Ostrzeżenie

Bohaterem tego filmu jest matematyk Jon, który ma pewne problemy psychiczne. Razem z kumplem wyruszają na stację benzynową. Niestety, dochodzi do napadu i kumpel Jona zostaje postrzelony. Nie ginie, ale zapada w śpiączkę. Dziesięć lat później na stacji benzynowej pojawia się chłopiec o imieniu Nico. Jest gnębiony przez kolegów z klasy, zaś matka jest kompletnie bezsilna. W tym samym czasie Jon, męczony przez wyrzuty sumienia, dokładniej bada sprawę napadu. I odkrywa, że w tym miejscu było już kilka przestępstw.

ostrzezenie1

Hiszpański thriller od Netflixa, choć na pierwszy rzut oka nie wydaje się mieć z tym gatunkiem nic wspólnego. Cała narracja tutaj oparta jest na dwóch wątkach, które przecinają się dopiero w finale. Przez co można odnieść wrażenie, że to bardziej dramat niż dreszczowiec. Spoiwem łączącym obydwa wątki jest stacja benzynowa i sklep całodobowy. Miejsce – jak się potem okazuje – nawiedzone, gdzie co kilkanaście działo się coś złego: zamach dokonany przez ETA, zabójstwo kochanki czy nieudany napad na bank zakończony rzezią. Powolne odkrywanie tajemnic staje się obsesją Jona, coraz bardziej psując jego zdrowie psychiczne. Z drugiej strony mamy wychowanego przez matkę 10-latka. Chłopiec nie radzi sobie w relacjach z rówieśnikami, boi się wszystkiego i ma tylko jedną przyjaciółkę. A przełamanie „klątwy” ma być dla niego szansą na pokonanie lęku. Przynajmniej tak to widzi matka, bo chłopak jest bardzo przerażony.

ostrzezenie2

„Ostrzeżenie” pod względem realizacyjnym jest zwyczajnie solidnym. Uwagę zwracają zdjęcia, zwłaszcza gdy nasz bohater zbiera informacje. Kolorystyka jest bardzo ciemna, wiele momentów jest ubarwionych obecnościami robactwa. Dla mnie problemem jest absolutny brak napięcia. Po prostu oglądałem film z dużą obojętnością, a dwutorowa narracja bardzo wybijała mnie z rytmu. Jedynym zaskoczeniem był dla mnie finał, ale to nie było w stanie uratować tego dzieła.

ostrzezenie3

Dla mnie najmocniejszym punktem pod względem aktorskim jest Raul Arevalo. Jon w jego wykonaniu to lekki maniak, samotnik oraz wręcz paranoik. Nie bierze leków, bo tępią mu mózg. Ale jednocześnie jako jedyny próbuje coś zrobić z tym całym zamieszaniem. Ale cała reszta postaci nie wybija się z poziomu solidności.

„Ostrzeżenie” mogłoby być kolejnym intrygującym thrillerem z Hiszpanii. Problemem dla mnie jednak jest realizacja oraz kompletna obojętność podczas oglądania. Szkoda, bo punkt wyjścia był bardzo obiecujący.

6/10

Radosław Ostrowski

Rocketman

Każda osoba, która choć troszkę interesuje się muzyką kojarzy nazwisko Eltona Johna. Niby rockman, ale grający na fortepianie, mieszający gatunki oraz robiący na scenie wielkie show. Aktywny od ponad 50 lat, choć ostatnio przeszedł na muzyczną emeryturę. Ktoś jednak doszedł do wniosku, że jest to postać na tyle ciekawa, by nakręcić o nim film. Zadania podjął się Dexter Fletcher, jednak nie jest to stricte film biograficzny, tylko historia w konwencji musicalu.

rocketman1

Wszystko zaczyna się, kiedy nasz bohater trafia na odwyk. I już na dzień dobry sam Elton mówi, co mu dolega: alkohol, seksoholizm, narkotyki, zakupoholizm. Innymi słowy, przestał kontrolować swoje życie. I podczas kolejnych scen zaczynamy poznawać go coraz bliżej. Od dzieciństwa, kiedy był wychowywany przez matkę i babcię (ojciec zostawił ich), naukę w Akademii Muzycznej aż do sytuacji, kiedy szef wytwórni daje chłopakowi teksty, by napisał do nich muzykę. Tak poznaje Bernie’ego Taupina, który staje się jego najbliższym przyjacielem. Ale jest jeszcze menadżer John Reid (pamiętacie go z „Bohemian Rhapsody”, prawda?), czyli ta bardziej mroczna strona sukcesu.

