, choć może wydawać się najmniej odpowiednim kandydatem na rodzica.

Choć nie brakuje paru potknięć, debiut Maliszewskiej jest w pełni udany. Balansując między powagą, humorem, nie idzie na łatwiznę, potrafi poruszyć. Całość podnosi bardzo zniuansowana kreacja Eryka Lubosa, prawdopodobnie najlepsza w jego karierze. Dla niego samego warto pójść do kina.

7/10

Radosław Ostrowski

Dziki Bill

Lata 90. dla Waltera Hilla to był czas zagubienia, gdzie więcej razy pudłował i rozczarowywał. Jego filmy coraz bardziej przypominały produkcje telewizyjne, brakowało im energii, ciętych dialogów i tego sznytu. Nie inaczej jest w przypadku biograficznego filmu o Dzikim Billu Hickoku. Choć nakręcony za spore pieniądze (ponad 30 milionów dolców), w box office wyciągnął raptem dwie bańki. Nie koniecznie musi to oznaczać, że film musi być zły, jednak podczas seansu widać, iż coś poszło nie tak.

dziki bill1

„Dziki Bill” opowiada historię legendarnego rewolwerowca i szeryfa (Jeff Bridges) pod koniec swojego życia, kiedy przenosi się do miasteczka Deadwood. Całą jednak historię prezentuje brytyjski hazardzista, Charley Prince (John Hurt) podczas pogrzebu legendarnego kowboja. Obok niego jeszcze w miasteczku jest dawna miłość, Calamity Jane (Ellen Barkin) oraz kilka osób z dawnej przeszłości. Zarówno przyjaciele jak i wrogowie z urazami. Do tej drugiej grupy pasuje Jack McCall (David Arquette), który ogłasza wszem i wobec, że chce zabić Dzikiego Billa. Dlaczego? Bo potraktował jego matkę jak śmiecia – uwiódł, a potem zostawił. Takich zniewag nie są do przebaczenia.

dziki bill2

Początek wywołuje dezorientację i wydaje się bardzo chaotyczny. Zbitka scenek, gdzie szybko przeskakujemy z miejsca na miejsce, a Bill dokonuje kolejnych aktów mordu. Nie wiemy czemu i dlaczego, chyba miało to pełnić rolę ekspozycji lub pokazać gwałtowny charakter bohatera. Wszystko zmienia się w momencie poznania Prince’a oraz przyjazdowi do Deadwood. Niby nasz Bill ma pewne problemy (zdiagnozowana jaskra, prześladująca go przeszłość, starzenie się), ale i tak sprawia wrażenie kogoś złodupnego. Niby ma to pokazać złożoność tego charakteru, lecz scenariusz jest płytki i mocno… teatralny.

dziki bill3

Niby czuć tu spory budżet, a scenografia i kostiumy wyglądają naprawdę nieźle, ALE jest parę problemów. Po pierwsze, za dużo postaci w zbyt krótkiej (niecałe półtorej godziny) historii. Wszystko sprawia wrażenie ściśniętych, nie dając wielu postaciom czasu ekranowego. Po to by móc je lepiej poznać i zagłębić (m. in. graną przez Christinę Applegate prostytutkę w relacji z Jackiem czy Calamity Jane i jej przeszłości), co frustruje. Innym problemem są retrospekcje. To, że są czarno-białe nie jest aż takim problemem, ale że kręcono je kamerą cyfrową już tak. Bo obraz staje się szybszy w ruchu i wygląda troszkę tanio, pozbawiając całości skali. Domyślam się, że Hillowi chodziło o wywołanie poczucia obcości, lecz można było to osiągnąć inaczej.

dziki bill4

Najbardziej szkoda mi tu aktorów, bo nie za bardzo mają pole do popisu. Najlepiej z tej konfrontacji wychodzi Jeff Bridges jako Dziki Bill, który staje się coraz bardziej świadomy przemijającego czasu. Można odnieść wrażenie, że jest więźniem swojego „medialnego” wizerunku nieustraszonego rewolwerowca, którego każdy wyzywa na pojedynek lub ma z nim zatarg. Choć na drugim planie mamy masę świetnych aktorów (m. in. Ellen Barkin, John Hurt, David Arquette, James Remar, Christina Applegate, Diane Lane czy Bruce Dern), w większości robią tu za tło na jedną scenę, gdzie mają szansę się wykazać. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że na etapie post-produkcji skopano sprawę.

„Dziki Bill” stracił pazury, choć ma kilka niezłych strzelanin. Czuć jak bardzo zmarnowano potencjał na pokazanie legendy w bardziej ludzki sposób. Hill dekadę później się zrehabilitował produkując dla HBO serial „Deadwood”, ale to temat na inną opowieść.

6/10

Radosław Ostrowski