Świąteczny prezent po choinkę

Kto by się spodziewał, że po tylu latach dostaniemy kontynuację jednego z klasyków świątecznego kina z USA. Bo po drodze powstało jeszcze sześć sequeli. Tym razem twórcy postanowili je olać i stworzyć bezpośrednią kontynuację do „Prezentu pod choinkę”. Mało tego, wróciła część oryginalnej obsady, więc jest bardziej niż legitnie. Ale czy warto było robić to po tylu latach?

Akcja „Świątecznego prezentu pod choinkę” toczy się w roku 1973. Ralphie Parker (wracający do roli Peter Billingsley) mieszka w Chicago z żoną i dwójką dzieci. Próbuje swoich sił jako pisarz, jednak nikt nie chce wydać jego powieści. Być może dlatego, że jest za długa (ponad 2 tysiące stron) no i jest to science-fiction. Do tego jeszcze za kilka dni Wigilia, a przygotowań nie zrobiono. Ale nasz bohater będzie musiał wrócić do rodzinnego miasteczka w stanie Indiana. Wszystko z powodu śmierci jego ojca. Więc Ralphie z rodziną wraca do siebie, chcąc pomóc matce oraz zorganizować niezapomniane święta tego roku.

Krótko mówiąc, jest to mocno zmodyfikowana część pierwsza. Nadal Ralphie jest narratorem całości, odnosząc się wielokrotnie do oryginału. Na szczęście, twórcy nie ograniczają się tylko do tego. Bo ten sequel skupia sobie na wchodzeniu naszego bohatera w rolę ojca. Czyli zorganizowanie świąt, kupno prezentów, napisanie nekrologu. A wszystko to w miejscu pozostawionym dawno za sobą. Przy okazji odkryjemy co się stało z dawnymi kolegami, poznamy nowe miejsca, odwiedzimy Mikołaja. A wszystko w atmosferze lat 70., ze sporą dawką humoru (uruchomienie chłodnicy w aucie za pomocą… jajka) oraz świątecznym klimatem. Tylko wtedy mogą dziać się rzeczy niezwykłe, gdzie wszystko ostatecznie układa się po myśli (zdobycie gwiazdy na choinkę czy kradzież prezentów). Wracają też m. in. sceny, gdzie Ralphie wyobraża sobie różne rzeczy (m. in. wygranie Nobla czy – konfrontacja na śnieżki w formie… zwiastuna westernu).

Trudno się przyczepić także aktorsko. Zaskakująco dobrze sobie radzi Billingsley (czy tylko mi przypominał z wyglądu… Macieja Orłosia?), nadal mający w sobie urok dziecka w ciele dorosłego. Dźwiga film na swoich barkach, tak jak powracający aktorzy jako dorośli (m.in. Scott Schwartz i R.D. Robb). Jedyną zmianą jest Julie Hagerty jako matka Ralphiego (grająca tą postać w oryginale Melissa Dillon przeszła na emeryturę), ale zmiana nie jest aż tak odczuwalna i jej relacje z synową dodają odrobinę pieprzu.

„Świąteczny prezent pod choinkę” to kolejny przykład porządnie zrobionej kontynuacji po latach, czerpiąca z nostalgii oryginału, ale jednocześnie stojąca na własnych nogach. Bardzo sympatyczny i dorównujący oryginałowi, co nie jest łatwą sztuką.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Dzika noc

Nasz Miki ma ostatnio mocno pod górkę. Kiedyś radosny, pełen energii i pasji w swojej profesji, teraz jest coraz bardziej rozgoryczony, przygnębiony i wolałby się schować w jakiejś knajpie. Świat zasuwa jak szalony, wszyscy chcą kasy, kasy i kasy, zaś duch Bożego Narodzenia coraz bardziej umiera. Wszystko się skomercjalizowało, a Miki (czyli Mikołaj) zaczyna mieć wyjebane na to wszystko. Obiecuje sobie, że to będą ostatnie Święta. Co może pójść nie tak?

Ano podczas wizyty w rezydencji strasznie bogatych ludzi, grupa uzbrojonych po zęby bandziorów. Czego oni chcą? 300 milionów dolców ukrytych w skarbcu. Akcja była planowana już dawno i nic ekipy pana Scrooge’a nie powstrzyma. Mikuś pewnie olałby cała sytuację i uciekł w pizdu, gdyby nie jeden mały problem. Najmłodsza domowniczka, czyli Trudy – jedyna wierząca w Mikołaja, idealistka, szczera dziewczyna, której rodzice nie są w zbyt dobrej relacji. Czy rozgoryczony Mikuś odzyska wiarę w Święta? I przy okazji jeszcze skopie parę tyłków?