Twórcy pozbawieni obowiązku ścisłego trzymania się faktów, pozwalają sobie na wiele i są tego w pełni świadomi. Pojawia się masa musicalowych wstawek m.in. w pierwszej piosence czy podczas pierwszego występu w pewnym podrzędnym barze, zakończonym bijatyką. Piosenki za to dobrane są idealnie do wydarzeń, podbudowując je oraz korespondując ze stanem emocjonalnym oraz opisując moment życia sir Eltona. Dlatego podczas pierwszego występu w USA (Klub Trubadur) słyszymy „Crocodile Rock” czy podczas kolacji z matką pod koniec jest „Sorry Seems To Be the Hardest Word”. Takich smaczków jest więcej, a kilka scen (m.in. mały Elton w swoim pokoju „dyrygujący” orkiestrą czy topiący się w basenie) to inscenizacyjne perełki. Takie momenty czynią ten film ciekawszym, wybijając go z konwencji klasycznego bio-picu.

rocketman4

Fletcher bardzo pewnie stąpa po gatunku, a jednocześnie nie czuć tutaj, że film powstał tylko dla kasy. Bo skoro biografia Queen, o której już pamiętają tylko nieliczni, to trzeba kuć żelazo póki gorące. Największe wrażenie zrobiło na mnie nie tyko odtworzenie klimatu lat 70. oraz tej wizualnej otoczki, ale kostiumy Eltona, w których występował na koncertach. Ta cekinada, krzykliwe kolory, wręcz kiczowata otoczka odtworzona jest wręcz po mistrzowsku. Wali to po oczach (w końcu o to chodzi), ale też oddaje szołmeńską stronę naszego bohatera.

rocketman2

Choć nie jest to film pozbawiony wad, bo parę wątków nie wybrzmiewa zbyt mocno (żona Renata pojawia się na chwilę), a kilka decyzji montażowych może wywoływać zgrzyt (orgia zmieszana ze wspomnieniami z dzieciństwa). To są jednak bardzo drobne rysy na tym dziele, które na wyższy poziom wznosi niejaki Taron Egerton. Sam wybór do tej roli jest idealnym castingiem, zaś aktor wyciska z tej postaci maksimum możliwości. Do tego sam śpiewa wszystkie piosenki (i robi to naprawdę dobrze), choć głosu nie ma aż tak zbliżonego do oryginału. Mi to nie przeszkadzało. A jednocześnie udaje się bardzo przekonująco pokazać skonfliktowanie (tłumiony homoseksualizm, zagubienie, ciemna strona sławy, niska samoocena) tylko za pomocą spojrzenia czy sposobu mówienia. Ale jak wchodzi na scenę, to charyzma wylewa się z niego wiadrami. Wydawałoby się, że drugi plan z powodu dominacji charyzmatycznego frontmana będzie zwyczajnie nijaki. Nieprawda. Tu na tym polu wybija się fantastyczny Jamie Bell jako Bernie Taupin. Tutaj widać rodzącą się więź i przyjaźń między tą dwójką, zaś sam Bell jest uroczy po prostu. No i jeszcze jest Richard Madden jako menadżer John Reid. Facet udający przyjaciela, a może nawet kogoś więcej, lecz tak naprawdę jest śliskim manipulatorem myślącym tylko o zyskach i kasie. Takich nie chcecie spotkać na drodze.

rocketman3

„Rocketman” to nietypowa biografia, nie bojąca się pokazywać także tej mrocznej strony sławy i jest taka jak jej bohater. Mieni się różnymi kolorami, pełna jest energii i pokazuje jak wielką siłę ma miłość (w różnych odcieniach) oraz wsparcie najbliższych osób, co najdobitniej widać w finale. Jestem oczarowany, poruszony i zachwycony.

8/10 + znak jakości

Radosław Ostrowski

Opiekun

Dla Bena Benjamina ostatnie lata nie były zbyt łaskawe. Po rodzinnej tragedii przestał pisać, rzuciła go żona (nie chce on podpisać papierów rozwodowych) i od dłuższego czasu nie może znaleźć pracy. Zapisuje się na kurs opiekuna, by podjąć się tego zadania. Jego pierwsze zlecenie może być dość trudne, bo „klientem” jest Trevor: chłopak cierpiący na dystrofię mięśniową (nie jest w stanie samodzielnie się poruszać). Chłopak jest dość trudny w obyciu i ma dość nietypowe hobby – zbiera informacje o bardzo oryginalnych miejscach. Mężczyzna postanawia wykorzystać to i proponuje wyruszenie do tych miejsc.