dzika noc1

Norweski reżyser Tommy Wirkola robi sklejkę znajomych elementów. Zarys fabularny brzmi jak coś a’la „Szklana pułapka”. Mamy walkie-talkie, uzbrojonych po zęby gości, zakładników oraz krwawą jatkę. Nie brakuje też „Kevina samego w domu” oraz na dodatek „Cud na 34. ulicy”. Mikstura z tego powstała miała być krwawym filmem akcji z czarnym niczym smoła poczuciem humoru. Muszę jednak przyznać, że „Dzika noc” nie do końca była tym, na co liczyłem.

dzika noc2

Początek jest świetny, kiedy poznajemy pijącego Mikołaja w barze, a następnie trafiamy do naszej popękanej rodzinki. Poznajemy postacie dość szybko: siostrę Jasona z mężem, gwiazdą kina akcji klasy C i synem youtuberem oraz jego matkę – strasznie dzianą wiedźmę, sarkastyczną i wredną (zaskakująca Beverly D’Angelo, czyli pani Griswold). Potem dostajemy szybki montaż z akcji Mikołaja, a potem wskakuje nasz Scrooge (John Leguizamo) i jego już znajdująca się w środku ekipa. Są twardzi, uzbrojeni po zęby oraz gotowi na wszystko. W drugim akcie akcja wydaje się zwalniać, a nasz Mikuś raczej chce się wydostać. Jednak niczym John McClane zostaje zmuszony do działania, zaś zdobyte walkie-talkie pozwala mu na kontakt z wierzącą w niego Trudy. Traci na tym tempo, za to lepiej poznajemy naszego kumpla w czerwonym wdzianku.

dzika noc3

Wszystko wynagradza chwila, gdy nasz (nie)święty wręcza niegrzecznym złolom potężny kawałek węgla, to nie ma zmiłuj. Ani dla naszych antagonistów, ani dla widzów. Krew leją się w ilościach hurtowych, a zgony brutalnością idą w kierunku slashera. Tego się nie da odzobaczyć, ale adrenalina zaczyna pulsować i przyspieszać. Sceny akcji zrobione są w stylu „Johna Wicka”, czyli z długimi ujęciami, bez szybkich cięć oraz bez kompromisów, za to z szaleństwem w kreatywności. I ogląda się to z wielką frajdą, zwłaszcza gdy mord dokonuje się ze świąteczną piosenką w tle.

dzika noc4

Swoje też robią aktorzy, ale tak naprawdę „Dzika noc” to one man show Davida Harboura, czyli Mikołaja. Rozgoryczony, wypalony i rozczarowany otaczającym światem potrafi wzbudzić współczucie. Powoli jednak odzyskuje pewność siebie dzięki jedynej wierzącej i z szaleństwem w oczach karze kolejnych bandytów. Wspierają go przeurocza Leah Brady (jedyna wierząca Trudy) oraz świetnie bawiący się John Leguizamo (pan Scrooge), którzy najbardziej się wybijają z drugiego planu.

Jeśli czekacie na film z Mikołajem, który jest prawdziwym złodupcem i polaną krwią satyrę na komercjalizację Bożego Narodzenia, „Dzika noc” to propozycja idealna. To jest Mikołaj dopasowany do dzisiejszych porąbanych czasów oraz najlepsza część „Szklanej pułapki” od czasu części trzeciej.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Ostatnia wieczerza

Bartosz M. Kowalski jest chyba szalonym reżyserem. I jako jedyny twórca konsekwentnie podejmuje się realizacji kina grozy. Po slasherowej dylogii „W lesie dziś nie zaśnie nikt” (wierzę, że część trzecia powstanie) postanowił zmienić kompletnie klimat. Zamiast zombie, lasu i małe miasteczka jest klasztor z dala od cywilizacji. Wszystko zaczyna się w chwili, gdy przybywa młody ksiądz-egzorcysta Marek (Piotr Żurawski). W tym miejscu odprawiane są egzorcyzmy, jednak coś z tym miejscem jest nie tak: jedzenie jest dziwne, mnisi nie mogą wieczorem opuszczać swoich cel, a sam budynek wydaje się zamknięty. A nowy przybyły kapłan jest tak naprawdę milicjantem prowadzącym śledztwo w sprawie zaginionych kobiet.

ostatnia wieczerza1

Fabuła jest bardzo prosta, banalna i w zasadzie szczątkowa, z czego twórcy chyba zdają sobie sprawę. Już pierwsza scena (prolog z ‘57 roku) bardzo przypomina finał z „Omenu”, ale im dalej w las robi się bardzo mrocznie. Sam klasztor oświetlony jest tylko świecami, nie ma żadnego kontaktu ze światem zewnętrznym, więc trzeba być bardzo ostrożnym. Mamy wrzucone znajome schematy oraz elementy z tego typu horrorem: opętanie, poczucie izolacji, zwidy, wyrywane zęby i wylatujące z nich muchy, makabryczne ciała. Więc nie należy spodziewać się cudów czy niespodzianek. Logika i sens jest tu kwestionowane: niby w klasztorze nie ma prądu, a odtwarzacz video jest przecież na prąd. I chodzi. Jeszcze pojawia się tajemnicza przepowiednia o sprowadzeniu Szatana na świat, dziury ze schowanym okiem, wymioty oraz poczucie ciągłej obserwacji. Co się tak naprawdę dzieje w klasztorze? Czy to zakonnicy stoją za zaginięciami? Jaki będzie finał?

ostatnia wieczerza2

Psychologii postaci brak, głębi też nie należy się spodziewać, akcja rozwija się dość powoli i nie skupia się na poznaniu całego tego świata. Wszystko podporządkowane jest budowaniu atmosfery oraz klimatu, co udaje się bezbłędnie. Fakt, że Kowalski nie boi się pokazywać co obrzydliwszych rzeczy na pewno w tym pomaga. Tak samo jak bardzo wyraźny dźwięk (nawet dialogi są wyraźne, choć przydałoby się tłumaczenie łacińskich zdań) oraz chóralna muzyka. Zaś finał tak ryje łeb ze swoimi bardzo solidnymi efektami specjalnymi. Co mnie zaskoczyło, to spora ilość humoru oraz – świadomego – kampu i nie wywoływało zgrzytu.

ostatnia wieczerza3

Wszystko na swoich barkach trzyma mocne i zaskakujące trio Piotr Żurawski/Olaf Lubaszenko/Sebastian Stankiewicz. Pierwszy jako glina pod przykrywką jest takim naszym awatarem, który próbuje ogarnąć tą porąbaną sytuację. Bardzo wycofany, nieufny, ale czy jest w stanie rozgryźć sprawę/ Czy może jego misja jest skazana na porażkę? Lubaszenko jako przeor klasztoru dawno nie stworzył tak mocnej roli, dodając odrobinę dystansu, nie pozbawiając swojej postaci mroku. Ale Stankiewicz wydaje się najbardziej tajemniczy, wydaje się być prawą ręką przeora, małomównym, skrytym mnichem. Nawet on ma ukryte zamiary, których się nie domyśliłem.

ostatnia wieczerza4

Czy „Ostatnia wieczerza” to najlepszy polski horror ostatnich lat? Dla mnie nadal wygrywa „Wilkołak”, jednak Kowalski pokazuje tu jak pewniej się czuje w tym gatunku. Czyste rozrywkowe kino, stawiające bardziej na atmosferę niż intrygę, ale oderwać oczu się po prostu nie da. Dawno nie było takiej jazdy po bandzie.

7/10

Radosław Ostrowski

Ucieczka na Srebrny Glob

„Na srebrnym globie” – legendarny film Andrzeja Żuławskiego i (prawdopodobnie) jedyna polska produkcja, która jest niedokończona. Oraz nigdy skończona nie będzie. Dlaczego tak się stało? Czy to była decyzja polityczna? Czy były inne czynniki? Sprawę postanowił prześwietlić Kuba Mikurda w swoim filmie dokumentalnym, który jest obecny na Netflixie.

Na pierwszy rzut oka film wygląda jak klasyczny dokument: gadające głowy plus archiwalia. Ale wszystko jest bardzo dokładnie przygotowana, zaś ilość materiałów imponuje: od fotosów przez wywiady, materiały z planu, fotosy, szkice oraz wywiady. Także z francuskiej telewizji czy fragmenty nagranych rozmów. Plus zaproszeni goście w tym m. in. Andrzej Korzyński, Andrzej Seweryn, Andrzej Jaroszewicz (coś dużo tych Andrzejów), Xavery Żuławski (syn reżysera) oraz Mateusz Żuławski (brat). Wszystko by wyjaśnić jakim cudem zdecydowano się zrealizować ten pokręcony i niekonwencjonalny film SF. W czasach propagandy sukcesu, kiedy powstawały tak drogie produkcje jak „Potop”, „Ziemia obiecana” oraz „Noce i dnie”, zaś o polskim filmie znów zaczęto mówić pozytywnie poza granicami kraju. Sam proces realizacji nie pozbawiony jest anegdot czy mrożących krew w żyłach opowieści, co czyni film bardzo fascynującym.

To wszystko jest tylko jedna warstwa, bo Mikurda – niejako przy okazji – tworzy portret samego Żuławskiego. Człowieka osobnego, nie uważanego za swojego, zbyt wyróżniającego się z tłumu (absolwent francuskiego IDHEC i to w wieku 19 lat!!!) – kolorowy ptak w szarej rzeczywistości. Inaczej ubierający się oraz tworzący kino zupełnie inne niż wszystko do tej pory, co pokazał debiut „Trzecia część nocy”. Jednocześnie mocno silny był wpływ jego mentora, Andrzeja Wajdy, z którym reżyser „Opętania” zawsze chciał pracować po obejrzeniu „Kanału”. Ale jest on jednocześnie demiurgiem, kreatorem, traktującym swoich współpracowników – zwłaszcza aktorów – inaczej niż dzisiaj większość twórców. Bardziej przypomina guru, porywającego innych swoją wizją, doprowadzając do nieopisanego transu oraz fizyczno-psychicznego zmęczenia. Dzisiaj takiego twórcę nazwalibyśmy tyranem, dyktatorem narzucającym swoją wizję, na bieżąco zmieniający tekst (Seweryn zauważa, że wiele dialogów pochodzi z pamiętnika reżysera, zaś ostatnie słowa swojej postaci brzmiały inaczej), wymuszający kreatywność swoich współpracowników.