opiekun1

Netflix nie ma ręki do filmów – taka opinia się przyjęła przez lata. Jednak w morzu średniaków i słabizn można wyłuskać kilka ciekawych propozycji. Taki jest film Bena Burnetta, mocno budzący skojarzenia z „Nietykalnymi”. I nie chodzi tutaj o relację między opiekunem a nazwijmy go „klientem”, ale także o balansowanie między humorem a powagą. Brak doświadczenia Bena zderzony z dość niewyparzoną gębą oraz irytacją odczuwalną w Trevorze doprowadza do spięć, wręcz elektryzuje. Ale kiedy fabuła idzie w stronę kina drogi. Podróż dla obydwu panów będzie szansą na przewartościowanie pewnych rzeczy. Bo Trevor jest bardzo zamknięty, niepewny, mocno osadzony w swojej wieży zwanej tu pokojem. Trzyma się z góry określonego porządku, trzyma się na dystans i stworzył pancerz w postaci bezczelnego chłopaka. Ben też skrywa tajemnicy, ma minę zbytego psa, sprawia wrażenie człowieka bardziej wegetującego niż żyjącego. Potrafi jednak dostrzec pewne drobiazgi i chce wszczepić radość życia swojemu podopiecznemu. Ale po drodze pojawia się jeszcze trzecia osoba – zagubiona nastolatka Dorothy, szukająca drogi do Denver. I w tym momencie „Opiekun” zaczyna zahaczać w kierunku kina inicjacyjnego, zaś wątek romansowy brzmi szczerze, nie rezygnując z humoru (pierwsze słowo wypowiedziane przez chłopaka do Dot – mistrzostwo podrywu 😉).

opiekun2

Sama realizacja bardzo przypomina kino niezależne. Czyli nie mamy budżetu, ale i tak film wygląda ładnie. Rzadko obecne krajobrazy oraz nietypowe miejsca (farma z największym wyrzeźbionym bykiem czy największa dziura świata) dodają pewnej wyjątkowości do tego projektu. W tle gra bardzo delikatna muzyka, co pomaga wejść w nastrój.

opiekun3

Muszę przyznać, że także aktorsko jest bardzo dobrze. Kompletnie mnie zaskoczył Paul Rudd, bardziej poważny niż zwykle oraz z bardzo melancholijnym wyrazem twarzy. To najbardziej wyciszona kreacja tego aktora, choć nie pozbawiona komediowych momentów (próby nauczenia chłopaka… sikać na stojąco czy rady podczas podrywu). Aktor potrafi się wykazać i ma świetnego partnera w postaci Craiga Robertsa, choć jego postać na początku ciężko polubić. Bo Trevor jest złośliwy, wręcz bezczelny oraz pełen dość specyficznego poczucia humoru. Początkowe utarczki zamieniają się w głęboką, poważną więź. Gdyby ta relacja by zawiodła, film też byłby słaby. Drugą niespodzianką była naprawdę dobra Selena Gomez jako nie do końca mająca plan na życie Dot. Naturalna, troszkę rzucająca mięsem, ale mająca troszkę inną twarz. Jest też dość nadopiekuńcza matka w wykonaniu Jennifer Ehle.

Pozornie zwykły film obyczajowy, ale tak naprawdę to bardzo ciepłe, niepozbawione humoru kino drogi. Nawet Netflix miewa czasem przebłyski i potrafi stworzyć niegłupi film z bardzo nietypową rolą Rudda.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Córka trenera

Czy tenis do dobry sport do pokazywania na ekranie? Pozornie nie jest zbyt dynamiczny, choć odbijanie piłeczek można podrasować montażem. Ale w filmie sportowym tak naprawdę najważniejsze jest to, co się dzieje poza boiskiem/kortem/ringiem. I taki jest też najnowszy film Łukasza Grzegorzka. Bohaterami tutaj jest ojciec i córka. On jest zapalonym tenisistą, który chce zaszczepić swoją pasją córkę. Ona ma 17 lat i od lat razem z ojcem ruszają po małych turniejach w małych miasteczkach, miejscowościach. Ale do tej dwójki dołącza Igor – młody, uzdolniony chłopak.

corka trenera1

Sama historia wydaje się być bardzo prosta i zostajemy rzuceni w nią niejako z rozpędu. Grzegorzek bardziej niż na rozgrywkach czy scenach gry, próbuje skupić się na relacjach między postaciami. Na tych drobnych spojrzeniach, niewypowiedzianych słowach oraz gestach. Trudno mówić tutaj o nitce fabularnej, bo jest ona bardzo wątła. Ale nie o to tutaj chodzi. Cała ta sportowa sytuacja stawia pytania bardzo istotne: czy rodzic ma prawo próbować zaszczepić swoją własną pasję, by przejąć pałeczkę? Czy dziecko możne spełniać te pasje tylko po to, by uszczęśliwić swojego rodzica? A może powinno pójść swoją własną drogą? Te pytania przewijają się w tle i nie narzucają się w trakcie oglądania. Bo najważniejszy jest tutaj klimat. Z jednej strony bardzo wakacyjny, mamy pięknie filmowane lasy, jeziora oraz korty takie bardziej z małych miejscowości (Winbledon to to nie jest) i hoteliki jakby wzięte z PRL-u. Ale z drugiej mamy wszelkie sceny treningów oraz przygotowań wykorzystujące slow-motion oraz Paganiniego w tle. Takich metod nie powstydziłby się nawet Fletcher z „Whiplash” – ścisła dieta, sporo wymyślnych ćwiczeń. Ale nie ma tutaj demonizowania czy tworzenia jednowymiarowych postaci, reżyser jest na to za sprytny.