„Ucieczka na Srebrny Glob” pokazuje historię grupy ludzi, którzy poszli za charyzmatycznym liderem, tworząc własny świat. O wiele barwniejszy niż ówczesna rzeczywistość, pokazywana przez propagandowe media jako czas prosperity i sukcesu. Magnetyzująca produkcja, świetnie zmontowana, okraszona muzyką Korzyńskiego oraz pełna bogatych archiwaliów. Dla kinomanów pozycja obowiązkowa.

9/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Do ostatniej kości

Kino inicjacyjne i Luca Guadagnino – takie połączenie samo w sobie jest elektryzujące, co pokazały „Tamte dni, tamte noce”. Włoski reżyser wraca do tej konwencji, ale przyprawia ją w mroczniejsze tony. „Do ostatniej kości” jest pierwszą produkcją kręconą w USA, jednak nadal czuć rękę twórcy.

do ostatniej kosci1

Bohaterką jest Maren (Taylor Russell) – młoda dziewczyna mieszkająca z ojcem gdzieś w małym miasteczku. Jesteśmy w latach 80., jednak to mało istotny detal. O matce nic nie wie i nie ma kontaktu. Pewnego wieczora wymyka się z domu, by nocować u koleżanki. W trakcie dochodzi do poważnego incydentu, co zmusza Maren i jej ojca do ucieczki. Dlaczego? Dziewczyna okazuje się być kanibalem. Być może to powoduje, że pewnego dnia w nowym domu Maren odkrywa, że… została sama. Ojciec wyparował, zostawiając po sobie taśmę, pieniądze oraz… akt urodzenia. W końcu decyduje się odnaleźć swoją matkę, by poznać ją wreszcie. Po drodze trafi na innych swojego rodzaju zwanych tu Zjadaczami – zarówno tych bardziej niepokojących jak Sully (Mark Rylance) oraz troszkę starszego od niej Lee (Timothee Chalamet).

do ostatniej kosci2

Kanibalizm, dojrzewanie oraz miłość – coś tu nie pasuje, prawda? Jeśli spodziewacie się makabreski nie dostaniecie jej zbyt wiele. Jasne, jest krwawo oraz scen zjadania ludzkich ciał nie brakuje, jednak więcej jest tu opisywanych sytuacji albo unika się pokazywania tego wprost. Ale dla wielu nawet sama sugestia może być bardzo szokująca i wywołująca dyskomfort. Ale reżyser pokazuje naszą parkę jako zagubionych, samotnych, naznaczonych niewygodną przeszłością. Ona pierwszy raz jest zdana na siebie i powoli odkrywa kim jest. Przypomina sobie pewne fakty, nawiedzają ją koszmary oraz zaczyna wyostrzać swój węch. Ale czy miłość będzie w stanie przezwyciężyć wpisane w ich naturę ludożerstwo? Jak pozostać sobą? A poznani Zjadacze są różni – od niepokojącego Sully’ego (niezapomniany Mark Rylance jako bardzo stary i bardzo samotny osobnik) po pokręcony duet kanibala i „zwykłego” człowieka (mroczny Michael Stuhlberg wspierany przez Davida Gordona Greena).

do ostatniej kosci4

Ale to wszystko może wydawać się mocnym impulsem, że swojej natury nie da się oszukać. Można się łudzić, że jeszcze ma się to pod kontrolą, ale to jest jak narkotyk – raz zaczniesz i już nie zerwiesz. Guadagnino skupia się na naszej młodej parce, gdzie on początkowo staje się jej przewodnikiem po tym świecie. Ona zaczyna się otwierać, poznawać i iskrzy między nimi. Reżyser pewnie, z dużym wyczuciem buduje atmosferę, bardzo płynnie zmieniając go niczym w kalejdoskopie: od lirycznych momentów płynnie przechodzi w horror (scena odwiedzin matki – bardzo mocna). Wszystko przepięknie sfotografowane z szerokimi krajobrazami (z szybkimi cięciami połączonymi ze zbliżeniami, pokazującymi sposób działania „węchu”) i choć bywa czasem przestylizowany, nigdy nie staje się tapetą. Poczucie lęku jeszcze podkreśla mieszająca elektronikę z akustyczną gitarą muzyka duetu Reznor/Ross.