corka trenera2

Realizacyjnie „Córka trenera” przypomina filmy sundance’owe, gdzie humor i dramat przeplatają się ze sobą. kamera jest niemal skupiona na swoich bohaterach, a także na drobnych szczegółach. To wszystko wydaje się naprawdę przyziemne, utrzymane w ciepłych kolorach. Dialogi też wypadają bardzo dobrze, złego słowa nie mogę powiedzieć o dźwięku. Jednak najmocniejszą kartą w ręku reżysera pozostaje empatia wobec bohaterów. Bez osądzania, krytykowania czy walenia prosto w oczy.

corka trenera3

No i jeszcze jest fenomenalny Jacek Braciak w roli głównej. To na nim tak naprawdę skupia się cała opowieść, zaś aktor tworzy bardzo złożoną postać człowieka pełnego wielkiej pasji, ale jednocześnie surowego. Także wobec siebie samego (mocno „zużyta” łękotka), skrywając troszkę pewną wrażliwszą stronę. I to on powoli zaczyna dojrzewać oraz akceptować decyzję córki. Partnerująca aktorowi debiutantka Karolina Bruchnicka (debiutantka) tworzy świetną chemię z Braciakiem, przez co wierzy się im. Mam wrażenie, że jeszcze o niej usłyszymy. A poza nimi na drugim planie wybija się debiutujący Bartłomiej Kowalski (Igor) oraz magnetyzująca Agata Buzek (Kamila).

Powiem szczerze, że Grzegorzek coraz bardziej zaczyna zaznaczać swoją obecność w polskim kinie. Czuć tutaj ducha amerykańskiego kina niezależnego, zaś skupienie się na mniej znanych rejonach dodaje naturalności oraz świeżości. Do tego mamy Braciaka na pierwszym planie, co się nie zdarzyło nigdy przedtem. I to może być mocny haczyk.

7,5/10

Radosław Ostrowski

Przychodzi po nas noc

Kiedy wydaje ci się, że seria o Johnie Wicku to jest szczyt możliwości, jeśli chodzi o kino akcji, oznacza to jedno. Że nigdy nie oglądaliście filmów azjatyckich, bo tam rzeczy dzieją się kosmiczne, wręcz epickie. Po dylogii „Raid” (jeszcze nie obejrzałem) kolejny przedstawiciel Indonezji poszedł na układ z Netflixem, by zrealizować ostry film akcji. Czy takie jest „Przychodzi po nas noc”?

przychodzi po nas noc1

Fabuła wydaje się dość prosta i skupia się na starym facecie o imieniu Ito. Należy do elitarnej grupy zabójców zwanej Siedem Mórz, który pilnuje porządku i dba o równowagę między środowiskami przestępczymi. Ale przez te trzy lata nasz bohater ma już zabijani i przemocy. Podczas akcji w wiosce na widok dziewczynki coś w nim pęka, przez co zabija resztę swoich towarzysz oraz ucieka z dzieckiem. Razem z kumplami próbują ją uchronić, uciekając z kraju. Ale w ślad za nimi wyrusza Yakuza pod wodzą ich dawnego znajomego Ariana. W zamian za wykonanie zadania przejmie dowództwo nad Siedmioma Morzami.

przychodzi po nas noc3

Zazwyczaj w tego typu produkcjach intryga wydaje się być kwestia drugo- czy nawet trzeciorzędną. I tutaj wydaje się być podobnie, mimo wykorzystania retrospekcji (miejscami mocno wybijały mnie z rytmu). Pojawia się kilkoro nowych graczy (lesbijska para zabójczyń-nożowniczek, tajemnicza motocyklistka), przez co czasem ciężko się odnaleźć w tym wszystkim. Twórcy są tutaj poruszone kwestie lojalności, silnych więzi czy próby zerwania z przeszłością, która nigdy nie jest w stanie odpuścić. To jest po to, by zależało nam na naszym bohaterze i jego sojusznikach, ale to tak naprawdę nadbudowa. Twórcy nie próbują robić poważnego, głębokiego dramatu psychologicznego, przez co nie jest to tak mocno wygrywane jak mogło być.

przychodzi po nas noc2

Bo najważniejsza jest tutaj akcja. I wierzcie mi, kiedy w ruch pójdą pięści, machety, noże oraz karabiny, miłosierdzia nie będzie. Ani dla postaci, ani dla widza. Choreografia walk jest w stanie kompletnie zadziwić, zaś bohaterowie wykorzystują wszystko, co jest pod ręką. Nie ważne, czy są to kubki, kule bilardowe czy narzędzia z warsztatu. No i obowiązkowe maczety, który w stanie są zadać naprawdę głębokie rany. A krwi to tutaj będzie od groma, przez co można odnieść wrażenie oglądania bardzo ostrego gore. Osoby o słabych nerwach i miękkich żołądkach nie powinny nawet się do tego zbliżać. Kamera jest bezlitosna i nie odpuszcza, a kilka sposobów filmowania (z góry, z oczu) bardzo uatrakcyjnia odbiór, przez co każda potyczka wygląda inaczej. Ostatni raz takie popisy widziałem w „Upgrade”, ale tutaj jest to jeszcze bardziej podkręcone i szalone jak w przypadku pojedynku na pięści i noże między trzema paniami.

Aktorstwo też w sadzie nie jest tutaj istotne, bo liczy się tutaj choreografia oraz umiejętne wykorzystanie piącho- i maczetopiryny. Pod tym względem każdy aktor daje tu z siebie wszystko. Najbardziej pamiętne momenty ma niezastąpiony Iko Uwais (Arian), Joe Taslim (Ito), Julie Estelle (Operatorka) oraz Hannah Al Rashid (Elena). Tutaj każdy ból, cios, krzyk ma swoją siłę, przez co cała akcja jest intensywna do granic możliwości, zaś wiele pojedynków nie zostanie wymazanych z pamięci tak łatwo.

Jeśli macie Netflixa, zaś obie części „Raid” znacie na pamięć i szukacie czegoś nowego, „Przychodzi po nas noc” jest czymś, co MUSICIE zobaczyć. Bezkompromisowa jatka, jakiej moje oczy nie widziały od bardzo dawna.

8/10

Radosław Ostrowski

Arktyka

Ostatnio pojawia się sporo filmów, gdzie bohater mierzy się z siłami natury wbrew swojej woli. Do tego grona dołącza Overgard. Kim on jest? Prawdopodobnie pilotem, który przeżył katastrofę lotniczą na Arktyce. Jest już od dłuższego czasu i ma pewien napięty grafik z góry określonych czynności. Łowienie ryb, sprawdzanie, by ciągle był widoczny wryty na śniegu SOS oraz nawiązać kontakt z krążącymi helikopterami czy samolotami. Nagle udaje mu się nawiązać kontakt, lecz helikopter wskutek burzy śnieżnej rozbija się. Mężczyźnie udaje się ocalić pasażerkę, ale to zdarzenie zmusza go do podjęcia decyzji: wyruszyć do stacji, licząc po drodze na ratunek czy zostać i czekać na cud?

arktyka1

„Arktyka” to pozornie kolejny one man show, gdzie człowiek jest skonfrontowany z bezwzględną naturą i musi walczyć o przetrwanie. Historia nie wydaje się należeć do skomplikowanych, a o naszym protagoniście wiemy tyle, co nic. Dialogów praktycznie tu nie ma, a za to jest wielka przestrzeń pełna bieli, gór, wiatru oraz śniegu. Od groma śniegu. Zdjęcia pokazują majestat zimowego krajobrazu, wobec którego człowiek wydaje się tylko listkiem rzuconym na wietrze. No i tu pojawia się mocne pytanie o granice. I nie chodzi tu tylko o granicę między życiem a śmiercią, ale także między życiem a przeżyciem. Bo nasz bohater sprawia wrażenie troszkę pogodzonego już z sytuacją, wręcz wegetującego. Znalezienie kobiety staje się szansą na zmianę status quo. Ale droga łatwa nie będzie, bo natura ma swoje plany pomysły. I wtedy, mimo pewnej przewidywalności zdarzeń, reżyserowi udaje się utrzymać napięcie. Muzyka też ma tutaj sporo do roboty, choć najważniejsze są tutaj zdjęcia.

arktyka3

No i jest jeszcze jeden mocny punkt, bez którego ten film by się rozpadł. A imię jego Mads Mikkelsen. Ten aktor specjalizuje się w kreowaniu tajemniczych facetów, który za pomocą spojrzenia mówi o swojej postaci więcej niż jakiekolwiek słowa. Nie inaczej jest w „Arktyce”, gdzie coraz widać tutaj wszelkie emocji: od wyciszenia, spokoju aż po determinację, walkę i rozpacz. Samą obecnością przekuwa uwagę i wyciska ze swojej postaci maksimum możliwości, co potwierdza klasę.

arktyka2

Czuć tutaj wręcz klimat klaustrofobii oraz izolacji, co w przypadku debiutu jest sporym osiągnięciem. Ci, co tęsknią za chłodem i chcą poczuć odrobinę chłodu w upalne lato, „Arktyka” jest idealnym miejscem. Pod warunkiem, że lubicie szkołę przetrwania.