do ostatniej kosci3

To wszystko działa dzięki duetowi Russell/Chalamet. Oboje razem są magnetyzujący – ona niepewna, pierwszy raz poznająca świat, on bardzo pewny siebie, ale skrywający pewną tajemnicę. Czuć tą chemię między nimi, powolne odkrywanie się, ale też ich lęki, obawy, niepokoje. Byłem w stanie się z nimi identyfikować, wierzyłem im do ostatniej sceny. Całość kradnie rzadko się pojawiający Mark Rylance – jego Sully wzbudza lęk i wywołuje dyskomfort, choć jego słowa nie są takie. Ale pod tą maską skrywa się osoba szukająca towarzystwa, zrozumienia, jednak bywa w tym dość nieprzyjemny. Jakby od zbyt długiej samotności „zdziczał”. Równie mroczny jest Michael Stuhlbarg opowiadający o punkcie, po którym już jest się kanibalem na zawsze czy w drobnym epizodzie Chloe Sevigny.

„Do ostatniej kości” to – jak na razie – najlepszy film Guadagnino jaki widziałem. Bardzo nastrojowy, tajemniczy, czuły i szokujący. Mieszający nastrój niczym u wytrawnego iluzjonisty, który prostą sztuczkę czyni niezwykłym wydarzeniem. Niezapomniane dzieło i jedna z największych niespodzianek tego roku.

8/10

Radosław Ostrowski

Plan lekcji

Kolejny polski film Netflixa – czyli entuzjazmu u mnie tyle, co kot napłakał. Poszedł on jeszcze niżej jak zobaczyłem reżysera tego dzieła. Daniel Markowicz, czyli producent beznadziejnego „Diablo. Gra wszystko” oraz reżyser nieudanego „Bartkowiaka” pachniał stęchlizną, amatorką i niechlujstwem. „Plan lekcji” ostatecznie nie był tak zły jak się spodziewałem, ale do miana dobrego brakuje sporo.

plan lekcji1

Bohaterem jest Damian Nowicki (Piotr Witkowski) – gliniarz działający pod przykrywką. Kiedy go poznajemy infiltruje gang narkotykowy i zostaje spalony, wskutek czego ginie jego żona. Nawet likwidacja gangu nie jest satysfakcjonująca, co doprowadza do opuszczenia służby mundurowej. Zamiast tego popija łyskacza, cierpi i jest strasznie smutny. Nawet dzwoniący do niego kumpel Szymon (Marcin Bosak) nie jest w stanie go wyrwać z marazmu. Kumpel uczy w liceum, gdzie handluje się dragami i prosi o pomoc. Damian odmawia, a jego kumpel decyduje się na własną rękę, co przypłaca własnym życiem. To staje się naszego herosa impulsem, by wrócić do gry. Jak? Zostając nauczycielem w zastępstwie za Szymona i oczyścić jego imię.

plan lekcji2

Brzmi znajomo? Zupełnie jakby reżyser odkrył pudełko z filmami VHS z lat 80. i 90. oraz postanowił przenieść to na nasze realia. Zaskoczeń nie ma, fabuła idzie jak po sznurku, od razu wiadomo kto jest głównym mózgiem całej operacji. Pojawiają się komplikacje, bo nie może być zbyt łatwo, dialogi są albo schematyczne, albo pełne sucharków (nawet zabawnych), postacie papierowe, zaś aktorstwo w zasadzie jest… troszkę drewniane. Zdjęcia parę razy stosują żabie oko – co nie dziwi, skoro zatrudniono Wojciecha Węgrzyna, zaś miejscami jest aż za jasno.

plan lekcji3

Ale prawda jest taka, że takie klasyczne mordobicie nie ogląda się dla fabuły czy aktorstwa. Tylko dla naparzania się oraz walenia po ryjach. I to muszę przyznać, że jest to zrobione nieźle. Reżyser parę razy korzysta z długich ujęć, choć parę razy za szybko przycina. Niemniej jest parę choreograficznych perełek jak mordownia trzech na jednego w sklepie czy konfrontacja w „dojo”. A to wszystko sprzedaje Piotr Witkowski, który tu błyszczy i jest wiarygodny we wszystkim, co robi: od bycia „kołczem” i mentorem przez miano króla sucharów po kopniaki. Jako jedyny nie przesadza z powagą, co jest sporą zaletą. Reszta aktorów albo robi za tło (głównie Antonina Juszczakiewicz jako polonistka czy drobne epizody Romy Gąsiorowskiej i Piotra Cyrwusa), albo bywa przerysowana (Rafał Zawierucha jako chemik-jąkała i Jan Wieczorkowski w roli dyrektora).

plan lekcji4

Spodziewałem się kompletnej padaki, a dostałem film… oglądalny. Może zbyt schematyczny i durny, lecz zaskakująco sympatyczny. Guilty pleasure w stanie czystym, choć nie zabrakło potknięć.