7/10

Radosław Ostrowski

Pokemon: Detektyw Pikachu

Czym są Pokemony? To stworki posiadające potężne moce, uczestniczące w walkach, trzymane w pokeballach, należących do trenerów. Pod koniec lat 90. był prawdziwy szał na te istoty. Powstawały seriale, gry komputerowe, filmy. Pokemon Go przywróciło popularność tym stworkom, a jednym z efektów popularności był cykl gier na Nintendo „Detektyw Pikachu”. To były przygodówki, gdzie nasz bohater z głosem Danny’ego DeVito, rozwiązywał zagadki kryminalne. I tym tropem postanowili pójść twórcy amerykańskiego filmu o Pokemonach.

detektyw pikachu1

Cała opowieść krąży wokół Tima Goodmana. Jego ojciec jest policjantem w Ryme City, przez co trochę zaniedbał rolę ojca. Chłopak początkowo chciał być trenerem Pokemonów, plany jednak musiały zostać zweryfikowane. Jest agentem ubezpieczeniowym, mieszka sam (znaczy z babcią) i jego życie wydaje się spokojne. Jednak policja dzwoni do niego z informacją, że jego ojciec nie żyje. Trafia do miasta, gdzie ludzie z Pokemonami żyją ze sobą. Obok siebie. Kiedy chłopak trafia do mieszkania ojca, znajduje Pikachu, który rozumie słowa wypowiadane przez ludzi. Tylko, że nie pamięta kompletnie nic. Tim z Pokemonem ruszają ustalić, co się wydarzyło.

detektyw pikachu2

Film Roba Lettermana próbuje na nowo przyciągnąć ludzi do Pokemonów. Sama idea ludzi i Pokemonów żyjących obok siebie bardzo mocno przypominało mi „Zwierzogród”. Pojawiają się znajome Pokemony (wykonane ładnie w trójwymiarowych, szczegółowych animacjach) pokroju Bulbozaura, Meetoo, Psyducka czy Ditto, co dla fanów jest sporą gratką. Ich moce, ewolucje czy retrospekcje za pomocą hologramów mogą uatrakcyjnić opowieść. Problem w tym, że cała ta intryga oraz śledztwo są zwyczajnie przewidywalne. Fabuła jest prowadzona bardzo po sznurku, gdzie od razu wiadomo, kto jest kim oraz co się naprawdę działo. Jest po prostu strasznie, strasznie nudny. Ale też samo tło, czyli relacje ludzi z Pokemonami jest absolutnie niewykorzystane. Poza nielegalnymi walkami, tajemniczym laboratorium nie ma zbyt wiele do zaoferowania.

detektyw pikachu3

Sytuację próbuje tutaj ratować Ryan Reynolds jako Pikachu. Jest rozbrajająco zabawny, rzuca ciętymi tekstami, a jednocześnie jest bardzo uroczy. Słodziutki jest i dźwiga ten film na swoich barkach. Partnerujący mu Justice Smith w roli Tima wypada całkiem nieźle, tworząc całkiem sympatyczny duecik. Ale można było z tego wycisnąć więcej. Reszta aktorów tak naprawdę jest tylko tłem, nawet Bill Nighy i Ken Watanabe stanowią tylko dodatek do całości.

Czy „Detektyw Pikachu” to najlepsza adaptacja gier komputerowych? Niestety nie. Czy fajnie wykorzystuje świat Pokemonów? Nie. Jest to zwyczajnie przeciętne kino, marnuje swój potencjał oraz talentu ekipy realizującej.

5/10

Radosław Ostrowski

John Wick 3: Parabellum

Najsłynniejszy hitman w historii kina powraca. I jakby to powiedzieć, ma przejebane. Z myśliwego stał się zwierzyną, bo złamał zasady. A za to kara może być tylko jedna – Wielka Rada żąda jego głowy. Od tej pory Wicka chcą zabić wszyscy: Włosi, Triada, Yakuza, koty, psy, emeryci, pracownicy ZUS-u. Czy jest szansa na wyrwanie się i odwrócenie tej sytuacji? Zwłaszcza, że został już zatrudniony cyngiel.

john wick 3-1

Nikt się nie spodziewał, jakim sukcesem będzie „John Wick”. Skromny akcyjniak klasy B okazał się wielkim zaskoczeniem łączącym staroszkolnym styl z nowoczesną realizacją. A z kolejną częścią poznawaliśmy kolejne elementy działania syndykatu zbrodni. I wydawało się, że już nie da się wymyślić niczego więcej. Ale chyba nie doceniliście twórców, bo ci robią jeszcze bardziej komiksowy film, gdzie fabuła jest pretekstem do krwawej i brutalnej napierdalanki. Narzędzi zabijania jest mnóstwo: noże, pistolety, karabiny, strzelby, miecze, pięści, psy (te nawet w jaja potrafią gryźć), książka, a nawet… koń. Jebany koń. Sceny akcji w tym filmie to jakiś obłęd. Kiedy wydawało się, że drugiej części nie da się przebić, twórcy wciskają gaz do dechy. I sprawiają wrażenie, że nic i nikt ich nie ogranicza. Już walka w gabinecie z nożami pokazuje, że założenia pozostały te same. Ma być widowiskowo, efekciarsko, a adrenalina ma wylewać się ze wszystkich możliwych stron. Jest też krwawo i brutalnie, a rozmachem bije na głowę poprzednie części. Trudno wymazać strzelaninę w siedzibie Berrady czy finałowe oblężenie hotelu Continental w Nowym Jorku to prawdziwe majstersztyki. Fantastycznie sfotografowane, zmontowane oraz z pomysłową choreografią. Dla takich momentów ogląda się kino akcji.