5/10

Radosław Ostrowski

Carter

Koreański film akcji od Netflixa? Nie takie rzeczy już widział świat, więc czemu by się na to nie skusić? Szczególnie, że za kamerą stanął reżyser Jung Byung-Gil, o którym nic nie wiedziałem. Poszedłem kompletnie w ciemno i… znowu dostałem z liścia. Bo „Carter” od początku się tu nie patyczkuje.

Wszystko skupia się wokół zaginionego naukowca oraz jego córki. Mężczyzna prowadził badania nad szczepionką, mającą uwolnić przed szalejącym wirusem. Osoby nim zarażone zmieniają się w żądne krwi, wściekłe bestie. Niektóre są nawet zdolne korzystać z broni palnej. Ale wszystko widzimy z perspektywy tajemniczego mężczyzny, znajdującego się w hotelowym pokoju. Nic nie pamięta, w pokoju jest masa krwi, a potem pojawiają się agenci CIA. Wszystko zamienia się w jedną krwawą łaźnię, z której Carterowi (jak się okazuje, tak ma na imię bohater) uciec. Nie na długo, a nasz bohater nie jest pewny komu może zaufać.

Historia początkowo wydaje się bardzo prosta i nie brzmi skomplikowanie. To wszystko jednak tylko pozory, bo wszystko napędzane jest akcją. Kamera niemal cały czas jest przyklejona do bohatera, niejako tańcząc dookoła. Bardzo rzadko pojawiają się momenty statyczne, nawet jak dostajemy ilościami ekspozycji. Bo dzieje się tutaj dużo: walka z pandemią, wspólne działanie obu Korei, na Północy planowany jest przewrót wojskowy, krążą jeszcze agenci CIA. Przeszłość bohatera wydaje się mglista i pojawia się kilka opcji (podwójny agent koreański, kret CIA), przez co na początku ciężko rozgryźć tą układankę. Ale muszę przyznać, że ta historia wciąga i angażuje.

Wszystko podbite to akcją pędzącą na złamanie karku, gdzie kamera idzie w niemal wszystkie możliwe kierunki, bez montażowych cięć. Nie ważne, czy nasz agent w pojedynkę walczy z członkami mafii w łaźni, nagi, mając tylko noże; ściga grupę ludzi na motorach i samochodach, kasuje gości na lince czy podczas finałowej konfrontacji walczy z głównym złolem w helikopterze… zaś na dole jedzie pociąg. To jest tak wykręcone, szalone i efekciarskie, ze śladową ilością slow motion. Oczopląs gwarantowany, przez co ciężko jest złapać oddech. Nawet zakończenie jest mocnym cliffhangerem, którego raczej powinno się spodziewać.

Jeśli kochacie kino akcji, na pewno już ten film widzieliście. Reszcie bardzo polecam, bo to prawdopodobnie najbardziej intensywny akcyjniak z szalonymi rzeczami na ekranie. Panowie z Hollywood nie mieliby cohones, by nawet spróbować czegoś takiego. Dawno nie widziałem takiej jazdy bez trzymanki, a przynajmniej od czasu ostatniej „Mission: Impossible”.

8/10

Radosław Ostrowski

Głęboka woda

Czasami długie przerwy od pracy mogą pomóc wrócić do wielkiej formy albo pokazać jak bardzo twórca „zardzewiał”. Jaki jest przypadek „Głębokiej wody” – pierwszego filmu Adriana Lyne’a od 20 lat? Mając wsparcie w scenariuszu od Zacka Helma („Przypadek Harolda Cricka”) i Sama Levinsona („Euforia”) powinno być dobrze. Prawda? Ale zacznijmy od samego początku.

gleboka woda2

Historia skupia się wokół małżeństwa Van Allen, mieszkającego w małym miasteczku USA. On – Vic (Ben Affleck) skonstruował czip do dronów wojskowych, pomagając w namierzaniu ludzi. Zarobił na tym kupę forsy i prowadzi dostatnie życie emeryta. Ona – Amanda (Ana de Armas) jest o wiele młodsza, ciągle atrakcyjna i nie do końca pasuje jej życie mężatki oraz matki. Lubi (i to nawet bardzo) przyprawiać rogi mężowi, kompletnie się z tym nie kryjąc. Oboje się testują nawzajem, prowadząc pewien rodzaj gry. Jeden z jej „kolegów” niedawno zniknął i już pojawia się kolejny, Joel. Vic informuje go, że poprzedniego kochanka zamordował. Wywołuje to lawinę plotek, a jeden z mieszkańców – pisarz Don – podejrzewa, że Vic naprawdę zabił.