john wick 3-2

Do tego Wick wyrusza poza Nowy Jork, by znaleźć sposób na wyjście cało z tego całego bałaganu. Stąd mamy Casablankę, tamtejszy hotel (jego szefowa to dawna znajoma Johna, która jest mu winna przysługę). A nad wszystkim kontrolę próbuje sprawować sędzia, mają osądzić samego Johna, jak i wszystkich jego sojuszników. Syndykat poznajemy coraz bardziej, kolejne zasady i ograniczenia, a także kolejnych graczy na scenie. I to wszystko nadal potrafi przykuć uwagę, stanowiąc solidną fasadę dla brutalnej drogi Wicka. Kwestie lojalności, zasad oraz możliwości decydowania o swoim losie. Niby poważne kwestie, ale to nie jest poważny film. A jedynym dla mnie problemem jest zakończenie. Z jednej strony jest to podbudowa pod „czwórkę” (pewnie niosącą tytuł „John Wick: Armageddon”), ale nie jest ono zbyt satysfakcjonujące. Liczyłem na większego kopa.

john wick 3-3

Aktorsko nadal trzyma poziom, zaś starzy znajomi nie zawodzą. Keanu Reeves nadal wyczynia cuda, a w scenach akcji wypada fantastycznie. Widać jak wiele wysiłku wykłada, a tutaj Wick przyjmuje na siebie więcej ciosów niż w poprzednich częściach razem wziętych. Na drugim planie nadal świetnie się bawi Ian McShine (Winston) z Lancem Reddickiem (Charon), próbując pomóc naszemu bohaterowi. No i jeszcze pojawia się Anjelica Huston (dyrektorka), dzięki której bliżej poznajemy przeszłość naszej protagonisty, a także Halle Berry (Sofia), dającą prawdziwego kopa.  Ale tak naprawdę film kradnie dawno nie widziany Mark Dacascos w roli Zero. Opanowany, bezwzględny zabójca i wielki fan Wicka, który nie chce, ale musi walczyć. Dodaje on odrobiny humoru, zaś finałowa potyczka z nim to czysta frajda.

john wick 3-4

O Matko Boska, jaki ten Wick jest niesamowity. Nie spodziewałem się, że jeszcze można coś wycisnąć z tej franczyzy, ale dopóki Reeves ma siły, moc i chęć, ten cykl będzie szalał oraz rozkręcał się. Nie wiem, co jeszcze można wymyślić, lecz chcę nową część już zobaczyć. O takim kinie akcji marzyłem.

8/10

Radosław Ostrowski

Underdog

Roman Kosecki zwany Kosą jest zawodnikiem MMA, który walczy z niepokonanym Denim Takajewem. Kosa jest w formie i wygrywa, ale zostaje przyłapany na dopingu, co kończy się dyskwalifikacją. Mężczyzna wraca do rodzinnego Ełka i zaszywa się, pracując jako bramkarz, a następnie… naprawiając lokomotywy. Ala Takajew nie jest zadowolony z wyniku poprzedniej walki i chce rewanżu z Kosą. Tylko czy tamten się zgodzi?

underdog1

W Polsce MMA ostatnimi czasy stały się bardzo popularne, ale żadnego filmu o tym sporcie na naszym podwórku nie było. Sprawę postanowił wziąć w swoje ręce Maciej Kawulski – jeden z włodarzy MMA, który postanowił wyreżyserować „Underdoga”. I szczerze mówiąc, nie spodziewano się zbyt wiele, marketing odstraszał, a nie mający żadnego filmowego doświadczenia Kawulski za kamerą też budził wątpliwości. To nie miało prawa wypalić, prawda? A jednak. Sama historia nie należy do oryginalnych, bo jest to klasyczna opowieść o walce z własnymi demonami, bólem niż przeciwnikiem. Osoby liczące na świetne sceny walk mogą się przejechać. O ile sam początek, pokazany z pierwszoosobowej perspektywy, wygląda świetnie, o tyle finałowa potyczka nadużywa slow-motion i traci swój impet. Do tego trwa dość krótko, jak na metraż filmu.

underdog2

Reżyser bardziej próbuje się skupić na relacjach Kosy z resztą otoczenia: z niepełnosprawnym bratem, ojcem prowadzącym siłownię, dawną znajomą (obecnie panią weterynarz) czy trenerem mającym zespół Tourette’a. Tutaj pomagają naprawdę niezłe dialogi, gdzie patos jest przełamywany humorem. Podobały mi się też sceny treningowe, wykorzystujące lokalną przestrzeń (las, jezioro, pagórki) do różnych biegów (m.in. z przywiązaną kłodą) w teledyskowym montażu. Choć trwają dość długo, czuć w tym wszystkim serducho. Szczerość i pasja wręcz z tego bije, mimo pewnych niedoskonałości.