gleboka woda1

„Głęboka woda” toczy się bardzo powolnym, niespiesznym rytmem. Lyne bardzo skupia się na kontraście naszej pary, której układ wydaje się początkowo niejasny. Kto tu tak naprawdę rządzi, kto od kogo jest zależny i dlaczego nasz mąż wydaje się nic nie robić z zachowania swojej niezbyt potulnej żony. Coś wisi w powietrzu, ale nie wiadomo kto oberwie i jak to się skończy. Czy Amanda zbyt przyzwyczajona do luksusowego i hulaszczego stylu życia będzie prowokować męża? Czy on w końcu zabije jednego z jej kochanków? A jeśli tak, czy ujdzie mu to płazem? Atmosfera budowana na niedopowiedzeniach działa i sprawia, że film ogląda się z zainteresowaniem. Nawet jeśli niewiele się dzieje.

gleboka woda3

Wszystko zmienia się, gdy dochodzi do znalezienia ciała w basenie. Tutaj wszystko zaczyna niejako przyspieszać, ale też powoli zaczynają być odkrywane kolejne elementy (prostej) układanki. I to działa jako broń obosieczna, bo zacząłem się domyślać pewnych rzeczy. A następnie te domysły się zmaterializowały, co pozbawiało napięcia i emocji. Aczkolwiek było parę momentów zaskoczeń jak pojawienie się „psychoterapeuty” czy kuriozalny pościg za autem przy pomocy… roweru. To ostatnie trzeba zobaczyć samemu, bo aż się w głowie to nie mieści.

gleboka woda4

Całość próbuje na swoich barkach trzymać duet Ben Affleck/Ana de Armas i efekt jest… połowiczny. Ana jak zawsze wygląda zjawiskowo, ale jej roli jest ograniczona do bycia ciągle mającą „chcicę” kobietę, nie potrafiącej/nie chcącej (niepotrzebne skreślić) dopasować się do bycia matką i żoną. Z czasem zaczyna irytować i drażnić. Z kolei Affleck zaskakuje, choć pozornie wydaje się być bardzo wycofany, z niemal zmęczoną twarzą. Wydaje się opanowany i spokojny, ale w środku się gotuje, co widać w jego oczach. To mnie interesowało, intrygowało, czekałem na jego działania. Reszta postaci w zasadzie jest i nie przeszkadza, chyba że to Tracy Letts nie pasujący do całości.

Miał być wielki powrót, ale coś ugrzęzło w głębokim bagnie. „Głęboka woda” nie jest ani głęboka, ani trzymająca w napięciu. Jest strasznie nierówna, wtórna i niesatysfakcjonująca. Obejrzeć można, lecz nie oczekujcie zbyt wiele.

5/10

Radosław Ostrowski

Cenzorka

Czy wiecie, co to jest video nasty? To termin z Wielkiej Brytanii lat 80., gdzie filmy nie podlegające kategorii wiekowej trafiały na kasety video. Były przez prasę krytykowane za przemoc i obnażanie seksem, które miało doprowadzić do zgorszenia ludzi. Takie filmy nielegalnie były prezentowane w wypożyczalniach kaset. O przyznaniu kategorii (po wycięciu scen) lub zakazie filmy podejmowali się cenzorzy, po obejrzeniu każdego filmu, zaś nielegalne taśmy konfiskowano. Likwidując też wypożyczalnię, z której pochodziła ta taśma.

Bohaterką „Cenzorki” jest Enid Baines (Niamh Algar) – oddana pracy cenzorka, bardzo skrupulatnie wykonująca swoje zadanie. Można nawet powiedzieć, że czerpie z tego przyjemność i jest w stanie rozdzielić pracę od życia prywatnego. Bo życie prywatne jej to bajzel, próbując cały czas odnaleźć zaginioną siostrę. Wspomnienia eskalują coraz bardziej po seansie jednego z video nasty od reżysera Fredericka Northa, gdzie Enid widzi aktorką przypominającą siostrę. Przynajmniej mogącą tak wyglądać w dorosłym wieku. Ale czy aby na pewno?

cenzorka1

„Cenzorka” jest psychologicznym horrorem, który wizualnie (i nie tylko) czerpie z kina grozy lat 80. Reżyserka Prano Bailey-Bond próbuje pokazać jak bardzo oglądanie takiej ilości – z braku lepszego określenia – chorego gówna wpływa na psychikę. Cenzorzy oglądali po to, by chronić (jakkolwiek ironicznie to brzmi) ludzi przed takim „niemoralnym” kinem, żeby nie doprowadzić do manii zabijania. Że niektórzy ludzie pod wpływem zaczynali zabijać, gwałcić i robić inne chore rzeczy. Wspomniana jest tu sytuacja, gdzie po seansie jednego z video nasty, które przeszło widz zabił swoją rodzinę, a żonie jeszcze odgryzł twarz (nie myślcie o tym, że to zobaczycie).

cenzorka2

Pozornie to poszukiwanie siostry oraz wpływ oglądania brutalnych scen na psychikę wydaje się jakby dwa osobne filmy sklejone w jedno. Ale „Cenzorka” bardzo zgrabnie lawiruje przez te tematy, zwłaszcza gdy dochodzi do scen, gdzie fikcja z rzeczywistością przeplatają się ze sobą. Raz ta granica jest wyraźnie zaznaczona (przejście kamery z telewizora do „środka” pokazywanego tam filmu czy mocna kolorystyka podczas przechodzenia przez dom), raz ciężko to rozgryźć. Zakończenie zaś wywołuje totalnego mindfucka, pokazując jak bardzo silną traumą naznaczona jest bohaterka, unikając konfrontacji i rozrachunku. Bo rozum może niejako „wyciąć” pewne wydarzenia.

cenzorka3

I to wszystko na swoich barkach trzyma absolutnie świetna Niamh Algar w roli Enid. Bardzo stonowana i początkowo trzymająca swoje emocje w ryzach, jednak z czasem (najpierw drobnymi gestami oraz odruchami) coraz bardziej zaczynamy obserwować siedzące w niej demony. Oglądałem ją z fascynacją, zaintrygowany, zaś w finale absolutnie zamiata. Reszta postaci w zasadzie robi za bardzo porządne tło, gdzie najbardziej znaną twarzą jest Michael Smiley jako śliski producent Doug Smart.

cenzorka4

Prawda jest taka, że zrobienie psychologicznego horroru jest wyzwaniem, zwłaszcza w ręku debiutanta. Niemniej „Cenzorka” jest bardzo dobrze wyreżyserowana, choć są drobne momenty przestoju, czerpie garściami z estetyki dekady lat 80. w klimacie Lyncha czy – trochę bliżej – Cronenberga. Frapujące i zapadające w pamięci kino.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Bestia

Monster movie wydaje się prostym w założeniu podgatunkiem horroru. Potrzebna jest grupka ludzi (lub jeden człowiek), jedno paskudne i wściekłe zwierzę (albo stado) oraz zamknięta przestrzeń. Brzmi jak coś łatwego, wręcz banalnego do zrobienia, prawda? Nowe dzieło islandzkiego reżysera Baltasara Kormakura ma wszystkie te elementy. Więc powinien z tego powstać dobry film, no nie?

W „Bestii” trafiamy do zamkniętego rezerwatu w RPA. Bohaterem jest lekarz (Idris Elba) samotnie wychowujący nastoletnie córki po śmierci matki. Relacje między nimi nie należą do zbyt dobrych. Przybywają na odpoczynek z dala od cywilizacji, gdzie kiedyś pracował ojciec. Tam przebywa przyjaciel Martin (Sharito Copley), który walczy z tamtejszymi kłusownikami. Podczas podróży dzieje się coś dziwnego: jeden z lwów dostał w nogę i nie pozwala podejść do siebie. Jadąc do pobliskiej wioski znajdują tylko zmasakrowane ciała. Na podstawie śladów nasuwa się jeden podejrzany: lew. Czwonoróg powoli zbliża się do samochodu i robi się nerwowo.

bestia1

Założenie jest proste i reżyser kompetentnie realizuje te założenia. Kamera cały czas jest skupiona na bohaterach, co tylko potęguje poczucie klaustrofobii i napięcia. Do tego chętnie korzysta się z mastershotów w bardzo efektywny sposób. A że większość czasu spędzamy w samochodzie, który nie chce odpalić, to zagrożenie jest odczuwalne. Nawet jeśli ten nasz lew jest komputerowy, bo dzisiaj nie wpuściliby na plan prawdziwego zwierza. Wiadomo, BHP i tego typu sprawy. Byłoby nawet lepiej, gdyby nie typowe dla tego gatunku głupawych zachowań postaci. Jednej: młodszej siostry Meredith (Iyana Halley), która jest wrzodem na dupie. Troszkę pyskata, z pretensjami do ojca i zachowująca się irracjonalnie. Po cichu liczyłem, że zostanie pożarta przez lewka (została tylko poraniona).

bestia2

Problem w zasadzie mam jeden, ale poważny: „Bestia” jest przewidywalna i idzie wszystko jak po sznurku. Brakuje jakiegoś zaskoczenia, chyba że za takie uznamy finałową konfrontację, gdzie postać Elby naparza się z lwem za pomocą noża. Tak, to się dzieje i nie brakuje krwi, ale to jest PG-13. Posunięte do granicy możliwości. Ten film aż się o R-kę prosi, jednak nie przeszkadza to za bardzo. Zagrane też jest porządnie (Elba i Copley trzymają fason), krajobrazy wyglądają pięknie i scenografia się sprawdza.

bestia3

„Bestia” to klasyczny w treści monster movie, który się broni przede wszystkim fachową ręką reżysera. Bo film mógł bardziej zaryzykować i pobawić się konwencją walki człowieka z krwiożerczym potworem. Fani gatunku będą usatysfakcjonowani.

6,5/10

Radosław Ostrowski