Po pierwsze, jak wspomniałem wcześniej walki. Żeby być uczciwym, pokazują wiarygodnie wszelkie chwyty oraz ciosy, ale brakuje im impetu. Po drugie, zupełnie od czapy przyklejony wątek rosyjskiej mafii, która chce ustawić walkę i zmusić Kosę do wygranej. No i po trzecie, schematyczność, ale to wynika z konwencji.

underdog3

Reżyser miał szczęście, że udało mi się zebrać dobrych aktorów, którzy z niezbyt dobrego scenariusza wyciskają prawdziwe soki. Absolutnie tutaj błyszczy Eryk Lubos jako łobuz ze złotym sercem, pełen wręcz gniewu, pasji. Chociaż ma wiele za uszami, budzi sympatię i kibicuję się mu do końca. Równie dobrze wypada Mamed Chalidow jako adwersarz, który nie jest tutaj czarnym charakterem. Szczery gość, szanujący swojego przeciwnika, z jasną motywacją. Dla mnie największymi zaskoczeniami są za to kreacje Tomka Włosoka (brat Kosy) oraz Aleksandra Popławska (Nina), kradnąc niejako film.

Spodziewano się raczej katastrofy, ale debiut Kawulskiego okazuje się naprawdę niezłym filmem sportowym. Widać, że to robił debiutant, a kilka rzeczy można było dopracować, jednak w tym wszystkim czuć serce, pasję oraz zaangażowanie. Mam nadzieję, że kolejne filmy o tej tematyce powstaną i będą lepsze.

6/10

Radosław Ostrowski

41 dni nadziei

Poznajcie Tami. To młoda dziewczyna, marząca tylko o jednym – podróżowaniu. Bez zatrzymywania się nigdzie na stałe. Jest rok 1983, a jesteśmy na Tahiti. I nasza dziewucha posiedziałaby sobie na tej wyspie jeszcze parę lat, ale pojawia się, a właściwie wpływa, On. Jest Anglikiem, samotnym żeglarzem, co przepłynął świat więcej razy niż ona. No i ma na imię Richard. Klasyczna miłość od pierwszego wejrzenia. I mogliby tak spokojnie siedzieć na tej wyspie, gdyby nie pewne zlecenie: dopłyniecie wynajętym okrętem do San Diego. Co może pójść nie tak? Pojawia się na drodze huragan, doprowadzając do poważnych zniszczeń.

adrift3

Kino z gatunku survival, gdzie mamy bohaterów w trudnej sytuacji pozornie wydaje się być łatwe i proste do realizacji. Ale najnowszy film Baltasara Kormakura pokazuje, że taśma zniesie wszystko, ale widz niekoniecznie. Oparte na faktach „Adrift” wydaje się bardzo znajome i oparte na sprawdzonych motywach: brak komunikacji, brak jedzenia, halucynacje. Do tego bardzo otwarta przestrzeń, czyli od groma wody oraz brak jakiegokolwiek kontaktu z resztą świata. Powinno się czuć zagrożenie oraz stawkę, tylko że to kompletnie mnie nie interesowało. Dlaczego? Scenarzyści popełnili jeden istotny błąd, przez który całe napięcie oraz dramat siadło. Sceny survivalowe, gdzie Tami z rannym Richardem próbują przeżyć są przeplatane ze scenami z przeszłości. Tego, jak się poznali, pierwsza randka, pierwszy taniec itd.

adrift1

I właśnie te przeskoki strasznie pozbawiały jakiegokolwiek klimatu. Ani to romantyczne (w założeniu), ani przerażające, ani trzymające w napięciu. Reżyser kompletnie nie jest w stanie przełamać tego stanu, zupełnie jakby mu związano ręce. Jest jeszcze jedna wolta, która na chwilę wybudziła mnie z tego znużenia, jednak zadziałało to tylko na dłuższą metę. Bronią się zdjęcia, za które odpowiada Robert Richardson, wyglądające pięknie. Także sam moment ataku huraganu robi spore wrażenie. Ale to wszystko za mało, by uznać ten film za udany.

adrift2

Sytuację próbuje ratować Shailene Woolley, budując pozornie typową rolę dla tego typu produkcji. To bardzo fizyczna rola, wymagająca siniaków, potłuczeń, wyczerpania oraz mieszanki uporu i zwątpienia. I to wszystko jest pokazane bez cienia fałszu, podnosząc troszkę ten film. Partnerujący jej Sam Claflin wypada całkiem przyzwoicie, chociaż kompletnie nie czułem chemii między nimi. Co też jest dość sporym problemem.

Czy warto w ogóle obejrzeć „Adrift”? To był film, po którym nie oczekiwałem zbyt wiele, a i tak byłem rozczarowany. Film pozbawiony własnego charakteru i tak nudny, że jakiekolwiek kadry z obrad sejmowych są przy tym thrillerem najwyższej próby.

4/10

Radosław Ostrowski